
częć III
*** Jemen Południowy *** part three

Jedyna szosa z doliny Hadhramout do
cywilizowanego wiata prowadzi na południe – na wybrzeże – do portu Al-Mukalla.
Publiczne autobusy i zbiorowe taksówki wyruszajš z Say’un wczenie rano. Ci, którzy
pokonujš trasę wynajętym landroverem majš szansę przejechania sporego odcinka
przebiegajšcš równolegle do szosy tzw. starš drogš – szutrówkš biegnšcš przez
malownicze arabskie wioski – w niektórych zobaczyć można pozostajšce w częciowej
ruinie dawne pałace saudyjskich wielmożów…

Jedyny
autobus z Say’un do Mukalli ma wyruszyć o 6.00 więc przezornie wychodzę z mojego
hoteliku już o 5.30. Autobus jest. A obok – konkurencyjna zbiorowa taksówka, której
kierowca zapewnia, że za tš samš cenę (400 riali) z nim dojadę szybciej. -Aywa,
tammam! Zgoda! Pierwsze dwie godziny jazdy mijajš mi szybko – gapię się przez okno na
górskie krajobrazy jak z amerykańskich westernów. Potem karkołomny zjazd
“agrafkami” w dół i pusta, spalona słońcem równina. Szosa jest dosyć
ruchliwa. Jadš i ciężarówki i auta osobowe wyładowane Arabami. Każdy szanujšcy się
miejscowy podróżny albo trzyma w garci “kałasznikowa” (tu proszę panów
nie potrzeba zezwolenia na posiadanie broni) albo ma wynajętego chłopaka, który nie
doć że ma tradycyjnš “dżambiję” zatknietš za pas nie rozstaje się z
broniš palnš – nawet na postoju… Po pięciu godzinach jazdy na horyzoncie wród
piasków pojawia się długo oczekiwany błękit oceanu – dojeżdżamy do Al – Mukalla!


nocleg w przyzwoitym hoteliku Al Madina – za jedne 1000 riali. Rozcišgnięte wzdłuż
brzegu miasteczko może się podobać. Jego najstarsza częć leży na półwyspie (na
zdjęciu – na wprost). Sędziwi staruszkowie grajšcy na ulicy w domino i popijajšcy
codziennš herbatę z mlekiem zapraszajš do towarzystwa. I choć rozmowa nam się nie
klei (ja nie znam arabskiego, a oni – angielskiego) to nie mam wštpliwoci, że to
sympatyczni i życzliwi ludzie…
meczetu doć daleko, ale megafony majš tu takie, że gdy mułła po raz pierwszy
zaczyna piewać gdzie o 4.00 to chyba nawet umarli przewracajš się pod swoimi
muzułmańskimi nagrobkami… Wiem, że jedyny autobus do Adenu wyrusza o
6.00. Odnajduję go bez trudu. Miejsce jest, tylko zabrać nie chcš! – Ty
ferendż-obcokrajowiec musisz mieć zezwolenie z policji! Radiowóz odwozi mnie na
posterunek z bosonogim wartownikiem przy drzwiach. Policja jest (pi na własnym biurku).
Zanim się obudzi autobus odjedzie. – Malesz! Nie przejmuj się! Siadaj! O
ósmej przyjeżdża furgonetka. Na skrzyni montujš wielki karabin maszynowy. Pod niego
rzucajš mój plecak. Jedziemy! Za nami dwa landrovery z bogatymi turystami.
Malownicza szosa wzdłuż wybrzeża prowadzi nas aż do Bir Ali. Tu wysadzajš mnie na
posterunku, furgonetka wraca. A ja? Insz Alach! Będzie jak Allach zechce! Do Adenu
wcišż ponad 600 km. Żar z nieba. Ruch na szosie żaden… Przygoda?!


był bardzo długi i pełen emocji. Wygladało już na to, że przyjdzie mi nocować na
posterunku w Bir Ali gdy policyjnym radiowozem przyjechał synalek jakiego wysokiego
oficera. Za łapówkę (“na benzynę”) zgodził się mnie zabrać.
Mylałem optymistycznie, że do Adenu, ale wywalił mnie i mój plecak na drogę już w
Habban. Dzięki temu miałem okazję choć z dala sfotografować to piękne, oryginalnie
zabudowane miasto…

Habban (obok) zawdzięcza swojš urodę także wspaniałej
górskiej scenerii roztaczajšcej się wokół miasta… Potem był
przekupiony prezentem kierowca mikrobusu i uzbrojeni żołnierze eskorty w samochodzie
(dla mojego ‘bezpieczeństwa”). Zmieniali się na kolejnych posterunkach, a każdy
wysiadajšc żšdał 200 riali honorarium… (jako się wyłgałem z pomocš
współpasażerów dla których te 200 riali to też całodzienna dieta). Na każdym
posterunku zapisywali długopisem na przedramieniu: “Bolanda – łached” (Polska
– 1 szt). W Adenie byłem o 23.00. Allach Akbar!
Aden.
Jeszcze jedna z tych egzotycznych nazw, nam kojarzšca się przede wszystkim z brytyjskš
koloniš. Po Brytyjczykach, w czasach rozbicia Jemenu Aden był stolicš Jemenu
Południowego (“Ludowego”). Miasto jest rozległe i prawdę mówišc turycie
ma niewiele do zaoferowania. Jedynš bodaj ciekawostkš sš cysterny Tawila (na zdjęciu
obok) zlokalizowane na zboczu góry Dżebel Shamsan. Metryka obiektu sięga podobno 427
roku przed nasza erš. Jest to zespół 18 kaskadowo położonych zbiorników do
gromadzenia wody, częciowo wykutych w skale i używanych przez kolejnych władców tych
terytoriów. Mieszczš podobno aż 45 milionów litrów… Aby dostać sie do
cystern trzeba było z dzielnicy Sheikh Othman, gdzie nocowałem i gdzie skupione sš
stacje autobusów przejechać zbiorowš taksówkš za 30 riali do starej dzielnicy
Crater… Do cystern trzeba dojć pieszo – jaki kwadrans ulicš lekko pod górkę.


bardzo zaniedbana, stara, kolonialna dzielnica. Wczesnym rankiem znaleć tu można
między innymi kilka meczetów, kocioły i… setki ludzi pišcych na kartonach
wprost na ulicy. Aden jest ekonomicznš stolicš Jemenu (port, rafineria
nafty), 350 tysięcy mieszkańców i uniwersytet, ale bieda tu większa niż w Sanie…
Gdyby nie był węzłem komunikacyjnym turyci pewnie by go chętnie omijali…

mojej wędrówki prowadziła do Ta’izz. Jak się znajduje transport? Pytasz
recepcjonistę o postój zbiorowych taksówek. Tłumaczy. Wydaje ci się, ze rozumiesz.
Ruszasz z plecakiem na grzbiecie. Po 5 minutach marszu koszula pod plecakiem jest
kompletnie mokra. Pot kapie z czubka nosa… Jest w końcu postój. Jest grat,
który pojedzie do Ta’izz. Teraz wła do rodka i płać z góry 400 riali. Spływaj
potem przez następne kwadranse siedzšc pod blachš z ciasno podkurczonymi nogami i…
czekaj. Jak będziesz miał szczęcie to taksówka po pół godzinie się zapełni
(jakie 9 osób plus bagaż) i ruszymy do celu. Hurra!
leży wród wysokich gór, na wysokoci 1400 metrów. Upał tu już tak nie dokucza…
Główna ulica – Nassera to wspina się, to zbiega po wzgórzach. Ale jeli tylko jš
zgubicie to orientacja w krętych, bocznych uliczkach może być utrudniona. Polecam wam
hotelik Shamsan ze wspaniałym widokiem z pokojowych balkonów – za pokój z
łazienkš, TV i wiatrakiem biorš tu 1200 riali. Ta’izz był w pewnych okresach stolicš
Jemenu. Ostatnio – w latach 1948-67. Atrakcjš miasta jest tutejszy suk czyli targ
rozpoczynajšcy się za starš bramš Bab al Kabir. Suk jest niewielki, ale barwny, a
brak turystów przydaje mu tylko kolorytu. Sš tu warsztaty krawców, szewców,
srebrników, garkuchnie serwujšce typowe dania. No i oczywiscie kramy w których
sprzedajš zielone listki qat-u. Ten, który ronie na stokach okolicznych wzgórz cieszy
się wyjštkowo dobrš opiniš. Chcesz sobie pożuć? Żuję. I zerkam na
kobiety w kramach. To zupełne novum. Bo w całym Jemenie handlujš tylko
mężczyni…


do tego bez zasłon na twarzach, co pozwala stwierdzić, ze rzeczywicie majš na
policzkach tatuaże. Najciekawszym obiektem do zwiedzania jest stojšcy powyżej suku
biały meczet al-Ashrafija z XVI wieku. Na schodkach meczetu dopada mnie arabski wyrostek.
-Pokażę ci wnętrze meczetu! Nie mówi oczywicie o wynagrodzeniu, ale ja – stary
tramp widzę w jego oczach, że myli o pienišdzach… Najpierw oglšdamy za zapleczu
grobowce fundatorów: Ashrafa I i II. Potem przez otwarte na chwilę boczne drzwi meczetu
mogę przez próg popatrzeć na wyłożonš kobiercami salę modlitewnš, ozdobionš
stiukami i arabskimi hieroglifami…
ostatni… Umarłego by obudzili, gdy kilka minut, po czwartej, jeszcze zupełnie po
ciemku wypiewujš “Allach Akbar” – na raz z kilku konkurujšcych
ze sobš minaretów… A wzmacniacze majš dobre – pewnie japońskie! Najgorsze jest
to, że włanie o tej porze panuje tu przyjemny chłodek i najlepiej się pi…
Przyszła pora powrotu do Sany. Na stacji autobusów na
peryferiach Ta’izz znaleli dla mnie ostatnie miejsce w busie – za 500 riali. Potem
musiałem jeszcze dopłacić 20 za umieszczenie plecaka w bagażniku.
Jedziemy. Przez malownicze doliny i góry, wród osiołków, furgonetek toyota i
wielbłšdów… Katkusy i agawy na zboczach… Współpasażerowie troskliwie
opiekujš się swoimi zakwefionymi “habibi”. Na sšsiednim siedzeniu mam
sympatycznego dziadka, który na postoju chętnie pożyczy mi swojš broń i swój zawój,
abym mógł sobie zrobić pamištkowe zdjęcie na tle potrzaskanych szyb autobusu. Voila!
Ale gawied miała uciechę!


jest z tym bezpieczeństwem turystów w Jemenie? Otóż troska władz o turystów
przybiera tam wręcz karykaturalne formy. Do tego stopnia że… utrudnia poruszanie się.
Wszędzie posterunki, kontrole, rejestracja… Nie, na odludzia samotnie nie ma się
co pchać. Poza tym nie przejmowałem się zbytnio – bo jak będš chcieli was porwać, to
i tak porwš… A sam Jemen – kraj życzliwych ludzi – chwilowo jeszcze na
szczęcie omijany przez hordy turystów zdecydowanie Wam polecam, jako jedno z
najciekawszych miejsc w Oriencie…
Wojciech Dšbrowski
dotyczšcych organizacji takich dalekich podróży możecie przeczytać na osobnej
stronie: DOOKOŁA WIATA
