
Wojciech Dabrowski – Biggest
waterfalls of the world
Jest coś, co mnie urzeka w tym szumie
i huku mas spienionej wody… Wśród niezwykłych zjawisk przyrodniczych z dynamizmem
wodospadów mogą konkurować chyba tylko: wzburzone morze i buchające gejzery.
Podczas samotnych wędrówek po świecie udało mi się zobaczyć na własne oczy kilka
spośród największych wodospadów: od położonej w centrum cywilizowanego świata
Niagary do ukrytego w wenezuelskiej dżungli Angela… Oto one:
NIAGARA

Horseshoe
Na mapie kanadyjskiej prowincji Ontario widać to wyraźnie: dwa wielkie
jeziora: Erie i Ontario łączy rzeka Niagara mająca zaledwie 56 kilometrów długości.
Wzdłuż nurtu rzeki przebiega granica państwowa miedzy USA i Kanadą. Mniej
więcej w połowie jej biegu zaznaczona jest czerwonym kolorem nazwa Niagara Falls –
Wodospady Niagara, jedna z największych atrakcji turystycznych kontynentu.
Z Toronto do miasteczka Niagara Falls przyjechałem autobusem Greyhounda.
Gdy umilkł warkot autobusowego silnika usłyszałem dochodzący zza ściany zieleni
jednostajny szum. W górze, nad linią drzew unosiło sie coś jakby opadający ku ziemi
biały obłok. Kilka minut spaceru i mogę wreszcie spojrzeć na legendarną Niagarę. Z
wysokości niewielkiego wzgórza i odległości kilkuset metrów wygląda jak olbrzymi
gar, przez którego brzeg wlewają się do wnętrza setki ton spienionej wody, a z
wrzącego dna bucha w górę chmura pary.
Zbliżając się do wodospadu szeroko
rozlana rzeka rozdwaja się opływając Kozią Wyspę. Główny nurt biegnie ku wielkiemu
wodospadowi nazwanemu Horseshoe – Podkowa. Boczna odnoga – niosąca podobno tylko 10
procent masy wodnej spada nieco dalej z południowej ściany kanionu tworząc mniejszy
wodospad “amerykański”, nazwany tak ponieważ leży w całości po amerykańskiej
stronie granicy.

Horseshoe
Z
kanadyjskiej strony widok obu wodospadów jest bardziej
efektowny. Pewnie dlatego ta strona rzeki jest znacznie lepiej zagospodarowana. Wzdłuż
promenady rozsiane są tu punkty widokowe z lunetami uruchamianymi ćwierćdolarową
monetą. Dreszczyk emocji towarzyszy turystom na platformie, która znajduje się zaledwie
kilka metrów od progu wodospadu: gdy patrzy się na uciekające w dół masy wody wydaje
się, że za chwilę razem z nimi usunie się ziemia spod twoich stóp. Obok – wejście do
tunelu prowadzącego pod wielki wodospad. Za kilka dolarów można tu wypożyczyć na 20 minut przeciwdeszczową
odzież, bo tam na dole jest bardzo mokro.
Wizyta nad Niagarą nie byłaby
spełniona bez przejażdżki spacerowym statkiem, który podpływa pod sam wodospad.
zjeżdżamy terenową kolejką na brzeg rzeki. Przy wejściu na statek wręczają
nam siegaą1ce ziemi gumowane płaszcze z kapturami. Odbijamy.

American
Fall
Pokład drży od gwałtownej pracy
silników – szybkość prądu wynosi tu podobno aż 45 km/godz. -Po lewej wodospad
amerykański, szeroki na 220 metrów, wysoki na 56… – płynie głos z magnetofonowej
taśmy. Prawdziwe emocje zaczynają się jednak dopiero pod dwukrotnie szerszą
“podkową”, gdzie w spienionej topieli huśta łupiną statku jak na pełnym morzu. W
odległości 20 metrów od kaskady widoczność staje sie bardzo ograniczona. Strugi wody
sieką po twarzy; Amerykanki popiskują z wrażenia. Zawracamy. Pasażerowie
rozcierają zgrabiałe nagle ręce. Na przystani czeka już następna grupa amatorów
silnych wrażen. Corocznie przybywa oglądać Niagarę kilkanaście milionów
turystów. Ludzie interesu nie przepuszczą takiej szansy: dziś sam wodospad to tylko
przedsmak tego, co czeka turystów w Niagara Falls. Różnej wielkości wieże widokowe,
kolejka linowa, gigantyczny lunapark, delfinarium i akwarium, gabinety figur woskowych,
nie mówiąc już o hotelach, motelach i rozbudowanej gastronomii. Komercja, komercja…
Niagara sprzedaje się bardzo dobrze!
Czarna ściana skalnego kanionu ma
wysokość ponad stu metrów. W różnych punktach szerokiego na ponad 1,5 kilometra
progu spadają w dół mniejsze i większe wały spienionej wody. Dna kanionu nie
widać – przesłania je bez przerwy tuman wodnego pyłu. Dym Który Grzmi – tak nazwali
wodospady tubylcy – robi wrażenie nie tylko na Afrykanach. Szczególnie w drugiej
połowie dnia, gdy słonce świeci w plecy zapatrzonego turysty. Trudno wtedy oderwać
wzrok od wspaniałego pejzażu przecinanego olśniewającymi łukami wielobarwnych tęcz.
Wzdłuż krawędzi przepaścistego
kanionu po stronie Zimbabwe prowadzi wygodna, asfaltowana ścieżka. Jednak gdy wiatr wieje
z północy trudno nią przemknąć bez poddania się przymusowemu prysznicowi. Spotykam
sporo turystów – głównie z RPA. Fotografują się naprzeciwko głównej kaskady, gdzie
stoi statua słynnego podróżnika Davida Livingstone’a, który w 1885 roku jako
pierwszy biały człowiek zobaczył to miejsce i nazwał wodospady imieniem królowej
Wiktorii.
Za jedne 10 dolarów opłaty wizowej
uiszczonej na granicznym posterunku można przekroczyć zawieszony ponad kanionem żelazny
most i znaleźć się w sąsiednim, niezbyt bezpiecznym kraju – Zambii. Zaraz za
posterunkiem celnym, w bramie parku narodowego inkasują tu od turystów kolejne trzy
dolary. Potem można pomaszerować ścieżką nad krawędź kanionu, by zobaczyć
naprzeciwko przedłużenie tego samego progu, którego początek widzieliście po tamtej
stronie granicy. Po stronie Zambii leży około 1/3 jego długości. Ścieżka
poprowadzona dla turystów przebiega tu bliżej urwiska, ale zagospodarowanie terenu parku
jest znacznie skromniejsze niż po stronie Zimbabwe.
VICTORIA

Tyss Yssat
rozklekotanym autobusikiem z Bahr Dar. Po trzech kwadransach karkołomnej
jazdy kierowca zostawił nas w samym środku wioski Tyss Abbaj, gdzie na brzegu
Błękitnego Nilu odbywał się akurat poranny targ. Potem maszerowałem
jeszcze blisko pół godziny ścieżką, przez stary kamienny most, razem z miejscowymi
chłopami ubranymi w zgrzebne szammy. W końcu usłyszałem pomruk wielkiego
wodospadu. To był on – Tyss Yssat. Ścieżka doprowadziła mnie na naturalny taras,
górujący ponad kaskadami. Po przeciwnej stronie wąwozu rozlana szeroko na kilkaset
metrów rzeka spadała z hukiem z wysokiego na jakieś 45 metrów progu…
Nil
Błękitny rodzi się w Etiopii – wypływa z Jeziora Tana, o którym piszą, że jest
najwyżej położonym jeziorem Afryki. Po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów pokonuje
skalne progi tworząc jeden z najbardziej spektakularnych afrykańskich wodospadów.
Krajowcy nazywają go Tyss Yssat – Dym Ognia.
Sutherland

Nowozelandczycy piszą o Milford Track, że to najwspanialszy pieszy szlak na
świecie. Prowadzi od górskiego jeziora Te Anau do słynnego fiordu Milford.
Przebywa się go w 4 dni. Podczas drugiego dnia wędrówki padało i obawiałem
się, czy przez chmurę mżawki w ogóle zobaczę najwyższe wodospady Nowej Zelandii.
Trzeciego dnia pokazało się jednak słońce! Aby zobaczyć Wodospady
Sutherland trzeba było zboczyć około 45 minut z głównej trasy.
Mają łącznie w trzech kaskadach 580 (wg innych źródeł – 630) metrów
wysokości, co plasuje je wśród najwyższych wodospadów świata. Gdy w końcu w
przemoczonych pionierkach stanąłem na brzegu jeziorka, do którego spada dolna
kaskada wiatr zmienił nagle kierunek i znalazłem się pod przymusowym prysznicem…
Niestety, nie udało mi się znaleźć dobrego miejsca dla zdjęcia, które mogłoby
pokazać wodospady w całości. Właśnie Wodospady Sutherland z całej trasy
Milford Track najbardziej utkwiły mi w pamięci (zaraz po nich – piekielne, kąsające
muszki sandflies, które potrafią obrzydzić turyście najwspanialsze
widoki – zabierzcie ze sobą dobry repellent!)
Iguasu
Najwspanialszy z wodospadów leży w pobliżu miejsca, gdzie zbiegają się
granice trzech krajów: Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Od stolic wszystkich tych krajów
dzielą go potężne odległości. Mimo to sława Iguasu sprawia, że
przybywają tu tysiące turystów z całego świata. To dla nich po obu stronach granicy
wybudowano tu lotniska.
Byłem we wszystkich krajach Poludniowej Ameryki. Gdyby ktoś kazał mi teraz
wybrać jedno, jedyne miejsce na tym kontynencie do którego mógłbym raz jeszcze
powrócić na pewno byłby to ten wodospad. To on dla mnie zawsze będzie
“NUMBER ONE” tego kontynentu…
Wzdłuż rzeki o nazwie Iguasu -Wielka Woda – przebiega granica miedzy
Argentyną i Brazylią. Kilkanaście kilometrów od swojego ujścia do Parany rzeka
pokonuje wysokie progi. Zmierzałem do tych wodospadów z pewną rezerwą i zarazem
ciekawością. Widziałem wcześniej Niagarę i efektowne, choć rzadko
odwiedzane wodospady Tyss Yssat na Błękitnym Nilu w Etiopii (patrz wyżej). Czy oddalone
od głównych szlaków komunikacyjnych Iguasu okażą się warte kilkuset kilometrów
trasy, które nadłożyłem, by je zobaczyć?
Już przy
hotelu zbudowanym po brazylijskiej stronie granicy słychać nieustanny szum i głuchy
pomruk spadającej wody, ale nic jeszcze nie zapowiada rozmiarów spektaklu, który
rozpoczyna się nieco niżej, na początku betonowej ścieżki biegnącej zboczem kanionu.
Tak, oczekiwałem dużego wodospadu, ale to
co zobaczyłem przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Naprzeciwko, po drugiej stronie
szerokiego wąwozu ciągnie się skalny próg długi na ponad trzy kilometry. Masy
spienionej, rdzawej o tej porze roku wody spadają z niego w dziesiątkach, czy nawet
setkach wodospadów: od cienkich warkoczy do gigantycznych wałów wodnych. Wydaje się,
że ziemia drży pod uderzeniami tysięcy ton wody,
opadających nieustannie w skalne koryto kanionu z wysokości ponad
siedemdziesięciu
metrów. Daleko, za obłokiem z drobinek wody huczy i kłębi się najbardziej efektowna
kaskada – Garganta do Diabo – Diabelska Gardziel.
Każda z
kilkudziesięciu kaskad ma tu własne imię. Solidna, betonowa kładka spowita w
chmurach wodnego pyłu prowadzi na urwisko nad wodospadem Santa Maria skąd zajrzeć
można do wnętrza Diabelskiej Gardzieli. Po chwili koszula i spodnie są już mokre, ale
przy panującym tu upale taki przymusowy prysznic można zaliczyć tylko do
przyjemności. Wracam na główną ścieżkę. Z platformy na jej krańcu można
wyciągniętą ręką dosięgnąć spadających z wysoka wód kaskady Floriano… Piszą w
przewodniku, że przy realizacji wielkiego spektaklu, jakim jest Iguasu Argentynie
przypadło posiadanie sceny, a Brazylii widowni. Rzeczywiście, widok z brazylijskiego
brzegu jest bardziej spektakularny.
Z mapką w ręku wracam ścieżką w
kierunku hotelu trawersując bujne, zielone zarośla na zboczu kanionu. Podziwiam rosnące
tu białe orchidee i całe chmury bajecznie kolorowych motyli. Wreszcie przystaję
zaskoczony: w odległości kilku metrów od ścieżki siedzi na gałęzi duży, czarny
tukan z zakrzywionym, pomarańczowym dziobem. Wygląda jak wypchany eksponat z
przyrodniczego muzeum. Ożywa dopiero na odgłos nadchodzących turystów.
przysłowiową palmę pierwszeństwa? Jak ustalić kryteria oceny?
Według ilości przepływającej wody? Czy może według szerokości
progu? A może według wysokości głównej kaskady?
Jest w świecie wiele wodospadów wyższych od Iguasu. Ale nie tylko
wysokość decyduje o wrażeniu, jakie wywołuje to wielkie widowisko. Nie bez znaczenia
jest ogromna ilość wody niesionej przez rzekę oraz malownicze położenie i
występująca tu oprawa z bujnej, tropikalnej roślinności. I tu, jak mi się
wydaje, Iguasu bije wszystkich swoich konkurentów na głowę!
wrażeń dostarcza przelot samolotem lub helikopterem ponad Wielkim wodospadem…
Podczas mojego pobytu nad Iguasu nie miałem możliwości spojrzenia na giganta z tej
perspektywy. W kilka lat później miał to szczęście mój przyjaciel i kompan z
podróży – Staszek Gębski. Dzięki jego uprzejmości mogę wam pokazać obok
wykonane przez niego zdjęcie. Widać, że kolor wody w rzece był zupełnie inny – o tej
porze roku rzeka nie niosła czerwonego mułu. Gdy Staszek robił to zdjęcie helikopter
wisiał ponad brazylijskim brzegiem. Pierwsza kaskada po lewej to Floriano, na skraj
którego można dojść i którego niegdyś fotografowałem z bliska. Na dole widać
nitkę wąskiej estakady, która prowadzi do punktu obserwacyjnego na urwisku. To stamtąd
właśnie przemoczony wodnym pyłem zaglądałem w głąb Diabelskiej Gardzieli…

Vettisfoss

w mojej kolekcji broni najwyższy wodospad Norwegii i zarazem Północnej Europy –
Vettisfoss. W zachodniej Norwegii którą odwiedziłem w 2000 roku mniejsze i
większe wodospady są powszednim widokiem. Ale aby dotrzeć do tego najwyższego,
ukrytego o krok od krainy fiordów trzeba dojechać najpierw do miejscowosci Ovre Ardal
leżącej u krańca Sogne Fiordu. Z tej osady wąska asfaltowa droga prowadzi przez około
6 km w górę – do Hjelle. Tam, przy spadającym ze skalnej ściany wodospadzie
trzeba zostawić środek lokomocji i pomaszerować w górę doliny Vetti przekraczając
kilka razy huczacą rzekę. Dobra szutrowa droga kończy się po godzinie
ostrego marszu przy zabudowaniach schroniska. Stąd słabo przetartą ścieżką, po
głazach i osypiskach szedłem jeszcze jakieś pół godziny… Vettisfoss schowany jest
za narożnikiem skały i wyłania się nagle dopiero wtedy, gdy dochodzi się do
wypływającej spod niego rzeki. Widok jest wart wysiłku: wodna kaskada ma 270
metrów wysokości !
Gullfoss

Islandia znana jest ze swoich wodospadów. Złoty Wodospad (Gullfoss) nie jest wcale największym spośród nich, ale jest chyba
najbardziej malowniczy. Ma dwie prostopadłe kaskady: górna jest
wysoka na 11 metrów, a dolna – na 21. Do kanionu w dole spadają tu podobno
średnio 103 metry3 wody na sekundę. Wodospad miał zniknąć w wyniku budowy
tamy i elektrowni, ale mieszkająca w pobliżu wieśniaczka wybrała się do stolicy i
protestowała tak skutecznie, że obroniła ten cud natury. Gdzie diabeł nie
może, tam pośle….
Dzięki temu, że Gulfoss leży stosunkowo blisko stolicy i przy tym w odległości
zaledwie 7 kilometrów od innej wielkiej atrakcji – gejzeru Stokkur odwiedzają go w
każdym sezonie tysiące turystów. Dojazd nie jest trudny: zwykły autobus ze
stolicy do Gullfoss przez Geysir kosztuje 21 USD w jedną stronę. Zabiera około
2,5 godziny, z Reykjaviku są tu 2-3 połączenia w ciągu dnia. Można
też go odwiedzić w ramach standardowej wycieczki autokarowej oferowanej (także
indywidualnym turystom) przez biura podróży ze stolicy. Wycieczki wyruszają
codziennie z terminalu autobusowego w Reykjaviku około godz 9.00 – koszt ok. 70 USD.
ANGEL
Wielkość Angela rozpatrywana musi być w zupełnie innych
kategoriach. Nie imponuje on ilością masy wodnej spadającej ze skalnego progu,
ale wysokością, która zapewnia mu pierwszą lokatę na liście wodospadów świata.
Punktem
wyjściowym do wypraw pod Angela jest mała osada Canaima. Można do niej dotrzeć jedynie
samolotem lub rzeką, poprzez dżunglę, ponad którą wyrastają na wysokość kilkuset
metrów tepuis – góry charakterystyczne wyłącznie dla Wyżyny Gujańskiej. Ich
niezwykłą urodę można porównywać chyba tylko z etiopskimi ambami. Wyróżniają je
strome, najczęściej pionowe ściany i płasko ścięte wierzchołki. Tepuis są
różnego kształtu i wielkości, niektóre przypominają samotne baszty, a inne –
majestatyczne zamczyska. Woda deszczowa zgromadzona na płaskich, pokrytych dżunglą
wierzchołkach tych największych tepuis spada w wielu miejscach z ich stromych, wysokich
ścian tworząc malownicze wodospady. Największy
wśród tepuis to Auyan Tepui – w języku miejscowych Indian Piekielna lub Diabelska
Góra. To właśnie z jego ściany spada Salto Angel – najwyższy wodospad świata.
spełnia
oczekiwania największych malkontentów. Wciąż jeszcze jesteśmy kilkaset metrów od
ściany Auyan Tepui. Z wysoka, z urwiska ponad nami tryska w dół struga spienionej wody,
by w miarę opadania, jeszcze zanim dosięgnie ziemi u stóp potężnej ściany, zamienia
się w chmurę białego pyłu. Wiatr nawiewa drobiny tego pyłu ku nam zraszając koszule,
szorty i obiektywy aparatów. A my, zapomniawszy o mokrych skarpetach i odsłoniętych
karkach, które trzeba przecież osłaniać przed tropikalnym słońcem gapimy się jak
urzeczeni na to niezwykłe dzieło natury.. Wodospad ma prawie kilometr
wysokości… Ktoś obliczył, że Angel jest 16 razy wyższy od oglądanej corocznie
przez miliony turystów Niagary. Jednak jego
niedostępność sprawia, że corocznie dociera do niego tylko kilka tysięcy turystów. Na
pewno jednak nie żałują trudów wyprawy!
Mojej wyprawie pod Angel poświęciłem osobną stronę,
znajdziecie tam więcej zdjęć, mapki i opisy. Aby przejść do tej strony kliknijcie
tutaj: Moja wyprawa pod Angel
na rzece Potaro jest największą atrakcją turystyczną Gujany. Jest on jednym z
najbardziej efektownych wodospadów świata. Ma jeden stopień, 250 metrów
wysokości i 80 do 120 metrów szerokości, zależnie od pory roku. Leżący w
pobliskiej Wenezueli Angel jest wprawdzie cztery razy wyższy, ale nie jest tak szeroki
jak Kaieteur i nie niesie takiej masy wody. Kaieteur ukryty jest głęboko w
dżungli, daleko od osiedli ludzkich i dostęp lądowy jest jeszcze trudniejszy niż do
Angela – ale możliwy dla wytrwałych. Agencje z Georgetown za spore pieniądze
(kilkaset USD od osoby) organizują minimum 4-dniowe ekspedycje kolejno ciężarówkami,
łodziami i pieszo do wodospadu. Alternatywą jest lot nad bujną, gęstą dżunglą
przypominającą gruby, zielony dywan aż do lądowiska, zbudowanego w odległości
zaledwie 15 minut marszu od wodospadu. Po godzinie i 10 minutach lotu gdy samolot
schodzi do lądowania pod skrzydłami otwiera się wspaniały widok “z
lotu ptaka” na wodospad i kanion. Widoki na dole (z krawędzi
kanionu, do którego spada rzeka) są równie wspaniałe. A wokół dziewicza dżungla…
Wiecej o mojej podróży przez trzy Gujany na osobnej
stronie: Trzy Gujany
Kaieteur
o nim, że to największy wodospad Środkowej Ameryki…
Ma 43 metry wysokości.
Leży w zachodniej części Hondurasu. Rzeka Rio Lindo płynie z jeziora
Yojoa napotykając po drodze na skalny próg. Spada z niego z hukiem…. Wejście na teren
parku otaczajacego wodospad jest na poziomie jego progu. Aby w pełni ocenić
rozmiary głównej kaskady trzeba zejść po 138 stopniach (co skrupulatnie
odnotowane jest na tablicy) w dół, nad niższą, 5-metrową kaskadę. Stąd można
spojrzeć za siebie, przez obłok wodnego pyłu, który wiatr najczęściej niesie
właśnie w tą stronę na imponujący główny wodospad. Robi wrażenie! Niestety
ja byłem tam przed południem, gdy słońce świeciło z przeciwka stąd zdjęcie nie
jest zbyt efektowne – starajcie się raczej tak zaplanować swój przyjazd, aby być tam
po południu.
PULHAPANZAK

dość czasu to warto spędzić kilka godzin w kąpielisku, które jest na terenie parku
tuż powyżej głównej kaskady. Nie zapomnijcie jednak o koszulach z długimi
rękawami i repellencie przeciw moskitom – wokół jest bujny, tropikalny las!
Poza wspomnianymi już kamiennymi stopniami bezpośrednie otoczenie
wodospadu jest słabo zagospodarowane. Ryzykujac poślizg na błotnistej ścieżce
można dotrzeć do kilku jeszcze innych punktów widokowych i zrobić trochę lepsze
zdjęcia, jak chociażby to.
W parku
przy wodospadach są stoły piknikowe i miejsca do biwakowania. W pobliżu wodospadu są
mizerne ruiny z czasów jakiejś nieustalonej do końca cywilizacji – przewodnik może was
tam zaprowadzić, ale to żadna rewelacja…

podwinąć nogawki i odżałować dolara dla chłopaka, który mieni się miejscowym
przewodnikiem, aby przeprowadził Was przez sitowie na próg wodospadu (ostrożnie!)
Wrażenia i widok w dół (patrz zdjęcie obok) są niezapomniane! Stąd dopiero
widać, że poniżej głównej kaskady jest jeszcze kilka mniejszych….
Do Pulhapanzaka najłatwiej dotrzeć autobusem z San Pedro Sula. Wsiada
się w klekoczący autobus z napisem “El Mochito” i za 10 lempira jedzie
pierwszą godzinę szosą w kierunku Tegucigalpy. Potem skręca się w prawo na szutrową
drogę by po kolejnej godzinie dotrzeć do wioski Bella Vista. Tu wysiada się i po około
20 minutach pieszej wędrówki dobrą drogą dociera do bramy parku, gdzie trzeba
zapłacić kolejne 10 lempira za wstęp. Podobno w weekendy bywa tu tłoczno, ale ja
byłem tam w zwykły dzień – i byłem jedynym turystą w polu widzenia (co pozwala
kontemplować w skupieniu uroki przyrody, ale nie zawsze jest bezpieczne…)
Więcej o mojej podróży przez Honduras na osobnej stronie: “Honduras 98”
