Biggest waterfalls of the world   – Wojciech Dąbrowski (Waterfalls.htm)

Wodosp_tyt_pl.jpg (17017 bytes)

Wojciech Dabrowski – Biggest

waterfalls of the world

Jest coś, co mnie urzeka w tym szumie

i huku mas spienionej wody… Wśród niezwykłych zjawisk przyrodniczych z dynamizmem

wodospadów mogą konkurować chyba tylko: wzburzone morze i buchające gejzery.  

Podczas samotnych wędrówek po świecie udało mi się zobaczyć na własne oczy kilka

spośród największych wodospadów: od położonej w centrum cywilizowanego świata

Niagary do ukrytego w wenezuelskiej dżungli Angela… Oto one:

NIAGARA

niagara_clos33.jpg (17570 bytes)

Horseshoe

Na mapie kanadyjskiej prowincji Ontario widać to wyraźnie: dwa wielkie

jeziora: Erie i Ontario łączy rzeka Niagara mająca zaledwie 56 kilometrów długości.

Wzdłuż nurtu rzeki przebiega granica państwowa miedzy USA i Kanadą.  Mniej

więcej w połowie jej biegu zaznaczona jest czerwonym kolorem nazwa Niagara Falls –

Wodospady Niagara, jedna z największych atrakcji turystycznych kontynentu.

  Z Toronto do miasteczka Niagara Falls przyjechałem autobusem Greyhounda.

Gdy umilkł warkot autobusowego silnika usłyszałem dochodzący zza ściany zieleni

jednostajny szum. W górze, nad linią drzew unosiło sie coś jakby opadający ku ziemi

biały obłok. Kilka minut spaceru i mogę wreszcie spojrzeć na legendarną Niagarę. Z

wysokości niewielkiego wzgórza i odległości kilkuset metrów wygląda jak olbrzymi

gar, przez którego brzeg wlewają się do wnętrza setki ton spienionej wody, a z

wrzącego dna bucha w górę chmura pary.

Zbliżając się do wodospadu szeroko

rozlana rzeka rozdwaja się opływając Kozią Wyspę. Główny nurt biegnie ku wielkiemu

wodospadowi nazwanemu Horseshoe – Podkowa. Boczna odnoga – niosąca podobno tylko 10

procent masy wodnej spada nieco dalej z południowej ściany kanionu tworząc mniejszy

wodospad “amerykański”, nazwany tak ponieważ leży w całości po amerykańskiej

stronie granicy.

niagara_hs1_33.jpg (18792 bytes)

Horseshoe

Z

kanadyjskiej strony widok obu wodospadów jest bardziej

efektowny. Pewnie dlatego ta strona rzeki jest znacznie lepiej zagospodarowana. Wzdłuż

promenady rozsiane są tu punkty widokowe z lunetami uruchamianymi ćwierćdolarową

monetą. Dreszczyk emocji towarzyszy turystom na platformie, która znajduje się zaledwie

kilka metrów od progu wodospadu: gdy patrzy się na uciekające w dół masy wody wydaje

się, że za chwilę razem z nimi usunie się ziemia spod twoich stóp. Obok – wejście do

tunelu prowadzącego pod wielki wodospad. Za kilka dolarów można tu wypożyczyć na 20 minut przeciwdeszczową

odzież, bo tam na dole jest bardzo mokro.

Wizyta nad Niagarą nie byłaby

spełniona bez przejażdżki spacerowym statkiem, który podpływa pod sam wodospad.

  zjeżdżamy terenową kolejką na brzeg rzeki. Przy wejściu na statek wręczają

nam siegaą1ce ziemi gumowane płaszcze z kapturami. Odbijamy.

niagara_am33.jpg (19465 bytes)

American

Fall

Pokład drży od gwałtownej pracy

silników – szybkość prądu wynosi tu podobno aż 45 km/godz. -Po lewej wodospad

amerykański, szeroki na 220 metrów, wysoki na 56… – płynie głos z magnetofonowej

taśmy. Prawdziwe emocje zaczynają się jednak dopiero pod dwukrotnie szerszą

“podkową”, gdzie w spienionej topieli huśta łupiną statku jak na pełnym morzu. W

odległości 20 metrów od kaskady widoczność staje sie bardzo ograniczona. Strugi wody

sieką po twarzy; Amerykanki popiskują z wrażenia.  Zawracamy. Pasażerowie

rozcierają zgrabiałe nagle ręce. Na przystani czeka już następna grupa amatorów

silnych wrażen.  Corocznie przybywa oglądać Niagarę kilkanaście milionów

turystów. Ludzie interesu nie przepuszczą takiej szansy: dziś sam wodospad to tylko

przedsmak tego, co czeka turystów w Niagara Falls. Różnej wielkości wieże widokowe,

kolejka linowa, gigantyczny lunapark, delfinarium i akwarium, gabinety figur woskowych,

nie mówiąc już o hotelach, motelach i rozbudowanej gastronomii. Komercja, komercja…

Niagara sprzedaje się bardzo dobrze!

Czarna ściana skalnego kanionu ma

wysokość ponad stu metrów.  W różnych punktach szerokiego na ponad 1,5 kilometra

progu spadają w dół mniejsze i większe wały spienionej wody.  Dna kanionu nie

widać – przesłania je bez przerwy tuman wodnego pyłu. Dym Który Grzmi – tak nazwali

wodospady tubylcy – robi wrażenie nie tylko na Afrykanach. Szczególnie w drugiej

połowie dnia, gdy słonce świeci w plecy zapatrzonego turysty. Trudno wtedy oderwać

wzrok od wspaniałego pejzażu przecinanego olśniewającymi łukami wielobarwnych tęcz.

Wzdłuż krawędzi przepaścistego

kanionu po stronie Zimbabwe prowadzi wygodna, asfaltowana ścieżka. Jednak gdy wiatr wieje

z północy trudno nią przemknąć bez poddania się przymusowemu prysznicowi. Spotykam

sporo turystów – głównie z RPA. Fotografują się naprzeciwko głównej kaskady, gdzie

stoi statua słynnego podróżnika Davida Livingstone’a, który w 1885 roku jako

pierwszy biały człowiek zobaczył to miejsce i nazwał wodospady imieniem królowej

Wiktorii.

Za jedne 10 dolarów opłaty wizowej

uiszczonej na granicznym posterunku można przekroczyć zawieszony ponad kanionem żelazny

most i znaleźć się w sąsiednim, niezbyt bezpiecznym kraju – Zambii. Zaraz za

posterunkiem celnym, w bramie parku narodowego inkasują tu od turystów kolejne trzy

dolary. Potem można pomaszerować ścieżką nad krawędź kanionu, by zobaczyć

naprzeciwko przedłużenie tego samego progu, którego początek widzieliście po tamtej

stronie granicy. Po stronie Zambii leży około 1/3 jego długości. Ścieżka

poprowadzona dla turystów przebiega tu bliżej urwiska, ale zagospodarowanie terenu parku

jest znacznie skromniejsze niż po stronie Zimbabwe.

VICTORIA

Wd27Victoria33.jpg (19424 bytes)

 

Tyss  Yssat

TyssYsat.JPG (11595 bytes)

Wyruszyliśmy

rozklekotanym autobusikiem z Bahr Dar.   Po trzech kwadransach karkołomnej

jazdy kierowca zostawił nas w samym środku wioski Tyss Abbaj, gdzie na brzegu

Błękitnego Nilu odbywał się akurat poranny targ.  Potem  maszerowałem

jeszcze blisko pół godziny ścieżką, przez stary kamienny most, razem z miejscowymi

chłopami ubranymi w zgrzebne szammy.  W końcu usłyszałem pomruk wielkiego

wodospadu.  To był on – Tyss Yssat. Ścieżka doprowadziła mnie na naturalny taras,

górujący ponad kaskadami. Po przeciwnej stronie wąwozu rozlana szeroko na kilkaset

metrów rzeka spadała z hukiem z wysokiego na jakieś 45 metrów progu…

               Nil

Błękitny rodzi się w Etiopii – wypływa z Jeziora Tana, o którym piszą, że jest

najwyżej położonym jeziorem Afryki. Po przebyciu kilkudziesięciu kilometrów pokonuje

skalne progi tworząc jeden z najbardziej spektakularnych afrykańskich wodospadów.

Krajowcy nazywają go Tyss Yssat – Dym Ognia.

Sutherland

  sutherl1_33.jpg (23738 bytes)  sutherl2_33.jpg (26477 bytes)

   

Nowozelandczycy piszą o Milford Track, że to najwspanialszy pieszy szlak na

świecie.  Prowadzi od górskiego jeziora Te Anau do słynnego fiordu Milford.

Przebywa się go w 4 dni.  Podczas drugiego dnia wędrówki padało i obawiałem

się, czy przez chmurę mżawki w ogóle zobaczę najwyższe wodospady Nowej Zelandii.

   Trzeciego dnia pokazało się jednak słońce!  Aby zobaczyć Wodospady

Sutherland trzeba było  zboczyć około 45 minut z głównej trasy.   

Mają  łącznie w trzech kaskadach 580 (wg innych źródeł – 630) metrów 

wysokości, co plasuje je wśród najwyższych wodospadów świata. Gdy w końcu w

przemoczonych  pionierkach stanąłem na brzegu jeziorka, do którego spada dolna

kaskada wiatr zmienił nagle kierunek i znalazłem się pod przymusowym prysznicem…

Niestety, nie udało mi się znaleźć dobrego miejsca dla zdjęcia, które mogłoby

pokazać  wodospady w całości.   Właśnie Wodospady Sutherland z całej trasy

Milford Track najbardziej utkwiły mi w pamięci (zaraz po nich – piekielne, kąsające

  muszki sandflies, które potrafią obrzydzić turyście najwspanialsze

widoki – zabierzcie ze sobą dobry repellent!)

Iguasu

Iguassu93.JPG (24903 bytes)

   

Najwspanialszy z  wodospadów  leży w pobliżu miejsca, gdzie zbiegają się

granice trzech krajów: Argentyny, Brazylii i Paragwaju. Od stolic wszystkich tych krajów

dzielą go potężne odległości.    Mimo to sława Iguasu sprawia, że

przybywają tu tysiące turystów z całego świata. To dla nich po obu stronach granicy

wybudowano tu lotniska.

              

Byłem we wszystkich krajach Poludniowej Ameryki.  Gdyby ktoś kazał mi teraz

wybrać jedno, jedyne miejsce na tym kontynencie do którego mógłbym raz jeszcze

powrócić na pewno byłby to ten wodospad.  To on dla mnie zawsze będzie  

“NUMBER  ONE” tego kontynentu…

Wzdłuż rzeki o nazwie Iguasu -Wielka Woda – przebiega granica miedzy

Argentyną i Brazylią. Kilkanaście kilometrów od swojego ujścia do Parany rzeka

pokonuje wysokie progi. Zmierzałem do tych wodospadów z pewną rezerwą i zarazem

ciekawością.    Widziałem wcześniej Niagarę i efektowne, choć rzadko

odwiedzane wodospady Tyss Yssat na Błękitnym Nilu w Etiopii (patrz wyżej). Czy oddalone

od głównych szlaków komunikacyjnych Iguasu okażą się warte kilkuset kilometrów

trasy,  które nadłożyłem, by je zobaczyć?

Już przy

hotelu zbudowanym po brazylijskiej stronie granicy słychać nieustanny szum i głuchy

pomruk spadającej wody, ale nic jeszcze nie zapowiada rozmiarów spektaklu, który

rozpoczyna się nieco niżej, na początku betonowej ścieżki biegnącej zboczem kanionu.

Iguassu95.JPG (9333 bytes)

Iguassu94.JPG (22014 bytes)

Tak, oczekiwałem dużego wodospadu, ale to

co zobaczyłem przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Naprzeciwko, po drugiej stronie

szerokiego wąwozu ciągnie się skalny próg długi na ponad trzy kilometry. Masy

spienionej, rdzawej o tej porze roku wody spadają z niego w dziesiątkach, czy nawet

setkach wodospadów: od cienkich warkoczy do gigantycznych wałów wodnych. Wydaje się,

że ziemia drży pod uderzeniami tysięcy ton wody,

opadających nieustannie w skalne koryto kanionu z wysokości ponad

siedemdziesięciu

metrów. Daleko, za obłokiem z drobinek wody huczy i kłębi się najbardziej efektowna

kaskada – Garganta do Diabo – Diabelska Gardziel. 

Każda z

kilkudziesięciu kaskad ma tu własne imię.  Solidna, betonowa kładka spowita w

chmurach wodnego pyłu prowadzi na urwisko nad wodospadem Santa Maria skąd zajrzeć

można do wnętrza Diabelskiej Gardzieli. Po chwili koszula i spodnie są już mokre, ale

przy panującym tu upale taki przymusowy prysznic można zaliczyć tylko do

przyjemności. Wracam na główną ścieżkę. Z platformy na jej krańcu można

wyciągniętą ręką dosięgnąć spadających z wysoka wód kaskady Floriano… Piszą w

przewodniku, że przy realizacji wielkiego spektaklu, jakim jest Iguasu Argentynie

przypadło posiadanie sceny, a Brazylii widowni. Rzeczywiście, widok z brazylijskiego

brzegu jest bardziej spektakularny.

Z mapką w ręku wracam ścieżką w

kierunku hotelu trawersując bujne, zielone zarośla na zboczu kanionu. Podziwiam rosnące

tu białe orchidee i całe chmury bajecznie kolorowych motyli. Wreszcie przystaję

zaskoczony: w odległości kilku metrów od ścieżki siedzi na gałęzi duży, czarny

tukan z zakrzywionym, pomarańczowym dziobem. Wygląda jak wypchany eksponat z

przyrodniczego muzeum. Ożywa dopiero na odgłos nadchodzących turystów.

Iguassu96.JPG (14625 bytes)

Iguassu97.JPG (20721 bytes)

    Jak porównywać wielkość wodospadów? Któremu przyznać

przysłowiową palmę pierwszeństwa?    Jak ustalić kryteria oceny?

Według ilości przepływającej wody?    Czy może według szerokości

progu?     A może według wysokości  głównej kaskady?  

Jest w świecie wiele wodospadów wyższych od Iguasu.    Ale nie tylko

wysokość decyduje o wrażeniu, jakie wywołuje to wielkie widowisko. Nie bez znaczenia

jest ogromna ilość wody niesionej przez rzekę oraz malownicze położenie i

występująca tu oprawa z bujnej, tropikalnej roślinności.   I tu, jak mi się

wydaje, Iguasu bije wszystkich swoich konkurentów na głowę!

Niezwykłych

wrażeń dostarcza przelot samolotem lub helikopterem ponad Wielkim wodospadem… 

Podczas mojego pobytu nad Iguasu nie miałem możliwości spojrzenia na giganta z tej

perspektywy.  W kilka lat później miał to szczęście mój przyjaciel i kompan z

podróży – Staszek Gębski.  Dzięki jego uprzejmości mogę wam pokazać obok

wykonane przez niego zdjęcie. Widać, że kolor wody w rzece był zupełnie inny – o tej

porze roku rzeka nie niosła czerwonego mułu. Gdy Staszek robił to zdjęcie helikopter

wisiał ponad brazylijskim brzegiem. Pierwsza kaskada po lewej to Floriano, na skraj

którego można dojść i którego niegdyś fotografowałem z bliska. Na dole widać

nitkę wąskiej estakady, która prowadzi do punktu obserwacyjnego na urwisku. To stamtąd

właśnie przemoczony wodnym pyłem zaglądałem w głąb Diabelskiej Gardzieli… 

IguasuSG2m.jpg (29715 bytes)

Vettisfoss

NoVeti2.jpg (19909 bytes)

Honoru Europy

w mojej kolekcji broni najwyższy wodospad Norwegii i zarazem Północnej Europy –

Vettisfoss.  W zachodniej Norwegii którą odwiedziłem w 2000 roku mniejsze i

większe wodospady są powszednim widokiem. Ale aby dotrzeć do tego najwyższego,

ukrytego o krok od krainy fiordów trzeba dojechać najpierw do miejscowosci Ovre Ardal

leżącej u krańca Sogne Fiordu. Z tej osady wąska asfaltowa droga prowadzi przez około

6 km w górę – do Hjelle.  Tam, przy spadającym ze skalnej ściany wodospadzie

trzeba zostawić środek lokomocji i pomaszerować w górę doliny Vetti przekraczając

kilka razy  huczacą rzekę.  Dobra szutrowa droga kończy się po godzinie

ostrego marszu przy zabudowaniach schroniska. Stąd słabo przetartą ścieżką, po

głazach i osypiskach szedłem jeszcze jakieś pół godziny… Vettisfoss schowany jest

za narożnikiem skały i wyłania się nagle dopiero wtedy, gdy dochodzi się do

wypływającej spod niego rzeki. Widok jest wart wysiłku: wodna kaskada  ma 270

metrów wysokości !

Gullfoss

Gulfoss1.jpg (10811 bytes)

          

Islandia znana jest ze swoich wodospadów.  Złoty Wodospad (Gullfoss) nie jest wcale największym spośród nich, ale jest chyba

najbardziej malowniczy. Ma dwie prostopadłe kaskady: górna jest

wysoka na 11 metrów, a dolna – na 21.  Do kanionu w dole spadają tu podobno

średnio 103 metry3 wody na sekundę. Wodospad miał zniknąć w wyniku budowy

tamy i elektrowni, ale mieszkająca w pobliżu wieśniaczka wybrała się do stolicy i

protestowała tak skutecznie, że obroniła ten cud natury.   Gdzie diabeł nie

może, tam pośle….

              

Dzięki temu, że Gulfoss leży stosunkowo blisko stolicy i przy tym  w odległości

zaledwie 7 kilometrów od innej wielkiej atrakcji – gejzeru Stokkur odwiedzają go w

każdym sezonie tysiące turystów.   Dojazd nie jest trudny: zwykły autobus ze

stolicy do Gullfoss przez Geysir kosztuje 21 USD w jedną stronę.  Zabiera około

2,5 godziny, z  Reykjaviku są tu 2-3 połączenia w ciągu dnia.   Można

też go odwiedzić w ramach standardowej wycieczki autokarowej oferowanej (także

indywidualnym turystom) przez biura podróży ze stolicy.  Wycieczki wyruszają

codziennie z terminalu autobusowego w Reykjaviku około godz 9.00 – koszt ok. 70 USD.

ANGEL

Wdb13.JPG (5594 bytes)

Wielkość Angela rozpatrywana musi być w zupełnie innych

kategoriach.  Nie imponuje on ilością masy wodnej spadającej ze skalnego progu,

ale wysokością, która zapewnia mu pierwszą lokatę na liście wodospadów świata.

Punktem

wyjściowym do wypraw pod Angela jest mała osada Canaima. Można do niej dotrzeć jedynie

samolotem lub rzeką, poprzez dżunglę, ponad którą wyrastają na wysokość kilkuset

metrów tepuis – góry charakterystyczne wyłącznie dla Wyżyny Gujańskiej. Ich

niezwykłą urodę można porównywać chyba tylko z etiopskimi ambami. Wyróżniają je

strome, najczęściej pionowe ściany i płasko ścięte wierzchołki. Tepuis są

różnego kształtu i wielkości, niektóre przypominają samotne baszty, a inne –

majestatyczne zamczyska. Woda deszczowa zgromadzona na płaskich, pokrytych dżunglą

wierzchołkach tych największych tepuis spada w wielu miejscach z ich stromych, wysokich

ścian tworząc malownicze wodospady. Największy

wśród tepuis to Auyan Tepui – w języku miejscowych Indian Piekielna lub Diabelska

Góra. To właśnie z jego ściany spada Salto Angel – najwyższy wodospad świata.

Widok z Mirador Laime – bo tak nazywa się to miejsce –

spełnia

oczekiwania największych malkontentów. Wciąż jeszcze jesteśmy kilkaset metrów od

ściany Auyan Tepui. Z wysoka, z urwiska ponad nami tryska w dół struga spienionej wody,

by w miarę opadania, jeszcze zanim dosięgnie ziemi u stóp potężnej ściany, zamienia

się w chmurę białego pyłu. Wiatr nawiewa drobiny tego pyłu ku nam zraszając koszule,

szorty i obiektywy aparatów. A my, zapomniawszy o mokrych skarpetach i odsłoniętych

karkach, które trzeba przecież osłaniać przed tropikalnym słońcem gapimy się jak

urzeczeni na to niezwykłe dzieło natury..  Wodospad ma prawie kilometr

wysokości… Ktoś obliczył, że Angel jest 16 razy wyższy od oglądanej corocznie

przez miliony turystów Niagary. Jednak jego

niedostępność sprawia, że corocznie dociera do niego tylko kilka tysięcy turystów. Na

pewno jednak nie żałują trudów wyprawy!

Mojej wyprawie pod Angel poświęciłem osobną stronę,

znajdziecie tam więcej zdjęć, mapki i opisy. Aby przejść do tej strony kliknijcie

tutaj:  Moja wyprawa pod Angel

Wdb09.JPG (7899 bytes)

Wodospad Kaieteur

  na rzece Potaro jest największą atrakcją turystyczną Gujany. Jest on jednym z

najbardziej efektownych wodospadów świata.  Ma jeden stopień,  250 metrów

wysokości i  80 do 120 metrów szerokości, zależnie od pory roku. Leżący w

pobliskiej Wenezueli Angel jest wprawdzie cztery razy wyższy, ale nie jest tak szeroki

jak Kaieteur i nie niesie takiej masy wody. Kaieteur  ukryty  jest głęboko w

dżungli, daleko od osiedli ludzkich i dostęp lądowy jest jeszcze trudniejszy niż do

Angela – ale możliwy dla wytrwałych.  Agencje z Georgetown za spore pieniądze

(kilkaset USD od osoby) organizują minimum 4-dniowe ekspedycje kolejno ciężarówkami,

łodziami i pieszo do wodospadu.  Alternatywą jest lot nad bujną, gęstą dżunglą

przypominającą gruby, zielony dywan aż do lądowiska, zbudowanego w odległości

zaledwie 15 minut marszu od wodospadu.  Po godzinie i 10 minutach lotu gdy samolot

schodzi do lądowania pod skrzydłami  otwiera się  wspaniały widok “z

lotu ptaka”  na wodospad i kanion.  Widoki  na dole (z krawędzi

kanionu, do którego spada rzeka) są równie wspaniałe. A wokół dziewicza dżungla…

Wiecej o mojej podróży przez trzy Gujany na osobnej

stronie:  Trzy Gujany

Kaieteur

kaieteur.JPG (15706 bytes)

...Piszą

o nim, że to największy wodospad Środkowej Ameryki…

    Ma 43 metry wysokości.

   Leży w zachodniej części Hondurasu. Rzeka Rio Lindo płynie z jeziora

Yojoa napotykając po drodze na skalny próg. Spada z niego z hukiem…. Wejście na teren

parku otaczajacego wodospad jest na poziomie jego progu.  Aby w pełni ocenić

rozmiary  głównej kaskady  trzeba zejść po 138 stopniach (co skrupulatnie

odnotowane jest na tablicy) w dół, nad niższą, 5-metrową kaskadę. Stąd można

spojrzeć za siebie, przez obłok wodnego pyłu, który wiatr najczęściej niesie

właśnie w tą stronę na imponujący główny wodospad. Robi wrażenie!  Niestety

ja byłem tam przed południem, gdy słońce świeciło z przeciwka stąd zdjęcie nie

jest zbyt efektowne – starajcie się raczej tak zaplanować swój przyjazd, aby być tam

po południu.

PULHAPANZAK

hon41.jpg (18810 bytes)

Jeżeli jest

dość czasu to warto spędzić kilka godzin w kąpielisku, które jest na terenie parku

tuż powyżej głównej kaskady.  Nie zapomnijcie jednak o koszulach z długimi

rękawami i repellencie przeciw moskitom – wokół jest bujny, tropikalny las!

    Poza wspomnianymi już kamiennymi stopniami bezpośrednie otoczenie

wodospadu jest słabo zagospodarowane. Ryzykujac poślizg na błotnistej  ścieżce

można dotrzeć do kilku jeszcze innych punktów widokowych i zrobić trochę lepsze

zdjęcia, jak chociażby to.

W parku

przy wodospadach są stoły piknikowe i miejsca do biwakowania. W pobliżu wodospadu są

mizerne ruiny z czasów jakiejś nieustalonej do końca cywilizacji – przewodnik może was

tam zaprowadzić, ale to żadna rewelacja…

hon43.jpg (17464 bytes)

Warto natomiast

podwinąć nogawki i odżałować dolara dla chłopaka, który mieni się miejscowym

przewodnikiem, aby przeprowadził Was przez sitowie na próg wodospadu (ostrożnie!)

Wrażenia i widok w dół (patrz zdjęcie obok) są niezapomniane!  Stąd dopiero

widać,   że poniżej głównej kaskady jest jeszcze kilka mniejszych….

Do Pulhapanzaka najłatwiej dotrzeć autobusem z San Pedro Sula. Wsiada

się w klekoczący autobus z napisem  “El Mochito” i za 10 lempira jedzie

pierwszą godzinę szosą w kierunku Tegucigalpy. Potem skręca się w prawo na szutrową

drogę by po kolejnej godzinie dotrzeć do wioski Bella Vista. Tu wysiada się i po około

20 minutach pieszej wędrówki dobrą drogą dociera do bramy parku, gdzie trzeba

zapłacić kolejne 10 lempira za wstęp. Podobno w weekendy bywa tu tłoczno, ale ja

byłem tam w zwykły dzień – i byłem jedynym turystą w polu widzenia (co pozwala

kontemplować w skupieniu uroki przyrody, ale nie zawsze jest bezpieczne…)  

Więcej o mojej podróży przez Honduras na osobnej stronie: “Honduras 98”

hon44.jpg (24546 bytes)