Wojtek Dabrowski – Powrót do Ameryk, część 3: Meksyk i Kostaryka – porty Pacyfiku (UScanal3.htm)

 


November in Poland is a time of  the rainy

weather, cold, short and dark days. That’s why I try to take advantage of

the end of each year to travel to warmer regions of the world, to know new

places, take a look at the previously visited places from a new perspective

and experience new adventures. Also in 2013 I set out on such a

journey.

Aboard

the LOT Dreamliner I flew to New York. From there, the train took me via

Chicago to San Francisco, traversing the territory of the United States from

the Atlantic coast to the Pacific – this time by rail. About this part of

the trip I wrote the first part of

the report. Then using rented car I traveled along the California coast

from San Francisco to Los Angeles. About my stay in San Francisco and the

miles driven along the coast you can read in the

second part of the

report. On this page I write about sailing aboard the inexpensive cruise ship

south

– to the Panama Canal.

Details of the sailed route are shown on the map below…


Listopad to w Polsce czas dżdżystej pogody, chłodu,

krótkich i ciemnych dni. Dlatego staram się wykorzystać końcówkę każdego

roku na podróże do cieplejszych regionów świata, by poznać nowe miejsca,

spojrzeć na te wcześniej odwiedzone z nowej perspektywy i przeżyć nowe

przygody. Także i w 2013 roku wyruszyłem w taką podróż.

Dreamlinerem przyleciałem do Nowego Jorku. Stamtąd pociągiem przez Chicago

dotarłem do San Francisco, przemierzając terytorium Stanów Zjednoczonych od

wybrzeża Atlantyku do Pacyfiku. O tej części podróży napisałem

w pierwszej części relacji. Następnie wynajętym

samochodem przemierzyłem wybrzeże Kalifornii od San Francisco do Los Angeles.

O tej malowniczej trasie piszę w drugiej części

relacji: Kalifornia. Wreszcie 

statkiem taniej linii popłynąłem z San Pedro koło Los Angeles na południe – przez Kanał Panamski – aż na Florydę.

Szczegóły całej trasy pokazałem na mapce obok…

Moja morska przygoda rozpoczęła

się tym razem w terminalu morskim w dzielnicy San Pedro gdzie zaokrętowałem

się na tani statek. Typowa procedura związana z wejściem na statek wygląda w

ten sposób: – najpierw oddaje się bagażowym ciężki bagaż zaopatrzony w

zawieszkę z numerem kabiny (dostarczą go do waszej kabiny). Potem staje się

w kolejkę do rejestracji, gdzie sprawdzają bilety, paszporty i wizy i wydają

karty identyfikacyjne, będące jednocześnie kluczami do kabin. Podczas

rejestracji trzeba przedstawić także kartę płatniczą, która ostatniego dnia

rejsu zostanie obciążona sumą wydatków pasażera na pokładzie. Potem z

podręcznym bagażem przechodzi się przez security control i nareszcie

można iść na pokład. Jeszcze tylko po drodze zrobią wam zdjęcie, które

będzie wyświetlane na monitorze ochrony przy wychodzeniu i schodzeniu ze

statku.  To wszystko zabiera minimum godzinę.

LaxOLY370BIG.jpg

We were

leaving the port of Los Angeles  at sunset. It is always a very nice

moment – cruise ship passengers all turn out for the open decks. I must

admit that on this day the departure moment was particularly spectacular.

When we passed the breakwater’ head sun just touched the horizon:

Z portu Los

Angeles wychodziliśmy o zachodzie słońca. Zawsze jest to bardzo miły moment

rejsu,

wszyscy pasażerowie statku wylegają na odkryte pokłady. I trzeba

przyznać, że tego dnia wyjście było szczególnie spektakularne. W momencie, gdy

mijaliśmy główkę falochronu słońce dotknęło horyzontu:

Lax724big.jpg


The next day was a day at sea or sea day,

during which we sailed along the shore of the Californian Peninsula. It was

time to learn a little of this ship, which became my home for the next two

weeks. And it is not easy, because such a big ship is like a labyrinth. At

the beginning you have to remember the way from his cabin to the dining

room. I lived in the inside cabin  – not having windows – in the bow. 

Inside cabin is usually 15-20% cheaper than the outside. Lack of daylight

did not matter to me, because I just spent almost the entire day outside the

cabin. From the deck you can admire the scenery:

Następny dzień był to dzień w

morzu czyli sea day, podczas którego płynęliśmy w wzdłuż brzegu

Półwyspu Kalifornijskiego. Był czas aby nauczyć się trochę tego statku,

który miał być moim domem przez następne dwa tygodnie. A nie jest to proste,

bo taki wielki statek to prawdziwy labirynt. Na początek wypada zapamiętać

drogę ze swojej kabiny do jadalni. Mieszkałem w kabinie wewnętrznej – nie

posiadającej okien – na dziobie, taka kabina jest z reguły 15-20% tańsza od

zewnętrznej. Brak światła dziennego nie miał dla mnie znaczenia, bo i tak

prawie cały dzień spędzałem poza kabiną. Z pokładu można było podziwiać

krajobrazy:

Cabo733big.jpg


Cabo San Lucas (Cape Saint Luke)

lies at the end of a long Peninsula of California. The tip of the peninsula

formed a picturesque rocks, between which are hidden secluded beaches. It is

worth to be on the open deck when the ship enters the bay – to be able to

photograph this part of the landscape:

Cabo

San Lucas (Przylądek Świętego Łukasza) leży na samym końcu długiego

Półwyspu Kalifornijskiego. Sam czubek półwyspu tworzą malownicze skały,

między którymi ukryte są ustronne plaże. Warto być na pokładzie, gdy statek

wchodzi do zatoki, by móc sfotografować ten fragment krajobrazu:

cabo380big.jpg

Often on these

rocks  frolicking and basking sea lions can be seen. Boat owners offer

short trip from Cabo to the rocks and beaches. When you gather a few people,

then you can go there now for $ 10 … And so they look the same rocks from

the side of the bay:

Często na tych skałkach można

zobaczyć baraszkujące i wylegujące się lwy morskie. Właściciele łodzi

oferują krótkie wycieczki z Cabo do tych skał i plaż. Gdy zbierze się kilka

osób, to można popłynąć tam już za 10 dolarów… A tak wyglądają te same skały

od strony zatoki:

cabo759big.jpg

The locals

call these rocks Los Arcos or Arches. At least one of them – you see it on

the picture above- is very picturesque and often reproduced on postcards.

Between high rocks hid secluded Lovers Beach, which can only be reached by

boat:

Miejscowi nazywają te skały Los

Arcos czyli Łuki. Co najmniej jeden z nich – widoczny na zdjęciu powyżej

jest bardzo malowniczy i często reprodukowany na pocztówkach. Między wysokimi skałami ukryła

się ustronna Lovers Beach – Plaża Kochanków, na którą można dotrzeć

jedynie łodzią:

Cabo761big.jpg

Beaches of

Cabo ale lovely! But I was more attracted by the hill towering above the

area of the village. This was my third visit to Cabo, but  I never

managed to climb up there, to enjoy the panorama. I assumed that the view

must be beautiful … I decided to try it!

Ale mnie bardziej od plaży

pociągało wzgórze górujące nad tą wypoczynkową miejscowością. Była to moja

trzecia wizyta w Cabo, ale nigdy wcześniej nie udało mi się wspiąć tam na

górę dla podziwiania panoramy okolicy. Przypuszczałem, że widok jest

piękny… Postanowiłem spróbować!

Cabo752big.jpg

Cabo San Lucas

does not have a dock where ships could moor. They anchor in the bay, and

carries passengers to the land by tenders, or large speedboats – such as one

on the picture below. By the way, you can enjoy a whole range of modern

hotels built along the beach:

W Cabo San Lucas nie ma nabrzeża

przy którym mogłyby zacumować pasażerskie statki. Kotwiczą one w zatoce, a

pasażerów wiezie się na ląd tenderami, czyli dużymi motorówkami – takimi jak

na zdjęciu poniżej. Przy okazji można podziwiać cały szereg nowoczesnych

hoteli wybudowanych wzdłuż plaży:

CaboOLY392BIG.jpg

Na małym molo w jachtowym

porciku, gdzie nas wysadzili kwitnie turystyczny biznes. Pasażerowie statków

od pierwszej chwili wydani są na pastwę sklepikarzy, restauratorów, organizatorów wycieczek,

właścicieli łódek i żaglówek.  Barwnie ubrane kobiety (to ma być strój

Majów)) chętnie pozują do zdjęć z turystami. Oczywiście nie bezinteresownie. 

🙂

W barwnym tłumie znacznie

trudniej jest dostrzec autentyczny folklor. Kobieta na zdjęciu obok to

Indianka, która przyszła do kramu sprzedać pośrednikowi wyroby artystycznego

rękodzieła.  

Wśród tej

zmasowanej komercji trudno jest o kontakt ze zwykłymi ludźmi. Ale jak

widzicie mnie się udało…

 

 

Trzeba

przyznać, że miasteczko Cabo jest bardzo zadbane, a dodatkowego uroku

przydaje mu egzotyczna roślinność, na przykład kaktusy i kwitnące

rododendrony…

 

 

 

 

Centrum

miasteczka skupiło się wokół jachtowego portu – to zaledwie kilka nisko

zabudowanych, sąsiadujących ze sobą uliczek. Tu znalazłem internet cafe,

gdzie można skorzystać z dostępu do sieci o wiele taniej niż na statku,

płacąc 20 pesos za godzinę (za 1 dolara dają tu 12,10 pesos):

Cabo794big.jpg

It was not

easy to climb up the hill  – also because they built there 

residential district, guarded by security guards. But in the end they let me

go. When I stood panting at the top of the hill I recognized that it was

worth the effort! On the picture below you can see the town and the bay,

which  two cruise ships on anchor:

Wdrapać się na wzgórze nie było

łatwo – również dlatego, że budowana tam willowa dzielnica pilnowana jest

przez ochroniarzy. Ale w końcu wpuścili. Kiedy zdyszany stanąłem pod

szczytem mogłem się przekonać, że było warto! Na zdjęciu poniżej widać

miasteczko i zatokę, w której kotwiczą dwa pasażerskie statki:

CaboOLY411big.jpg

When in the

late afternoon tender drove me back to the ship I had the opportunity to

photograph it in all its glory. It has no grace of old ocean liners. It was

just a big, floating hotel on whose decks was packed with as many cabins as

you could. But for me it was important rather that for little cost it moved

me around from port to port, providing accommodation, meals, and in the

evenings – the artistic program…

Gdy późnym popołudniem tender

wiózł mnie na powrót na statek miałem okazję, by sfotografować go w całej

okazałości. Nie miał wcale lekkiej sylwetki dawnych transatlantyków. To był

wielki, pływający hotel na którego pokładach upchano tyle kabin ile się

tylko dało. Ale dla mnie ważne było raczej to, że tanio przemieszczałem się

na nim z portu do portu, mając zapewnione noclegi, posiłki, a wieczorami

także program artystyczny…

CaboOLY428big.jpg

I like very

much this little town on the Mexican Pacific coast we visited on the next

day. Puerto Vallarta has a

charm. I have been here

before – travelling by bus.

Kolejnego poranka byliśmy już w

innym porcie: Puerto

Vallarta jest moim zdaniem jednym z piękniejszych miast na meksykańskim wybrzeżu

Pacyfiku.

Vallarta807big.jpg

Now it was a new look – from the sea. With many new

hotels on the coast and

hilly background Puerto Vallarta looks very nice.

Po raz pierwszy dotarłem tu

kiedyś podróżując przez Meksyk autobusami. Teraz miałem szansę na nowe

spojrzenie – z morza. Z linią eleganckich hoteli wzdłuż plaży i wzgórzami w

tle nowa część miasta prezentuje się pięknie.

Vallartamarina811big.jpg

Disembarking

passengers are entering a nice square with fountains and bronze statues of

two men waving his hat in the direction of visitors. Right next you have a

tourist bazaar full of colorful handicrafts. A few hundred meters away – a

large supermarket Walmart with cheap beer, rum and cosmetics.

Wprost ze statku pasażerowie

wychodzą tu na ładny skwer z fontannami i sylwetkami dwóch spiżowych

mężczyzn powiewających kapeluszem w kierunku przyjezdnych. Tuż obok jest

turystyczny bazar z kolorowym rękodziełem. A kilkaset metrów dalej – duży

supermarket Walmart z tanim piwem, rumem i kosmetykami.

Vallartaship815big.jpg

 
The passenger ship terminal is

located 4 miles north from the old town, where once I

was staying in

the little guesthouse. To avoid expensive taxi you can just go to the main

road and jump on the

“Walmart – centro” local junk bus. It cost only 6,50 pesos each way.

 


But I decided to walk to the Old Town along the line of fancy hotels (it takes

almost 1,5 hours by foot). On the way at “Venetian” hotel there are beautiful

travelers palms to photograph:

 

Ta przystań ma tylko jedną wadę –

daleko stąd do starej, najbardziej malowniczej części miasta. 

Miejscowi dziwili się, że chcę dotrzeć tam pieszo – to 4 mile – ponad 6

kilometrów!

 

Moja piesza

trasa prowadziła najpierw wzdłuż linii apartamentowców i hoteli. Przy jednym

z nich – “Venetian” mogłem sfotografować piękne “drzewa podróżników”, które

Anglosasi nazywają po swojemu the travellers palm.

Vallarta819big.jpg

Potem wyszedłem na plażę,

podążając brzegiem, aż do miejsca, gdzie rozpoczyna się Malecon – piękna nadmorska

promenada.

Vallarta825big.jpg


They have nice palm-fringed Malecon (ocean promenade) 

Even famous Mexican resort of Acapulco does not have such an elegant

promenade with many nice sculptures:

Takiego

pięknego nadmorskiego chodnika nie ma nawet słynne Acapulco! O jego urodzie

przesądzają nie tylko palmy, ale także kilkadziesiąt ustawionych na deptaku

rzeźb. Tu na przykład przyciagaja wzrok Neptun i Syrenka:

VallartaOLY450BIG.jpg

Są wśród tych rzeźb także

bardziej modernistyczne prace. Na sąsiednim zdjęciu widać także, że na

nadmorskim bulwarze rozpoczynają się uliczki, wbiegające pod górę – na

zbocze…

 

Bez trudu rozpoznałem bar Cheeky

Monkey, gdzie podczas mojego poprzedniego pobytu przesiadywałem (nie tyle dla

zimnego piwa, ile dla bezpłatnego internetu). Nic tu się nie zmieniło! 

 

 

W centralnej

części nadmorskiego deptaka jest tu mały amfiteatr z fragmentem “antycznej”

kolumnady wzniesionej za sceną. Przez te łuki wspaniale się ogląda zachodzące słońce…

Vallarta843big.jpg

Na jednej z metalowych ławek przy

promenadzie siedzi odlany w spiżu meksykański bohater narodowy Pancho Villa.

Turyści meksykańscy chętnie się fotografują siadając obok niego.
Sam Pancho to bardzo kontrowersyjna

postać: bandyta, kobieciarz i rewolucjonista w jednej osobie. Zwiedzałem

kiedyś jego dom w Chihuahua – tutaj

znajdziecie relację.

Najpiękniejszą zabytkową budowlą

Puerto Vallarta jest bez wątpienia kościół Matki Bożej z Guadalupe – łatwo rozpoznawalny,

bo na szczycie wieży ma umieszczoną koronę Maryi podtrzymywaną przez anioły. 

 

 

Guadalupe church with the

huge

crown on top of the tower is the main monument of Puerto Vallarta…

 

Jak na biedny Meksyk, to

zarówno wyposażenie jak i zdobnictwo tego kościoła są bogate. Wnętrze kościoła jest

wypełnione światłem wpadającym także przez okna kopuły , a w głównym ołtarzu umieszczony jest wizerunek Matki

Bożej z Guadalupe. W całym Meksyku Madonna z Guadalupe jest tak czczona jak

W Polsce Madonna z Częstochowy… 

Vallarta854BIG.jpg

Puerto

Vallarta lives from tourists. In the cobbled streets of the old part of town

you can find many shops offering tourists a colorful Mexican handicrafts

products. Sometimes the houses look like a hung big and colorful laundry:

Puerto Vallarta żyje z turystów.

W brukowanych uliczkach starej części miasta znaleźć można wiele sklepików

oferujących turystom barwne wyroby meksykańskiego rękodzieła. Czasem taka

ekspozycja wygląda jak rozwieszone wielkie i kolorowe pranie:

VallartaOLY463big.jpg

Często spotka

się wędrownych sprzedawców, w tym dzieci. Zaczepiają przechodniów. Ale nie

są na szczęście zbyt nachalni.

 

 

W drodze powrotnej do przystani

spieszyłem się i skorzystałem z lokalnego rozklekotanego autobusu

oznaczonego

“Walmart – centro”. Bilet kosztował tylko 6,50 pesos. 

 

Podczas

pierwszego pobytu w Puerto Vallarta – gdy wzdłuż meksykańskiego wybrzeża

jechałem autobusami nie miałem okazji posłuchać słynnych meksykańskich mariachis

– zespołów muzycznych grających meksykańską muzykę ludową. Tym razem się

udało!  I nie musiałem wcale ich szukać, bo przyszli ze swoimi instrumentami

na statek (to jeszcze jedna zaleta podróżowania “pasażerem”). To był

wspaniały występ:

Vallarta862.jpg


During my first stay in Puerto Vallarta –

when I was driving along the Mexican coast by buses I did not have a chance

to listen to the famous Mexican mariachis – bands playing Mexican folk

music. This time I was more lucky! I did not have to look for them, because

they came with their instruments aboard.

Były także pokazy meksykańskich

tańców – prawdziwa orgia rytmów i kolorów. Na tym polu oczywiście dominowały

panie:

Vallarta864big.jpg

Powiewały falbaniaste suknie,

trzewiki wystukiwały ogniste rytmy. Ten występ był dla mnie większą atrakcją

niż którakolwiek z broadway’owskich rewii pokazywanych na statku! Artyści

zebrali wielkie brawa i naprawdę żal się było z nimi rozstawać…

VallartaOLY471BIG.jpg

We left Puerto

Vallarta  at sunset. Warm breeze blew. I really like such the romantic

mood. I did not go to the restaurant for dinner (how much you eat? 🙂

Instead I enjoyed such a views. These fellow who went to the restaurant “on

the first shift” ie 6 pm usually skirted this pleasure.

Z Puerto Vallarta wychodziliśmy o

zachodzie słońca. Wiała ciepła bryza. Bardzo lubię takie romantyczne

nastroje. A że nie chodziłem wcale na kolacje do restauracji (bo ileż można

jeść?  🙂  to mogłem do woli cieszyć oczy takimi widokami. Tych

współpasażerów, którzy chodzili do restauracji “na pierwszą zmianę” czyli na

18.00 z reguły omijała ta przyjemność. 

VallartaOLY473big.jpg

Already on the

next morning, our floating hotel moored in the tiny bay of

Huatulco. It’s probably the only place on the west coast of America,

where a large passenger ship can stand so close to the beautiful, clean

beach. Tourists can swim in the sea here, or sip a cold beer at a table

looking at their “floating home”.

 

 

Już następnego

poranka nasz pływający hotel zacumował w maleńkiej zatoce Huatulco.

To chyba jedyne takie miejsce na zachodnim wybrzeżu Ameryki, gdzie wielka

pasażerska jednostka może stanąć tak blisko pięknej, czystej plaży. Turyści

mogą tu pływać w morzu lub popijać przy stolikach zimne piwo patrząc na swój

“pływający dom”.

Na zdjęciu

poniżej macie widok z dziobu naszego statku. Pasażerowie jeszcze nie zeszli

na ląd, więc stoliki pod parasolami świecą pustką. Statki zawijają tu raz,

dwa razy w tygodniu. W pozostałe dni miasteczko jest senne i opustoszałe. 

Te zielone drzewa w prawym górnym rogu zdjęcia to centralny placyk, gdzie

można połączyć się z siecią internetową przez wi-fi!

HuatulcoOLY488.jpg

 

 

Od molo do centralnego placyku i

katolickiej kaplicy Santa Cruz (pełna nazwa tej osady to Santa Cruz de

Huatulco) prowadzi ocieniona palmami handlowa uliczka, w której przycupnęły

sklepiki i zakłady usługowe.

Huatulco jest

bardzo małe – całe centrum miasteczka można obejść w ciągu 20 minut. Poza

wspomnianą kaplicą nie widziałem tam żadnych zabytkowych budynków. Turyści 

chętnie fotografują dwie ładne kamieniczki naśladujące styl kolonialny, stojące w

rogu rynku:

HuatulcoOLY495big.jpg

Huatulco, mimo że takie małe, może

się podobać. Kwitnące drzewa, skrzeczące tropikalne ptaki. Ale kiedy

siedziałem na ławce na głównym placu próbując coś wysłać w świat pogryzły

mnie moskity. I to w biały dzień!  Bądźcie czujni!   🙂

O krok od przystani, na głównym

placyku stał rząd czerwono-białych taksówek. Można nimi dojechać do

okolicznych plaż i miejscowości na wybrzeżu. Na budce taksówkowej kompanii

wywieszona jest nawet oficjalna taryfa, więc korzystając z usług ma się

pewność, że nie jest się oszukiwanym. Ale ja miałem inne plany. Chciałem

podobnie jak podczas poprzedniego pobytu w Huatulco dotrzeć pieszo na

ciekawy punkt widokowy na wzgórzu ponad zatoką.

 

 

W kierunku południowych plaż

prowadzi z Huatulco zupełnie niezła asfaltowa droga. Na skrzyżowaniu za

miasteczkiem trzeba skręcić w lewo – ostro pod górę. Wymowna tablica

(zdjęcie obok) ostrzega  przed niebezpiecznymi zakrętami.

Po czterdziestu minutach marszu

stanąłem ponownie na urwisku ponad małą bazą marynarki wojennej Meksyku.

Uważam że warto było tam przyjść dla takiego oto widoku: 

HuatulcoOLY496big.jpg

Po powrocie do Huatulco zdążyłem

jeszcze popływać w ciepłych wodach zatoki.  A zaraz potem popłynęliśmy

dalej…


The next and last  Mexican port,

which had been visited as Puerto Chiapas. I’ve never

been in a state of Chiapas, adjacent to the border with Guatemala. From

reading I knew that the port was built away from human settlements and that

there is nothing to see. Independent travelers like me had to plan a trip by

themselves. Shipping line proposed excursions for around $ 100, for me

this price was absurd.

Następnym i ostatnim już meksykańskim portem, do którego mieliśmy zawinąć był

Puerto Chiapas. Nigdy wcześniej nie byłem w stanie Chiapas, przylegającym do

granicy z Gwatemalą.    Z lektury wiedziałem, że port

do którego zmierzaliśmy wybudowano z daleka od ludzkich osiedli i że nie ma w nim nic do zobaczenia.

Trzeba było zaplanować sobie jakąś wycieczkę. Linia żeglugowa proponowała

coś takiego – za blisko 100 dolarów, co było dla mnie ceną absurdalną.

Chiapas926.JPG

Z

doświadczenia wiedziałem, że w portach na takich niezbyt zasobnych turystów

jak ja czekają miejscowi operatorzy oferujący wycieczki o podobnym programie

za kilkakrotnie niższą cenę. Po zejściu na ląd – do krytego strzechą

terminalu (na zdjęciu obok) ta teoria się sprawdziła. Trzeba było tylko niewielkiej znajomości

hiszpańskiego, aby się porozumieć i mieć identyczną wycieczkę za 25 dolarów

– 1/4  “statkowej” ceny.  Jedyne ryzyko, jakie ponosi

turysta polega na tym, że w przypadku spóźnionego powrotu “statkowej” grupy

statek na nich czeka, a w przypadku spóźnienia grupy “niezależnej” raczej

nie (choć fakt, że brak części pasażerów na pokładzie jest znany kapitanowi,

bo każde wyjście i wejście pasażera ze statku jest elektronicznie

rejestrowane).

Chiapas937.JPG

From Puerto Chiapas to Tapachula

– the second largest city of the state of Chiapas is only 27 km road, which

many potholes. Along the way, opens a view of the dormant volcano Tacana

having about 4000 meters high. It grows with selwy on the border with

Guatemala. Nearby lie the ruins of the Mayan city of Izapa, we had to visit.

But at the beginning the driver drove us to the quiet provincial town of

Tuxtla Chico, which has kept the typical Mexican color, and – as it turned

out – it has become the most interesting point of the tour.

Tuxtla Chico

There are few towns in Mexico,

where still (as in India) the travelers can drive around by bicycle

rickshaws. Here in Tuxtla Chico there are many, some of them I photographed

at a stand.

Z Puerto Chiapas do Tapachuli – drugiego co do wielkości miasta stanu

Chiapas jest tylko 27 kilometrów drogi, na której mikrobus cierpliwie wymija

dziury w jezdni. Po drodze otwiera się widok na uśpiony wulkan Tacana mający

około 4000 metrów wysokości. Wyrasta on z selwy na granicy z Gwatemalą. 

W pobliżu leżą także ruiny miasta Majów Izapa, które mieliśmy odwiedzić. Ale

na początku kierowca zawiózł nas do cichego, prowincjonalnego miasteczka

Tuxtla Chico, które zachowało typowy meksykański koloryt i które – jak się

okazało – stało się najciekawszym punktem programu wycieczki.

Tuxtla Chico

Niewiele jest

w Meksyku miasteczek, gdzie wciąż jeszcze (jak w Indiach) podróżnych wożą

rowerowe riksze. Tu, w Tuxtla Chico jest ich wiele, kilka sfotografowałem na postoju:

Chiapas969.JPG

Na głównym

placyku miasta na z góry zapowiedzianych turystów z naszego statku (tych po

100 dolarów i tych, co po 25) czekały ubrane w ludowe stroje seniority.

Demonstrowały nie tylko wyroby ludowego rękodzieła (tu wyszywaną białą

bluzeczkę można było kupić już za 10 dolarów – przy statku kosztowała trzy razy

drożej) ale pokazywały także jak wyglądają owoce i ziarna kakaowca i jak

domowym sposobem produkuje się z nich czekoladę.

Na estradzie

na głównym placyku miasta grał ludowy zespół. Młodzież demonstrowała, jak

można z kolorowego piasku usypać kwieciste dywany. Ale czymś, co może

zafascynować turystę w tym mieście jest zwykła bazarowa uliczka wypełniona kramami,

w których sprzedaje się to, co potrzebne jest na co dzień mieszkańcom:

kurczaki i warzywa, garnki i owoce…

Chiapas944.JPG


IZAPA      

Z  Tuxtla Chico jest tylko kilka kilometrów do ruin miasta Majów w

Izapie. Budowle w Izapie Majowie wznieśli w XIII wieku. Skupione są one na

obszarze o rozmiarach 100 na 200 metrów, więc ci z podróżników, którzy widzieli wcześniej

monumentalne budowle Majów w Chichen Itza, Tikalu czy Copan będą

rozczarowani. Ale dla tych, którzy wcześniej takich ruin wcale nie zwiedzali

wizyta w Izapie może być ciekawym wstępem do historii i kultury Majów.

Chiapas977.JPG

Mayan ruins in Izapa. Entry is

free.

Kompleks budowli Izapy nie jest

duży – wstęp tu jest bezpłatny. Nie ma ograniczeń w poruszaniu się po

zabytkach – na wszystkie budowle można wchodzić i fotografować bez

ograniczeń.

Chiapas979.JPG

W kompleksie

budowli dawnej Izapy są także stelle – kamienne słupy i tablice pokryte

płaskorzeźbami lub tablice pokryte

rysunkami oraz niewielkie boisko do gry w pelotę (na zdjęciu obok).  

Tapachula

Z Izapy nasz przewodnik Alonso

zabrał nas do Tapachuli – dużego i zatłoczonego miasta, odległego o 18 mil

czyli jakieś 27 kilometrów od  portu. Poznajemy na początku to miasto z

najgorszej strony: przez ponad pół godziny przepychamy się w sznurze innych

samochodów w kierunku centrum. Wąskie, wypełnione spalinami ulice pełne są mniejszych i

większych sklepów i centrów handlowych. Kilka ulic jest kompletnie

rozkopanych.

 

Turystyczne

atrakcje Tapachuli skupiają się wokół dwóch placów, w Meksyku popularnie

nazywanych “Parque”.  Przy pierwszym z nich stoi nowoczesny budynek

katedry (macie go na zdjęciu obok). Na tym placu jest także estrada dla występów i rozstawione

są stragany bukinistów.

 

 

 

Drugie “Parque” znajduje się na

starym mieście. To tutaj znajdziecie najstarszy kościół miasta – Iglesia San

Augustin. Pamięta czasy kolonialne i bez wątpienia jest najciekawszym

zabytkiem Tapachuli:

Tapachula589.JPG


Nicest buildings in Tapachula: San Augustin church

(above) and Casa de Cultura (below)

Przy tym samym placu obok grupy

malowniczych palm stoi Casa de Cultura – bogato zdobiony budynek, który

zdaje się był kiedyś siedzibą banku: 

Tapachula015.JPG

Costa Rica

In Costa Rica – a peaceful

republic that is known among the other countries of Central America thanks

to the beautiful theater in San Jose – the capital of the country and

pristine mountain jungle I was already many years ago. I visited then Manuel

Antonio National Park on the Pacific coast. But the small town of

Puntarenas on the Pacific coast I saw now for the

first time. Although Puntarenas lies on a peninsula there is no commercial

port. At a little dock you will see only ferries sailing to the Nicoya

Peninsula and small fishing boats. Here is a view of Puntarenas:

Kostaryka 

W Kostaryce – spokojnej republice, która wyróżnia się wśród innych krajów

Centralnej Ameryki ładnym teatrem w San Jose – stolicy kraju  oraz dziewiczą

górską dżunglą byłem już wiele lat temu. Odwiedziłem wtedy Park Narodowy

Manuel Antonio na wybrzeżu Pacyfiku. Ale do małego miasteczka Puntarenas nad

Pacyfikiem miałem teraz zajrzeć po raz pierwszy. Mimo, że Puntarenas leży na

półwyspie nie ma tam portu handlowego. Przy niewielkim nabrzeżu cumują

jedynie promy kursujące na Półwysep Nicoya i kutry rybackie. Oto widok

Puntarenas:

CostaRica605.JPG

To revive a

little the countryside and create a number of new jobs in a poor region the

government of Taiwan few years ago was built in Puntarenas tiny pier on

timber piles, with which they can moor small passenger vessels – just like

ours. From the pier you can go directly to the dark sand beach:

Aby ożywić

choć trochę tą okolicę i stworzyć w biednym regionie nowe miejsca pracy ze

środków rządu Tajwanu kilka lat temu wybudowano w Puntarenas maleńkie molo na palach, przy

którym mogą cumować nieduże statki pasażerskie – właśnie takie jak nasz.  

Z molo schodzi się wprost na tą plażę o ciemnym piasku:

CostaRic615.JPG

The arrival of

a cruise ship is here a great event and a chance for additional income. Just

collect a pile of fresh coconuts from the palm trees at home, put them on a

wheelbarrow and stand by the pier. One “coconut drink” costs two U.S.

dollars:

Przybycie wycieczkowego statku to

wielkie wydarzenie i szansa na dodatkowy zarobek. Wystarczy z palm rosnących

przy domu zebrać na taczkę stertę świeżych kokosów i stanąć przy molo. Za

jeden “coconut drink” kasuje się dwa dolary: 

CostaRic617.JPG


Right next to the exit from the pier

there is the Internet cafe where paying a dollar for a half hour, you can

(barely) to connect to the network. Just nearby goes along the sea shore

little walkway Paseo de las Turistas doted by souvenir stalls.

Tuż obok zejścia z molo jest

internetowa kawiarenka, gdzie płacąc dolara za pół godziny można (z trudem)

połączyć się z siecią. Przy niej rozpoczyna się biegnący wzdłuż morskiego

brzegu chodnik Paseo de las Turistas  obstawiony kramami z pamiątkami.

Są tam wyroby z drewna, ładnie malowana ceramika, kawa z której słynie

Kostaryka i przyprawy. No i oczywiście tekstylia. Ta urocza seniorita

sprzedawała z mamą tak przydatne w tutejszym słońcu kapelusze:

costarica621.JPG

Heading towards

the end of the peninsula on which Puntarenas is built I passed several

waterfront hotels and seafood restaurants. They looked empty. This hotel seemed to me

to be the most

impressive:

Zmierzając w kierunku końca półwyspu, na którym leży Puntarenas mijałem

kilka zbudowanych przy nabrzeżnej ulicy hoteli i restauracji serwujących

owoce morza.  Wyglądały na puste. Ten

hotel wydał mi się najbardziej okazały:

CostaRica631.JPG

I was looking

in the town for traditional, old architecture. Among sprawl survived a few “pearls”,

as for example the shop on the picture below. You can imagine that half a

century ago, most of the houses here looked like, only the ads were

different:

Szukałem w miasteczku

tradycyjnej, starej architektury. Wśród bezładnej zabudowy uchowało się

kilka “perełek”, jak na przykład ten sklep na zdjęciu poniżej. Można sobie

wyobrazić, że pół wieku temu tak wyglądała tu większość domów, tylko reklamy

były inne:  

CostaRica651.JPG

Residential

houses were covered with rusted corrugated metal sheet and have extensive

balconies where residents lingered to avoid the daily heat teasing in the

interior. Doors and windows downstairs  for safety reasons are still

barred today:

Mieszkalne

domy kryte były wtedy pordzewiałą falistą blachą i miały obszerne balkony,

na których przesiadywali mieszkańcy by uniknąć dziennego skwaru

dokuczającego we wnętrzu. Drzwi i okna parterów jeszcze i dziś ze względów

bezpieczeństwa są okratowane: 

CostaRica659.JPG

In the shops

you can buy goodies such as in the European countries of the Mediterranean.

The passion for such baking  was brought here by immigrants from that

part of Europe:

W sklepikach można kupić

pyszności takie jak w europejskich krajach Morza Śródziemnego. Zamiłowanie

do takich wypieków przywieźli tu emigranci z tej właśnie części Europy: 

CostaRica654.JPG

Life in the

tropical heat flows lazily here. Do not overwork, it is not worth to rush.

Sit in the shade, read a newspaper, talk with friends and … And so, day by

day:

Życie w tropikalnym upale płynie tu

leniwie. Nie wolno się przepracowywać, nie warto się spieszyć. Posiedzieć w

cieniu, poczytać gazetę, pogadać ze znajomymi… I tak dzień w dzień:

CostaRica0646.JPG

The highest and most

representative building of the city is stone cathedral (pictured below). But

I found it closed. Direct vicinity of the cathedral is the most interesting

part of the city – right next to the church in the old building adapted to

the new features is a cultural center.

Najwyższą i najbardziej reprezentacyjną budowlą miasta jest kamienna katedra

(zdjęcie poniżej). Ale zastałem ją zamkniętą. Bezpośrednie sąsiedztwo

katedry to najciekawsza część miasta – tuż obok świątyni w starym budynku

adaptowanym do nowych funkcji mieści się centrum kulturalne.

CostaRica657.JPG

In Puntarenas

there is also the Parque Marino – a kind of museum with pools and marine

aquariums. But the institution, which normally can be visited by paying for

admission 2700 colones (1 USD is worth about 500 colones) was closed on

Sunday. Looking for subjects for my photos I walked in the heat to the end

of the peninsula on which the town lies. It was very hot! I’m not surprised

that the cars were set under shady trees:

W Puntarenas jest także Parque Marino – rodzaj morskiego muzeum z basenami i

akwariami. Ale instytucja, którą normalnie można zwiedzać płacąc za wstęp

2700 colonów (1 USD to około 500 colonów) była w niedzielę zamknięta.

Szukając tematów do zdjęć pomaszerowałem w upale na sam koniec półwyspu na

którym leży miasteczko. Było gorąco! Wcale się nie dziwię, że samochody

ustawiano pod cienistymi drzewami:

CostaRica637.JPG

My water bottle was already empty

when HE arrived calling the bicycle bell. He was selling coconut drink in “lux”

version – chilled with ice. That was what I was missing! Initially, he

wanted 600 colones for a coconut, but eventually agreed to sell for one

dollar. He beheaded with a machete the top of the fruit. I was drinking

through a pipe.. Yum!

Moja butelka na wodę była już

pusta gdy ON nadjechał dzwoniąc rowerowym dzwonkiem. Sprzedawał kokosowy

napój w wersji “lux” – schłodzony lodem. To było to, czego mi brakowało!

Początkowo chciał  600 kolonów za jednego kokosa, ale w końcu zgodził

się na jednego dolara. Ściął maczetą wierzchołek owocu. Piłem przez rurkę.

Pycha!

costarica642.JPG

On the other

side of the peninsula, I found a small harbor built for ferries departing several

times a day to Paqueira and Playa Naranja on the Nicoya Peninsula:

Po drugiej

stronie półwyspu znalazłem niewielką przystań promów kursujących kilka razy

dziennie do Paqueiry i Playa Naranja na Półwyspie Nicoya:

CostaRica641.JPG

At this ferry jetty is the final

stop public buses arriving to the peninsula from “continent”, including one

from the country’s capital – San Jose. It is only 115 km, bus departs every

hour and after 2.5 hours commute to Puntarenas. The ticket costs about $ 5.

Przy tej przystani jest końcowy przystanek publicznych autobusów

przybywających na półwysep z “kontynentu”, w tym ze stolicy kraju – San Jose.

To tylko 115 km, autobus wyrusza co godzinę i po 2,5 godziny dojeżdża do

celu. Bilet kosztuje około 5 dolarów. 

CostaRica644.JPG

Later that

evening, we said goodbye to Costa Rica. The day after in the early morning

we anchored already in front of Panama – ready to pass through the famous

canal. But about this part of the journey I have already written the next

part of my report.

Jeszcze tego samego wieczoru

pożegnaliśmy Kostarykę. W dzień później wczesnym rankiem znaleźliśmy się na

redzie Panamy gotowi do przejścia przez słynny Kanał. Ale o tej części

podróży napisałem już w kolejnej części mojej relacji.

 My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net