Wojtek Dabrowski – Powrót do Ameryki, część 2: Wybrzeżem Kaliforni (UScanal2b.htm)


November in Poland is a time of  the rainy

weather, cold, short and dark days. That’s why I try to take advantage of

the end of each year to travel to warmer regions of the world, to know new

places, take a look at the previously visited sites from a new perspective

and experience new adventures. Also in 2013 I set out on such a

November journey.

Aboard

the LOT Dreamliner I flew to New York. From there, the train took me via

Chicago to San Francisco, traversing the territory of the United States from

the Atlantic coast to the Pacific – this time by rail. About this part of

the trip I wrote the first part of

the report. Then using rented car I traveled along the California coast

from San Francisco to Los Angeles. About my stay in San Francisco and the

first miles driven along the coast you can read in the

second part of the

report. On this page I write about the coastal route down to LA where I boarded inexpensive cruise ship

and sailed south

– through the Panama Canal – up to Florida! About this part of the 

trip you will read in the following sections of the report.

 On the map below

I pointed the most interesting places on highway 1 as far as Santa Barbara.


Listopad to w Polsce czas dżdżystej pogody, chłodu,

krótkich i ciemnych dni. Dlatego staram się wykorzystać końcówkę każdego

roku na podróże do cieplejszych regionów świata, by poznać nowej miejsca,

spojrzeć na te wcześniej odwiedzone z nowej perspektywy i przeżyć nowe

przygody. Także i w 2013 roku wyruszyłem w taką podróż.

Dreamlinerem LOTu przyleciałem do Nowego Jorku. Stamtąd pociągiem przez Chicago

dotarłem do San Francisco, przemierzając terytorium Stanów Zjednoczonych od

wybrzeża Atlantyku do Pacyfiku – tym razem koleją. O tej części podróży napisałem

w pierwszej części relacji. Następnie wynajętym

samochodem przemierzyłem wybrzeże Kalifornii od San Francisco do Los Angeles.

O pobycie w San Francisco i początku samochodowej trasy napisałem w

drugiej części relacji. Na tej stronie piszę o

dalszej trasie – aż do Los Angeles, skąd tanim

statkiem popłynąłem na południe – przez Kanał Panamski – aż na Florydę! O

podróży statkiem przeczytacie w kolejnych częściach raportu.

Na mapce poniżej zaznaczyłem najciekawsze miejsca rozłożone wzdłuż highway 1

na całej trasie od San Francisco do Santa Barbara.

CalifCoastMAP.jpg

17-Mile Drive along Pebble Beach one of the best-known scenic drives in the

world. It takes visitors past world’s greatest golf

courses, as well as miles of scenic coastline and the serene majesty of Del

Monte Forest. Highway One from Monterey through Big Sur is

“the road trip of a lifetime.” It’s a State Scenic Highway. Along

you will find many wild beachs: 

Akcja tego odcinka rozpoczyna się

na plaży Pebble Beach, na południe od Monterey. Przebiega tędy wzdłuż

brzegu i przez nadmorskie lasy tzw. 17-milowa Droga (17-mile Drive), mająca opinię jednej z

najpiękniejszych tras widokowych świata – tak przynajmniej piszą w

amerykańskich przewodnikach 🙂 No i “kasują” pieniądze za przejazd tą trasą – po 10

dolarów od samochodu. Wiele tam po drodze znajdziecie dzikich plaż i skał…

CA407big.jpg

The rocky islands are the habitat

to many sea birds and seals:

Są także skaliste wysepki

odsunięte na kilkadziesiąt metrów od brzegu. A na nich – proszę się

dokładniej przyjrzeć – siedzą morskie ptaki, ale nie tylko:

CA411big.jpg

Teleobiektyw pozwala przybliżyć

kilkakrotnie tę wysepkę i wtedy widać, że prawie każdy w miarę płaski jej

fragment – od poziomu wody aż do szczytu zajęty jest przez… foki. Są ich

tutaj setki. Trudno powiedzieć, czy to tylko znane wam już harbor seals

czy jeszcze inne gatunki. Faktem jest, że widok jest zaskakujący. Nie

sądziłem, że w Kalifornii można zobaczyć takie obrazki:

CA412big.jpg

Del Monte Forest – masyw leśny

przez który prowadzi na tym odcinku Highway 1 to piękny, stary las. W

obszarze przylegającym do brzegu wiele drzew, wystawionych na oceaniczne

wiatry jest dziwacznie poskręcanych. Droga wśród drzew ma wciąż dobrą

nawierzchnię, ale robi się wąska i kręta:

CA421BIG.jpg

Na drugim krańcu 17-mile Drive

jest mała miejscowość Carmel. Niegdyś było to misyjne

miasteczko, dziś to nastrojowa i cicha miejscowość wypoczynkowa o wąskich

uliczkach i niskiej zabudowie, do której na szczęście nie wpuszcza się

wielkich ciężarówek…

CAoly230BIG.jpg

Zamożni Amerykanie mają tu swoje wille. Jest to bardzo modne i

bardzo drogie miejsce do życia. Być w Carmel choć przez kilka dni to już coś

co Amerykanina nobilituje…

Mnie nie było stać, a w miasteczku zatrzymałem się na kilka godzin

-przede wszystkim po to, by odwiedzić starą misję zbudowaną tu przez

Hiszpanów. Katolicka misja zbudowana w 1770 roku naprawdę nazywała się

Mission San Carlos Borroméo del río Carmelo, ale potocznie mówi się: Carmel

Mission czyli Misja Carmel.

Carmel Mission:
CA431big.jpg

Za wstęp do

misji (obecnie jest ona siedzibą katolickiej parafii) trzeba zapłacić 6,50

USD.  Nie jest to wygórowana kwota, ale trzeba Wam wiedzieć. że

Hiszpanie wybudowali w Kalifornii aż 21 franciszkańskich misji (nie

wszystkie przetrwały dwa stulecia w dobrym stanie). Tworzą one dziś swego

rodzaju misyjny szlak. Gdybyście chcieli odwiedzić chociaż połowę spośród

nich to na wstępy trzeba zarezerwować całkiem sporą kwotę! :). Ale jak widać

seniorzy i młodzież mają znaczące zniżki…

Dla nas, Polaków ważny być może jest fakt, że nasz papież – Jan Paweł II

odwiedził tą małą misję w 1987 roku. Tak wygląda dziś wnętrze misyjnego

kościoła:

A w przedsionku misyjnego budynku funkcjonuje sklepik z pamiątkami i

dewocjonaliami. (zdjęcie na prawej kolumnie).

Po zrobieniu

zdjęć w misji ruszyłem dalej na południe wzdłuż malowniczego wybrzeża

Kalifornii. Takich zakątków jak ten jest tam więcej:

CA439big.jpg


Point Lobos

State Natural Reserve contains a number of hiking trails, many next to the

ocean, and a smaller number of beaches. The Point Lobos marine protected

area provide shelter to a wide range of fish, birds, and marine mammals like

seals, locals say that is good diving place.

Wkrótce znalazłem się w kolejnym

Stanowym Parku – Point Lobos State Park (State Natural

Reserve). Tu trzeba było zapłacić kolejne 10 dolarów   za wstęp, a

właściwie wjazd samochodu, ale nie namyślałem się, bo otrzymany bilet,

przyklejony od wewnątrz na szybie samochodu upoważniał także do wjazdu do kolejnych

parków – aż do końca tego dnia. Park Point Lobos obejmuje spory półwysep i

przyległe zatoczki:

CA444big.jpg

Na Point Lobos wyznaczono turystyczne ścieżki doprowadzające do punktów

widokowych na wybrzeżu – widać te ścieżki na zdjęciu powyżej. Z punktów

widokowych widać ptactwo i wylegujące się w dole foki, ale już nie w takich

ilościach jak na Pebble Beach.

Już z Point

Lobos widać, że dalej na południe szosa ponownie zaczyna wspinać się na

wzgórza:

CA450big.jpg


And here begins the most spectacular and

the most exciting part of the route. The challenge for the drive driving on

a coastal cliff.  Where in the cliff are chunking directed towards the

ocean,  there are  smaller and larger bridges flipped over them:

I tu zaczyna się najbardziej

widokowa i najbardziej emocjonująca dla kierowcy cześć trasy – jazda po

nadbrzeżnym klifie. Tam, gdzie w tym klifie są wyrwy skierowanych ku

oceanowi wąwozów przerzucono nad nimi mniejsze i większe mosty:

CA454.jpg

 


On this high level practically every turn of the highway

opens new, interesting panorama. Not everywhere that you can stop to
photograph and film these views.

Tu wysoko każdy praktycznie zakręt highway’u otwiera nową, ciekawą panoramę.

Tylko że nie wszędzie można stawać, by te widoki fotografować i filmować. Na

szczęście poza sezonem (a to był właśnie taki okres) ruch na szosie nie jest

duży i po cichutku można zaryzykować krótkie parkowanie małym samochodem – i

tak właśnie wykonywałem te zdjęcia:

CA458BIG.jpg

 

Bixby Bridge:

Najpiękniejszym z mostów przerzuconych ponad wąwozami kalifornijskiego

wybrzeża wydał mi się ten, który zbudowano w 1937 roku ponad Bixby Creek.

Most ma 218 m długości, z tego 98 m to główne przęsło, zawieszone 85 metrów

na wąwozem. Nazywają go po prostu Bixby Bridge:

CAoly239BIG.jpg


Bixby Bridge is in the absolute middle of

nowhere. the nearest settlement to the south is called the Big Sur. When it

was heading toward Big Sur the picturesque cliffs still accompanied me:

Bixby Bridge stoi w absolutnym pustkowiu. Najbliższa osada w kierunku

południowym nazywa się Big Sur. Gdy do niej zmierzałem wciąż towarzyszyły mi

malownicze urwiska:

CA465big.jpg

Gdy szosa opadła w końcu na powrót na poziom oceanu warto było zatrzymać

samochód, aby sfotografować taką malowniczą zatoczkę:

CA470big.jpg


Point Sur lighthouse:

Pamiętacie piosenkę “Blue Bayou”? 

Kiedy robiłem to zdjęcie powyżej, to pomyślałem sobie właśnie, że to jest właśnie

takie urocze blue bayou…

Latarnia

morska na Point Sur (koło Big Sur) jak się okazało, zlokalizowana jest

bardzo ciekawie – na wyniosłej skalistej wysepce, połączonej ze stałym lądem

tylko wąską groblą – popatrzcie na zdjęcie obok! Stara latarnia morska z

1889 roku otwarta jest do zwiedzania tylko w weekendy i środy. Niestety nie

był to żaden z tych wyznaczonych dni tygodnia…

Na kolejnym

zdjęciu widać, jak na tym odcinku przebiega Highway One – przyznacie, że

wart jest swojej sławy:

CA476big.jpg


With more time you can find along the

road some place to park your car and to try go down the path to one of the

pristine beaches at the foot of the cliff. You should be, however, 

prepared for a solid climb in appropriate shoes and to bring adequate supply

of water, because the kiosks of Coca-Cola are not visible in the area! 🙂

Mając więcej czasu można znaleźć sobie przy szosie jakieś miejsce do

zaparkowania samochodu i zejść ścieżką na jedną z tych dziewiczych plaż u

stóp klifu. Trzeba być jednak przygotowanym na solidną wspinaczkę w

odpowiednich butach i zabrać stosowny zapas wody, bo kiosków z coca-colą to

nie widać!  🙂

CA479.jpg


Then I – the waterfalls lover – had a chance to see McWay Fall – 80-foot (some 25 m)  waterfall located in Julia Pfeiffer Burns State

Park. This waterfall is one of the few in the region that are

close enough to the ocean to be referred to as “tidefalls”, the other The waterfall meets the ocean when the tide is

high. To see the fall you have to take underground passage under Highway

One:

Wkrótce skręciłem na parking kolejnego parku stanowego. Był to  – słynny z 25-metrowego wodospadu – jednego z

bardzo nielicznych, które spadają bezpośrednio do toni oceanu. Jak wiecie

jestem wielkim fanem wodospadów, wiec nie mogłem przepuścić takiej okazji!

Z parkingu

kilkusetmetrowa ścieżka prowadzi do tunelu pod Drogą nr.1 – z tunelu

wychodzi się na drugi odcinek tej ścieżki, biegnący poziomo po zboczu.

Dopiero z końcowego odcinka tej ścieżki otwiera się widok na McWay Fall –

tak nazywa się ten niezwykły wodospad. I  co widać? Popatrzcie na

zdjęcie poniżej!

Wprawdzie

struga spadającej wody okazuje się cienka (szczególnie z tak dużej

odległości), ale pejzaż jest idylliczny. W porze, gdy robiłem to zdjęcie był

odpływ i woda z wodospadu spadała nie do oceanu, ale na urokliwą plażę. Gdy

podczas przypływu poziom wody się podnosi trafia ona wprost do morskiej

toni… Plaża pod wodospadem jest niestety niedostępna.

McWay Fall:
CA489BIG.jpg

Słońce opadało coraz niżej, a ja wciąż miałem szmat drogi do przejechania.

Trzysta zaplanowanych kilometrów na ten dzień to niby niedużo. Ale trzeba do

tego dodać liczne postoje i uwzględnić fakt, że na krętej drodze nie da się

rozwinąć dużej szybkości.

 

Tam, gdzie

ponad nadbrzeżną szosą piętrzą się strome skały zbudowano specjalne

zadaszenia, które zabezpieczyły przejeżdżające samochody przed spadającymi

kamieniami i skalnym gruzem. Wyglądają te zadaszenia jak tunele – z oknami

otwartymi w kierunku oceanu – popatrzcie na zdjęcie obok. 

 

 

Nie wiedziałem

wyruszając w tę podróż, że oprócz fok mieszkają na wybrzeżu także słonie

morskie. Wcześniej widziałem je tylko w Antarktyce!   A tu –

popatrzcie!  Na zdjęciu poniżej kolonia właśnie takich ssaków w

Piedras

Blancas:

CAoly270big.jpg

Jak widzicie na skałkach powyżej

plaży poprowadzony jest specjalny chodnik dla turystów, oddzielony barierką

od skarpy. Z tablicy informacyjnej dowiedziałem się, że tutejsze słonie

morskie to “northern elephant seals” (północne – więc nie te same co na

Antarktydzie). Od pierwszej chwili wydawało mi się, że są jakby mniejsze i

chudsze ( 🙂   ) od swoich krewniaków z Antarktydy:

CA499.jpg

Females grow

to 9-12 feet and weigh between 900-1800 pounds.  Males grow to 14-16 feet

long and weigh in at 3000-5000 pounds. Young males reach maturity at age of

4. Before they play on the beach:

Dorosłe samice osiągają do 4

metrów długości i wagę do 900 kg. Samce rosną odpowiednio do 5.5 metra i

mogą ważyć do 2,5 tony. Samce osiągają dojrzałość dopiero w wieku 4 lat, a

wcześniej baraszkują, zaprawiając się do późniejszych walk o dominację nad

haremem: 

CA502big.jpg

Alfa male – “the beach master”:

Dominującego samca wyróżnia

przede wszystkim potężny nos:

CA507big.jpg

A to cały jego harem – jest z czego wybierać:     🙂

CA506.jpg

Hearst

Castle near San Simeon:

Zaledwie kilkanaście kilometrów dalej, koło San Simeon  niespodziewanie

wyrasta na szczycie wzgórza sylwetka białego zamku. W otaczającym to miejsce

pustkowiu jest to  widok niezwykły. To rezydencja wzniesiona w latach

dwudziestych XX wieku przez

amerykańskiego magnata prasowego Williama Randolpha Hearsta.

CAoly272big.jpg

(promotional picture)

Hearst mieszkał tu do 1947 roku i

przyjmował słynnych artystów, polityków i wielkich jego świata. Spadkobiercy

Hearsta przekazali zamek stanowi Kalifornia. Jest udostępniony do zwiedzania

za wygórowaną cenę 24 dolarów w dzień i 36 dolarów wieczorem.   

U stóp wzgórza funkcjonuje visitors

center. Stąd minibusy zabierają tych, co zapłacili na górę. Do stóp zamku

dotarłem tuż przed zachodem słońca. I wprawdzie zaproponowano mi wieczorne

zwiedzanie to uważałem, że o już nie to, szczególnie biorąc pod uwagę cenę.

Zamieszczam  jednak dwa zdjęcia tego obiektu, by dać wam wyobrażenie o

jego wyglądzie. Sami ocenicie, czy warto go zwiedzać:

Główna budowla z dwiema wieżami (Casa Grande) przypomina katedrę, ale tak

naprawdę nie ma nic wspólnego z kościołem i mieści pomieszczenia mieszkalne.

 Kiedy patrzy się na ten basen (Basen Neptuna) otoczony klasycystyczną kolumnadą

i fronton rzymskiej świątyni, można się domyślać, że właściciel miał

zamiłowanie do kultury antycznej…  

(promotional picure)

Wciąż jeszcze byłem w drodze, gdy

słońce zapadało za horyzont. Następny nocleg miałem zaplanowany w

Morro Bay

– to niewielki rybacki porcik wyróżniający się nietuzinkowym położeniem w

zatoce osłoniętej wielką, kopulastą skałą. To właśnie tą dziwaczną skałę

nazywają (z hiszpańskiego) El Morro. Niebo z tyłu za skałą mieniło się

kolorami zachodu:

CAoly274BIG.jpg

Spałem dobrze po długim i pełnym

wrażeń dniu w motelu Fireplace Inn (tu kominki w pokojach okazały się

niestety tylko atrapami), a rankiem, po symbolicznym śniadaniu wliczonym w

cenę noclegu (szklanka soku, kawa i słodka bułka) pojechałem ponownie na znane już

miejsce, by jeszcze raz – w nowym oświetleniu – sfotografować  porcik i

niezwykłą skałę:

CAoly275big.jpg

A potem ruszyłem w dalszą drogę

– na początek do odległego zaledwie o 15 mil historycznego miasteczka

San Luis Obispo.

Znajdziecie w nim kilka ładnych budynków z czasów gorączki złota, na

przykład taki oto sklep, w którym wciąż można kupić różne bibeloty:           

CA555big.jpg

Ale najważniejszym dla turysty

obiektem w miasteczku jest stara, hiszpańska misja – jeszcze jedna z tych 21 misji

na szlaku wiodącym z południa na północ Kalifornii:

CA565big.jpg

Pełna nazwa misji założonej przez Franciszkanów w 1772 roku to

“Mission San Luis Obispo de Tolosa” (Misja Świętego Ludwika biskupa Tuluzy).

Misję można zwiedzać, płacąc 6 USD za wstęp w sklepie z dewocjonaliami i

pamiątkami. Ale jest to mały obiekt. Na zdjęciu obok mamy wnętrze skromnego misyjnego

kościoła. Znacznie większe wrażenie robią długie podcienia, zbudowane na

lewo od frontonu misji: 

CA563big.jpg

Z San Luis, odsuniętego nieco w

głąb lądu wróciłem wkrótce na wybrzeże, zmierzając do tego oto

niepozornego eukaliptusowego lasu, rosnącego przy plaży Pismo Beach. Las jak las… Wiele

jest takich w Kalifornii. Ale ten upodobały sobie… motyle. I to jakie –

motyle-monarchy!

 

Pismo State Beach Butterfly Grove

Przylatują tu co roku

na jesieni, by przezimować.
 Monarchy z Kanady i północno –

zachodnich stanów USA odbywają jesienią masowe migracje. Na jesieni lecące

na południe motyle mogą pokonywać odległość nawet powyżej 2500 km. Miejsce

nazywa się oficjalnie Pismo State Beach Butterfly Grove i jest otoczone

ochroną. Wstęp jest bezpłatny. Ochotnicy stoją tu z lunetami umożliwiając

podglądanie śpiących motyli w zbliżeniu. Ale i zwykłym aparatem można

sfotografować gałęzie uginające się od tysięcy motyli:.  

CA580.jpg

Za Pismo Beach krajobraz się

zmienił: najpierw jechałem przez żyzną dolinę z hektarami brokułowych pól. 

Potem, gdy w Guadalupe skręciłem ku oceanowi na horyzoncie przede mną

zamajaczyły niespodziewanie wysokie piaszczyste diuny. Podobno Diuny

Guadalupe są najwyższymi na całym zachodnim wybrzeżu USA. Jest to rezerwat

ustanowiony dla ochrony ginących gatunków ptaków, żab i węży. Przez obszar

diun aż do parkingu nad oceanem poprowadzono wygodną asfaltową drogę, która zasypywana

jest przez piaski:

CA584big.jpg


Guadalupe-Nipomo Dunes National Wildlife Refuge – they

say that the highest sand dunes on the West Coast USA are located right here…

Piaszczyste

diuny wędrują i człowiek nic na to nie może poradzić – na zdjęciu obok

widać, że przesuwanie się wydmy spowodowało konieczność zamknięcia odcinka

asfaltowej drogi i wybudowanie nowego. “Podwiewana” nawierzchnia już w

połowie się zapadła.

W rezerwacie z

diunami sąsiaduje obszar płytkich jeziorek i mokradeł. To tu gnieżdżą się

ptaki i płazy:

CA586big.jpg

Tak przez przyciemnioną szybę

samochodowego okna wyglądał najtrudniejszy odcinek dojazdowej drogi – w

połowie był zasypany piaskiem, ale moja fiesta pokonała go bez trudu…

Gdy dojechałem w końcu do

parkingu przy plaży powitała mnie tam sympatyczna pani ranger. Opowiedziała

o rezerwacie – między innymi o tym, że najwyższe diuny sięgają 160 metrów

wysokości. Ale spacerować po nich nie wolno. Może i lepiej; w stanie Oregon

widziałem kiedyś dostępne diuny na których właściciele ryczących terenowych

samochodów urzadzili sobie poligon… A tu – cisza i pustka: 

CAoly295BIG.jpg

Otwarta jest za to dla turystów

plaża przy parkingu rezerwatu – można się tu kąpać, choć powiem wam, że

temperatura wody w oceanie wcale do tego nie zachęca – jest niższa niż latem

w Bałtyku:

CAoly297big.jpg

Spośród wszystkich hiszpańskich

misji w Kalifornii najbardziej (moim zdaniem) warta jest odwiedzenia Misja

Purisima położona w szerokiej dolinie koło miasteczka Lompoc. Po pierwsze

dlatego, że w ciągu wieków nie została wchłonięta przez żadne miasto – stoi

jak niegdyś na pustkowiu. Po drugie: jest to najlepiej odrestaurowana misja

w Kaliforni, będąca de facto  doskonale urządzonym skansenem:

CAoly300big.jpg


La Purisima Mission State Historic Park – one of 21

Spanish Missions in California,  located near Lompoc is the most

extensively restored mission in the State of California.

Wstęp do misji kosztuje 6

dolarów. Za kolejnego dolara można dostać tu mapkę z objaśnieniami i samemu

ruszyć na zwiedzanie dużego kompleksu budowli. Największa jest oczywiście hala

misyjnego kościoła:

CA608big.jpg

Pełna (i bardzo długa) nazwa tej misji to
La Misión de La Purísima Concepción de la Santísima Virgen María (Misja

Niepokalanego Poczęcia Świętej Dziewicy Maryi). Została założona w roku

1787. Dziś jest jedynym w Kalifornii kompleksem misyjnych budynków z czasów

hiszpańskich zachowanym w całości. Można tam zobaczyć kwatery żołnierzy

(zdjęcie po lewej), warsztaty rzemieślników (misja musiała być

samowystarczalna), kuchnie i magazyny, kwatery dla gości… 

 

Purisima

Mission is currently the only example in California of a complete Spanish

Catholic mission complex.

 

 

 

W dużym kościele modlili się

nawróceni Indianie z okolicy. Dla Hiszpanów i gości była w misji osobna,

mała kaplica, sąsiadująca z kwaterą przeora:

CA629BIG.jpg

W kompleksie misji są także

stajnie z żywymi zwierzętami, ogrody, w których zakonnicy sadzili warzywa na

potrzeby mieszkańców misji – byli nimi Indianie Czumasze. W XIX wieku

mieszkało w misji blisko 1500 Indian. Obecny skansen pokazuje jak wyglądało

ich życie – biegnące pod kontrolą żołnierzy i zakonników…

 

Mój kolejny

pracowity dzień miał się ku końcowi, gdy jechałem z misji Purisima dalej na

południe – do Santa Barbara.  Santa Barbara to już duże miasto – ma

około 90 tysięcy mieszkańców i opinię stolicy “Kalifornijskiej Riviery”.

Jest w tym określeniu sporo przesady, ale miasto ma swoje stare drewniane molo, przy

nadbrzeżnej ulicy rzeczywiście rosną tu szpalery palm i ukwiecone krzewy, funkcjonują liczne

restauracje i w krajobrazie jest nawet mała latarnia morska:

CA665big.jpg

Najciekawszym budynkiem w centrum

miasta wydała mi się siedziba sądu – ozdobiona zegarem i kamienną bramą w

stylu mauretańskim wprowadzającą na ładny dziedziniec (na zdjęciu obok).

 

 

Nazwa miasta pochodzi

oczywiście od nazwy misji, która do dziś funkcjonuje na peryferiach miasta.

O misji w Santa Barbara znawcy przedmiotu piszą, że to “Królowa

kalifornijskich misji”. Na lotniczym zdjęciu poniżej widać, że kompleks

budowli jest rzeczywiście wielki i położony w malowniczej scenerii, u stóp

Gór Santa Ynez:

 

Mission Santa

Barbara  – “The Queen of the Missions

Misja w Santa Barbara została

założona przez Hiszpanów w dzień Świętej Barbary – 4 grudnia 1786. Zadaniem

zakonników było nie tylko nawracanie miejscowych Indian – Czumaszów, ale

także uczenie ich rolnictwa (Czumaszowie byli myśliwymi i rybakami – uprawa

roli i hodowla bydła nie była im znana).

Do dziś misja

pozostaje w rękach zakonu franciszkanów. mieszcząc między innymi bogatą

bibliotekę starych dokumentów ściągniętych ze wszystkich kalifornijskich

misji i dom dla emerytowanych zakonników. Do zwiedzania dostępny jest tylko

większy dziedziniec, kościół i przyległe do niego pomieszczenia. Za wstęp

trzeba zapłacić 6 dolarów.

 

Przed wejściem

do misji stoi spiżowy pomnik zakonnika. Tablica za jego plecami pokazuje

odległości do sąsiednich misji – na północ i na południe. Szlak, który 200

lat temu

łączył wszystkie misje, będący przecież pierwszą drogą Kalifornii nazywali

Hiszpanie El Camino Real – Królewskim Traktem:

CA641BIG.jpg

Niestety fronton misyjnego

kościoła stojącego po prawej stronie podcieni (zdjęcie poniżej) obstawiony

był rusztowaniami – dlatego nie mogę go tu wam pokazać.

CA652BIG.jpg

Tak wygląda wnętrze misyjnego

kościoła w Santa Barbara.

 

 

 

Kolejną noc

spędziłem w motelu w miasteczku Ventura – 35 mil na południe od Santa

Barbara.  Dojazd zabrał mi trzy kwadranse – na szosie – jak widzicie –

był spory ruch. To był wciąż ten sam Highway

One, ale na tym odcinku poszerzony, bo pokrywający się z innym szlakiem

drogowym:

CA668.jpg
Malibu

Ranek zastał mnie znów na highway’u. Krajobraz na odcinku

drogi do Malibu

zmienił się: wciąż towarzyszyły mi nadmorskie góry, ale były bezleśne. Szosa

opadała miejscami na poziom plaży, na której pojawiły się dziesiątki

samochodów mieszkalnych – camperów. Szczerze mówiąc wyobrażałem sobie

wcześniej, że ten odcinek wybrzeża jest lepiej zagospodarowany:

CA670big.jpg

 

 

El

Matador Beach near Malibu:

Samo Malibu (co za egzotyczna i

pobudzająca wyobraźnię nazwa!) okazało się bardzo rozciągniętym wzdłuż

wybrzeża miasteczkiem luksusowych will i prywatnych rezydencji. Każda z nich

ma kawałek prywatnego brzegu. Nie jest łatwo znaleźć między nimi zejście na

plażę. Ale w końcu się udało! Oto fragment wybrzeża z okolic Malibu (to El

Matador Beach – stanowa plaża, za korzystanie z której trzeba wrzucić do

skrzynki 5 dolarów):

CA673BIG.jpg

Przed i za Malibu są zwykłe,

słabo zagospodarowane plaże. Centralna część Malibu leży na półwyspie widocznym na zdjęciu

poniżej:

CA678big.jpg

Zabudowa Malibu jest niska – nie

ma tu wieżowców mieszczących apartamenty…

 

Potem

przystanąłem na chwile przy plaży i sfotografowałem Pacific Palisades – ekskluzywne

miasteczko na górskim tarasie, gdzie rezydencje ma wielu słynnych (i

bogatych) Amerykanów – PP to już właściwie przedsionek Santa Monica:   

CA684big.jpg
Pacific Palisades

Santa Monica

to już wielkie i zatłoczone miasto z bezładną zabudową stłoczoną wzdłuż

plaży.  Santa Monica ma swoją niewielką dzielnicę biznesową z wysokimi

wieżowcami, ale ma także wysadzane palmami bulwary:

CA686.jpg

Nie wjeżdżając do centrum Los

Angeles skręciłem w lewo – w kierunku gór. Przez Beverly Hills, zatrzymując

się po drodze na licznych światłach dotarłem do Hollywood. Bo dla przybysza

z Europy Los Angeles – największe miasto Kalifornii i drugie miasto USA to

przede wszystkim Hollywood – stolica amerykańskiej produkcji filmowej od

początków kina… Można tu zwiedzać słynne Universal Studios. W Hollywood

byłem już wcześniej kilkakrotnie, ale skoro po latach nadarzyła się kolejna

okazja… Oto Hollywood Boulevard w 2013 roku:

CA689BIG.jpg
Hollywood

W ostatnim dwudziestoleciu

produkcję filmową na wielką skalę przeniesiono z Hollywood na peryferie Los

Angeles. Hollywood wciąż jeszcze cieszy się swoją sławą.  Nawet

mieszkać w hotelu w Hollywood – to już coś znaczy! W niedzielny poranek ruch

na ulicach był jeszcze niewielki. Mogłem fotografować Hollywood nawet

przystając na moment na światłach:

CA695.jpg

Grauman’s Chinese Theatre:

A to słynny Chiński Teatr

Graumana, w którym przez wiele lat wręczano nagrody Amerykańskiej Akademii

Filmowej – tzw. Oskary. W chodniku przed teatrem odciśnięte są dłonie (a

czasem także i stopy) wielu gwiazd światowego filmu:

CAoly349BIG.jpg

Hollywood Walk

of Fame

Hard Rock Cafe oddziela Teatr Graumana od nowego gmachu Dolby

Theatre, gdzie wręcza się od 2002 roku Oscary.  Uliczny chodnik,

łączący oba teatry to Promenada Gwiazd

(Hollywood Walk of Fame) – w powierzchnię chodnika wbudowane są tu gwiazdy z

nazwiskami największych artystów i twórców hollywódzkiego kina. Spośród

Polaków swoje gwiazdy mają tu Pola Negri i Ignacy Paderewski.  

 

 

Dolby Theatre (below).

Since its opening on November 9, 2001, the theater has hosted the Academy

Awards ceremonies (the Oscars):

CA698big.jpg

 

 

Port of Los Angeles:

Czas naglił – aby nie policzono

mi za kolejną, czwartą dobę wypożyczenia samochodu musiałem go zwrócić w

południe (wypożyczalnie samochodów dają spóźnialskim jedynie godzinę

tolerancji) i to na drugim krańcu wielkiego Los Angeles. A sieć drogowa tej

metropolii to prawdziwa dżungla, przez którą pędzi się w kawalkadzie innych

samochodów. Warto wcześniej przestudiować trasę… Feeway 101, potem 5,

potem 710 i wreszcie właściwy exit – zjazd z autostrady… Ufff… poszło!

Nawet miejscowym zdarza się zgubić w tym labiryncie!

CAoly361big.jpg

I returned the

rented car in the Long Beach area located on the right side of the green

bridge. After taking down the counter, it turned out that in the three days

and nights I drove over 561 miles or 900 km. From there, 142 city bus of

company Ladat for some $ 1.50 brought me almost to the gate of San Pedro

Cruise Terminal. And there a beautiful white ship was waiting, which that

same evening sailed south with me on board:

Port w Los Angeles. Samochód oddałem w dzielnicy Long

Beach, leżącej po prawej stronie tego zielonego mostu. Po spisaniu stanu licznika okazało

się, że w ciągu trzech dób przejechałem 561 mil czyli ponad 900 km! Stamtąd

miejski autobus 142 kompanii Ladat za jedne 1,5 dolara dowiózł mnie prawie

do samej bramy San Pedro Cruise terminal. A tam czekał już piękny biały statek,

którym jeszcze tego samego wieczoru popłynąłem na południe:

CAoly355big.jpg

Ship took me

along the coast of the South and Central America down to Panama and onward –

to the Caribean. But  about this part of the journey I have already

written in the  next part of my report.

Trasa rejsu

biegła wzdłuż wybrzeża Ameryki Południowej i Środkowej aż do Panamy i dalej

– na Karaiby. Ale o tym fragmencie podróży napisałem już w kolejnej części

mojej relacji.

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net