
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Z
Ruhengeri, gdzie miałem spotkanie ze słynnymi rwandyjskimi gorylami do
stolicy kraju – Kigali jest bezpośrednia, niezła droga. Ale ja chciałem
jeszcze po drodze zobaczyć słynne jezioro Kivu – jedno z tych, które leżą w
łańcuchu wielkich jezior afrykańskich. Droga Ruhengeri – Gisenyi pokryta
jest asfaltem i kilka razy dziennie kursują nią mikrobusy. Zapłaciłem 600 rwandyjskich franków (za 1 dolara płacili 560) i po dwóch godzinach jazdy
podczas której wielokrotnie dopakowywano nam pasażerów znalazłem się w
miasteczku Gisenyi. Pierwsza rzecz która zaintrygowała mnie na dużym placu
pełniącym funkcję autobusowego terminalu to mikrobusy z tablicą “Goma”. Goma
to duże kongijskie miasto leżące nad tym samym jeziorem w odległości zaledwie kilku
kilometrów od Gisenyi. Zapewniano mnie, że wizę wjazdową wydają na poczekaniu na
granicy za 30 USD. Nie pojechałem… Bo był sens jechać po to, by
przekroczyć granicę, popatrzeć na częściowo zniszczone przez wulkan miasto a następnie
wrócić i powiedzieć: byłem w Kongo!?
Najtańsze zakwaterowanie w
Gisenyi znajdziecie w misji katolickiej znajdującej się poniżej autobusowego
placu – w kierunku jeziora. Trzeba pytać o kościół katolicki, bo na
oficjalną nazwę “Centre d’Acceuil…” miejscowi nie reagują. Za nocleg pod
moskitierą w czystym pokoiku z używalnością zimnego prysznica zapłaciłem
tylko 2000 franków.
A to już Jezioro Kivu.
Dużym zaskoczeniem była dla mnie piękna piaszczysta plaża. Pod
wieczór zastałem na niej sporo spacerowiczów. Jezioro wydawało się być
bezkresne… Daremnie jednak
rozpytywałem o statki kursujące po Kivu. Taki statek mógł być wspaniałą
alternatywą dla telepania się po wyboistych drogach. Podobno czasami się tu
pokazywały. Ale nieregularnie, i były to oczywiście statki towarowe. Luksusowe hotele dysponują wprawdzie swoimi speed-boatami, ale koszt wynajęcia takiej
jednostki przekraczał oczywiści moje możliwości.


Gisenyi ma charakter
miejscowości wypoczynkowej. Spędzają tu urlopy bogaci Rwandyjczycy, a także
zagraniczni dyplomaci i eksperci pracujący w Rwandzie. W alei biegnącej
równolegle do plaży jest kilka dobrych, drogich hoteli ze sztandarowym “Kivu Sun”,
mającym nawet centrum konferencyjne. Obok recepcji znalazłem tam coś bardzo
ważnego: stanowisko względnie szybkiego internetu. Wprawdzie przeznaczone
było dla hotelowych gości płacących ponad 100 dolarów za noc, ale
jakoś (nie bez trudu) udało mi się przekonać czarną recepcjonistkę. Zapłaciłem 500 franków i
wysłałem wiadomości do kraju. Jak myślicie: czy moi korespondenci to
docenili?
Autobus zmierzający wzdłuż
brzegów Jeziora Kivu do Kibuye odjeżdża z Gisenyi tylko raz dziennie.
Radzili mi przyjść na pozbawiony nawierzchni plac odjazdowy już o 7.00 choć
autobus miał odjechać dopiero o ósmej. Czekałem ze sporą grupą miejscowych.
Gdy pomarańczowy gruchot pamiętający zapewne czasy kolonialne zajechał w
końcu na plac rozpoczął się szturm. Czy ja, muzungu – jedyny biały w tym
towarzystwie miałem walczyć łokciami o dostęp do drzwi za którymi konduktor
sprzedawał bilety? Pewnie bym potrafił, ale jakże tak? – miałem dylemat…
Prawie wszystkie siedzące miejsca w środku były już zajęte, gdy zjawił się
policjant (?) w cywilu i pozostałych oczekujących ustawił w ciasną, karną
kolejkę.


A mnie wpuścił poza kolejnością. Po zapłaceniu 1100 franków załapałem się
nawet na siedzące miejsce na tylnym kole… A oni stali na zewnątrz i
wchodzili, wchodzili… Iluż ludzi można upchnąć w takim pudle o żelaznych
ławkach pokrytych ceratą? Zabrali wszystkich… Kiedy w końcu
ruszyliśmy w środku z dziećmi stłoczonych było pewnie ze 120 ludzi!
Nie bardzo było czym oddychać…
Początkowo jechaliśmy asfaltem. Ale już po pół
godzinie nasz grat skręcił na wyboistą szutrówkę, która miała nas prowadzić
aż do celu… Zaczął się koszmar. Towarzystwo bezceremonialnie pokładało się
na mnie, zmęczone dzieciaki zasypiały z głowami na moich kolanach… Autobus
stawał w wioskach. Czekał, aż ludzie wygramolą się ze swoimi tobołami,
dopakowywał nowych i telepaliśmy się dalej… Wśród bananowców,
poletek herbaty na zboczach i kukurydzy. Bosonogie dzieciaki w podartych
koszulinach gapiły się na przejeżdżający raz na dzień autobus i pokazywały
sobie mnie, muzungu siedzącego za brudną szybą jak rzadkie, egzotyczne
zwierzę…


W jednej z wiosek na postoju kierowca nieopatrznie zgasił silnik i…
koniec! Wyglądało to beznadziejnie… W wiosce nie było elektryczności, nie
zauważyłem tam także żadnego innego pojazdu. Ale dobry pan Bóg zesłał nam
po jakimś kwadransie taki sam
autobus nadjeżdżający z przeciwka. Ten przystawił swój zderzak do naszego,
popchnął i… zapalił!…
Toczyliśmy się dalej… Nie mogąc ani
na chwilę rozprostować kolan patrzyłem smętnie na te małe, biedne poletka,
na błoto na drodze i zastanawiałem się: w przewodniku napisali, że autobus
jedzie na tej trasie trzy godziny. Mijała już czwarta godzina. Ciekawe ile
jeszcze potrwa ta przeprawa?…
Jak widać to co piszą w przewodnikach
trzeba traktować z pewna rezerwą…


Droga wspinała się na wzgórza i
opadała w małe doliny. Pod koniec trasy ze wzniesienia otworzyła się panorama
zamglonego niestety Jeziora Kivu z bardzo urozmaiconą linią brzegową i
licznymi wysepkami. Gdzieś tam, nad jedną z tych głębokich zatok było Kibuye…
Po pięciu godzinach koszmarnej
jazdy wysiadłem na placu sąsiadującym z ruchliwym bazarem. W kramikach
dominowała używana odzież i tandeta. Okazało się, że nasz gruchot nie jedzie
wcale do centrum miasteczka.
-Murakoze! Dziekuję!


Patrzyli na mnie z zainteresowaniem, ale tu nikt nie szarpał za rękawy, nie
oferował hotelu, nie prowadził do taksówki, nie chciał wymienić pieniędzy…
Będzie tak może za pięć lat, gdy co odważniejsi podróżnicy przetrą szlak i
trampy z całego świata zaczną ciągnąć do spokojnej już Rwandy… Wypiłem
więc kokę za 150 franków w tym “barze”, zarzuciłem plecak i w skwarze
wczesnego popołudnia pomaszerowałem pod górę szukać pięknych widoków z
których słynie
Kibuye…
Bazar zlokalizowany był na brzegu
jeziora. Widziałem jak miejscowi odpływali z targowiska wiosłowymi łodziami
– zapewne do wiosek rozłożonych gdzieś dalej na brzegu, a może nawet do
Konga leżącego po przeciwnej stronie?


Widoki z drogi były rzeczywiście piękne… Błękit jeziora, zieleń drzew,
góry na horyzoncie… Jezioro Kivu leży na wysokości 1459 metrów ponad
poziomem morza – słońce wprawdzie operuje silnie, ale upał nie jest tak
dokuczliwy jak na afrykańskich nizinach. Ale moskitierę warto ze sobą
mieć…
Okazało się, że
Kibuye jest bardzo rozciągnięte.
Dopiero po około 20 minutach marszu dotarłem do przystani, przy hotelu “Eden
Golfe Rock”.
Ale tu nie było już takiej pięknej plaży jak w Gisenyi.


zatoki. Po kolejnym kwadransie zobaczyłem zbudowany z kamienia kościół
katolicki wzniesiony jeszcze przez Belgów…
zatoki wyrosła przede mną Czapka Napoleona – Napoleon’s Hat. Czytając
wcześniej tą nazwę w przewodniku zastanawiałem się jak może wyglądać ta
góra. Rzeczywiście – przypomina kształtem nakrycie głowy cesarza. Miejscowi
oferują wycieczki łodzią na drugi brzeg połączone ze wspinaczką na tą
kopę…


Można też popłynąć w takim pięknym krajobrazie na Wyspę Pokoju (Amahoro).
Łodzie z przewoźnikiem i najtańsze zakwaterowanie (2000 fr w dormitorium)
oferuje Bethanie Guesthouse – tel. +250 568235 Ale o miejsca podobno
jest trudno bo
Kibuye jest modnym
wczasowiskiem, z dobrym dojazdem ze stolicy.
Spieszyłem do stolicy… Z przewodnika wynikało, że tylko raz w tygodniu, we
wtorek odpływa statek z Bujumbury – miałem opóźnienie. A do Bujumbury w
Burundi było jeszcze daleko.
Najsolidniejszą firmą
przewozową
w Rwandzie wydaje się być Okapi Travel. Mają nawet rozkład jazdy i
przedsprzedaż biletów. Gdy dotarłem na małe rondo pełniące funkcje centrum
miasteczka okazało się, że mają także… “koników” Biletów w kasie na
najbliższy mikrobus nie było, ale oferowano je przed biurem – po podwójnej
cenie i (jak mi się wydaje) w porozumieniu z kasjerką. Czekam… Na
szczęście nie ma wielu chętnych i tuż przed odjazdem zawstydzona dziewczyna
“znajduje” jednak bilet za normalną cenę – 1000 franków…


Szosa do stolicy jak na afrykańskie warunki jest świetna, ale nie ma
prostych odcinków – cały czas wije się po zboczach tych zielonych wzgórz…
gdzieś w połowie trasy przejeżdżamy przez most na rzece Niavarongo –
największej w Rwandzie. Rzeka trochę rozczarowuje – jest proporcjonalna do
wielkości tego kraju… Gdy po 2,5 godzinach jazdy wjeżdżamy do Kigali
zapada już zmrok. Widzę tylko szeregi małych sklepików ciągnące się wzdłuż
zatłoczonych pojazdami ulic…
Następny poranek pozwala przyjrzeć się bliżej stolicy Rwandy. Miasto
rozłożyło się na kilku sąsiadujących ze sobą pagórach. W centrum, zajmującym
jedno ze wzniesień wyrosło już kilka błyszczących szkłem wieżowców –
takich jak na zdjęciu obok. Ale większość ulicznej zabudowy nie przekracza
wciąż wysokości pierwszego piętra, co nadaje miastu prowincjonalny
charakter.


Ale większość z 340 tysięcy mieszkańców tego miasta żyje w dzielnicach
biedoty szczelnie pokrywających zbocza wzgórz. Do krytych blachą domostw
gnieżdżących się w ciasnych uliczkach często nie sposób dojechać samochodem.
miasta jest niestety zorganizowany bardzo chaotycznie. Żadnych tablic –
trzeba po prostu rozpytywać, gdzie kto jedzie. W Rwandzie
funkcjonuje także państwowa kompania komunikacji międzymiastowej Onatracom
dysponująca pełnowymiarowymi autobusami. Oferuje ona nawet codzienne
połączenie z Kampalą w Ugandzie (o 6.00 – 8 godzin w trasie) ale jej
autobusy wyruszają ze stacji autobusowej Gare de Nyabugogo na peryferiach.

kogoś, kto chciałby rozpoczynać podróż po Afryce od Rwandy: jedyne
bezpośrednie połączenie lotnicze z Europy oferują linie SN Brussels (dawna
belgijska Sabena). Z przesiadką najtaniej tu dotrzeć przez Nairobi, gdzie
też można otrzymać wizę. Ciekawostką jest natomiast bezpośrednie połączenie
Kigali – Kilimanjaro (Arusha), które zamożnym turystom pozwala połączyć dwie
wielkie atrakcje: najwyższy szczyt Afryki i goryle.

Nie jest łatwo znaleźć w Kigali zakwaterowanie odpowiednie do zawartości
kieszeni trampa. Jednym z nielicznych miejsc jest mały hotel “Kigali” w
muzułmańskiej dzielnicy Nyamirambo. Za pokój z zimnym prysznicem i
telewizorem (!) z wliczonym skromnym śniadaniem (wodnista kawa i omlet z 1
jajka) płaciłem 6500 franków. W Kigali są też droższe hotele (Okapi, Faucon),
które mają po kilka gorszych (i tańszych) od standardowej oferty pokojów –
można tam próbować szczęścia, gdy nie ma miejsca w “Kigali Hotel”.
A to moja urocza recepcjonistka. Napisy w recepcji – w lokalnym języku
kinyarwanda i – na szczęście – po francusku. Nijak nie mogła mi jednak
wytłumaczyć dlaczego w nocy nie ma w kranach wody…


W pobliżu hoteliku, przy tej właśnie ulicy jest mała kafejka internetowa,
gdzie za godzinę wolnego połączenia z siecią pobierają 500 franków.
A w drugą stronę – okazały meczet. Przywykłem do nocnego nawoływania z
minaretów, ale jak ktoś wrażliwy, to proszę zabrać zatyczki do uszu.


Z zaopatrzeniem w stolicy nie ma kłopotów takich jak na prowincji. W
sąsiedztwie miałem kramy z owocami (duża papaja – 400, 10 małych bananów –
100) i sklepiki gdzie można było dostać chleb (300 za pół kilo) bułeczki (10
za 250) czy margarynę. Jak przystanąć i pogadać z przekupkami to da się
nawet coś utargować…
Z fotografowaniem ludzi nie jest łatwo. Są najeżeni i nieufni. A kiedy
pytasz o pozwolenie na sfotografowanie to trzeba mieć gotową sensowną
odpowiedź na pytanie: -A po co ci moje zdjęcie?


Do dzielnic biedoty lepiej się nie zapuszczać, szczególnie po zmroku. Na
ulicach nie widać tu ani wojska ani policji, a nawet wśród generalnie
życzliwych ludzi znaleźć się mogą czarne owce…
Najpopularniejszym chyba środkiem komunikacji miejskiej jest w Kigali
“taxi-motor” czyli motocyklowa taksówka, która za 400- 500 franków zawiezie
was w dowolne miejsce. Warto mieć ze sobą plan miasta, by pokazać, gdzie się
chce jechać bo ze znajomością francuskiego wśród “taksówkarzy” bywa różnie.


Sklepiki w handlowych ulicach Kigali mają malowane kolorowo frontowe ściany.
Ale oszklonych wystaw widzi się wciąż niewiele.
Ulice centrum pełne są bezrobotnych przesiadujących godzinami w nadziei na
jakieś dorywcze zajęcie. Czasem działają oni jako naganiacze lepszych
sklepów oczekując potem prowizji. Wymieniaczy waluty znajdziecie przed
urzędem pocztowym, ale radzę raczej wymieniać pieniądze w jednym z kantorów
znajdujących się w bocznym skrzydle poczty.


Nieliczni turyści, których można spotkać na ulicach Kigali zaczepiani są
przez sprzedawców pocztówek i pamiątek. W centrum jest kilka sklepów
oferujących zupełnie niezły wybór drewnianych i kamiennych rzeźb. Królują
wśród nich oczywiście goryle. Ale jak poszperać, to można znaleźć coś
ciekawego. Tylko jak to potem dowieźć do kraju?
Co trzeba zobaczyć będąc w Kigali? Z zabytków to chyba tylko
rezydencję niemieckiego gubernatora Rwandy Richarda Knadta z 1907 roku. Mało
kto dziś pamięta, że Rwandę kolonizowali Niemcy – ich panowanie trwało
jednak tylko 22 lata – do przegranej przez Rzeszę I wojny światowej, po której wszystkie
niemieckie kolonie przejęli zwycięzcy. Rwanda właśnie wtedy przypadła
Belgom.
W dzielnicy Gisozi naprzeciw
widocznego na zdjęciu “śródmiejskiego” wzgórza wzniesiono “Genocide Memorial”
– Pomnik Ludobójstwa upamiętniający masakrę 1994 roku.
Na dziedzińcu płonie znicz ku czci ofiar tej zbrodni.


Wewnątrz budynku mającego kształt dwóch połączonych rotund jest ciekawie
zrobiona ekspozycja składająca się z ze zdjęć, plansz i filmów video. Przedstawia genezę i przebieg tragicznych wydarzeń. Wstrząsające! Na
piętrze – jakby dla usprawiedliwienia się przed światem pokazano inne przykłady
ludobójstwa: pacyfikowaną przez Niemców Namibię, Bośnię, Kambodżę,
i… Treblinkę (dlaczego nie Auschwitz?)
Wystarczy…
Tysiąca Pagórków – kraj sympatycznych, ale smutnych w odbiorze ludzi.
Kolejnym krajem na szlaku mojej transafrykańskiej podróży było Burundi, do
niedawna ogarnięte wojną domową, gdzie zamierzałem wsiąść na statek
kursujący po Jeziorze Tanganika i popłynąć prze całą jego długość – aż do
Zambii.
Najnowsze wydanie przewodnika
Lonely Planet “Africa” z którego korzystałem nic nie wspominało o możliwości
przejazdu drogą lądową z Kigali do Burundi. W książce wręcz ostrzegano przed
rebeliantami napadającymi na środki transportu publicznego po obu stronach
granicy. Dopiero na miejscu – w Kigali ustaliłem, że sytuacja jest już na
tyle stabilna, że mikrobusy mogą już utrzymywać regularną komunikację między
obiema stolicami. Takie międzynarodowe “taxi brousse” jedzie do Bujumbury
około 5 godzin, a za jedno miejsce płaci się 5000 rwandyjskich franków.










