
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Wykorzystałem
moment, gdy potężny silverback przysiadł, aby odpocząć i ostrożnie okrążyłem go, by
znaleźć się naprzeciwko. Przewodnik nie protestował, choć to on zazwyczaj
proponował w którą stronę można było się przesunąć. Dzięki temu mogłem zrobić
kilka ciekawych zbliżeń. Filmowałem i pstrykałem ostrożnie, a on patrzył na
mnie swoimi głęboko osadzonymi oczami. Nie da się ukryć – byłem
zafascynowany tym spotkaniem…
Jestem przekonany, że raz w życiu warto
przeżyć taką przygodę, nawet jeśli jej koszt jest kolosalny jak na
możliwości płatnicze trampa – już w tej chwili opłata pobierana zarówno w
Rwandzie jak i w Ugandzie za wyprawę do goryli wynosi ponad 300 dolarów od osoby, a nie
wykluczone, że jeszcze wzrośnie – wraz ze wzrostem ilości chętnych na takie
wyprawy.
Według instruktażu przewodników nie wolno patrzeć gorylowi prosto w oczy gdy
widać, że jest zaniepokojony lub gdy znaleźliśmy się na jego drodze, gdyż
może być to odebrane przez samca jako wyzwanie. Ale ten silverback siedział
spokojnie, więc nie miałem obaw…


się ponownie w gęstych zaroślach i spojrzał mi w oczy nieco inaczej wolałem
natychmiast po zrobieniu tego zdjęcia spokojnie się wycofać… Nie muszę
chyba dodawać, że towarzyszył
temu dreszczyk emocji…
Zupełnie inaczej ma się sprawa
gdy dochodzi do zbliżeń z młodymi gorylami. Te nie są tak pewne siebie, a
spotkanie z człowiekiem wydaje się być dla nich taką samą atrakcją jak dla
nas – ludzi spotkanie z gorylem. Oczywiście nie wolno się także do nich zbliżać,
dotykać lub rzucać im jakiegokolwiek pokarmu.


jedynie trzaskiem miażdżonych gałęzi sprzyja obserwacji całej grupy. Czy jej
członkowie porozumiewają się ze sobą głosem? – Nie zauważyłem, choć
odnotowałem różne pomruki, sapnięcia, stękanie, warknięcia, bulgotanie i
burczenie w
wielkich brzuchach oraz (za przeproszeniem Szanownych Czytelników) puszczanie
donośnych bąków…
Eukaliptusowa uczta trwała
jeszcze jakieś 40 minut. Goryle do zrywania kory używały wyłącznie zębów,
choć jak widać na tym zdjęciu ich palce zakończone są pazurami.


Widziałem, jak wielki samiec aby
dostać się do kory na górnej części pnia po prostu łamał cieńsze drzewka.
Samice (na zdjęciu obok) zadowalały się tym co było niżej. Nie zauważyłem, aby goryle walczyły
między sobą o co lepsze stanowiska do jedzenia. Czasem jedna samica czekała,
aż druga skończy, by zająć jej miejsce przy eukaliptusie.
utrzymywała kontakt wzrokowy i gdy tylko dominujący samiec sforsował
kamienny murek udając się z powrotem do dżungli pozostałe goryle
niespiesznie podążyły za nim.
Ja też tak jak one – użyciem
czterech kończyn sforsowałem murek…


stadko zajęło się oczywiście dalszą konsumpcją (jeżeli dziennie muszą dla
prawidłowego rozwoju zjeść 30 kilogramów to muszą chyba jeść prawie bez
przerwy) . Rozgarniając gałęzie krzewów wyszukiwały sobie tylko znane leśne
owoce…
Zrobienie dobrego zdjęcia w takich
warunkach – w gęstwinie jest o wiele trudniejsze… Najczęściej między
fotografem i gorylem są po prostu gałęzie, a gdy w końcu uda się znaleźć
jaki prześwit, to widać przezeń tylko fragment modela…


tak sobie myślę: po co te słabo owłosione istoty łażą za mną po tych
chaszczach? Dobrze chociaż, że nie zjadają nam owoców!…”
Nie chciałbym donosić na Francisa, ale
nasze spotkanie z gorylami przeciągnęło się nieco (ku mojej radości) ponad
regulaminową godzinę. W końcu jednak trzeba było zrobić to ostatnie zdjęcie,
przeskoczyć mur z kamieni i wrócić do przysiółka, gdzie czekał samochód…


Nasza ochrona. Cały czas
towarzyszyło nam dyskretnie dwóch facetów z kałasznikowami. Dlaczego? Od
granicy parku jest tylko kilka
kilometrów do granicy Konga – dawnego Zairu, skąd na teren Rwandy wdzierają się czasem uzbrojone bandy
mogące być zagrożeniem dla turystów.
Po wizycie w parku – ja i mój
przewodnik Francis. Z udostępnionych statystyk dowiedziałem się, że w całym
2004 roku goryle w Volcanoes National Park odwiedziło 7747 turystów.
Najwięcej było Amerykanów (1821) i Niemców (1483). Polaków w 2004 roku nie
odnotowano. Grupa wyruszająca z przewodnikiem może liczyć maksymalnie 8
osób. Wytypowanych do odwiedzania jest tylko 5 gorylich rodzin. Czyli szansę
spotkania z gorylami ma maksymalnie tylko 40 osób dziennie. Ja byłem jednym
z tych szczęściarzy. I w dodatku nie padało! Dzięki Francis, zamówiłeś
dobrą pogodę!


teraz przyjrzeć się bliżej biednej wiosce u wjazdu do parku i jej
mieszkańcom. Chaty z chrustu oblepianego gliną, brak elektryczności,
wałęsające się domowe zwierzęta…
ubrane w niezdarnie uszyte kretonowe sukienki lub używaną odzież zachodnią
dostarczona przez organizacje pomocowe. W stosunku do turystów są nieufni,
ale wiedzą już że za pozowanie do zdjęcia od bogatych turystów można dostać
długopis, a czasem nawet pieniądze… Francis powiadał: staramy się oduczyć
ich żebrania, ale idzie to bardzo ciężko…


Wieśniaczki pracujące na kartoflanych i bananowych poletkach ubierają się
mniej kolorowo niż w innych krajach Afryki …
Jedna z nich urodziła właśnie pierwsze dziecko. Prosiła, aby sfotografować
tą małą główkę ledwie wyglądającą z becika.
Dumna afrykańska mama… Zdaje się, że w tym społeczeństwie urodzenie
pierwszego dziecka to dla młodej dziewczyny swego rodzaju nobilitacja…


Zauważyłem, że ludzie uśmiechają się tu raczej rzadko. Pełna okrucieństw
wieloletnia wojna domowa pozostawiła w psychice tych ludzi nieodwracalne
zmiany. Na nie nakłada się jeszcze dzisiejsza bieda. A jednak były
jakieś uśmiechy na pożegnanie, choć – jak pamiętam sprowokowane żartem…
Po powrocie do Ruhengeri odebrałem bagaż z hotelu Mahabura, gdzie spędziłem
ostatnią noc płacąc 10000 franków za duży pokój z łazienką. “Mahabura” miała
tą zaletę, że była blisko biura parku narodowego. W miasteczku nie ma
niestety zbyt dużego wyboru jeśli chodzi o tanie zakwaterowanie.
Prysznic, kubek herbaty, szybkie
pakowanie i już maszerowałem do mikrobusu odjeżdżającego z centrum
miasteczka. Wtłoczyli mnie na tylne siedzenie wpychając jednocześnie plecak
przez tylne drzwi. Byłem oczywiście jedynym białym w zatłoczonym
pojeździe…


Wkrótce ruszyliśmy w dalszą drogę przez Kraj Tysiąca Pagórków. Tak właśnie
nazywają Rwandę – Les Pays des Milles Collines. Pagórków jest zapewne więcej
niż tysiąc i rzeczywiście przydają one wiele malowniczości tutejszemu
pejzażowi.
tarasami na których zielenią się mniejsze i większe poletka. Przy górzystej
rzeźbie terenu każdy skrawek ziemi wykorzystuje się pod uprawy. Techniki
pracy na roli są oczywiście bardzo prymitywne. To Afryka, ale górzysta,
gdzie dzienne temperatury spadają nawet do 12 stopni. Rok ma cztery
pory: długą deszczową od połowy marca do połowy maja i krótką od połowy
października do połowy grudnia. Długa pora sucha trwa od połowy maja do
połowy października a krótka od Bożego Narodzenia do połowy marca.


Rwanda ma nieco ponad siedem
milionów ludności. To dużo, biorąc pod uwagę, że jej obszar jest 12 razy
mniejszy od powierzchni Polski. Główne plemiona to Hutu i Tutsi. To
właśnie między nimi toczyła się bratobójcza wojna. Walki trwające z
przerwami od czasu uzyskania niepodległości w 1962 roku osiągnęły kulminację
w 1994, gdy w ciągu trzech miesięcy wymordowano w tym kraju około 800 000
ludzi. Najczęściej ich winą było to, że należeli do innej grupy etnicznej.
To było po prostu ludobójstwo…
Mieszkańcy Rwandy jeszcze
przez wiele lat będą nosić piętno tej tragedii. Ludzie, których oglądałem
przez szybę zatłoczonej furgonetki byli smutni, zatroskani. Wewnątrz pojazd
nie było tego radosnego afrykańskiego gwaru i przekomarzania się, do którego
przywykłem…


Po około dwóch godzinach jazdy
znalazłem się w Gisenyi nad Jeziorem Kivu. KIVU… Przez wiele lat była to dla mnie
jedna z tych magicznych afrykańskich nazw, kryjących za sobą wielką
niewiadomą. Niewielu polskich podróżników dotarło w te strony.
Chciałem teraz jak najszybciej skonfrontować swoje wyobrażenia o tym miejscu
z rzeczywistością. Ale o tym
już na kolejnej stronie…
