
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

Uganda jest o 1/3 mniejsza od
Polski, zamieszkuje ją 25 milionów ludzi

Po
pobycie w Republice Środkowoafrykańskiej i wszystkich ograniczeniach oraz trudnościach,
które przeżywa tam podróżnik Uganda wydaje się być turystycznym rajem. Miała
wprawdzie kiedyś też swojego despotycznego dyktatora – Idi Amina, ale to odległe
czasy. Dziś wśród przeżywających trudności polityczne i gospodarcze
afrykańskich krajów Uganda błyszczy jak szczęśliwa gwiazda. Wizę tego kraju
dostaje się bez kłopotów po przylocie na lotnisko w Entebbe koło Kampali lub
na drogowych przejściach granicznych. Przed terminalem lotniska w Entebbe
czekają biało-żółte taksówki gotowe zabrać was za 25000 do odległej o 35 km
Kampali. Ja wolałem jechać znacznie taniej: zbiorowym białym minibusem z
niebieskim paskiem (tu myląco nazywają go “taxi”) do Kitoro taxi park w
Entebbe (1000) i po przesiadce w kolejny – do stolicy. Razem 2000
szylingów… Deal!
Już w mikrobusie zorientowałem
się, że tu znowu jestem muzungu (cudzoziemiec). Normalne! Ale
nareszcie po wielu tygodniach mogę przejść z mojego nieporadnego
francuskiego na lepiej znany język: angielski… Uwaga! Tu się jeździ lewą
stroną! Dla piechura oznacza to konieczność zerkania w prawo, a
dopiero potem w lewo… A jeżdżą jak szaleńcy!
Stolica Ugandy ma ponoć 1,2
miliona mieszkańców i tak jak Rzym położona jest na siedmiu wzgórzach.
Między nimi ulokowało się zwarte centrum z kilkoma wieżowcami.


Już w pierwszych godzinach
pobytu miałem okazję przekonać się, że Kampala to jedna z najbardziej
zatłoczonych stolic świata. Smog i hałas… To nie jest miejsce na
dłuższy pobyt! Postanowiłem: zobaczyć co się da i uciekać!
Zakwaterowanie znalazłem w centrum, naprzeciw bazaru Owino: Mukwano Guest
House oferuje pokój jednoosobowy z wiatrakiem i prysznicem na korytarzu za
12 000 szylingów. W gąszczu sklepików odnalazłem jeden z wielu kantorów (tu
oznaczane są szyldem FOREX) i wymieniłem pieniądze. Za dolara płacili 1750
szylingów. I dolar znów był w łaskach (wspominałem wam wcześniej o tym, że
Afryka Zachodnia z wyjątkiem trzech anglofońskich krajów kocha wyłącznie
euro).
Na bazarze zrobiłem zakupy:
paczka 6 bułek – 500 szylingów, margaryna – 1400, gotowane jajko -140,
papaja – 800, kilo pomarańcz – 500, pół litra wody mineralnej – 500. Ceny
koki są regulowane: 0,3-500, 0,5-800, 1litr-1200. Rozkręcam wyłącznik, aby
zagotować herbatę, bo w pokoju nie ma gniazdka… Posiłek. I teraz
można wyjść na duszne upałem miasto…
Podstawowy środek transportu,
który używałem w Kampali nazywa się boda-boda. To motocyklowe taksówki,
którymi jeździłem już wielokrotnie w Afryce Zachodniej. Przeciskają
się stosunkowo łatwo przez uliczne zatory… Oczekują na klienta na każdym
rogu. Uzgadniajcie cenę przed wyruszeniem w trasę! Za kurs w centrum
płaci się 500 szylingów. Za dłuższą jazdę cena wzrasta gwałtownie – do 1500.
Ale te 500 da sie z reguły utargować. Na siodełko i… jedziemy


Kierowcy nie zawsze znają miasto. Prosiłem – za 1000 do pałacu Kabaki, a
przywiózł mnie do siedziby parlamentu (na zdjęciu obok). Ale o tym
dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy motorek już odjechał. Parlament też
ładny – na cokole przed nim stoi kabaka (król) Muwenda Mutebi II.
Na sąsiednim wzgórzu stoi okazała
protestancka katedra. Od podnóża katedry otwiera się ładny widok na centrum
miasta.
Ale najciekawszym punktem zwiedzania
Kampali była wizyta w muzeum. Wstęp do Uganda Muzeum kosztuje 3000 szylingów
+ 5000 jeśli chcecie fotografować. A w środku wszystko: od prehistorii przez
czasy kolonialne, etnografię i życie codzienne mieszkańców aż do rozwoju
kraju w czasach współczesnych – niewiele afrykańskich stolic może się
pochwalić taką placówką!…


Ta świątynia hinduska jest jednym z ciekawszych akcentów architektonicznych
centrum miasta.
Do katolickiej katedry stojącej na wzgórzu w dzielnicy Rubaga niestety nie
dotarłem – zrobiło się późno i bolała mnie głowa – prawdopodobnie od
kilkugodzinnej wędrówki w ulicznym smogu.
A to uliczna budka telefoniczna z operatorską obsługą. Takie usługi świadczy
się na ulicach wielu afrykańskich miast. Operatorka dysponuje aparatami
komórkowymi kilku sieci. Stacjonarny telefon też jest. No i jeszcze
kalkulator do obliczenia należności – całe oprzyrządowanie mieści się w
torbie i na noc zabierane jest do domu…
Za rogiem mam internet – płaci
się 800 szylingów za każde pół godziny. Tylko komputery mają strasznie
wolne!


Jak w każdym wielkim mieście Afryki, tak i w Kampali dostrzega się
kontrasty. Ale nie jest to skrajna nędza czy głód…
To nie strajk taksówkarzy – to normalny widok w centrum miasta. W uliczce
sąsiadującej z dworcem autobusowym zlokalizowanym w centrum miasta.
mikrobusy czekają na zapełnienie pasażerami i swoją kolejkę do odjazdu. W
każdym rzędzie inny kierunek. Gdy pojazd jest już pełen problemem staje
wypchanie się ze śródmieścia. Wiele razy w wielkich miastach Afryki kląłem,
gdy trzeba było na dworzec autobusowy jechać daleko za miasto. Przykład
Kampali pokazuje, że to ma jednak sens!…
Taką publiczną “taxi” można pojechać na wschód – tam leży Jinja i tam są
źródła Nilu.


niecałe dwie godziny drogi, za które zapłacicie 2000-2500 szylingów. Po drodze
za oknem widać wzgórza pokryte herbacianymi krzewami. Taka plantacja przypomina
do złudzenia gęsty
żywopłot.
A to już Jinja [dżindża] – miasto z
kolonialnym rodowodem i trochę przykurzonym “charmem” leżące tam, gdzie z
Jeziora Wiktorii wypływa Nil. Ta część biegu rzeki – aż do Jeziora Alberta
nazywane jest Nilem Wiktorii. Miasto odwróciło się od jeziora, a może w
ciągu dziesięcioleci poziom wody się obniżył. Popatrzcie na zdjęcie obok –
Jezioro Wiktorii widać na horyzoncie. w Jinji mieszkałem tuż obok stacji
mikrobusów – w Victoria View Inn. Za duży pokój z prysznicem płaciłem 10000
(płatne z góry, z rachunkiem dostaje się mydło i kawałek papieru
toaletowego) – polecam!


W XIX wieku wielu znamienitych podróżników organizowało wyprawy do wnętrza
Czarnego Kontynentu w poszukiwaniu źródeł najdłuższej rzeki świata.
W końcu odnaleziono miejsce, gdzie Nil wypływa z Jeziora
Wiktorii i uznano, że to są źródła Nilu. Dziś niektórzy wydłużają Nil o
wpadającą do jeziora Kagerę, jeszcze inni lokalizują źródła Nilu w Burundi
na zboczach Mt Kikizi. Jinja nie zamierza jednak oddawać przyznanej jej
niegdyś godności… Na zdjęciu obok widzicie Nil Wiktorii kilkaset
metrów od jego “źródeł” w jeziorze.
W miasteczku obok motocyklowych taksówek boda-boda kursują także boda-bike,
przewożące pasażerów na rowerowym bagażniku. Pojechałem takim pojazdem do
miejsca nad rzeką, gdzie w ładnym parku jest przystań łodzi, restauracja i
taka oto tablica, przy której chętnie fotografują się turyści. W pobliżu
jest pomnik Mahatmy Ghandiego. Przypomina, że część prochów tego przywódcy
wrzucono zgodnie z jego wolą do Nilu. Po drugiej stronie rzeki widać
ustawiony na skarpie obelisk – to jest to miejsce z którego pierwszy
Europejczyk – Speke patrzył na rzekę i jezioro… A za wstęp do parku
pobierają od cudzoziemców opłatę – na szczęście tylko 2000 szylingów .


Nilem kryją wiele eleganckich, starych i nowych rezydencji. Natomiast
w centrum miasta ciągną się setkami metrów takie podcienia. Pod nimi
znajdziecie nie tylko sklepiki, ale także zaimprowizowane warsztaty
wystawione na zewnątrz pomieszczeń.


…a ci chłopcy z imponującymi karabinami pilnują banku. Niefrasobliwie, bo
jedli właśnie na swoim posterunku prozaiczny lunch…
Ugandzie, podobnie jak w Kenii spotkać można sporo Hindusów i Pakistańczyków.
Część z nich wyznaje islam. Muzułmanki nakrywają
głowy chustami i nie lubią się fotografować. Miejscowe Murzynki na ogół się
nie wzbraniają…
O
wczesnym poranku znowu mnie tu budzi nawoływanie z minaretów.


Lubię fotografować dzieci, są takie naturalne…
Jinja ma kilka kafejek
internetowych, gdzie za każde pół godziny pracy przy komputerze płaci się
900 szylingów. Duży chleb kosztuje 1500, a kilo pomarańcz 500 – sami oceńcie
czy to drogo…
W ogrodach wokół rezydencji kwitną drzewa bougenvilli i
frangipani. Wzdłuż ulic widać flioletowo kwitnące dżakarandy i osypane
karminowym kwieciem flame-trees. Jak ktoś lubi tropikalne kwiaty, to jest to
miejsce dla niego…
O wczesnym poranku łapię boda-bodę i za
3000 szylingów jedziemy do odległych o 11 kilometrów kaskad Bujagali [budżagali].
Początkowo jest to dobry, choć wąski asfalt, potem już tylko czerwona,
laterytowa
droga na której kurzy się jak diabli… I do tego “tarka” – a adoptowany na
siedzenie bagażnik na którym jadę jest raczej twardy…


Piszą o tym miejscu “Bujagali Falls”, ale tak naprawdę to są to wspaniałe,
kilkustopniowe kaskady na szeroko rozlanym Nilu Wiktorii. Jest to idealne
miejsce do uprawiania raftingu. Kilka miejscowych kompanii oferuje “white-
water rafting” – spływy pontonami przez cały ciąg kaskad i bystrzy.
Za wsią Bujagali przy wielkiej reklamie piwa “Bell” trzeba skręcić w lewo –
ku rzece – do Bujagali Camp – obozowiska zajmującego cały skalisty cypel
obniżający się ku wodzie. Myślę, że widok na kaskady z tego miejsca
wart jest miliony szylingów. Ale miejscowi zainwestowali niewiele: kilka
chatek pod strzechą, trochę zaniedbana restauracja i poletko
namiotowe. Za to kwiatów dużo, szczególnie hibisksów…


Z portkami czerwonymi od pyłu schodzę w dół. Jest ósma rano, w bramie
nikogo jeszcze nie ma. Podobno strażnicy przyjeżdżają o 9.00 i wtedy już
trzeba płacić za wstęp 3000 szylingów.
Panorama, która otwiera się z campu wystarczyła by na kilka połączonych ze
sobą pocztówek: nurt rzeki rozdziela się tu na kilka (7?) ramion
opływając skaliste wysepki pokryte bujną roślinnością. Woda wali w dół z
kaskad wysokich wprawdzie tylko na kilka metrów, ale jej masa jest
imponująca!
Kaskady są tak usytuowane, że dla dobrych zdjęć lepiej tu być późnym
popołudniem…


rybacy w małych łódeczkach niefrasobliwie pływają u podnóża wodnych stopni –
widać wiedzą, gdzie można bezpiecznie dotrzeć…
Bujagali to bardzo urokliwe miejsce – dla mnie znacznie ciekawsze niż
reklamowane “Źródła Nilu”. Jeśli ma się dość czasu można rozbić namiot
na zielonym stoku i zasypiać tu przy szumie wielkiej wody…


A przy bramie już o 9.00 pojawiają się chłopcy piekący na prymitywnym
piecyku indyjskie chiapati… Z głodu się nie zginie…
Kaskady Bujagali są na pewno
pięknym miejscem. Ja jednak obiecywałem sobie znacznie więcej po słynnych Wodospadach Murchisona na
północy Ugandy. Aby skierować się w tamtą stronę trzeba było wrócić do
stolicy, która jest węzłem komunikacyjnym dla całego kraju.
Ale o moim pobycie w Murchison
Falls National Park i tarapatach z dojazdem przeczytacie już na kolejnej stronie…

