
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg dalszy)
Góry Mandara
rozciągają się na pograniczu Kamerunu i Nigerii – na zachód od małego
miasteczka Mokolo widocznego na mapce obok. Ich niezwykłe kształty oraz
uroda i afrykański autentyzm wiosek rozrzuconych u ich podnóża sprawiły, że
wędrówka przez ten region jest jedną z największych atrakcji turystycznych
Kamerunu. Wędrówka piesza – dodajmy, bo większość wiosek połączonych jest ze
sobą jedynie ścieżkami.

Jak widać na zdjęciu ścieżki
prowadzą wśród wysokich traw, są najczęściej kamieniste i brak na nich
jakichkolwiek drogowskazów. Posiadanie miejscowego przewodnika staje się
koniecznością. Drugiego dnia wędrówki nasza grupka prowadzona przez czarnego
Napoleona dotarła w południe do wioski Kila, gdzie odbywał się akurat
targ… To był targ dla miejscowej ludności, nie dla turystów… Tych
ostatnich na szlaku w ciągu trzech dni wędrówki nie spotykaliśmy wcale.
Kilku białych widzieliśmy jedynie w “bazowej” wiosce Rhumsiki z której
wyruszyliśmy na nasz treking.
Wioski z górach Mandara składają
się właśnie z takich zagród otoczonych gliniano-kamiennym murem. Tego
drugiego dnia po obejrzeniu bazaru maszerowaliśmy dalej koło ładnej wioski
Guava. W porze największego skwaru Napoleon zarządził popas pod cienistym
mangowcem na wzgórzu, gdzie nie tylko mogliśmy zjeść spokojnie nasze
sardynki powszednie ale i wyciągnąć się na wysuszonej trawie rozkoszując się
docierającymi na wzgórek powiewami wiatru… Było powyżej czterdziestu
stopni Celsjusza…


Ostatni etap tego dnia prowadził
po usianych głazami stokach do wsi Rufta, gdzie mieliśmy spędzić kolejną
noc. Sypiając w zagrodach mieliśmy możliwość podglądania codziennego życia
Kameruńczyków – ze wszystkimi jego blaskami i cieniami.
Do Rufty dotarliśmy o 15.30.
Zaskoczenie. Nie ma naszej oślicy z zapasami pitnej wody!!. A podobno kucharz
miał ja poprowadzić krótszą drogą! Piiiić! Niestety w tych
małych wioskach sklepików z napojami nie ma…
Na szczęście po około godzinie
nasza zguba pojawiła się na ścieżce. Za nią stąpał osiołek, a na końcu
karawany nasz kucharz. Można było nareszcie uzupełnić braki wody…


Rodzina u której nocowaliśmy
przekazała nam do dyspozycji wyłożony słomianymi matami gliniak z
pomieszczeniem o wymiarach 3×3 metry. Wewnątrz wieczorem było jednak
piekielnie duszno – wszyscy rozścielili swoje karimaty na zewnątrz – pod
gwiazdami. Do mycia przyniesiono nam z odległej studni jedno niepełne
wiadro na całą grupę. A toaleta? – Toaleta jest na polu – za murkiem
otaczającym zagrodę! Kozy i kurczaki bezceremonialnie szukają
pożywienia wśród naszych rozłożonych na matach rzeczy… Po ścianach śmigają
kolorowe jaszczurki. A po zachodzie słońca wielka lampa księżyca kładzie
srebrną poświatę na strzechach chat. Nocą ujadają psy i płaczą dzieci. Ale
komarów na szczęście nie ma!.
TRZECI DZIEŃ naszej
wędrówki przez Góry Mandara miał obfitować w najwspanialsze
krajobrazy. Zaczęły się, gdy tylko minęliśmy wioskę Move…


Rzeczywiście kształty i rozmiary
gór zaczynają być niesamowite – tą skalną basztę wyrastającą za wsią
miejscowi nazwali G’Move.
My odkręcamy kran i nabieramy do
naczynia dowolną ilość wody… Oni… W korycie wyschniętej rzeczki
wykopany jest dół. Na jego dnie niewielka kałuża – ot, tak ze trzy głębokie
talerze… Bosonoga dziewczyna siedzi w dole i połówką kalabaszowej skorupy
nabiera wodę z kałuży nalewając ją do wiadra. Napełnienie jednego wiadra
trwa 10 minut, może kwadrans. Potem inna kobieta ustawi sobie to wiadro na
głowie i zaniesie do odległej o kilkaset metrów zagrody. Da pić dzieciom,
ugotuje garnek kuskusu… Będzie oszczędnie nią gospodarować. Bo kolejka
przy dole bywa długa… Czy odkręcając kran zdajemy sobie sprawę z naszego
szczęśliwego położenia? Nie wszyscy mają tyle wody!


Pętla naszej trasy zawraca w
kierunku Rhumsiki. Przecinamy szutrową, “główną” drogę Mokolo-Rhumsiki.
Przed nami wyrastają kolejne skalne baszty i maczugi o fantastycznych
kształtach. – Ten szczyt na horyzoncie to już Nigeria – powiada nasz
czarny Napoleon.
W pewnym momencie otwiera się
przed nami głęboka dolina. To Drr Valley, po jej przeciwnej stronie na
urwisku usadowiło się Rhumsiki. Zejścia do doliny strzeże kolejna skalna
wieża…


Mandara. Pisząc po powrocie z
podróży ta relację jestem przekonany, że Mandara Mountains to najciekawszy
dla turysty region Kamerunu. Szkoda tylko (a może właśnie dobrze?), że z
uwagi na dużą odległość od wybrzeża dociera tu niewielu podróżników.
Na dnie doliny usadowiły się
cztery tylko zagrody otoczone murkami z kamieni. Stożkowe dachy chat
komponują się wspaniale z górskim krajobrazem. To bardzo piękne miejsce.
Nawet jeśli przyjedziecie do Rhumsiki na jeden tylko dzień to można ścieżką
wprost z bazaru Rhumsiki zejść do doliny – bez przewodnika. Ale do zejścia
trzeba porządne buty – sandały nie wytrzymają konfrontacji z tutejszymi
skałkami…


W jednej z zagród na dnie Doliny
Drr jest warsztat produkujący ludowe instrumenty – gadzawary. Ich rezonatory
z jednej strony obciągnięte są skórą, a z drugiej wspaniale rzeźbione w
tamaryszkowym drewnie. Na gadzawarze gra się jak na harfie… Ale nie zalety
użytkowe czy brzmienie robią największe wrażenie na turystach. Kupują je
jako niepowtarzalne pamiątki z Gór Mandara. Instrumenty nie są drogie – taki
egzemplarz z niezbyt skomplikowaną rzeźbą można wytargować już za 1500
franków czyli około 3 dolarów USA. Tylko przewozić taką pamiątkę trzeba
wyjątkowo ostrożnie – raczej w podręcznym bagażu niż w plecaku…
W warsztacie można obejrzeć, jak
produkuje się instrumenty. Nie chce się wierzyć, że drewniany rezonator
powstaje pod cięciami narzędzia, które przypomina małą siekierkę…
Oglądamy tą ciekawą produkcję,
a potem zaczynamy wspinać się wąską ścieżką, którą nie przejdzie nawet osioł
w górę – do wioski. W butelkach widać już dno. A te ostatnie kwadranse
wędrówki wyciskają z nas resztki wypitej wody… Dobrze, że wracamy do
cywilizacji, gdzie można kupić bagietki i coca-colę, a przede wszystkim – po
trzech dobach wejść pod prysznic!


Po powrocie do Rhumsiki
przewodnik oprowadza nas jeszcze po warsztatach rękodzielniczych, będących
zarazem sklepikami z suwenirami. W jednym z nich produkują i sprzedają
ładną, czarną ceramikę. Czarki i dzbanki są nawet ładne i niedrogie, tyle że
ciężkie – jak to dźwigać przez drugie pół Afryki?
Rezygnujemy z płatnej wizyty u
miejscowego czarownika, który za 1000 CFA przepowiada przyszłość na
podstawie obserwacji ruchów dwóch żywych krabów.
Za to w
okolicy bazaru podglądamy, jak przędzie się bawełnianą nić. Robią to
kobiety…


A tuż obok z tych nici tka się
wąski na pięć, może siedem centymetrów pasek zgrzebnego materiału. Ale
tkactwo jest wyłącznie domeną panów…
Ze zszytych ręcznie wzdłuż
pasków wyrabia się nie tylko takie sakwy, ale także całe powłóczyste
koszule, które można następnie sprzedać turystom. Koszule nie mają podobno
powodzenia – znacznie tańsze i wygodniejsze są te utkane i uszyte maszynowo
w fabryce…


W hoteliku “La Casarolle”
odbieramy nasze plecaki. Pranie i kąpiele kończą się jednak bardzo szybko i
z prozaicznej przyczyny: kończy się woda w zbiorniku zamontowanym ponad
hotelowym dachem. Więcej będzie jak przyjedzie beczkowóz, a
przyjedzie… dokładnie nie wiadomo kiedy… Oni się uśmiechają, dla nich to
codzienność…
Mikrobus z Rhumsiki do Maroua
wyjeżdża w trasę wcześnie rano: już o 6.00. Za skalnymi basztami i świętą
górą Zivi wschodzi wielkie czerwone słońce gdy wytaczamy się na wyboistą
szutrową drogę do Mokolo. Oho, dostajemy ochronę: policjanta z kałasznikowem
wiszącym na sznurku. Już zapomnieliśmy, że Nigeria jest wciąż tak blisko…
11.20 jesteśmy w Maroua. Jeszcze tego samego dnia chciałbym dotrzeć do
N’gaoundere – znacznie ciekawszego miasta położonego dalej na południe. Jest
autobus, wykupuję bilet za 5000 CFA i cierpliwie czekam z innymi pod wiatą
autobusowego terminalu. Obok – mała czarnoskóra lady – popatrzcie tylko na
zdjęcie obok…
Do autobusu wywołują po
nazwiskach – według listy. 12.30 – odjeżdżamy. Kierowca przezornie zwalnia
gdy zbliżamy się do dziur w wąskim asfalcie. Na wojskowych posterunkach
kontrolnych autobus oblegają przekupnie wsadzający do środka pojazdu przez
okna swój towar…


zmroku. Trudno jest orientować się w obcym mieście po ciemku – staram się
unikać takich sytuacji, ale czasem nie ma wyboru… Z pomocą
miejscowych odnajduję “Auberge de la Gare” – tani hotelik w pobliżu
stacji, schowany za szkolnym boiskiem. Za 6000 CFA można tu dostać pokój z
prysznicem, czystym ręcznikiem i… dwiema prezerwatywami. Co za luksus po
przeżyciach ostatnich kilku dni!
N’Gaoundere ma rangę stolicy prowincji. Leży na wysokości 1100 metrów npm, co
sprawia, że upał nie jest tu tak dokuczliwy.
Poranek pozwala docenić
rozmiary miasta i sfotografować najciekawsze fragmenty architektury. Wzdłuż
ulic przyciągają uwagę wspaniale kwitnące drzewa, a na jezdniach
-motocyklowe taksówki, które za 100 franków zawiozą Was w dowolny kraniec
miasta… Jestem w środkowym Kamerunie. Żywność jest tu już znacznie
tańsza, jest też znacznie więcej owoców niż na północy: dorodne mango
sprzedają po 20 CFA, banany po 25, bułka kosztuje 50, kostka holenderskiej
margaryny 500, a krążek serków – 800.


Mosque.
Ale najciekawszym turystycznie
miejscem w N’Gaoundere jest Lamidat czyli siedziba miejscowego “króla”.
Bo w Kamerunie, podobnie jak w Nigrze równolegle do oficjalnych, tworzonych
przez rząd funkcjonują stare, tradycyjne struktury władzy. Władcy
pozostawiono między innymi funkcje sądownicze. Na zdjęciu obok mamy wejście
do pałacu – może to za dużo powiedziane, ale nawet Francuzi piszą o tym “Palais
du Lamido”
kolorowo ubrani panowie to pałacowa służba. Przy wejściu wywieszony jest
oficjalny cennik dla turystów: wstęp 2000 + 1000 za każdy aparat. Przewodnik
jest bezpłatny, ale liczy na napiwek. Idziemy do wnętrza… Między
pałacem, a stojącym obok niego Wielkim Meczetem widać mały, nowy pawilon w
stylu orientalnym. To tam zamieszkuje lokalny “król”. (tak, tak: “le roi” –
mówi o nim cały czas przewodnik)


starą, niezamieszkaną część pałacu. Na kolejnych piaszczystych
dziedzińcach oglądam coś w rodzaju kolorowanych płaskorzeźb o intrygującej
symbolice. Na ścianie obok wypisali listę 18 kolejnych “królów” rządzących
kolejno od 1836 roku.
sądu przypomina wielki namiot pokryty strzechą… Wewnętrzne wyposażenie tej
oryginalnej budowli jest bardzo skromne.


wykonana jest w tradycyjny sposób – jej elementy łączone są sznurkiem…
Napiwku na zakończenie zwiedzania pałacu niestety nie było – pewnie dlatego ten przewodnik taki smutny…
Merci!
Żegnając go myślałem już o
następnym fragmencie trasy. Drogi z N’Gaoundere na
południe są podobno w fatalnym stanie. Ale jest alternatywa – jeden ze słynnych
afrykańskich pociągów: “Yaounde Express” wyruszający przez dżunglę na
południe codziennie o 18.15… Tylko jak zdobyć bilety? Gdy rano
zjawiłem się na stacji powiedzieli, że kasę otworzą dopiero o 10.00…
Podróż miała trwać minimum 12 godzin i marzyła mi się kuszetka…


budowla sąsiaduje z Lamidatem. Tutejszy islam nie jest jednak aż tak
wojujący. Znaczny procent ludności wciąż praktykuje animizm…
10.00 w osobnym okienku kasowym dla pasażerów wyższych klas dowiedziałem
się, że powinienem zarezerwować miejsce z wyprzedzeniem 48 godzin. Na to ja,
że 48 godzin temu to ja byłem w waszych przepięknych Górach Mandara, gdzie
nie było ani telefonu, ani elektryczności, itd. Poskutkowało!
Mozolnie przepisywał polskie nazwisko z paszportu do imiennego biletu… Kuszetka do Yaounde kosztuje 28000 CFA (25000 gdy wykupuje się cały
4-os. przedział). Miejsca
siedzące w kl.1 – 17000, w kl.2 – 10000. Na godzinę przed odjazdem podróżni
ustawili się w długiej, karnej kolejce do wyjścia na peron. Ale o tym, jak jechałem ” Yaounde
Express” już na kolejnej stronie…







