
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos


Kraj
ten jest raczej rzadko odwiedzany przez polskich turystów. Być może
ze względu na brak korzystnych taryf lotniczych (najtaniej wożą tam Cameroon
Airlines z Paryża). Ale nawet jeśli ktoś z Polaków tu dociera, to zazwyczaj
drogą lotniczą do Douali. Ja tymczasem miałem się dostać do Kamerunu tylnymi
drzwiami: na samej północy – rzadko wykorzystywanym przez cudzoziemców
przejściem z Czadu… Północna część Kamerunu to wąski, bagnisty
w porze deszczowej cypel
sięgający aż do brzegów Jeziora Czad. Przyczółek ten wciśnięty jest
niejako między Nigerię i Czad.
Wizę Kamerunu otrzymałem w ciągu
24 godzin w ambasadzie tego kraju w Ndjamenie. Bez większych problemów: 2
formularze, 2 zdjęcia – odbiór następnego dnia o 10.00. Wydana wiza jest
wielokrotna i ważna na 30 dni pobytu w Kamerunie. Tyle tylko, że była
to jedna z najdroższych wiz, o jakie się ubiegałem: opłata wynosi 50000 CFA
czyli około 100 dolarów USA. Załatwienie wizy Kamerunu w Europie
(próbowałem w Brukseli) jest bardzo trudne – są ograniczenia terytorialne,
wymagają załączników, okres oczekiwania jest długi… Potwierdza się reguła,
którą zawsze cytuję moim korespondentom: w Afryce najłatwiej dostać wizę u
sąsiadów… Są wyjątki – jak Sudan…
Z Czadu do Kamerunu przechodzi
się tu mostem przerzuconym ponad graniczną rzeką. Przewodniki ostrzegają
przed korupcją po czadyjskiej stronie granicy. Stawka od paszportu wynosi
podobno 5000 tysięcy. Widzę, jak od Kameruńczyka załatwianego przede
mną oficer bierze jakieś banknoty. Spokojnie czekam, aż wpisze dane do
rejestru, wstawi pieczątki… I nie czekając na ciąg dalszy sam biorę
dokumenty z biurka i pospiesznie wychodzę… – Merci monsieur! Au revoir!
Przecież nie będzie biegł za mną na ulicę… Udało się!
Po drugiej stronie mostu – u
Kameruńczyków odprawa przebiega już bez takich emocji… Wpisują podróżnych
do zeszytu i każą jeszcze spisać dane na osobnej kartce – czyżbym ostatnią
skorumpowaną granicę miał już za sobą?


Najbliższe kameruńskie
miasteczko -Kousseri widać na horyzoncie… Jak tam dojechać? Nie nie
ma minibusów. Tylko motocyklowe taksówki! Siadasz na siodełko za kierowcą,
plecak leży na baku przed nim (jeśli nie chcesz go trzymać na plecach) i…
jazda. Zanim jednak ruszycie warto się upewnić, co do ceny przejazdu.
Wiedziałem, że od miejscowych biorą tylko 250 CFA – nie ma powodu płacić
więcej! Kousseri to małe, ale ruchliwe miasteczko. Stąd na południe
jeżdżą już mikrobusy – do Waza można dojechać za 2000, do Maroua – za 3000
CFA. Ale najpierw trzeba w bazarowym kurzu i skwarze odczekać godzinę czy
dwie – aż nabiją pasażerów “do full”.
Miłym zaskoczeniem w Kamerunie
jest popularność obok języka francuskiego również angielskiego. Zaskoczeniem są
także uzbrojeni
żołnierze, których doładowują nam w koszarach. Droga z Kousseri na południe
na długim odcinku prowadzi wzdłuż granicy Nigerii. To stamtąd przybywają
uzbrojone bandy zatrzymujące i rabujące minibusy. Zdarzały się nawet
porwania. Przez kilka lat cudzoziemcom w ogóle odradzano wyjazdy do
Północnego Kamerunu. Teraz sytuacja poprawiła się na tyle, że można tędy
jeździć – ze zbrojną eskortą. Mijamy wioski z okrągłych glinianych chat
rozrzucone w płowym jak skóra lwa krajobrazie… Gdzieś po drodze w szczerym
polu dolewamy z plastykowych baniek przemycone z Nigerii tanie paliwo. A
asfalt jest znacznie lepszy niż w Czadzie!


Płaska, wyschnięta sawanna. Kiedy w końcu na horyzoncie pojawią się skaliste
wzniesienia to znaczy, że zbliżamy się do osady Waza. Duża wieś
leży między takimi dwiema skałami; kilka zapyziałych sklepików i bazarowe
kramy rozłożyły się wzdłuż szosy. Wysiadam, bo to gdzieś tutaj jest brama do
parku narodowego…
W przewodnikach Park Narodowy Waza
polecany jest jako jeden z najciekawszych w tej części Afryki. Około
kilometr na południe od wsi w prawo pod górę odgałęzia się droga do drogiego
Campament de Waza, a w lewo piaszczysta droga wiedzie do bramy parku przy
której wybudowano z gliny dwie stylowe chatki dla strażników (na zdjęciu
obok). Żar się leje z nieba i wszystko co żywe ucieka do cienia…


Przed bramą parku czeka na turystów “mini hotel” stylizowany na kameruńską
wioskę: dwie zagrody po pięć chatek z kamienia. W każdej double bed z
czystą pościelą i moskitierą, stojący wentylator i – co dla mnie
najważniejsze – gniazdko, które pozwoli zagotować kolejne litry herbaty… W
każdej zagrodzie wspólny prysznic, umywalnia i toalety. Za taki domek płaci
się 7000 CFA i uważam, że nie jest to cena wygórowana biorąc pod uwagę
szczególną atmosferę tego miejsca… Polecam!
Zarządca parku (na zdjęciu) zatrudnia
kilka Murzynek, które (jeśli wcześniej zamówić) przygotują na kolację talerz
kuskusu z mięsem (2000 CFA), do którego można za 800 dokupić dużą butelkę
zimnego piwa…
Do bramy parku stosunkowo łatwo dojechać,
ale co dalej? Trzeba mieć środek transportu, którym pojedzie się przez park
i obowiązkowego przewodnika. Zarządca parku zaproponował, aby na
6-godzinną wycieczkę wynająć samochód jego przyjaciela mieszkającego we wsi.
Po krótkich targach stanęło na 30000 CFA , w tym koszt paliwa. Stawki
przewodników są wywieszone na tablicy: za pół dnia 3500 CFA. Za wstęp do
parku trzeba zapłacić 5000 od osoby i 2000 od aparatu, którego marka została
skwapliwie wpisana do zezwolenia. Od kamery video płaci się jeszcze więcej,
więc lepiej jej przy wjeździe nie pokazywać. No i jeszcze 2000 CFA za wjazd
wynajętego samochodu… Lista jak widać jest długa, ale skoro się już
dotarło do tego zakamarka Afryki…


Zamówiony samochód pojawił się przed bramą parku o 6.00. Samochód… gdybym
pofatygował się wieczorem do wioski go obejrzeć, to na pewno bym go nie
wziął… Rozklekotana ciężarówka – toyota z popękanymi szybami w kabinie.
Trudno – jedziemy… Już po pierwszych 5 minutach zaczyna się
koszmarna trzęsionka. W porze suchej terenowe drogi parku są niesamowicie
spękane, a w naszym rozpadającym się pojeździe po resorach zostały tylko
wspomnienia. Ale zwierzęta są: cała rodzina żyraf, guźce, antylopy
diamant, gazele…
Wśród wysokich na dwa metry wysuszonych
trzcin w wielu miejscach widać odchody słoni, ale ich samych nie ma – gdzieś
się zaszyły… Przy oczkach wodnych zobaczyć można nie tylko wielkie stada
drobnego ptactwa ale także marabuty, sępy i większe zwierzęta przychodzące
do wodopoju. Na gruntowne zwiedzenie parku potrzeba dwóch dni i oczywiście
więcej pieniędzy. 6-godzinna trasa pozwala zatoczyć pętlę: Bodelaram-
Kolia-Magala -Talabal – Anane -Bodelaram (wg mapy parku dostępnej za 10000
CFA w biurze). W południe, gdy słońce praży już jak wściekłe wracamy
pod prysznic – mam wrażenie że wytrzęsło z nas wszystko…


Czy warto odwiedzić
Waza NP? Zawsze po takich pytaniach odpowiadam swoim korespondentom:
to zależy co się dotychczas widziało… Po parkach Kenii i Tanzanii
Waza może być rozczarowaniem. Ale jeśli ktoś dotychczas nie widział
afrykańskiej zwierzyny to będzie się zachwycać.
Nasza ciężarówka dowiozła nas
do wioski Waza – ruch w kierunku południowym był niewielki,
ale wraz z innymi doczekałem się w końcu mikrobusu do Maroua. 2000 CFA!
-Nie, za plecak nie będę dopłacać kolejnego tysiąca! Przecież od
miejscowych nie bierzesz za te kosze, co jadą na dachu!…
Maroua jest punktem wypadowym do wycieczek w góry Mandara. Miasteczko jest
spore – ma 240000 mieskańców. Minibusy wyrzucają turystów przy małej,
“podwórkowej” stacji autobusowej Express Touristique. W sąsiedztwie znajduję
tani nocleg w Relais Ferngo. Po normalnych targach za domek z double bed
i prysznicem płacę 5000 CFA.
W Maroua nie trzeba wcale szukać organizatorów trekkingu w Górach
Mandara – oni sami Was znajdą. Mój nazywał się Jean-Luc Sim (tel.kom. 985 53
28). Oferował 3-dniową wycieczkę wraz z transportem do Rhumsiki dla 4
chętnych za 300000 CFA. Walczyłem z nim przez kilka godzin. Odchodził i
przychodził. W końcu z cierpieniem w oczach zgodził się na 120000.
Spisaliśmy kontrakt (wiem z doświadczenia, że bez kontraktu koszty zawsze
rosną). Starałem się o niczym nie zapomnieć: 3-dniowy treking z
przewodnikiem, dwie noce w wioskach, trzecia noc w hostelu w Rhumsiki, 3
posiłki x 3 dni, przechowanie bagażu w Rhumsiki, w górach transport wody,
żywności i śpiworów na ośle, opłaty za fotografowanie w wioskach, powrotne
bilety na minibus Rhumsiki – Moroua. Potem się okazało, że zapomniałem o
kucharzu, który był jednocześnie poganiaczem osła – ale to było dla nich
widać oczywiste…


Rankiem przyjechał po nas całkiem przyzwoity osobowy samochód. Podjechaliśmy
pod sklep z napojami by zaopatrzyć się w wodę mineralną na czas trekkingu.
Woda oczywiście jest osiągalna także w wiosce Rhumsiki, będącej głównym
ośrodkiem turystycznym Gór Mandara, ale tam jest ona znacznie droższa… A
trzeba było kupić przynajmniej 2 butelki 1,5 l na każdy dzień wędrówki. Tu
za butelkę płaciliśmy 500 CFA. Ruszyliśmy zupełnie przyzwoitym
asfaltem w 120-kilometrową trasę. Najpierw wśród łagodnych wzgórz i
okrągłych chat do miasteczka Mokolo, gdzie… asfalt się skończył.
Zaczęły się wertepy. Do Mokolo da się jeszcze dojechać publicznym
transportem, ale dalej – na takiej szutrowej drodze jest ciężko i dlatego
zgodziłem się włączyć transport Maroua-Rhumsiki do kosztów wycieczki.
W miarę jak zbliżaliśmy się do Rhumsiki krajobraz stawał się coraz bardziej
atrakcyjny. Wzdłuż drogi pojawiły się wielkie agawy. Chaty z kamienia
przypominały czasem małe forty uczepione skał… Nasza toyota tercel
telepała się ostrożnie na licznych wybojach – na tym odcinku posuwaliśmy się
w ślimaczym tempie… Ale to było tylko dwadzieścia ostatnich kilometrów.


malownicze skalne grzebienie, pojedyncze iglice i baszty. Dopiero
wtedy zrozumiałem co naprawdę kryje się za nazwą “Góry Mandara”… Wcześniej
nie mogłem znaleźć w sieci żadnych wiarygodnych zdjęć, które pozwoliły by
ocenić “czy warto i na jak długo?” Mam nadzieję, że Wam właśnie ta relacja
pomoże podjąć właściwą decyzję…
do pieszych wycieczek w Góry Mandara jeśli chodzi o architekturę nie grzeszy
urodą… Leży za to we wspaniałej scenerii. Turystyczne instytucje z kilkoma
małymi hotelikami skupione są wokół małego placyku. Dla trampów takich jak
ja najważniejszy wśród nich jest najtańszy: hotel-restauracja “La Casarolle”,
mająca duży, przewiewny taras. To tu zostawimy główny bagaż i będziemy
nocować po powrocie z trekingu. Dziś niedziela – w Rhumsiki dzień targowy –
trudno wyruszyć w pieszą trasę nie odwiedziwszy małego, ale tłocznego
bazaru… Sami popatrzcie, jak tu kolorowo…


Oprócz straganów ze szmatkami i tandetą są na bazarze stoiska
gastronomiczne. W niektórych można się raczyć kukurydzianym piwem domowej
produkcji serwowanym w naczyniach z kalabasza. Ten jegomość – jak pamiętam –
miał już solidnie “w czubie” . Tak skutkowała nie tylko procentowa zawartość
trunku, ale także panujący upał… Przewodnicy skompletowali ekipę, która
miała z nami wyruszyć. Przewodzić miał czarny Napoleon, kucharz miał na imię
Koda, imienia oślicy nie pamiętam… Z Rhumsiki wyruszyliśmy pieszo
gdy zelżał upał – późnym popołudniem…
Ścieżka do Gamby prowadziła wśród łagodnych wzgórz porośniętych rzadko
rachitycznymi drzewami. U ich stóp zagrody otoczone glinianym lub kamiennym
murem. Susza. Marzec i kwiecień to dla tutejszej ludności i dla zwierząt
najtrudniejszy okres – upałów i oczekiwania na deszcz… Mimo późnego
popołudnia idzie się bardzo ciężko – upał jest powalający… Dziś to tylko 5
kilometrów, ale pokonanie ich nawet bez obciążenia zabierze nam aż dwie
godziny!

Po drodze przy ścieżce mijamy grupę dzikich figowych drzew. Kwiatostany
przypominają małe, czerwone bombki zawieszone na prawie nagich gałęziach.
Czegoś takiego jeszcze nie widziałem!


Gamba, którą osiągamy po dwóch godzinach marszu okazuje się być małym
przysiółkiem. Zapraszają nas na małe podwórko na którym mieszka liczna
rodzina. Gdy przyczłapie osiołek pod daszkiem rozłożą nam na ziemi
karimaty – tu spędzimy noc. Tymczasem gromada czarnych dzieciaków przygląda
się nam ze zrozumiałym zainteresowaniem… Dostajemy po talerzu kuskusu z
kawałkiem żylastego kurczaka na kolację. Na moją prośbę gotują garnek wody
na herbatę.
Skutki niedostatku wody widać na każdym kroku: niedomyte dzieciaki,
dawno nie prana odzież… My tez do wieczornego mycia po upalnym i pełnym
kurzu dniu dostajemy tylko po czajniku wody. Tak, tak! – takie czajniki,
najczęściej plastykowe używane są tu powszechnie do mycia – zapewne dlatego,
że przez ich wąski dzióbek woda wycieka powoli zapobiegając marnotrawstwu…


Rano czajnik wody do mycia, chleb z dżemem i kameruńska kawa na śniadanie. I
już o 7.30 ruszamy w trasę. Do następnej wioski – Kila mamy 7
kilometrów. Przy ładnych chatach po drodze częstują nas orzeszkami
arachidowymi… Mijamy poletka zebranej już kukurydzy i bawełny…
się, jak powstaje strzecha, która następnie układa się na dachach tutejszych
chat: wiązki słomy wiąże się najpierw sznurkiem. Zwróćcie uwagę na leżącą na
słomie drewnianą motykę – wielokrotnie widziałem ludzi używających na
poletkach właśnie takiego, prymitywnego narzędzia. Tych ludzi nie stać na
zakup metalowych narzędzi i używają wciąż takich jak ich przodkowie…


Kila leży na dwóch poziomach. Większość domostw zbudowano w dolinie.
Pozostałe są na wzgórzu na które wiedzie wąska ścieżka. Dziś w Górnej Kila
jest targ – razem z nami ścieżką między głazami wspinają się pod górę
miejscowe kobiety niosące na głowach miski i gary z produktami
przeznaczonymi na sprzedaż.
Plac targowy rozłożył się pod sędziwym baobabem. Z żerdzi i słomianych mat
mieszkańcy zbudowali tam kilkanaście wiat. Wcale się nie dziwię – wytrzymać
w tym piekielnym słońcu wiele godzin na pewno nie sposób. Papaje sprzedają
tu po 100 CFA, banany po 25 – to bardzo tanio, widać że ceny dostosowane są
do siły nabywczej miejscowej ludności…


Na targu w Kile Górnej nie mogło oczywiście zabraknąć kukurydzianego piwa.
Degustowałem już kiedyś takie piwo. Na początku przypomina kwaskowatą
zawiesinę mąki na wodzie, wzbogaconą słabymi procentami… Potem można się
jednak rozsmakować – szczególnie jeśli jest upalnie, a człowiek jest
spragniony. Było właśnie piekielnie gorąco. Oślica niosąca zapas
wody mineralnej jak się okazało poszła inną, krótszą drogą, a ta młoda mama
uśmiechała się tak zachęcająco, że w końcu uległem…
…mając nadzieję, że toast z kalabaszowej skorupy nie skończy się to
biegunką… Ale o tym, co wydarzyło się potem przeczytacie już na kolejnej
stronie.







