
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg dalszy)
Być w Czadzie i nie widzieć
Jeziora Czad? Wprawdzie podczas trudnego etapu jazdy od granicy Nigru
do Bol jezioro mignęło nam gdzieś w oddali, ale to nie było to…
Tylko gdzie je znaleźć? Północne i wschodnie brzegi bez przerwy zmieniają
swój kształt i położenie w wyniku zmian poziomu wody – w zależności od pory
roku i ilości opadów… Trochę lepiej jest na południu, gdzie jezioro jest
głębsze.

Najtaniej
do wiosek nad jeziorem dotrzeć można lokalnym bache – takim jak na zdjęciu
obok. Ale przy kiepskiej informacji, przy braku rozkładu jazdy czas takiej
wyprawy może się przeciągnąć. Agencje turystyczne w Ndjamenie oferują
wycieczki nad jezioro połączone z przejażdżką łodzią i występami
folklorystycznymi ale ceny są wysokie… Agencja Tchad Evasion, którą
można znaleźć w internecie zaproponowała mi trzydniową wycieczkę nad jezioro
(na krócej im się nie opłaca) za 80 euro dziennie na osobę przy minimum 3
osób… Trzeba było szukać tańszego rozwiązania…
Przed eleganckim hotelem Novotel
w stolicy znalazłem właściciela landcruisera który gotów był pojechać nad
jezioro… Spisaliśmy kontrakt. Przezornie umieściłem w nim klauzulę,
że koszt paliwa oraz wszelkie dodatkowe opłaty i podatki pokrywa
właściciel wozu, co okazało się później bardzo istotne… Połowa
należności miała być wpłacona w momencie odjazdu, a druga – po powrocie.
Ruszyliśmy rano, mijając kobiety na osłach, stada bydła pędzone wzdłuż szosy
i na pozór bezpańskie wielbłądy skubiące kolczaste, suche drzewa.
Niesamowity skwar, tumany pyłu, płowy krajobraz – jakże to wszystko dalekie
od wyobrażeń przeciętnego Polaka o tropiku!


Uzgodnionym celem wyjazdu miała
być rybacka wioska Karal na brzegu Jeziora Czad. Wyjechaliśmy z Ndjameny
główną drogą na wschód. W dużej osadzie Djermaya skręciliśmy w lewo – w
kierunku jeziora. Tu jeszcze był asfalt, ale już znacznie gorszej jakości.
Po drodze do Karalu miały być jeszcze Tom Maretin, Douguia i Mom. Nasz
kierowca niestety słabo znał francuski, powtarzałem mu więc te nazwy i
miałem nadzieję, że wie dokąd jedzie… Stan drogi
był mimo dziur zadowalający. Wiedziałem, że w okresie od kwietnia do
września trwa tu pora deszczowa – wtedy wiele dróg w rejonie Jeziora Czad
jest w ogóle nieprzejezdnych…
Kilka razy mijaliśmy wielkie
stada bydła pędzonego podobno do bogatej (jak na Afrykę) Nigerii… Czad za
to należy do najuboższych krajów Afryki. Jego skromny eksport to głównie bawełna…
Na południu kraju rozpoczęto eksploatację złóż ropy naftowej (na razie
wydobycie jest skromne) – to może w przyszłości zmienić poziom życia w tym
kraju. Podobno na północy kraju w górach Tibesti są złoża uranu, ale statystyki
jakoś milczą na ten temat. Może nie są eksploatowane ze względu na ciągłe
zamieszki w tym rejonie?


W mijanych wioskach na tle chat
pod strzechą wyróżniał się zazwyczaj mniejszy lub większy murowany meczet.
Ktoś dał pieniądze na jego budowę… Nie tylko w Czadzie, ale we wszystkich
krajach Centralnej i Zachodniej Afryki daje się zauważyć silna ekspansja
islamu..
Wioski składały się z chat o
ścianach ze słomy krytych strzechą. Przy okazji mogliśmy zobaczyć jak
powstają ściany takiej chaty: cienkie wiązki słomy przywiązywane są
sznurkiem do konstrukcji z patyków.
Gdy skończył się asfalt, a
zaczął labirynt szutrowych dróg kilka razy zatrzymywaliśmy się, by pytać
miejscowych o drogę. Informacje nie zawsze były ścisłe i trzeba było
zawracać. W końcu jednak zauważyłem kępy żywej zieleni – to oznaczało, że
jesteśmy już blisko… Przejechaliśmy przez wioskę – za nią była tafla wody
– w tym pustynnym niemal krajobrazie rzecz naprawdę niezwykła.


Brzegi jeziora wokół wioski zarośnięte były sitowiem. Do otwartej wody
wycięto w nim płytki kanał o szerokości wystarczającej dla wymijania się
dwóch łodzi. Na brzegu wrzała praca: kobiety prały i szorowały
naczynia, dzieci chlapały się w wodzie, rybacy czyścili sieci. Nasze
przybycie wzbudziło zrozumiałe zainteresowanie. Zacząłem rozpytywać o
właścicieli łodzi i możliwość popłynięcia na jezioro… Chętni byli, ale…
… od strony wioski nadbiegł młody
Murzyn w berecie – jak się później okazało – miejscowy policjant. Zaczęły
się kłopotliwe pytania: kto wy, co tu robicie, czy macie zezwolenie? -Jakie
zezwolenie? My turyści! -Trzeba mieć zezwolenie na przebywanie w
wiosce i robienie zdjęć! Chodźcie ze mną! Przed jedną z chat powiewała
na kiju flaga Czadu. To był posterunek… Zasiadłem przed biurkiem na
którym stały ulubione rekwizyty czadyjskiej policji: różnej wielkości
autentyczne pociski – od CKM-u do trzycalowego działa. Paszporty! Wizy były
w porządku. Ale nie macie zezwolenia! Nasz miejscowy kierowca
położył uszy po sobie i milczał… A ja wiedziałem od początku o co chodzi:
władza zwietrzyła możliwość wymuszenia łapówki j postanowiła nie wypuścić z
ręki takiej okazji! Tu biali pojawiali się bardzo rzadko…
Każdy pretekst był teraz dobry. Nie chciałem przedłużać szarpaniny, nie
wiedząc czym może się skończyć. Zapewniłem o naszej niewiedzy i zapytałem,
czy na miejscu może nam wystawić zezwolenie – oczywiście za drobną opłatą.


Propozycja została przyjęta ze zrozumieniem. Pieniądze ( 10 000 CFA)
również.
O jakimkolwiek pokwitowaniu oczywiście nie było mowy. Odprowadzono nas z powrotem na
brzeg jeziora… Podjąłem na nowo przerwane rozmowy na temat wycieczki
łodzią…
Do wyboru był dwa warianty
jednogodzinnej wycieczki: łodzią z motorem – za 25 000 CFA lub łodzią bez
motoru za 10 000. Wybrałem oczywiście ten tańszy…
Szczerze mówiąc, planowałem w
Czadzie jeszcze jedną wycieczkę – do odległego ale podobno bardzo ciekawego
parku narodowego Zakouma na wschodzie kraju. Na miejscu jednak okazało się,
że ze względu na kiepski stan dróg przejazd do parku w każdą stronę zabiera
aż dwa pełne dni. Plus co najmniej jeden dzień w parku… Na publiczny
transport w tym kraju nie ma co liczyć. Można za to liczyć na biurokrację i
częste łapówki. Agencja gotowa była wziąć je na siebie, ale za samo
wynajęcie samochodu z kierowcą zażądała 125 euro z każdy dzień. Dodatkowo
turysta płaci za paliwo, noclegi, wyżywienie i wstęp do parku. Nic dziwnego
że skapitulowałem…


Dwuosobowa załoga przepchała nas najpierw przez kanał w sitowiu, a potem
popłynęliśmy wzdłuż brzegu. Potwierdziły się moje przypuszczenia co do
głębokości Jeziora Czad – jest ono bardzo płytkie. Największa głębina to
podobno 7 metrów, ale zdarza się w latach wyjątkowo suchych, że zredukowana
jest ona do 1,5 metra. Nasi przewoźnicy nie
używali wioseł, nie było ich zresztą w łodzi – wystarczyła zwykła bambusowa
tyczka…
Drugi, przeciwległy brzeg jeziora nie był
widoczny. Obecną powierzchnię jeziora trudno oszacować – zmienia się ona
zależnie od pory roku. Dane z 1960 roku mówiły o 26 tysiącach kilometrów
kwadratowych…


Nadbrzeżne chaszcze i rozlewiska są siedliskiem wielu gatunków ptaków.
Na brzegu przechadzały się stadka czarnych bocianów…
Miejscowi pławili stada bydła w jeziorze pędząc je na wyspy, gdzie trawa
była bardziej bujna i zielona. Czytałem o krokodylach żyjących w jeziorze.
Ale to pewnie nie na tym krańcu, bo by zapewne tym krówkom nie darowały…


zawróciła do Karalu. Pożegnaliśmy ludzi z trzcinowych chat. Powrotna
droga do stolicy minęła bez przygód. Po przybyciu do stolicy wypłaciłem
kierowcy umówione 120000 CFA potrącając kwotę łapówki wymuszonej przez
policjanta – zgodnie z umową wszelkie dodatkowe podatki i opłaty obciążały
przecież przewoźnika… Kierowca przy był świadkiem wymuszonej korupcji i nawet nie próbował nas
bronić…
To był mój ostatni dzień w
Czadzie… Więcej informacji o tym
zapomnianym kraju (oczywiście po francusku) możecie znaleźć w oficjalnej
http://www.primature-tchad.com/pays.php
Z Ndjameny do granicy Kamerunu jest bardzo blisko.
Z ronda Rondpoint de Demby na wschodnim krańcu głównej alei za jedne 200 CFA
można w ciągu kwadransa dojechać do czadyjskiego posterunku granicznego w
Nguele. Ale o tym, jak tym razem poszła odprawa przeczytacie już na kolejnej
stronie.







