
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos
(ciąg dalszy)
To
był już trzeci dzień mojej wyprawy terenowym samochodem w słynące z urody
Góry Air i leżącą u ich stóp Pustynię Tenere. Połowa z ośmiu
standardowych, dwudziestolitrowych kanistrów zamocowanych na dachu samochodu
była już pusta. Warto wiedzieć, że od wyruszenia z Agadez nigdzie na naszej
trasie nie było stacji benzynowej. W przypadku skończenia się zapasu paliwa
jedynym ratunkiem mogła być pożyczka u innego kierowcy. A kierowców
widzieliśmy po drodze niewielu…

Ten jegomość w koszulinie i
czarnym zawoju to Attaman – nasz przewodnik. Zna te góry i pustynię – często
pomagał kierowcy znajdować właściwą drogę. Oprócz francuskiego zna także
kilka podstawowych angielskich słów, co przynajmniej częściowo zwolniło mnie
z obowiązku tłumaczenia wszystkiego pozostałym członkom naszej grupy. Jak
już wspominałem śmiało mogę go polecić.
Tego ranka Attaman
z Baszirem znaleźli jakimś
cudem przejezdny szlak przez niskie diuny, co umożliwiło nam zatoczenie pełnego kręgu
wokół wyrastającego z piasków masywu Adrar Chiriet.
Chiriet zostaje z tyłu kierujemy się na powrót ku górom – zjeżdżając
najpierw do uroczej dolinki Tchou-m-Adegdeg (co za nazwy! – wymawia się
Czumguadakdak) a potem przystając przy studni w Faris [Fars] dla
uzupełnienia naszych zapasów wody. -Przy każdej takiej okazji trzeba
napełniać wszystkie zbiorniki do pełna – powiada Attaman – nigdy nie wiadomo
czy gdzieś przymusowo nie utkniemy! -Pamiętaj, że jedziemy w jeden
samochód , wystarczy jakieś poważniejsze uszkodzenie silnika i być
może przyjdzie czekać na przygodny samochód kilka dni!
Studnia w Faris jest bardziej
zmechanizowana i posiada etatową obsługę: lina do której uwiązany jest
bukłak przewleczona jest przez rozwidloną kłodę i ciągnięta jest nie przez
ludzi, ale przez wielbłąda. Ściągam koszulę i proszę towarzysza podróży aby
wylał mi na głowę i tors cały taki bukłak. Boże, co za rozkosz!


studni, podobnie jak poprzednio spotykamy miejscowych
.Młodsze kobiety ubierają się kolorowo. Kiedyś w okolicach Timbuktu
tłumaczono mi, że to przywilej tych niewiast, które jeszcze nie maja męża. Starsze najczęściej noszą czarne, ale
bardzo ładnie zdobione stroje.
A szło nam tak dobrze… W końcu jednak
przy zjeździe w dół z kilkumetrowej
piaskowej fali utknęliśmy… Nasza dzielna toyota zawisła po prostu na
środkowej części podwozia. Przednie koła się kręcą, tylne też, a my wisimy.
Na taką okazję nasi dzielni Tuaregowie na szczęście wieźli łopaty. Nie jest łatwo
wykopywać piasek spod podwozia w czterdziestostopniowym upale, ale dokonali
tego i wkrótce pojechaliśmy dalej.


Samochód spisywał się bez zarzutu, ale kilkakrotnie musieliśmy zatrzymać
się, gdy podczas forsowania głębokich piachów ponad miarę wzrastała
temperatura silnika. W pewnej odległości mijamy Ilekane – to małe
pasmo górskie zbudowane w całości z białych i szarych marmurów. Ten właśnie
rzadki koloryt odróżnia Ilekane od wszystkich pozostałych masywów.
Ekspedycje z turystami często zatrzymują się na nocleg we wschodniej części
Ilekane. Mnie też to proponowano, ale ten dodatkowy nocleg oznaczał kolejne
120000 CFA doliczone do naszego kontraktu…
Po południowym postoju zrywa się lekki
wiatr, który chłodzi, ale jednocześnie niesie pył osiadający na twarzach i
ubraniach. Gdzieś po drodze u stóp gór widzimy przemykające dwie małe
gazele – jedyne dzikie zwierzęta na naszym szlaku. Słońce opadało już ku
zachodowi gdy dotarliśmy do kotliny Arakaou. To bardzo ciekawe miejsce. Po
francusku nazywają je także Pince de Crabe – Szczypce Kraba. Na skraju
masywu wybiegające z niego w pustynię dwa grzbiety górskie wygięte jak
ramiona kraba zagarniają ku masywowi tą wielką diunę, którą widać na
zdjęciu. Jedyna droga do wnętrza kotliny prowadzi prowadzi po piachach
wzdłuż skał – tam gdzie niemal stykają się końce “szczypiec”. Niestety nie
starczyło czasu na wspinaczkę na taką wysokość z której można by było objąć
wzrokiem i uwiecznić na zdjęciu owe “szczypce kraba”.


Słońce zachodziło za tumanem pyłu… Umyliśmy twarze i ręce w wodzie
wylewanej z butelek. Potem Baszir rozpalił ognisko, częstując nas
herbatą. Potem zagniata ciasto w misce, rozgarnia popiół i węgielki ogniska
i uformowany spory placek układa na rozgrzanym piasku. Przysypuje go
popiołem i węgielkami. Po 20 minutach przewraca go na drugą stronę. -Chleb
Tuaregów! Gotowy placek trzeba jeszcze obmyć z piasku woda z baniaka.
Próbujemy… Ma smak podpłomyków, które babcia piekła na kuchennej płycie.
Za oferowany do niego gęsty sos dziękuję – nie wiadomo jak zareagowałby na
niego mój żołądek. Ognisko dogasa, kładziemy się spać…
To już czwarty dzień wyprawy w góry i
pustynię. Attaman powiada, że taka trasę jaką wymyśliłem z Francuzami
“robią” w osiem dni. No tak, tylko że ci Francuzi zarabiają nieco więcej
pieniędzy niż przeciętny Polak… Niebo różowieje dopiero
o 6.30. Nie tylko my się budzimy – także i te dokuczliwe muchy. A właściwie
to chyba one nas budzą!… Piach na twarzach, we włosach, w fałdach
śpiworów… W nocy solidnie powiało i takie są efekty spotkania z tym
pustynnym wiatrem. Chwalę kupioną w Agadez margarynę “Blue band” – jeszcze
się nie rozpłynęła! Jakoś nie ma chętnych na poranną wspinaczkę. Po
śniadaniu zostawiam więc pakujące się towarzystwo przy samochodzie i z
kamerami raz jeszcze ruszam w górę – z nadzieją na piękne widoki...


Przyznacie, że dla takiego zdjęcia warto
wspinać się po kamiennym gruzie nawet na sporą górkę…
Dopiero z wysokości około stu metrów w pełni można docenić rozmiary
gigantycznej diuny, która prześlizgnęła się przez szczypce tego umownego
kraba… Wydłużona kotlina ma średnicę podobną do Chirieta – około 10
kilometrów. Piaszczyste wzgórza wypełniają na oko około 1/3 jej powierzchni. Reszta to żwirowisko, kamienie, płytkie piaski. Schodzę z żalem, bo przecież
trzeba ruszać dalej, by przejechać jak najdłuższy odcinek zanim słońce
zamieni pustynię w rozgrzaną patelnię.


takich malowniczych usypisk z mniejszych i większych kamieni. Tak naprawdę
to nikt tego nie usypał – przed tysiącami lat była to lita skalna baszta,
która następnie uległa erozji. Więc jest to raczej osypisko.
spotykamy małą karawanę samochodów – to Claudio – sympatyczny architekt z
Agadez ze swoimi Tuaregami i gośćmi
z Francji. Opowiada, ż po drodze odnaleźli przypadkiem jakieś naskalne
ryciny. Tłumacza nam drogę i odnajdujemy je kilka kilometrów dalej. Nie jest
to odkrycie na miarę żyrafy, którą oglądaliśmy pierwszego dnia, ale zawsze
jakaś intrygująca ciekawostka – komu się chciało niezdarnie wytłukiwać w
twardej skale na pustyni jakieś zwierzaki? A może wtedy krajobraz wokół był
zupełnie inny?…


Widać dokładnie nawet z dużej odległości jak piasek wdziera się na zbocza
kolorowych gór… Wjeżdżamy w ciekawy wąwóz między tymi górami, który
nazywa się Kogo… Bezkresna pustynia pozostaje za nami
wjeżdżamy ponownie na wyboiste górskie drogi Airu.
U krańca wąwozu niewielka osada Ingal złożona z kilku zaledwie szałasów
skleconych z żerdzi i pokrytych pustynną trawą. Ci turyści którzy maja dość
czasu i pieniędzy mogą tu odbyć przejażdżkę na wielbłądzie. Ale my
zostawiamy koczownikom jedynie zwyczajowa “kontrybucję” – paczkę herbatników
i zieloną herbatę… Attaman zabrał odpowiedni zapas takich podarunków.


Jest tez okazja, aby znów zrobić jakieś portretowe zdjęcie… Zawój tego
Tuarega jest wręcz filmowy…
Cały dobytek tych ludzi mieści się na wielbłądzie. Niewiele tego – garnek,
tykwa na wodę, maty rozkładane na podłodze namiotu lub szałasu…


Jest już 17.00 gdy docieramy do Assode – dawnej stolicy regiony Air, dzisiaj
leżącej w ruinach. Podobno miasto założono w XIV wieku i słynęło ono ze
swojego wielkiego targu. Z nieznanych nam powodów w wieku XVII straciło
swoje znaczenie, choć aż do 1917 roku było zasiedlone. Niemiecki podróżnik
Heinrich Barth w 1850 roku zastał tu jeszcze 250 mieszkańców.
W 1917 Assode zostało zniszczone przez tuareskiego wodza Kaossena. Dziś nie
mieszka tu już nikt. I szczerze mówiąc poza rumowiskami niewiele jest tu do
oglądania.
z gór do kilkukilometrowego wąwozu w którym leży oaza Timia. To górska oaza
zamieszkana przez Tuaregów – rolników z klanu Kel Ewey. Na kilku kilometrach
długości ciągną się tu daktylowe palmiarnie, ogrody warzywne i cytrusowe
sady. Wszystko dzięki temu, że w licznych studniach występuje tu woda
pozwalająca nawodnić poletka. Rozkładamy swoje materace na piasku, pod
kwitnącymi krzewami akacji. Pachną! I to bardziej
intensywnie niż wyschnięty ośli nawóz, którego pełno na dnie doliny. Kubek
herbaty – trochę spóźniony, bo nasi przewodnicy poszli po przyjeździe
odwiedzić swoich krewnych… Spać!


Piąty dzień wyprawy rozpoczynamy od wizyty w ogrodzie gdzie rosną
cytrusy. I to jakie! Chłopak zrywa nam prosto z drzewa dorodne pomarańcze po
100 CFA – naprawdę trudno uwierzyć, że wyrosły w tym niegościnnej, wypalonej
przez słońce krainie. Potem wspinamy się do zbudowanego przez Francuzów
Fortu Massu. Stoi na wysokiej skale, górującej ponad wąwozem – widać go na
zdjęciu powyżej. Trzeba się trochę napocić wspinając się stromą, źle
utrzymaną ścieżką w górę – aż do odrestaurowanej budowli. Fort jest bardzo
mały – we wnętrzu jest mała ekspozycja historyczna i kram, w którym
sprzedają pamiątki. Ale widok z fortu wspaniały – popatrzcie na zdjęcie
obok!
Daktylowe palmy przesłaniają centrum osady w którym jest zdaje się nawet
mały szpitalik… To spora i ważna oaza – tu podobno za 5000 CFA dojechać
można nieregularnie kursującą “publiczną” furgonetką.


Ale największą atrakcją turystyczną Timii jest “jedyny pustynny wodospad” –
jak go reklamują. Bez skutku przed wyjazdem do Afryki szukałem w sieci jego
wizerunku, by ocenić “czy warto?” Wy macie go już na zdjęciu obok.
Nazywają go guelta. Wody w wodospadzie było niewiele, być może w innych
porach roku jest bardziej efektowny. Woda spływa z nagich skał w dwóch
stopniach do małego, czystego stawu. Jest też piaszczysta plaża. Nie
omieszkałem się wykąpać. Jak się zapewne domyślacie – to wielka przyjemność.
Jeżeli przyjedziecie do Timii publicznym transportem to może nie być łatwo
dotrzeć z Timii do “cascade” – to około 7 kilometrów odnogą głównej doliny.
O autostop raczej trudno…
Z Timii ruszyliśmy w kierunku Agadez pomagając (rękami Baszira) naprawić
uszkodzoną furgonetkę, która jechali miejscowi. Nasza toyota okazała się
niezawodna prawie do końca… Prawie, bo na 4 kilometry przed Agadezem, gdy
w perspektywie drogi widać już było w dali znaną sylwetkę meczetu złapaliśmy
gumę… Ale były dwa zapasowe koła, więc wymiana nie trwała długo…


Szlak z Timii do Agadez wiedzie przez góry. A jego stan sami oceńcie na
zdjęciu…
W górskich wioskach przy naszej trasie dominowały okrągłe chaty kryte
strzechami…


Im bliżej Agadez, tym częściej w górskim krajobrazie pojawiała się zieleń…
Zmierzchało się, gdy dotarliśmy na powrót do Agadez, Ataman odwiózł nas do
znanego hoteliku. Pożegnałem go serdecznie i obiecałem polecić na
internetowych stronach jego agencję jako wiarygodną, co niczym czynię… Po
pięciu dniach w pustyni z rozkoszą wlazłem pod prysznic… A potem przyśniły
mi się te wspaniałe diuny Pustyni Tenere, Pustyni Pustyń – wiedziałem już,
że w tym co piszą o jej urodzie nie ma przesady.

Z Agadez dalsza trasa prowadziła do nigerskiego miasta Zinder i dalej na
wschód – w kierunku granicy Czadu, ale o niej przeczytacie już na kolejnych
stronach…
