
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

Niger
bywa często mylony z Nigerią , z którą zresztą graniczy. W odróżnieniu od
Nigerii jest to jednak biedny, pustynny kraj bez dostępu do morza i znaczących
bogactw naturalnych. Pewnie dlatego ma niewiele placówek dyplomatycznych za granicą. Ja po swoją wizę
leciałem tanią linią aż do Brukseli. Ambasada wymagała złożenia formularzy (przysłali je
wcześniej faksem), zdjęć i potwierdzenia rezerwacji hotelu (otrzymałem je
faksem z wybranego drogiego hotelu w Niamey). Opłata za wizę turystyczną
wynosi 50 euro. Niewielu turystów trafia do Nigru. Przed kilku laty głośno było o rebelii Tuaregów na północy
kraju, zdarzały się przypadki kidnapingu. Dziś jest już spokojnie, choć zdarzają się sporadyczne przypadki
rabowania turystów na pustyni.

Niger jest wprawdzie aż cztery razy większy od Polski, ale
większość jego terytorium to takie właśnie pustkowia.

Drogą lądową najłatwiej wjeżdża
się do Nigru z Beninu – w stolicy tego kraju jest także ambasada wydająca wizy. Ja wybrałem jednak drogę na skróty będącą o
wiele większą przygodą – pustynny szlak prowadzący z malijskiego miasta Gao
przez Ayorou do Niamey. Po 18 godzinach od wyruszenia z Gao nasza zatłoczona ciężarówka
brnąc przez piachy i wyboje dotarła do nigerskiej placówki granicznej
w Yassane. Byliśmy zmęczeni nieprzespaną nocą, niewygodami i słońcem, które
znów od rana prażyło na zatłoczonej skrzyni. Smutni i zdesperowani towarzysze podróży
(zdjęcie obok) na których z tyłu napierał tłum najchętniej usiedli by
mi na kolanach… Tam, gdzie piaszczysta droga przechodziła nareszcie w
asfalt zatrzymano nas na posterunku celnym. Zaczęło się przeszukiwanie
ciężarówki, ocena wiezionego w workach towaru i targi o wysokość łapówek
pobieranych przez funkcjonariuszy. Pasażerowie cierpliwie czekali, chroniąc
się, gdzie kto mógł przed lejącym się z nieba żarem.
Kolejna niespodzianka czekała
na nas w miasteczku Ayorou: okazało się, że tu nasza ciężarówka kończy bieg. A że
mieliśmy bilety opłacone aż do Niamey (całe szczęście, że zażądałem
papierowego biletu) można było wyegzekwować od właściciela gruchota, aby
wsadził nas do publicznego mikrobusu (jeszcze gorszego rupiecia) i opłacił
przejazd do stolicy. Te końcowe 190 kilometrów przerywane było
kontrolami na posterunkach, postojami na modlitwę i posiłek, dolewaniem
paliwa z butelek sprzedawanych przy szosie i targami z dosiadającymi na
trasie pasażerami. Kończyła się pitna woda, w najczarniejszym
scenariuszu nie przewidywałem, że podróż potrwa tak długo! Przy drodze jak
na złość nie widać było żadnych sklepików, w których można by było uzupełnić
zapas “mineralnej”. Zapadł zmrok…


Skromna katedra w Niamey
Była prawie 23.00 gdy znużeni 34-godzinną podróżą dotarliśmy w końcu do
Niamey.
Kierowca rozklekotanego mikrobusu rozwoził pasażerów po zaułkach ciemnego
miasta. Nie bez trudu odnaleźliśmy niskie zabudowania katolickiej misji
schowane w małej uliczce za katedrą. Wszystko już było oczywiście pozamykane. A administrator w
swoim odległym domu. Z
czarnym dozorcą nie sposób się było dogadać: – Możecie tu, przed bramą poczekać ze
mną do rana! Jakiś miejscowy podwiózł mnie na skuterze do najbliższego
“niedrogiego” hotelu “Maourey”. Wolne pokoje
owszem były – z klimatyzacją
i łazienką – po 27 000 CFA. Wściekle drogie, ale nie było wyboru!
Po ciężkich przejściach dwóch ostatnich dni prysznic, kilka kolejnych kubków
herbaty i biała czysta pościel były prawdziwym powrotem z czyśćca do
utraconego raju.
Nazajutrz była niedziela. Rano oczywiście czym prędzej
pomaszerowałem do misji. Po mszy podszedłem do księdza – Francuza prosząc o
gościnę. -Dziś zamknięte! – kazał mi przyjść dopiero w poniedziałek.
No cóż, różni bywają księża… Nie dałem za wygraną. Na własną rękę odnalazłem czarnego administratora. Pokoje
jednak były – czyste, z wiatrakami, moskitierą i
natryskiem – po 8000 CFA. A w pokoiku obok administracji – mała salka
komputerowa, gdzie za opłatą 500 CFA za godzinę można było
korzystać z bardzo niestety wolnego dostępu do internetu.
Niamey – stolica Nigru to miasto
kontrastów, w którym nowoczesne wieżowce zbudowane za pieniądze ze sprzedaży
rudy uranu sąsiadują z bezładnymi kramami bazaru i wysypiskami śmieci.
Ludzie są tu bardziej sympatyczni niż w sąsiednich krajach, co jednak nie znaczy że w kramach nie trzeba się
targować…


Idąc od katedry w kierunku rzeki dojdziecie do dzielnicy rządowej, która
zaskakuje elegancją i starannie dobranym kolorytem ładnych, nowoczesnych
budowli – takich jak ten Pałac Kongresów na zdjęciu obok.
A to wszystko w państwie, o
którym w radiowych dziennikach mówią, że cierpi głód. W centrum miasta
jest spory targ nazywany Petit Marche – żywności w kramach nie brak, choć
wybór jest bardzo skromny. Za banany płaci się 25 CFA, za dorodne mango –
100, duża bagietka kosztuje 175, a jajko – 85.
Obok Petit Marche znajdziecie jedyny supermarket z importowaną żywnością, w
którym warto się zaopatrzyć przed wyjazdem na prowincję, gdzie ceny
delikatesowych artykułów są wyższe średnio o 50 procent. Ja o tym nie
wiedziałem… Przykładowe ceny ze stolicy: karton soku 875 CFA, pudełko serków
500, woda mineralna 1,5l – 650, słoik miodu – 3000, puszka mleka w proszku
Nido – 1450, mała mielonka – 1400. Duża butelka piwa “Flag” kosztuje
850 CFA. Za dolara w banku płacili tu
niestety tylko 473 CFA – jak już wspomniałem do Zachodniej Afryki trzeba przyjeżdżać raczej z euro, które można po korzystnym kursie wymienić w hotelu czy na ulicy.
Mniej
więcej w połowie drogi pomiędzy bazarem i zespołem budynków rządowych
znajdziecie muzeum narodowe. Naprzeciwko muzeum jest mała
manufaktura, gdzie produkują wyroby z wytłaczanej skóry, będące – jak
się wydaje – specjalnością tego kraju. Są więc skórzane teczki i puzderka, a nawet
całe szafeczki z misternie zdobionymi szufladami… Nieopodal wprost na
ulicy sprzedają ładną ludową ceramikę. Tyle, że trochę to duże i ciężkie, by
wieźć przez Afrykę..


Spacerowałem po nim nawet po zmroku, gdy temperatura spadała do przyjemnych 25
stopni… Tak, Niamey to dla mnie jedna z najgorętszych stolic świata.
A nazwa całego kraju wywodzi się oczywiście od nazwy rzeki.
W stolicy przez leniwie płynący Niger przerzucony jest tylko
jeden most: Kennedy Bridge. Niezbyt efektowny – jak widzicie – ale za to ściśle
tajny (czytałem o tym, że skorumpowana policja wymusza łapówki na tych, co
dadzą się przyłapać na fotografowaniu).
Terminal międzymiastowych autobusów
państwowej kompanii SNTV został niedawno przeniesiony z centrum miasta na
jego południowe peryferie – daleko za Grand Hotel. Miejskie taksówki, które
zwyczajowo za kurs w mieście biorą po 200 CFA od osoby za dojazd do terminalu pobierają
dwa razy więcej...
Skomputeryzowana kasa SNTV sprzedaje bilety z wyprzedzeniem nawet kilkudniowym.
Klimatyzowany autobus do Agadez – najciekawszego miasta Nigru odjeżdża
punktualnie (!) o 5.00 i dociera do celu około 17.00. Bilet jest dość drogi:
16 200 CFA, ale cenę usprawiedliwia wysoki, europejski standard
podróżowania. Jak na Afrykę to prawdziwy luksus!
Szosa
łącząca Niamey i Agadez to główna, sztandarowa magistrala drogowa
Nigru. O świcie przystajemy na modlitwę (widać jej czas wliczony jest do
rozkładu jazdy). Słońce szybko wspina się do zenitu. Za szybą sunącego
przez pustynię autokaru pewnie ze czterdzieści stopni, a we wnętrzu
przyjemny chłodek – kilka razy podają nam nawet wliczony w cenę biletu sok w
torebkach. Krótki postój w Birni N’Konni – miasteczku tuż przy granicy
Nigerii, gdzie warto zaopatrzyć się w smaczny nigeryjski chleb z foremek,
jakiego nie wypiekają w zdominowanym przez bagietki Nigrze. .


Płaski, niegościnny krajobraz. Za Tafua przydrożne osiedla pojawiają się
coraz rzadziej. W nielicznych wioskach nowy, ciekawy element architektury:
obok kubicznych glinianych chat także kopulaste, gliniane spichlerze do
przechowywania zbiorów.
Asfalt na drodze staje się coraz bardziej dziurawy i często przychodzi nam jechać
jednym kołem po poboczu drogi… Zamiast drogowskazów są tu pedantycznie
ustawione kilometrowe słupki pozwalające ocenić odległość do celu podróży…
AGADEZ
Agadez, Agadez… – myślałem zawsze, gdy słyszałem kogoś opowiadającego o
Nigrze. Agadez to wcale nie cały Niger, ale właśnie to miasto wraz z
okolicami jest moim zdaniem dla przybysza z zagranicy najciekawszym
ośrodkiem turystycznym Nigru. Dla wielu cudzoziemców to Agadez, a nie Niamey jest
wizytówką kraju. To jeden z najstarszych ośrodków handlowych Sahary, leżący
na skrzyżowaniu odwiecznych karawanowych szlaków. Założono go w XI wieku.
Wciąż zabudowany jest tradycyjnymi
domami z glinianej cegły wypełniającymi piaszczyste ulice z których tylko
kilka posiada nawierzchnię. W tych ulicach wciąż jeszcze większość
spotkanych ludzi nosi tradycyjne szaty Tuaregów .


ponad 120 tysięcy mieszkańców. Trudno w to uwierzyć, bo wcale nie wygląda na
tak dużą metropolię. Studiując wielokrotnie mapę Afryki przypuszczałem, że Agadez przypomina inne legendarne
saharyjskie miasto – Timbuktu w Mali, które odwiedziłem w roku 2000. Moje
oczekiwania sprawdziły się tylko częściowo: Timbuktu jest jednak mniejsze i
bardziej zaniedbane, a przez to jakby bardziej autentyczne. W trochę ucywilizowanym Agadez za to ludzie są bardziej sympatyczni. Gdybym
miał teraz wrócić do jednego z tych miast wybrałbym jednak Timbuktu…
się kilku chętnych “przewodników” gotowych zaprowadzić do “niedrogiego”
hotelu. Upewniwszy się, że będę zwolniony z obowiązku dawania napiwku
pozwoliłem pilotować się na skróty, przez koryto wyschniętego ouedu do
noclegowni. Najtańszy hotelik jaki
znalazłem w przewodniku schowany był za takim glinianym murem jak na zdjęciu
obok – około pół kilometra od stacji autobusów. Nosił dumną nazwę “Hotel
Agreboun”. W gliniakach na podwórku było tam kilkanaście pokoików. Za
lokal z
dwoma łóżkami, prysznicem i wiatrakiem pod sufitem zażądali 7000 CFA i
niestety nic nie udało się utargować. Nie omieszkałem się za to
upomnieć o ręcznik i czyste prześcieradło do przykrycia (przydaje się, gdy
nad ranem robi się chłodniej). Uwaga: nie wszystkie pokoje mają gniazdka do
włączenia grzałki !


W mieście są oczywiście droższe i lepiej utrzymane hotele (“Sahara” “Tidene”
“Air” i Pension Tellit).
Niektóre mają nawet ukwiecone patia – jak ten na zdjęciu obok. Agadez ma
też lotnisko, od czasu do czasu zamykane ze względu na kiepski stan pasa
startowego. Kiedyś przylatywały tu z francuskimi turystami czartery
Point Afrique – prosto z Paryża i Marsylii – warto sprawdzić, bo jeżeli
będziecie mieli mało czasu, to można stąd wrócić drogą lotniczą do Europy i
to za niewielkie pieniądze.
Niewątpliwą atrakcją Agadezu jest duży plac targowy na którym handluje się
zwierzętami jucznymi, kozami i innym żywym inwentarzem, wiązanym z nogi do
wbitych w ziemię kołków. To dzięki tej metodzie sprzedawcy kóz mogą
spokojnie porozmawiać siedząc godzinami w kucki. Targ znajdziecie po
północnej stronie przelotowej szosy (stary Agadez rozłożył się na południe
od tej szosy)


Tu wciąż jest sułtan! Nie, to nie ten na zdjęciu… Ale jest! I
mieszka w pałacu (to ta budowla za plecami mojego eleganckiego Tuarega).
Pałac odbiega wprawdzie od naszych wyobrażeń o tego rodzaju budynkach, ale
nie zapominajmy, że jesteśmy na Saharze, w sercu Afryki… Sułtan wciąż
podobno cieszy się dużym szacunkiem miejscowej ludności, a jego
uprawnienia m.in. w zakresie sądownictwa są – jak twierdzą – większe od
kompetencji gubernatora prowincji mianowanego przez rząd w Niamey…
Kiedy przechodziłem przez plac przed pałacem z bramy wysypała się właśnie
gromada odświętnie ubranych Tuaregów, z tradycyjnymi woreczkami i ozdobami
zawieszonymi na szyi. Zapytałem grzecznie jednego z nich, czy mogę zrobić
fotografię – i tak powstało to zdjęcie… Tuaregowie to dumny naród,
potrafią docenić respekt jaki się im okazuje. Biały zawój tego
“Rycerza Pustyni” już na oko
jest dłuższy o jakieś dwa metry od tego, który kiedyś przywiozłem z Timbuktu.
Kolory szat Tuaregów są urozmaicone, widać dbałość o to by wyróżniać się w
tłumie. Ktoś mi tłumaczył, kolory odzieży związane są z przynależnością
do poszczególnych klanów, ale nie wiem do końca, czy to prawda.

To wielki meczet w Agadez. Najwyższa (około 30 m) budowla miasta. Pochodzi
podobno z XVI wieku. Jak latarnię morską
widać go na płaskiej pustyni z odległości wielu kilometrów. Podobno wewnątrz
ma schodki, którymi za opłatą można wpiąć się na sam szczyt. Nie próbowałem
szukać strażnika nie wiedząc jeszcze, czy starczy mi pieniędzy. Jego
architektura nie umywa się wprawdzie do słynnego meczetu w
Dżenne w Mali –
perły saharyjskiej architektury, ale jak na Niger jest to znaczący
zabytek…
Naprzeciwko meczetu stoi mały Hotel Air (pierwotny pałac sułtana), który ma pustą
zazwyczaj restauracyjkę z
tarasem na dachu. Po
zmierzchu można (i trzeba) usiąść tam z butelką zimnego piwa. To miejsce ma atmosferę,
której się nie zapomina. Nie zapomnijcie i wy tam wpaść: posiedzieć patrząc
na rozgwieżdżone niebo, na przemykające w dole postacie w powłóczystych
szatach i posłuchać płynącego ponad pustynnym miastem nawoływania do
modlitwy… Zimne piwo kosztuje tylko
1000 CFA !


Na placyku przed meczetem można kupić eksponowane na płachtach pamiątki.
Przekupnie zaczepiają przechodzących białych, potrafią niestety być nawet
nachalni. Warto jednak przystanąć i choć popatrzeć: naprawdę jest z
czego wybierać: wyroby ze skóry, srebra i kamieni półszlachetnych, paciorki, fajki,
sztylety, rzeźby w drewnie i tradycyjne ozdoby Tuaregów. Wydaje mi
się, że jest tu większy wybór suwenirów niż w Timbuktu… I ceny
też przystępniejsze (jeśli się dobrze potargować, nie dając poznać na czym
kupującemu naprawdę zależy)…
nie chodźcie do banku przy hotelu “Sahara” – tam wezmą za wymianę ponad 3 procent
prowizji. Na rogu ulicy naprzeciw Banque d’Afrique, przy wystawionej
na ulicę zepsutej lodówce znajdziecie kantorek Monsieur’a Macao – będzie
pewnie leżał na macie… Wymienia walutę (euro i dolary) po lepszym
kursie niż w banku i nie pobiera prowizji !.
W Agadez jest jeszcze drugi
meczet w saharyjskim stylu, ale już znacznie mniejszy: Petit Mosque – na
zdjęciu obok. W sąsiedztwie – po drugiej stronie ulicy jest jedyna w mieście kawiarenka
internetowa…




I kto by pomyślał, że wśród tych glinianych murów mieszkają takie
ślicznotki!
Ale ja spacerując piaszczystymi uliczkami miasta miałem głowę zaprzątniętą
zupełnie czym innym. Wizyta w
Agadez byłaby niespełniona bez wyprawy w Góry Air i na Pustynię Tenere.
Rozpocząłem poszukiwania terenowego samochodu z przewodnikiem. Na
podstawie informacji zebranych jeszcze przed wyjazdem z kraju mogłem
z grubsza określić, co chciałbym zobaczyć. Chodziło teraz o to, by znaleźć kogoś, kto
chciałby przejechać pięciodniową trasę za niewygórowaną cenę, dawał
gwarancję bezpieczeństwa i dysponował samochodem którego stan techniczny
przynajmniej na oko wzbudza zaufanie. O rezultatach moich poszukiwań
przeczytacie już na kolejnej stronie.
