
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos


Dogonów w Mali. Noc spędziliśmy w gliniakach wsi Kundu -Gouma. Nawet małe, biegające nago dzieci
mają tu zawieszone na szyjach amulety mające chronić je przed chorobą i złymi
mocami. Ten maluszek czuje się bezpiecznie przytulony do kolorowej matczynej
sukienki. A to co mama nosi na ręku to nie zegarek ale srebrna
bransoletka…
Kraj Dogonów to raj dla
fotografa.
Z tej krótkiej, dwudniowej
zaledwie wyprawy do północnej części Kraju Dogonów przywiozłem znacznie więcej ciekawych
zdjęć, ale ograniczona pojemność płatnego (niestety) miejsca na serwerze nie pozwala mi
na ich umieszczenie na tej stronie.
Uskoku Bandiagara. Piaszczysta droga biegnie u stóp wysokiego na 100-200
metrów klifu wśród wysuszonych drzew. Są wśród nich małe baobaby. W takim krajobrazie dotarliśmy do
wioski Banani – ważnej wioski, gdyż tu od drogi biegnącej u stóp klifu odgałęzia się
jedna z trzech dróg wspinających się na górne piętro uskoku – do dużej wsi Sanga.
Turyści przybywający do Kraju Dogonów z miasta Mopti z reguły docierają
przez Bandiagarę właśnie do Sangi, która staje się bazą wypadową dla
dalszych wycieczek do dogońskich wsi (jest tam przyzwoity hotelik).


by następnie zejść z powrotem do Banani ciekawym pieszym szlakiem. Jedziemy zatem do Sangi… Droga Banani-Sanga wspina się zboczem doliny wcinającej się w tym
miejscu w krawędź uskoku. Po przeciwnej stronie doliny pod klifem stoi cały
zespół starych, tradycyjnych budowli. Wydaje mi się, że jest to jedyne w
całym regionie miejsce z taką efektowną perspektywą. Dlatego warto poprosić
kierowcę by przystanął mniej więcej w połowie drogi dla takiego jak obok
ciekawego zdjęcia
(konieczny obiektyw zoom – przynajmniej 200 mm).
rozrzuconą na znacznym obszarze wsią. Nieciekawą – jak mi się wydaje, czym
prędzej zatem odsyłam kierowcę na dół a my maszerujemy z przewodnikiem na
krawędź uskoku, skąd otwiera się wspaniały widok na piaszczystą równinę
nakrapianą punkcikami drzew.


dogońskiej czapce koloru indygo. Starał się i był wobec nas lojalny. Nie można tego
powiedzieć o kierowcy i jego pomocniku. Kiedy dotarliśmy na powrót do Banani
zauważyłem że wskaźnik paliwa jest odłączony, a gdy na moją interwencję
szybko go naprawiono okazało się, że wskazania są znacząco niższe niż w
Sanga. Koło samochodów czekających w Banani kręcił się zresztą gość z
kanistrem i rurką do spuszczania benzyny. Tylko jak udowodnić kradzież,
która nastąpiła prawdopodobnie za wiedzą kierowcy? Może porozmawiać z
kierowcą na wstępie informując, że wiecie o tym popularnym podobno
procederze. I demonstracyjnie obserwować wskaźnik paliwa podczas całej
wyprawy?… Litr paliwa to 400 CFA…

narzekają na niską jakość zdjęć umieszczonych na moich stronach
internetowych. Przepraszam Was za to! Pliki obrazków powinny być małe, by nie zajmowały zbyt
wiele miejsca na serwerze i względnie szybko wczytywały się – szczególnie przez modemowe
łącza. Zbyt dobre zdjęcia kuszą też internetowych złodziejaszków, którzy
bez przyzwolenia kopiują i publikują je tu i tam… Gdyby nie te ograniczenia na
moich stronach mogło by być więcej zdjęć takich jak powyżej… To jedna z
ładniejszych dogońskich wiosek – Ireli (na południe od Banani), do której
zdążyliśmy jeszcze zajrzeć zanim przyszło zawrócić w kierunku Douentzy.

drodze na dolnym piętrze uskoku… Wracając do Douenzy w wielu miejscach podziwialiśmy wspaniałe krajobrazy
uskoku – tym razem już bez harmattanowego tumanu. Ale przyznać trzeba,
że spędzenie dwóch dni na skrzyni takiego pojazdu to trudna próba dla
pasażerów – biorąc pod uwagę silnie operujące słońce i kurz podnoszący się
spod kół. Niestety pojazd z daszkiem, czy zamknięta buda ogranicza znacznie
pole widzenia…
wielbłądów obładowanych towarami. Za nią podążała druga – ośla. Siedząc
w Polsce przed ekranem komputera i dzwoniąc z telefonu komórkowego, żeby za
kwadrans przywieźli świeżą pizzę trudno sobie wyobrazić, że są jeszcze takie
miejsca, gdzie w odciętych od świata wioskach ludzie niecierpliwie czekają
na taką właśnie, wędrującą tygodniami karawanę, która niesie to co niezbędne
dla przeżycia następnego miesiąca: ryż, mąkę, olej, blaszanki z naftą i
sól…


znaleźć publiczny transport. Tu kończą się przetarte przez innych turystów
szlaki. Kolejnego ranka przyszło nam czekać ponad
godzinę zanim udało się skompletować odpowiednio dużą grupę turystów, aby
wynająć wspólnie zamkniętą furgonetkę – “blaszaka” na trasę z Douentzy do
Hombori – niewielkiej miejscowości słynącej z malowniczych skalnych
formacji. Cena za cały samochód dla tej trasy to 50 000 CFA. (Jedyny regularny
autobus na wschód odjeżdża stąd wieczorem i kosztuje 2500).
Wspaniałe widoki przypominające
amerykańską Monument Valley towarzyszyły nam już po drodze. Na pewno
warto zatrzymać się w kilku miejscach na tej trasie dla zdjęć. Niestety my
przejeżdżaliśmy w tym krajobrazie koło południa, gdy światło nie było
najlepsze.
Hombori (na zachód od osady – warto to zapamiętać!) wznosi się przy szosie
słynna Ręka Fatimy. Ta skała rzeczywiście przypomina – może nie tyle rękę co otwartą dłoń. Warto być może zastanowić czy nie
należy tłumaczyć Hand of Fatima na język polski jako Dłoń Fatimy. Podczas planowania
podróży szukając odpowiedzi na pytanie “czy warto zatrzymać się w Hombori?”
próbowałem bez powodzenia znaleźć w sieci zdjęcia tej skały. Teraz już
nie będzie takiego problemu. Alpiniści (także i polscy) wchodzą na szczyt
skały – podobno ta pionowa ściana to jedna z najtrudniejszych dróg
wspinaczkowych w Afryce.


inne góry – w tym najwyższy szczyt Mali, ale Dłoń Fatimy nie jest stąd
widoczna. O zmroku znalazłem chętnego kierowcę , który za 10000
podwiózł nas ponownie do masywu. Tak wygląda Dłoń Fatimy fotografowana od
strony wschodniej. Pod samym masywem, na spalonym słońcem kamienistym stoku
stoi tu maleńka, prymitywna wioska Dari, która może być bazą dla tych, co
chcą próbować wspinaczki.
Widok wielbłąda na ulicy, na którego grzbiet pakuje się akurat worek ryżu jest tu rzeczą
normalną. Bieda. W nielicznych sklepikach nie ma nawet coca-coli. A pić
trzeba, bo z nieba leje się żar… Dwulitrowa butla jakiegoś miejscowego
landrynkowego napoju kosztuje 1250. Bagietki, a właściwie ich ręcznie
formowaną namiastkę wypiekają na blachach w kopulastym piecu ulepionym na
podwórku we wschodniej części wsi. Jedna – wcale nie taka duża –
kosztuje 150 CFA. Warto odwiedzić tą “boulangerie” już dla samego widowiska
– czekaliśmy cierpliwie w ciemnościach ponad pół godziny, aż czarny jak
smoła piekarz wyciągnął dla nas z pieca parzące ręce bułki.


Ludzie nie wzbraniają się już tak bardzo przed fotografowaniem. Można wspiąć
się na niewielkie wzgórze ponad miasteczkiem, gdzie stoją kamienne domy
najstarszej części miasteczka. W
Hombori zamieszkaliśmy w
odsuniętym od szosy na jakieś 300 metrów Auberge Tondanko. Mają tam dla
turystów kilka okrągłych chat pod strzechą i pokoiki w szeregowym gliniaku.
Bez wentylatorów, bo w ciagu dnia i tak nie ma energii.
Obsługa nie jest zbyt sympatyczna, ale w rogu dziedzińca są chłodne prysznice i czyste toalety. Pod wiatą
“restauracji” można wieczorem wypić piwo (1000 CFA) i zjeść porcję ryżu z
mięsnym sosem za 1000. O 18.00 włączają agregat prądotwórczy pracujący do
północy. Tu docenia się w pełni latarkę wiezioną w plecaku – to tutaj po
prostu konieczność. Polecam również
własną moskitierę. Alternatywne, nieco droższe zakwaterowanie
znajdziecie w zbudowanym przy samej szosie Auberge Lelele. Budynek jest
ładny, ale tu jest znacznie głośniej.
stacji benzynowej składającej się z wystawionych przy szosie kilku beczek i
kanistrów poinformowali mnie, że przelotowy autobus do Gao odjeżdża stąd
“zwykle między piątą i szóstą”. Czeka nas pakowanie w ciemnościach i marsz
na przystanek jeszcze przed świtem. Zdezelowany autobus z połową szyb w
oknach pojawia się w Hombori punktualnie o szóstej. Są na szczęście siedzące
miejsca, za które zapłacimy po 4000 plus 500 CFA za każdy plecak. Po dwóch
kwadransach jazdy świt odsłania monotonny, pustynny krajobraz. Wiatr wtłacza
do środka pojazdu tumany pyłu osiadające na twarzach i odzieży… Kamery i
aparatów lepiej nie wyciągać z foliowych torebek. Po czterech godzinach po
lewej widać nareszcie płynący leniwie Niger. Jeszcze kawałek… Na posterunku drogowym zbierają
paszporty do kontroli… Kobiety sprzedają z misek na głowach dobrze nam
znane donuty – świetne danie na śniadanie!


przeprawy promowej na Nigrze. Fotografowanie jedynego promu, który mieści na
raz tylko jeden duży i jeden mały samochód jest oczywiście
surowo zabronione. Wyrzucają nas na czas przeprawy z autobusu – dla
pasażerów busu kilkuminutowy rejs jest bezpłatny. Po drugiej stronie mamy
jeszcze do przejechania kilka kilometrów szeroką piaszczystą drogą, bo Gao
jak się okazuje nie leży nad głównym nurtem Nigru ale nad jego odnogą, czy
też rozlewiskiem. Po 6 godzinach od wyruszenia z Hombori wyrzucają nas na
głównym placu – na łup gromady domorosłych przewodników, agentów i
żebraków… Znów jakieś resztki harmattanu podnoszą tumany pyłu, który
zmienia kolor nieba na szary…
którym miałem zamiar się zatrzymać jest z centrum aż 5 km. Najbliżej jest do
zaniedbanego kolonialnego hotelu “L’Atlantide”. Za wielki pokój double z
wiatrakiem i zapyziałym prysznicem żądają 15000 CFA. Gdy postraszę, że pójdę
do konkurencyjnego “Beau Sejour” cena spada do 10000 za pokój i to już jest
do zaakceptowania biorąc pod uwagę centralne położenie “Atlantydy” –
naprzeciw barwnego bazaru. Pod jego arkadami, ale także w kramach
wystawionych na ulicę handlują ziarnem, żywymi kurczakami,
warzywami z miniaturowych poletek nad rzeką. Jest gwarno i kolorowo…
Jestem w tajemniczym, odległym Gao, którego nazwa – maleńki punkcik na mapie
przez tyle lat tak pobudzała wyobraźnię. Sądziłem, że Gao podobne jest do
Timbuktu… Okazało się większe i jednak bardziej współczesne.


naprawdę kawałek płaskiego brzegu do którego podpływają wąskie łodzie –
pinassy z towarami i ludźmi. Za 15 tysięcy można popłynąć do widocznych na
horyzoncie różowych diun (powrotny rejs trwa 2 godziny). A za 8000 – do głównego
nurtu Nigru. Po drodze obserwuję jak na brzegu dzieje się zwykłe życie:
ludzie myją się, piorą, łowią ryby rzucając sieci na płytkiej wodzie. W
przeciwną stronę suną mniejsze i większe pinassy popychane tyczkami –
rozlewisko jest płytkie. Większe łodzie zaopatrzone w silnik pływają
stąd nawet do Mopti… Ale to wiele dni nużącej żeglugi.
jako ważny punkt na karawanowym szlaku. Niestety historycznych pamiątek jest
tu niewiele- jedyny liczący się zabytek to tzw. Tomb of Askja –
gliniany grobowiec bogatego kupca z końca XV wieku zaliczony przez UNESCO do
światowego dziedzictwa kulturowego. Za wstęp pobierają 2000 CFA. Ale
najlepszy widok na obiekt otwiera się z dachu domu sąsiadującego z
zabytkiem. Stamtąd właśnie robiłem to zdjęcie. Zapytajcie grzecznie
właściciela domu o pozwolenie – na dach wchodzi się z jego podwórka…

trasy – do stolicy Nigru tylko na mapie wygląda tak niewinnie i prosto –
pozornie wystarczy jechać wzdłuż rzeki… Tylko ze tam nie ma żadnej
szosy – to pustynny trakt… Informacje o możliwości
przejazdu z Gao do Niamey w Nigrze pochodzące od miejscowych “przewodników” były
sprzeczne. Twierdzili, że jedyny, przerobiony z ciężarówki autobus odjeżdża
tylko w poniedziałki. Bywają też podobne autobusy nigerskie, ale nie
wiadomo dokładnie kiedy pojawi się następny, bo wieść niosła że się popsuły. Natomiast w dni, kiedy nie ma
autobusu odjeżdża w trasę ciężarówka. Do poniedziałku było daleko. Naganiacz
zaprowadził mnie na plac obok stadionu nazywany Gare de Niger. W chacie z
mat urzęduje tu przedstawiciel syndykatu transportowego, który sprzeda
bilet, a jakże nawet z pieczątką – za 12500 CFA do Niamey, w tym bagaż –
upewniam się… Ciężarówka ma odjechać następnego dnia o 14.00. Na skrzynię
zabierają podobno 20 osób. Kupuję. Mam
wrażenie, że od miejscowych biorą mniej, ale jedyną realną alternatywną opcją jest wynajęcie landcruisera
za 200 tysięcy plus paliwo. Odpada!

miejsce na workach z ziarnem – plecami do kabiny. Potem w słonecznym skwarze
z niepokojem obserwowałem jak przybywało miejscowych: 20, 40, 50…
Jeszcze zanim ruszyliśmy (dopiero o 16.15!) zaczęła się walka stłoczonego
tłumu o każdy kawałek powierzchni w skrzyni. Niektórzy mieli jej tylko tyle
by stać. Starcia słowne. Nie mogłem pozwolić, aby facet siedząc na dachu
szoferki dyndał mi brudnymi nogami nad głową! Pustynny pył… Okulary na
oczy, zwilżona szmata na usta i nos. Godziny jazdy po wybojach i piachu,
przystanków na modlitwę, ponownego upychania się i nowej walki o miejsce.
Zaklinowane nogi, którymi nie sposób wykonać żadnego ruchu. A nad rzężącym
pojazdem saharyjskie gwiazdy i księżyc, pokazujący od czasu do czasu
szeroką, błyszczącą wstęgę Nigru wzdłuż którego przecież jedziemy. Nad
ranem 3 godziny postoju w jakiejś uśpionej wiosce i… dalej!
zakopuje się w piasku pomocnicy kierowcy odpinają zawieszone na burtach
metalowe drabiny, podkładają je pod odkopane koła. Przejeżdżamy po nich 5
metrów. Przenoszą drabiny do przodu. Następne 5 metrów… Kopanie,
przenoszenie… I znów… Żar wlewa się z bezchmurnego nieba do otwartej
skrzyni ciężarówki… Mijają godziny… Wreszcie, za wsią Labazzenga
malijska placówka graniczna . Zbierają paszporty. Czarnoskóry oficer prosi
mnie do gliniaka. Domyślam się po co… Za wstawienie stempla
wyjazdowego – 1000 CFA od paszportu. Bezprawnie… Ale władza,
której mógłbym się poskarżyć jest bardzo, bardzo daleko..
Tu on rządzi – i może dowolnie przetrzymywać i mnie i ciężarówkę…
Przed gliniakiem kolejka miejscowych. Ciekawe ile biorą od nich?
W końcu ruszamy dalej… Koszmarnie wyboisty i piaszczysty jest odcinek traktu
między posterunkami dwóch krajów. Yassane. Jesteśmy w Nigrze! Ale to
wcale nie koniec ciężarówkowej przygody…

<<< do poprzednich części “Transafricany”




