
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Kapsztad
(Cape Town) jest jednym z najpiękniej położonych miast świata. Jego urodę można jednak w
pełni docenić dopiero przy słonecznej pogodzie. Mnie niestety pogoda nie
sprzyjała. Dopiero po południu niebo się trochę przetarło. Ruszyłem
przypomnieć sobie znane sprzed lat widoki i sprawdzić, co się zmieniło.
Warto może podkreślić, że Cape Town jest dla cudzoziemca znacznie
bezpieczniejsze od cieszącego się złą sławą Johannesburga.
Panorama miasta z dolnej stacji
kolejki na Table Mountain prezentowała się znacznie lepiej.


A mury fortu i skrawki
błękitnego nieba przeglądały się w szerokiej fosie…
Turystycznym centrum Kapsztadu
jest Victoria & Alfred Waterfront – zespół starych nabrzeży i magazynów
portowych przerobionych na sklepu i restauracje.


Sercem tego centrum jest stara portowa wieża zegarowa przy której
fotografują się turyści .
A tak wyglądają dziś wnętrza hal. W
kompleksie jest nawet morskie akwarium, gdzie można popływać (za słoną
opłatą) w towarzystwie niegroźnych rekinów…


Rano kolejnego dnia podziwiałem panoramę Lions Head…
Postanowiłem pojechać na przylądek.
Wiele agencji turystycznych oferuje tu wycieczki na Cape Point po 400 randów. Ale za 170 randów można już wynająć samochód na cały dzień. To było dla mnie
lepsze rozwiązanie, bo wieczorem przed samym lotem do Europy mogłem oddać
samochód na lotnisku oszczędzając na dość drogim transferze miasto-lotnisko.
Wrzuciłem plecak do bagażnika corsy i ruszyłem lewą stroną drogi wzdłuż
malowniczego atlantyckiego wybrzeża, przez piękne zatoki Camps, Hout, Flora.


zwieszona nad urwiskiem Chapmans Peak Drive – tu niestety pobierają w bramce
20 randów opłaty drogowej…
trasa jest niezwykle efektowna i widokowa.


wyciętej w skale półce wolno zatrzymać się tylko w jednym miejscu, ale ruch
był mały – i ryzykując stawałem jeszcze kila razy, by zrobić dla was te
zdjęcia…
Dalej wybrzeże nie było już tak strome. W
Kommetije w dole zbudowano ładna latarnie morską przed którą piętrzą się
wysokie fale Atlantyku…


No i wreszcie – jest! Na dole parking ze sklepikami. Dalej – do widocznej
latarni morskiej na Cape Point można wspinać się wygodnymi schodkami lub
wjechać kolejką terenową…
To tłumnie uczęszczane przez turystów miejsce: latarnia morska na Cape Point nie jest ani duża ani ładna…


widok na ładne skały przylądka Cape Point na których rozbijają się fale. Ale
to wcale nie jest Przylądek Dobrej Nadziei. Ten znajduje się kilkaset metrów
na zachód, oddzielony od Cape Point niewielką zatoczką z pustą plażą.
ustawiona tablica przy której chętnie fotografują się turyści. Stąd kiepska
ścieżka prowadzi na skały przylądka……


Na tym zdjęciu dobrze widać w tle Przylądek Dobrej Nadziei i zatoczkę
oddzielającą oba przylądki. Więc to było to miejsce, do którego przez
pustynie, dżungle i wielkie jeziora zmierzałem z dalekiego Gibraltaru. Przygodny turysta zrobił mi zdjęcie z mapką podróży, którą oglądacie na tej
stronie… Nie bardzo chciał wierzyć… -Overland from the top of Africa?
Niespodzianką przy drodze do przylądka Dobrej Nadziei są rodziny agresywnych
pawianów, żebrzących o pożywienie… Nie wiem jak wytrzymują na tym silnym,
czasem lodowatym wietrze…


Była dopiero godzina 14.00 a ja miałem samochód wypożyczony do wieczora.
Pokusa była zbyt silna – już podczas poprzedniego pobytu w Cape myślałem o
Przylądku Igielnym. Wtedy nie udało mi się tam dojechać – bo to aż 200
kilometrów w każdą stronę. Ale teraz… Decyzja została podjęta bardzo
szybko. Ruszyłem tą malowniczą drogą w kierunku miasteczka Simonstown.
Simonstown to ładne miasteczko z czystą plażą, można tu dojechać bez
własnego środka lokomocji – podmiejskim
pociągiem z Kapsztadu.
Im dalej przemieszczałem się na wschód, tym pogoda
stawała się lepsza…


Szosa przecinała ogrodzone murzyńskie shantytowns. Słońce było już nisko gdy
dotarłem do Struisbai – malowniczej rybackiej wioski z przykładami starej
prowincjonalnej architektury… Zdążę przed zachodem słońca na przylądek czy
nie?…
Zdążyłem! Najpierw była piękna latarnia morska z 1848 roku…


…a za nią kamieniste wybrzeże. Krajobraz Cape Agulhas – Przylądka
Igielnego nie jest tak dramatyczny jak na Przylądku Dobrej Nadziei – jest tu
niemal płasko… I pewnie również dlatego przybywa tu tak mało turystów.
taki oto skromny pomnik pokazuje miejsce łączenia się dwóch oceanów:
Atlantyckiego i Indyjskiego.


W ten mały monument wbudowana jest pamiątkowa tablica w języku afrykanerskim
i angielskim informująca, że jesteśmy na najbardziej wysuniętym na południe
punkcie kontynentu afrykańskiego.
Słońce zapadało za horyzont,
pora była wracać do Cape Town na lotnisko. Po drodze musiałem uzupełnić
paliwo do pełnego baku. Automat nie chciał zaakceptować mojej karty
płatniczej (warto na taką okoliczność mieć drugą kartę – z innego banku). Na
lotnisku oddałem samochód. Samolot KLM odleciał o czasie. Następnego dnia po
południu po prawie czterech miesiącach byłem znów w Gdańsku…

I to już koniec opowieści o mojej Afrykańskiej Odysei. Mam nadzieję,
wskazówki zawarte na kolejnych stronach tego sprawozdania z podróży pomogą
innym podróżnikom zaplanować ich wyprawy na Czarny Kontynent. Afryka jest
dla eksploratorów wędrujących z plecakiem najtrudniejszym
kontynentem do podróżowania, stawia przed samotnym podróżnikiem największe wyzwania. Oby moje
doświadczenia pozwoliły wam uniknąć błędów i szczęśliwie wrócić do domów – z
bagażem pełnym pozytywnych wrażeń! A ja… ja też zapewne też
jeszcze kiedyś wrócę na ten fascynujący kontynent…
Wojtek Dąbrowski














