
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

Ze
stolicy Mozambiku jechałem bezpośrednim autobusem przez Królestwo Swazi (Suazi)
do Durbanu w Republice Południowej Afryki.
Swaziland znałem z poprzednich podróży i nie widziałem potrzeby
zatrzymywania się w tym miniaturowym królestwie. Również z tego względu, że
(nie da się ukryć) coraz bardziej tęskniłem do Polski – od mojego wyjazdu z
kraju minęły już prawie cztery miesiące! Mam takie doświadczenia z
moich najdłuższych podróży: przez pierwsze dwa miesiące poza Polską jest OK.
Potem jednak, mimo internetowego kontaktu z bliskimi coraz częściej
wspominam swoje miejsce na Ziemi i ludzi, którzy tam zostali. I wcale się
tego nie wstydzę. Nie mam zamiaru pozować na twardziela – obywatela
Świata… Jakakolwiek jest ta dzisiejsza Polska – ja jestem Polakiem…
To wciąż była Afryka, ale jakże
inna od centralnej części kontynentu. Dobre drogi, wygodny i czysty
autobus… Na placówce granicznej RPA w Golele nie trzeba wypełniać żadnych
swistków: funkcjonariusz sam wklepuje dane do komputera i drukuje sticker
wizowy z prawem pobytu 90 dni.


W Durbanie byliśmy o 15.00.
Dworzec autobusowy przyklejony jest do kolejowego… Najpierw kupuje bilet
na następny dzień do Port Elisabeth. Jest konkurencja: Greyhound kosztuje
340 randów, a Translux tylko 315. (1 USD to 6 randów). Wybieram ten tańszy i
maszeruje do najbliższego guesthouse; znanego z poprzedniego pobytu Banana
Backpackers na rogu Pine St. Single room kosztuje tu 80, dormitorium 60,
depozyt za klucz 30… Recepcjonista Nick zakreśla na planie miasta
dzielnice, które dla turysty są niebezpieczne nawet w biały dzień…
Idę do starego centrum jeszcze
przed zachodem słońca sfotografować meczet…
Nieopodal jest nieco kiczowaty Victoria Street Market – duże centrum
handlowe, gdzie można kupić względnie tanią żywność.


I stąd znów kilkadziesiąt metrów do wzniesionej z cegły katolickiej katedry
Emmanuel. Wejście tylko ze strzeżonego podwórka…
Rankiem następnego dnia wyruszam
autobusem widokową trasa wzdłuż wybrzeża na południe…


prawej towarzyszą nam ładne góry
…Przystajemy w nadmorskich
miejscowościach o charakterze letniskowym.


Elisabeth. Już ciemno… Byłem tu kilka lat temu, więc nie będę zwiedzać –
chcę tylko przenocować, bo 26 godzin jazdy z Durbanu do Kapsztadu jednym
ciągiem to za dużo… Nocują w Prospect Hill Backpackers do którego idzie
się w górę schodami od tego ładnego ratusza. Łóżko w dormitorium kosztuje 70
randów – ale ważniejsza jest bardzo miła starego domu o skrzypiących
podłogach.
widokową nazywana Garden Route. Przez Tisikama Forest – ładny obszar
zalesionych gór…


Kanion rzeki Storm River…
Wreszcie George z ładnymi plażami u stóp
gór… RPA jest
dość dobrze opisana w internecie więc wybaczcie mi te skromne komentarze…
Na moich stronach też znajdziecie co nieco o tym kraju:
http://www.kontynenty.net/6rtw.htm


Równolegle do szosy biegnie tu jednotorowa kolej, ale pociągi w RPA nie mają
ani tej częstotliwości, ani tak niskiej ceny biletów jak autobusy…
Wreszcie – przed samym Cape Town duże obszary winnic w dolinach u stóp
malowniczych gór.


Jest wreszcie Kapsztad – wielka, nowoczesna metropolia…
w jej centrum można zobaczyć i takie obrazki. Ale to miejsce to ewenement.
Kapsztad jest o wiele bardziej bezpieczny niż Johannesburg – w biały dzień
na ulicy człowiek czuje się bezpiecznie.


hostelu Castle Street Backpackers – To ten czerwono malowany dom na rogu
Castle i Long. Wejscie z waskiej uliczki. Biały gospodarz – sympatyczny Jeff
oczywiscie ma dla mnie miejsce mimo braku rezerwacji – jest po sezonie…
Łóżko w małej sypialni 75 randów i bardzo sympatyczny nastrój…
Mountain tonęła w chmurach. Podczas poprzedniego pobytu miałem więcej
szczęścia. Planowany wjazd na górę kolejką (można i pieszo!) nie ma sensu…
Powrotny rejs kolejką linowa kosztuje 110 ZAR.


Jeff namówił mnie na kupno całodziennego biletu na czerwone doubledeckery,
które pętlą kursują po mieście docierając do wszystkich turystycznych
atrakcji. Bilet kosztuje 90 randów – można dowolnie przerywać i wznawiać
podróż. Takim busem dotarłem do Camps Bay – szykownej dzielnicy u stóp
łańcucha szczytów Dwunastu
Apostołów…
… i do latarni morskiej na cyplu Green Point…


Pogoda niestety nie sprzyjała, było pochmurno, czasem popadywała mżawka – to
była już połowa maja, czyli jesień na południowej półkuli. Smutno w takim
oświetleniu prezentowały się wieżowce w centrum miasta…
