
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Udało
mi się odwiedzić zapomniany archipelag Querimba na północy kraju, ale
Mozambik ma jeszcze jeden, znacznie lepiej opisany archipelag rozciągnięty wzdłuż wybrzeża
Oceanu Indyjskiego. To już
jednak zupełnie inne wyspy, leżące bliżej świata i lepiej znane. Archipelag Bazaruto rozłożył się w południowej części kraju i słynie nie tylko z urody
swoich pięciu wysp, ale i z rafy koralowej, która je osłania. Wyspy
archipelagu tworzą Park Narodowy. Tylko na jednej z nich – Benguerra można
znaleźć względnie tanie zakwaterowanie. Ale taka robinsonada ma jedną wadę –
przy znacznym koszcie każdego przejazdu z wyspy na stały ląd (około 20 dolarów) turysta
staje się więźniem wyspy. Nic dziwnego, że większość podróżników zatrzymuje
się na wybrzeżu – w miasteczku Vilankulo i stąd robi wypady na wyspy i rafę.
Komunikacja autobusowa w południowej części kraju nie jest droga. Za
dziewięciogodzinny przejazd z Beiry do Vilanculos zapłaciłem 250000 metikali
przy kursie 1 USD=23000 MZM. Zaskoczeniem i katuszą dla zagranicznych
turystów jest fakt,
że cały transport dalekobieżny wyrusza w trasy przed świtem – trzeba się z
tym pogodzić i wstawać dosłownie w środku nocy. Przykładowe ceny autobusów i
„czap” na innych trasach: Maputo-Inhambane -180000, Nampula – Ilha – 70000,
Vilanculo – Maxixe 90000.
Jak widzicie na zdjęciu obok
podczas tej długiej podróży miałem miłe sąsiadki.


na niewielkie wniesienie i żeby dostać się na nadmorska drogę, gdzie
znajduję się najtańsze noclegownie trzeba zejść w dół, ku morzu i przejść
dobre pół kilometra. Jak widać nie tylko ja szedłem tą drogą…
Zamieszkałem w “Zombie Cucumber”,
gdzie biorą 500000 za domek lub
150000 za materac w dormitorium. Konkurencyjny “Smugglers” jest tańszy, ale
położony dalej od centrum – pokój dwuosobowy z łazienką kosztuje tam
400000.
Życie Vilankulo koncentruje się wokół niewielkiego bazaru, na którym można
kupić nie tylko świeże ryby różnego koloru i wielkości, ale także kraby i
małe ośmiornice. Niestety częste wizyty turystów doprowadziły do tego, że
handlujący na widok aparatu wyciągają ręce po pieniądze. Zbywam ich żartem i
rozpoczynam poszukiwania transportu na wyspy.


Wkrótce już wiem, że na całodzienną wycieczkę
trzeba przeznaczyć niestety aż 50 dolarów. Mam do wyboru motorowy ponton – tzw. zodiak,
który dzięki swojej szybkości może w pół dnia odwiedzić rafę i trzy wyspy
oraz tradycyjną łódź żaglową, która w ciągu dnia jest w stanie obrócić tylko
do najbliższej wyspy Magaruque. Tym razem wybieram zodiak, który popłynie
następnego dnia o 9.00 rano.
Miałem czas na wieczorny spacer wzdłuż plaży. Pod wieczór, gdy rybackie
łodzie wracają z połowu na plaży odbywa się sortowanie ryb…


A rano rozpoczęła się nowa przygoda…
Szybka łódź potrzebuje prawie godziny na przebycie 22 kilometrów
oddzielających przystań od północnego cypla Banguerry. Dopiero tu – z bliska
widać różnicę między niskimi, zielonymi wyspami Archipelagu Querimba i
Bazaruto – którego wyspy pokrywają wysokie piaszczyste diuny. Wiejący od
otwartego oceanu wiatr przez wieki pracowicie piętrzy wyrzucony przez fale
piasek. Efekt jest bardzo malowniczy.
Banguerra – to nasze pierwsze lądowanie.


A to główna wyspa archipelagu z wysokimi diunami…
Podobno tylko na Archipelagu Bazaruto można zobaczyć takie rzadki muszle.
Oficjalnie nie wolno ich wywozić z kraju.

Najpiękniejsze, sięgające stu metrów diuny oglądałem na głównej wyspie
archipelagu, na Ponto Dundo. Nie sądziłem, że w tej części Afryki będę
wspinać się na takie góry piachu. Warto!
Ze szczytu otwiera się bowiem widok na ocean – bliżej turkusowy, a dalej w
kolorze soczystego błękitu, na sąsiednie wyspy i wreszcie na srebrną grzywę
wody spienionej na rafie – popatrzcie na zdjęcie poniżej.


Płyniemy potem na tą Two Mile Reef by nurkować ze snorkelem. I okazuje się,
że świat oglądany pod lustrem wody jest bardziej kolorowy od tego ponad nim.
Cieszę oczy różnymi barwami koralowych krzewów, pływam wśród ławic ryb
pasiastych, nakrapianych, ciągnących za sobą welony. I już wiem, że koralowe
ogrody Bazaruto zasługują na swoją sławę. Na nadwodnym zdjęciu rafy (obok)
oczywiście tego nie widać.
Malowniczości na pewno przydają mu pojawiające się w krajobrazie tradycyjne
łodzie ze skośnym żaglem.


Następnego dnia przed świtem wsiadłem w kolejny autobus.
O śniadanie w takich sytuacjach wcale nie trzeba się martwić: już na
pierwszym postoju pojazd będzie oblegany przez sprzedawców jajek na twardo,
donutów, bananów i napojów…
Mozambicka droga. takie dziury w
asfalcie to normalka. Pojazd kluczy wśród nich, czasem setkami metrów jedzie
jednym kołem po poboczu… Ale to się zmienia. Na głównych drogach w pobliżu
stolicy prowadzone są prace: wyrównują i poszerzają główną magistralę.
Zmierzałem do Tofo – małej rybackiej wioski, która szczyci się
najpiękniejszą podobno plażą Mozambiku.

przeprawić przez szeroki zalew. Można w takiej łodzi. Ale znacznie szybciej
i co ważne – na sucho – starym motorowym tramwajem wodnym o poetycznej
nazwie “Esperanca” – za 10 tysięcy.
Po drugiej stronie zalewu leży miasto
Inhambane z ładnymi przykładami kolonialnej architektury.


dotrzeć do bazaru, skąd odchodzą mikrobusy do Tofo trzeba przejść całą
długość ładnego bulwaru, przy którym cieszą oko rezydencje dawnych kolonów…
Chapa z Inhambane do Tofo kosztuje 10 tysięcy + 10 tysięcy za plecak –
niestety nauczyli się już brać dodatkowe pieniądze od turystów.
I oto przed wami plaża Tofo
fotografowana z wysokich wydm – to chyba właśnie one decydują o jej urodzie.
Na tych wydmach wybudowano mniej lub bardziej prymitywne instytucje
noclegowe dla turystów. Trochę prymitywnie, ale za to atmosfera absolutnego
luzu. “To takie afrykańskie Goa” – powiadają…
Bliżej wsi (w
głębi zdjęcia) wysokość wydm jest mniejsza i tam są droższe hoteliki.


Restauracyjki oferują potrawy ze świeżo złowionych ryb. W wiosce
pod niewykończonym budynkiem restauracji sprzedają pamiątki – ładne rzeczy,
ale trzeba się targować…
Zamieszkałem na wydmie w
trzcinowej chatce. Instytucja nazywa się
Fatima’s Nest – taka chatka nad szumiącym oceanem dla jednej osoby
kosztuje 300 000, dla
dwóch 450 000, a łóżko w dormitorium 110 000.


oczywiście bungalowy nieco lepszej kategorii… Baza dla turystów powoli się
rozrasta. Najliczniej przybywają ci z RPA – nie potrzebują nawet wiz. Od polskich turystów
niestety wymaga się
posiadania wizy, najbliższa ambasada tego kraju znajduje się w Berlinie – Stromstraße 47 tel. 030-39 87 65 00. Ale wizę turystyczną można otrzymać w
ciągu 24 godzin w jednym z krajów ościennych np. w konsulacie Mozambiku w
Blantyre w Malawi, gdzie jej koszt wynosi 1600 malawijskich kwaczy.
rzekę o zabawnej nazwie Limpopo, w której pławią się hipopotamy? Nigdy
nie sądziłem, że kiedyś dane mi będzie ja zobaczyć. Oto Limpopo
fotografowane z mostu. Hipopotamów niestety nie widać – pewnie mieszkają w
jej górnym biegu… Limpopo przekroczyłem w drodze do stolicy
Mozambiku – Maputo. Maputo leży na południowym krańcu kraju – o krok od
granicy RPA i Swazi. Do celu dotarłem po 8 godzinach.


Wreszcie jestem
w milionowym mieście!… Maputo to
przedsionek Wielkiego Świata: asfaltowane ulice prawie bez dziur. Sprzedawcy
kwiatowych bukietów na rogach ulic. Wystrojone czarne dziewczyny na wysokich
obcasach ponętnie kołyszące biodrami. Nocne życie w licznych barach i
klubach. Sznury samochodów. Wieżowce. Pucybuci. Znalazłem nocleg w centrum w Pensao Central,
przy Ave 24 de Julho, pokój
jednoosobowy – 250 000, dwuos. 350 000. W pobliżu jest ładniejszy Base Backpackers, 545 Ave Patrice Lumumba,
gdzie pokój dwuosobowy kosztuje 500 000, łóżko w zbiorowej sypialni – 180 000.
Z okna mojego pensjonatu widzę białą iglicę katedry z zegarem wybijającym
godziny przez całą dobę. Maputo nie ma
zbyt wielu ciekawych obiektów architektonicznych. Do tych nielicznych
zalicza się właśnie ta biała, czynna katedra. Centralna część Maputo składa się z dwóch dzielnic: w dole nad zatoką leży handlowa Baixa, a
wysoko – na skarpie – dzielnica otwarta do oceanu, swojsko nazwana Polana. Wędruję
ruchliwymi ulicami chłonąc atmosferę wielkiego miasta. I choć to już trochę inne czasy
widzę, że w nazwach ulic przetrwali tu Włodzimierz Lenin, Karol Marx i
Fryderyk Engels. To właśnie ulica Mao Tse Tunga prowadzi do biznesowej dzielnicy
Polana.


Niedaleko katedry stoi na piedestale Samora Machel – największy bohater
narodowy Mozambiku, przywódca partyzanckiego ruchu Frelimo, który
doprowadził do uzyskania niepodległości kraju w roku 1975 i pierwszy
prezydent Mozambiku.
Jednym z ładniejszych budynków w Maputo jest pałacyk mieszczący
obecnie muzeum historii naturalnej. Bilet wstępu kosztuje 50 tysięcy.


A to już dzielnica na dolnym tarasie – Baixa. Tu znaleźć można więcej
przykładów kolonialnej architektury…
Kolejnym ciekawym
obiektem Maputo jest dworzec kolejowy w dzielnicy Baixa. Projektował go
jeden z uczniów Gustawa Eiffela. Powstała okazała budowla godna światowej
wystawy, która w chwili obecnej przerasta potrzeby stolicy. W środku dwa
staromodne, zadaszone perony i… pustka. Podobno jednak w dni robocze
odjeżdża stąd jednak jakiś pociąg. Ale jedzie niezbyt daleko. W kontaktach z
wielkim światem, którym dla Mozambiku jest RPA komunikację kolejową wyparły
autobusy…


stary fort o czerwonych murach. Obecnie jest on instytucją kulturalną – tu
organizowane są okresowe wystawy.
jako cel wypraw turystycznych często umieszczany jest kolonialny Hotel
Polana. Warto tu zajrzeć nie tylko dla budowli, ale i dla widoku, który
otwiera się z tarasu w ogrodzie.


To oczywiście najwyższa
kategoria, ze wspaniałym basenem, starannie strzyżonymi trawnikami i
wykwintna kuchnią w restauracjach. Ale mówiący po angielsku odźwierny
przymknął oko na moje sprane dżinsy…
Jak dotrzec do Maputo?
Brak bezpośrednich lotów z Centralnej Europy. Najdogodniejsze połączenia
przez Lizbonę lub Dar-es-Salam. Narodowy przewoźnik Mozambiku –LAM (www.lam.co.mz
) lata do Maputo z Lizbony. Warto rozważyć przelot do Johannesburga i
kontynuowanie podróży do Maputo samolotem lub autobusem. Ta ostatnia
alternatywa jest najtańsza (ok.40 USD, bus codziennie o 7.30)
Międzynarodowy port lotniczy odległy
jest od stolicy o 7 km – za taksówkę nie powinniście zapłacić więcej niż
120000 (ceny wywoławcze są oczywiście wyższe). Publiczne furgonetki
przejeżdżają obok lotniska – przejazd do centrum kosztuje 10000 ale z reguły
drugie tyle trzeba dopłacić za bagaż. Z najlepszych hoteli na lotnisko
kursują minibusy (konieczna wcześniejsza rezerwacja). .


przy której w 1927 roku zbudowano Hotel Polana rozłożyły się kramy z pamiątkami,
wśród których znaleźć można między innymi interesujące rzeźby w drewnie.
Podobał mi się ten kraj i jego
ludzie. Myślę, że Mozambik obok Nigru był drugim najciekawszym odkryciem
mojej “Transafricany”. to kraj, do którego naprawdę warto zajrzeć jeszcze
zanim zaczną go odwiedzać tłumy turystów. Ja jednak zmierzałem jeszcze
dalej: mój powrotny bilet do Europy wystawiony był na trasę Cape Town –
Amsterdam. Postanowiłem z Maputo jechać dalej wzdłuż wybrzeża Oceanu
Indyjskiego. Pierwszy odcinek prowadził przez terytorium Swazi do Durbanu.
Na tej trasie kursują już w parzyste dni tygodnia o 7.00 wygodne piętrowe
autobusy kompanii Panthera Azul. Bilet w jedna stronę kosztuje 800 tysięcy
meticali. Można go kupić w przedsprzedaży za okazaniem paszportu. Terminal
jest w Baixa, z tyłu za pocztą.
Przejazd przez Swazi nie
był już dla mnie atrakcją – zwiedzałem to małe królestwo przed laty. Wizę
wydają każdemu bez żadnych problemów i bez opłat wprost na granicy… Do
Durbanu dotarliśmy około 15.00. Było parno i gorąco. Ale o tym
ostatnim etapie “Transafricany” przeczytacie już na kolejnej stronie…















