
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Starym
statkiem “Ilala” dotarłem do małej miejscowości Chilumba w północnej części
Jeziora Niassa. Kierunek rejsu był odwrotny do zaprojektowanej trasy mojej “Transaficany”,
ale wynikło to z faktu, że praktycznie tylko odcinek rejsu na północ: z Nkhata Bay do Chilumby dawał możliwość obserwacji ciekawego krajobrazu w
pełnym słońcu, w ciągu całego dnia. Teraz musiałem wrócić na główny
szlak – skierować się do Blantyre w Południowym Malawi. Przemieszczenie się
w ten rejon otwierało kilka dobrych opcji przedostania się do Mozambiku. Po
drodze jednak, jeszcze nad wielkim Jeziorem Niassa (Malawi) było jeszcze
jedno historyczne miejsce, które bardzo chciałem zobaczyć: Livingstonia.
W Malawi dla określenia
publicznego mikrobusu lub furgonetki używa się nazwy matola. Tam, gdzie ruch nie jest
duży matole wyruszają w trasę wcześnie rano – często już o świcie, aby
uniknąć jazdy w powalającym skwarze południa. Ja też pojawiłem się na placu
odjazdowym w Chilumbie bardzo wcześnie. Matola już stała, upychano
bagaże i chętnych. Problem polegał na tym, że i jednych i drugich było za
dużo. Kierowca zdecydował się jechać z otwarta klapą bagażnika (przywiązując
ją sznurem) i przytroczyć
wielkie ale lekkie kosze na zewnątrz samochodu… Znalazło się dla mnie
trochę miejsca w tylnym rzędzie… Po pół godzinie ostrożnie ruszyliśmy…


Tylko raz
dotychczas udało mi się zrobić takie zdjęcie. Tu dopiero widać w jakich warunkach
podróżuje się zazwyczaj wewnątrz takiego matatu czy też matoli. Z lewej
strony jest wejście w którym wisi kilka osób. Niektórym pasażerom wystają na
zewnątrz tylko siedzenia, inni tylko trzymają się burty wisząc całym ciałem
za drzwiami. Ten pojazd miał na szczęście podwyższony dach. Gdyby był to
zwykły mikrobus sytuacja wyglądała by jeszcze gorzej…
Przesiadałem się gdzieś na
trasie… Druga matola wysadziła mnie w Chitipa – tam, gdzie od dobrej, asfaltowej Lakeshore Highway odgałęziała się terenowa droga prowadząca w górę – do
Livingstonii. W namiocie przy skrzyżowaniu był posterunek policji. -Tu nie
ma regularnej komunikacji. Musisz wynająć samochód we wsi lub czekać na los
szczęścia – może cos będzie jechało… Wspinaczka z plecakiem na płaskowyż
wyniesiony jakieś 800 metrów ponad poziom jeziora nie wchodziła w grę.
Nie tylko dlatego, ze brak czasu, gorąco i ciężko ale również dlatego, że
czytałem o tym, ze na tej drodze zdarzają się napady na samotnych
turystów…


Samotny białas czeka na drodze!
Wieść szybko rozniosła się wśród najbliższych chat. Zleciały się ciekawskie
dzieciaki… Jeden z chłopców, cały dumny zademonstrował mi własnoręcznie
zrobioną zabawkę – samochód z drutu, patyka i kilku kółek. Marzenie
nastolatka. Pozostałe dzieci patrzyły z zazdrością. Które z naszych dzieci zainteresowało by się taką zabawką?
Miałem jednak szczęście! Około ósmej
nadjeżdża matola – odkryta ciężarówka wyładowana materiałami budowlanymi. Na
workach z cementem siedzi już kilka osób. Zabierze i mnie. Cena jest
negocjowana – staje na 220 kwacza. Zaczynamy się wspinać agrafkami na zbocze
wśród pojedynczych zagród i poletek manioku.


Od czasu do czasu w oknach między
drzewami otwierają się wspaniałe widoki na wielkie jezioro. I tak pełzniemy,
pełzniemy, aż w końcu trzeba stanąć, bo gotuje się woda w chłodnicy. Grupki
miejscowych schodzą drogą w dół nie doczekawszy się widać transportu. Piesi
między kolejnymi agrafkami drogi mają wiele skrótów. Ale strumieni, gdzie
można uzupełnić wodę jest tylko kilka…
I znowu w górę. Wyładowana ciężarówka dostaje
zadyszki na stromych podjazdach. Podskakuje na kamieniach, aż w końcu…
Kicha! Lewarek ma za krótki wysuw aby zdjąć koło – trzeba wykopać
dół…

Wjeżdżamy w końcu na krawędź
płaskowyżu zawieszonego kilkaset metrów ponad jeziorem. droga wije się dalej
wśród zielonych wzgórz. Czuje się zmianę wysokości: rosną tu iglaste drzewa
i łatwiej oddychać, bo upał nie jest tak odczuwalny jak tam na dole…

Najpierw wieś Livingstonia, kilka kilometrów za nią wielki jak na to
odludzie, ceglany kościół. To
już słynna Livingstonia Mission.
Położona wysoko – około 900m ponad poziomem Jeziora Niassa (Malawi) w
niezwykle malowniczej scenerii. Wbrew przypuszczeniom wielu przybywających
tu turystów słynny podróżnik David Livingstone nigdy w to miejsce nie
dotarł. Osiedle misyjne zostało założone w 1894 roku przez Roberta Lawsa –
ucznia Livingstone’a i na cześć wielkiego odkrywcy nazwane od jego
nazwiska…
Świątynia należy od początku
swojego istnienia do Kościoła Szkocji (Church of Scotland). Nie do końca
orientuję się w tej wyznaniowej dżungli, ale to chyba szkocki odpowiednik
Anglikanów). Wnętrze kościoła jest dość surowe – zwraca w nim uwagę
oryginalna ceglana kazalnica. Z tyłu za ołtarzem jest ciekawa
architektonicznie salka zebrań kapituły.


Największą ozdobą kościoła wydaje się jednak być duży witraż w dzielonym
oknie nad wejściem przedstawiający spotkanie Livingstone’a z krajowcami…
A tak prezentuje się misyjny kościół
Livingstonii od frontu. Ekipa murarzy uzupełniała akurat ubytki w ceglanym
murze. nie wiedząc, że zamierzają zaraz skończyć robotę zostawiłem w
kościele plecak (słusznie chyba przypuszczając, ze z kościoła go nie
ukradną) jaki było moje zdumienie, gdy po powrocie okazało się, że wszystkie
drzwi są zamknięte, a robotników “wywiało”. Na poszukiwanie faceta z kluczem
straciłem 20 pełnych emocji minut.


Nieopodal kościoła stoi tzw.
Stone House – dom rodziny Laws
– budowniczych misji. Wewnątrz jest obecnie mały guesthouse z trzema
sypialniami (nocleg ze śniadaniem kosztuje 850 kwaczy od osoby) oraz muzeum
(donation – 100 MWK za wstęp)
.
Z werandy otwiera się piękny widok na okoliczne wzgórza, jezioro w dali i
majaczący po jego drugiej stronie brzeg Tanzanii.
Ale mówiąc szczerze zaskoczony byłem tym widokiem. Inspirowany opisami tego
miejsca wyobrażałem sobie, że Livingstonia Mission stoi na krawędzi 800-
metrowego urwiska nad jeziorem. Tymczasem jak sami widzicie to urwisko jest
w odległości kilku kilometrów. Widok jest wciąż piękny, choć może nie tak
ekscytujący.


noszący na piersi piękny krzyż poprowadzi Was przez trzy sale muzealne w
których urządzono ciekawą ekspozycję pokazującą dzieje misji i jej
działalność aż do czasów współczesnych. Są tez tablice z opisem wypraw
Davida Livingstone’a. Kiedy dotarliśmy do Udżidżi mogłem coś uzupełnić –
byłem tam przecież zaledwie dwa tygodnie wcześniej!…
starymi książkami i dokumentami. Zgromadzono tam również sporo dziś już
zabytkowych pomocy naukowych wykorzystywanych w misyjnej szkole…


Ta szkoła w randze secondary school działa zresztą do dziś i ma w Malawi
bardzo dobrą opinię. W wieku XX została rozbudowana. Dziś jest to duży
czworobok ceglanych budynków połączonych galeriami, które chronią przed
słońcem i przed deszczem…
Zwiedzanie Livingstonii zabrało mi ze dwie godziny. Przez ten czas chłopaki
z ciężarówki rozładowali wóz i kierowca sam zaproponował mi, że mnie
zabierze na dół, do Chitimby… Było mi to bardzo na rękę… Z góry
jechaliśmy już znacznie szybciej i bez awarii ale i tak zabrało to całą
godzinę telepania na wybojach – osłodzoną jednak takimi pięknymi
widokami jak ten…


Chitimba – położona u stóp ciekawych skał powitała mnie upałem. Kierowca
zażądał dopłaty (O nie, bracie!) Ale żeby go udobruchać zafundowałem mu pod
tą wiatą colę za 30… Była też dobra wiadomość: o 14.30 miał tedy
przejeżdżać lokalny autobus do Mzuzu, gdzie podążałem. Przejeżdżał – znany
mi z autopsji model starego leylanda ze stertą bagażu za kierowcą,
zapachem ryb i tuzinem rozwrzeszczanych małych dzieciaków. Zapłaciłem
kolejne 220 kwaczy. Trasa była piękna widokowo, ale tempo ślimacze i w
rezultacie do Mzuzu (fajne te nazwy, prawda?) dotarliśmy już po zmroku.
W dalszą drogę na południe kraju miałem wyruszyć rano – już nie
rozklekotanym leylandem ale nowym autobusem kompanii Sacramento Coachlines.
-Kasę coachlines otworzą dopiero o 6.00! Ktoś życzliwy
wskazał mi drogę przez ciemne ulice do sympatycznego rodzinnego hoteliku
Flame Tree GH. Wart polecenia! Za czysty pokój bez łazienki biorą 1000 MWK,
śniadanie dodatkowo 500. Hotelik ma ukwiecone patio i sympatycznych
gospodarzy… Trzy kubki własnej herbaty. Kurczak z ryżem za 400 i… spać!


Gdy rano po 15 minutach marszu zjawiłem się na autobusowym terminalu ponad
ukwieconymi koronami flame trees świecił jeszcze pełny księżyc… Za 1600
kwaczy kupiłem bilet do Blantyre.
Wsiadłem do przyzwoitego MarcoPolo i ruszyliśmy na południe.
policyjnych mieliśmy po drodze sporo, ale kontrole były tylko formalne i
dotyczyły w zasadzie kierowców. Raz czy da razy wyprosili wszystkich z
autobusu i sprawdzali co jest pod siedzeniami… Bywało gorzej…
Mundurowych bałem się jednak fotografować, aby nie mieć kłopotów…


Ale kiedy na którymś posterunku
spotkałem w końcu kobietę w mundurze poprosiłem o pozowanie do zdjęcia. Pani
starszy sierżant krygowała się trochę, ale – jak widać – tylko trochę.
Kobieta – nawet ta w mundurze cieszy się, gdy ktoś dostrzega jej urodę!
Przez pierwsze godziny jazdy
towarzyszyły nam łagodne wzgórza, na nich malownicze wioski złożone z chat
przypominających grzyby.


Na pośrednich przystankach mali
chłopcy dbają o to by podróżni nie głodowali: jedno gotowane jajko kosztuje
u nich 15-20 kwaczy – zależnie od prowincji. 8 sztuk za równowartość dolara.
Pomarańcze na bazarze sprzedają po 2. Małego słodkiego banana można dostać
już za 1,50 kwaczy. To ile to będzie za dolara czyli 120 kwaczy?
Osiemdziesiąt?
Malawi jest niewielkim, ale
pięknym krajem. Płaskowyże na południu kraju usiane są ciekawymi formacjami
skalnymi. Urozmaicają one monotonny krajobraz.


podróżują ci najbiedniejsi. Takiego odkrytego pick-upa także nazywają tu
matolą. Miejscowi ze stoickim spokojem znoszą niewygody. Murzyni
zamieszkujący Malawi maja nieco inną mentalność od tych, którzy zamieszkują
Tanzanię czy Kenię i mówią swahili. Odniosłem wrażenie że są generalnie
spokojniejsi, mniej krzykliwi i mniej agresywni. Kraj przeżywa inwazję
islamu – nawet w małych wioskach budują meczeciki…
Za kolejną taką malowniczą górką
leży Blantyre – miasto które jest ekonomiczną stolicą kraju, a liczbą
mieszkańców przerasta nawet tytularną stolicę -Lilongwe – ma 650 tysięcy
mieszkańców i lotnisko z międzynarodowymi połączeniami.


Po całodziennej jeździe do celu
dotarliśmy pod wieczór. Nie było czasu na szukanie po mieście przyzwoitego
noclegu. Znalazłem zakwaterowanie w Doogles Lodge – nieco zapuszczonej
i drogiej instytucji mającej jednak tą zaletę, że położona jest zaledwie 100
metrów od terminalu autobusowego. Nie trzeba było dźwigać plecaka zbyt
daleko… Mam do wyboru ciemne i ciasne dormitorium za 350 lub duży pokój za
1650. Biorę pokój, by szybko się rozczarować: w gniazdkach nie ma napięcia.
Doogles prowadzone jest przez białych i jest raczej miejscem spotkań przy
barze dla miejscowych expatów niż bazą dla backpackerów. Maja dwa stanowiska
internetowe – dostęp do sieci kosztuje 400 kwaczy za godzinę.
Spotykam innych trampów – między
innymi dwójkę Amerykanów. Cofnęli ich z mozambickiej granicy bo nie mieli
wiz. (Był taki okres, że wizę Mozambiku można było dostać na granicy i
informacje o tym wciąż pokutują w przewodnikach. Stracili 2 dni na jazdę tam
i z powrotem. Teraz załatwiają wizy w konsulacie w Blantyre. Czeka się 24
godziny i płaci 1600 kwaczy… Oni też wiedzą, że stan dróg po tamtej
stronie granicy jest fatalny.
Blantyre ma więcej starej,
kolonialnej architektury niż Lilongwe. Centrum handlowe jest zwarte i
ograniczone ulicami Glyn Jones i Haile Selassie. Tu między innymi mieści się
poczta z internetową salką i ładnymi znaczkami (do Polski – 60 MWK)


Nazwa Blantyre pochodzi od
małego szkockiego miasteczka koło Glasgow, gdzie urodził się David
Livingstone.
W Blantyre jest małe muzeum, ale
prawdziwą perełką miasta jest kościół St Michael and All Angels. Podobnie
jak kościół w Livingstonii zbudowany został przez misjonarzy Church of
Scotland. Budowę zakończono 1891 roku. Z zewnątrz to bardzo wyszukana
architektura – z wieloma ozdobnikami z postaci wieżyczek, kolumn i łuków.
Wnętrze kościoła jest znacznie
skromniejsze, a przede wszystkim zaskakująco małe. Na uwagę zasługują
kolorowe witraże i drewniana kolumnada nad wejściem… Koło
kościoła jest misyjna szkoła i cały zespół budowli administracji kościelnej.
Z innych atrakcji miasta warto
wymienić browar Carlsberga na peryferiach miasta. Turyści mogą
zwiedzać go nieodpłatnie i degustować produkcję, ale tylko w środy po
południu…


W tym miejscu warto może
przypomnieć mapkę mojej podróży. Miałem przekroczyć granice Mozambiku –
kraju w którym zupełnie niedawno zakończyła się wojna domowa. Kraju o
fatalnym stanie dróg, szczególnie tych peryferyjnych. Najlepsza wiodła na
południe – do stolicy – Maputo. Ale ja chciałem zacząć zwiedzanie od
północy. Miałem do wyboru kilka przejść granicznych. Ze strony Malawi
dojechać do nich było względnie łatwo. Problemy zaczynały się po tamtej
stronie: relacje mówiły o wielodniowym oczekiwaniu na ciężarówki do
najbliższego miasta, o utykaniu pojazdów w błocie i noclegach w przygodnych
wioskach… Zdecydowałem się przekroczyć granicę tam, gdzie przebiega stara
linia kolejowa z Liwonde do Cuamby. Wiedziałem, że nie kursują tam pociągi
pasażerskie, ale w przypadku problemów z transportem drogowym miałem jeszcze
szansę na towarowy… Przejście graniczne nazywało się Nayuchi…
To miał być ciężki dzień –
wyszedłem z hostelu wcześnie. Złapałem matatu to okazałego miasteczka Limbe
(zdjęcie obok) – tam na skrzyżowaniu dróg upchnęli minie z plecakiem na
kolanach do następnego, który jechał do Liwonde. Wysiadając po dwóch
godzinach czułem się jak sprasowana sardynka wyjęta z puszki. Potem w
padającej mżawce na wylotowej szosie czekałem na okazję do Nsanamy –
przyjechała w końcu odkryta matola, ale u celu byłem mokry. Zmierzchało się
gdy rozlatujący się mikrobus zabrał mnie z Nsanamy do odległego
wciąż o 40 km Nayuchi. Tam w światłach samochodu zobaczyłam biały budyneczek
i szlaban na piaszczystej drodze. Nikt go nie pilnował… Mogłem iść w
ciemność – do Mozambiku… Ale wolałem uniknąć kłopotów. Jakiś wieśniak
zaoferował mi nocleg w swojej chacie bez wody i bez światła za 250 kwaczy.
Bolał mnie ząb i czułem się jak zdjęty z krzyża… Ale byłem na granicy
Mozambiku!














