
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Zawsze
marzył mi się rejs starym parowcem po wielkich jeziorach Afryki. Po dotarciu
do Jeziora Tanganika okazało się, że słynny “pasażer” pływający
pod banderą Tanzanii – “Liemba”
przerobiony z niemieckiego okrętu wojennego stoi w Kigomie zepsuty – czekając
na remont. Po przybyciu nad jezioro Niassa (Malawi) miałem więcej szczęścia
– o szóstej rano, w chwilę po wschodzie słońca zobaczyłem po raz pierwszy innego
sympatycznego staruszka – nazywał się “Ilala”. To był ten statek z
mojego snu!
Przed wejściem na teren portu
mimo wczesnej pory czekał spory tłumek miejscowych: pasażerów, odprowadzających,
sprzedawców wędzonych ryb i owoców. Czarni strażnicy przepuścili mnie przez
bramę. Zwaliłem plecak przy domku z napisem “Booking office”, ale wkrótce
odesłali mnie stąd na statek – dziś tam będą sprzedawać bilety!


Po długim pomoście
pomaszerowałem na pokład. “Ilala” z szerokim, czerwonym kominem prezentował
się wspaniale. Wyłażąca tu i ówdzie spod farby rdza tylko dodawała mu
szacownego szyku. -Hoop! – jestem na pokładzie. Zaczyna się kolejna afrykańska
przygoda!
Czarni chłopcy przez burtę
sprzedają gazety i donuty. Te ostanie po konkurencyjnej cenie 5 kwaczy za
sztukę – kupuję, bo pożywne, a ja przecież nie zdążyłem przed świtem
zjeść w hoteliku jakiegokolwiek śniadania.


Zanim odpłyniemy z Nkhata Bay
jest jeszcze czas, aby przyjrzeć się łodziom kotwiczącym w zatoce – są wśród
nich małe rybackie kutry z desek i dykty oraz tradycyjne dłubanki mieszczące
nie więcej niż dwóch ludzi.
Zanim “Ilala” rzuci cumy
nawołuje spóźnialskich kilkakrotnie głosem potężnej statkowej syreny. Na
pokładzie przyglądamy się sobie wzajemnie: nie tylko oni są egzotyczni dla
mnie, ale także ja dla nich. -Are you a Father? – pyta ktoś. To chyba moja
łysina wywołuje takie skojarzenia.


O dziwo odpłynęliśmy o czasie, a
nawet 20 min przed czasem!. Specjalnie dla was podaję rozkład cotygodniowych
rejsów “Ilali”: Z bazy w Monkey Bay na północ: piątek 10.00, Chipoka piątek
20.00-22.00, Nkhotakota sob. 5.30-7.00, Likoma sob. 17.20-19.30, Nkhata Bay
niedz. 5.00-7.00, Chilumba niedz 18.30 i wyjście z powrotem na południe w
pon. 2.00, Nkhata Bay pon. 15.00-20.00, Likoma wt. 3.00-6.15, Nkhotakota wt.
18.00-19.20, Chipoka śr. 3.00-4.00, i Monkey Bay arr. śr. 14.00
To oczywiście rozkład teoretyczny. W praktyce zdarzają się podobno
wielogodzinne opóźnienia. Ale ja tym razem miałem szczęście…
U wyjścia z Nkhata Bay mijamy
małą latarnię morską (albo raczej jeziorową). A dalej to już tylko wysokie,
płowo-zielone, malownicze brzegi z odosobnionymi, pustymi plażami. Na
niektórych, mniej nachylonych zboczach widać plantacje tytoniu i poletka
kukurydzy. Zmierzamy do pierwszej wioski na trasie, bo trzeba wiedzieć, że
między porcikami podanymi w rozkładzie statek odwiedza dziesiątki
nadbrzeżnych osad ładując i rozładowując z szalup ludzi i towary.


Mogłem teraz spokojnie przyjrzeć
się mojemu liniowcowi. Na pokładzie trzeciej klasy było najwięcej pasażerów
– głównie Malawijczyków płynących do wiosek rozrzuconych na brzegu jeziora.
Często ten statek jest jedyną nitką komunikacji łączącą te osiedla ze
światem. Na budowę dróg przez góry państwa nie stać: Malawi należy do
najuboższych krajów świata.
klasa to “przedziały” o szerokości całego pokładu i twarde ławki zawieszone
naprzeciwko siebie. Jeśli nie ma zbyt wielu pasażerów to można się nawet na
nich wyciągnąć. Małym dzieciakom pozostaje do zabawy metalowa podłoga…


Za tym zakratowanym oknem jest
kuchnia dla pasażerów trzeciej klasy. Tego dnia menu sprowadzało się do
jednego standardowego dania “nshima with beef” za 150 kwaczy. Ale
pasażerowie nie wybrzydzali…
Zajrzałem do kuchni “od kuchni”.
Stan sanitarny nie był zatrważający… Nad garami krążyły wprawdzie roje
much, ale to przecież Afryka! Jak myślicie – jakiej wody używają do mycia
plastykowych talerzy?


Szybko dogadałem się z kucharzem
– okazało się przy okazji, że jesteśmy z tego samego rocznika… Nałożył mi
wielki, kopiasty talerz nszimy (spożywanej tu powszechnie kukurydzianej kaszy)
i polał obficie sosem. Zapłaciłem przepisowe 150 kwaczy. Ten sos, mówiąc
szczerze wyglądał trochę podejrzanie, ale jakoś mi nie zaszkodził…
Krążę bez przeszkód między pokładami i
fotografuję… Druga klasa ma do dyspozycji obszerną
mesę z twardymi ławkami i przedni pokład z możliwością wylegiwania się na
brezencie, którym nakryta jest znajdująca się tam ładownia. Moim zdaniem
ta klasa nie jest warta pieniędzy, które każą za nią płacić. Gdybym raz
jeszcze miał wybierać zdecydowanie kupił bym trzecią klasę z jej folklorem
lub pierwszą z jej względnym komfortem…


A pierwsza klasa “Ilali” to górne pokłady z
fotelami na odkrytym decku i kabinami pasażerskimi o piętro niżej. Można
sobie wyobrazić dystyngowane towarzystwo, które przechadzało się po nich w
czasach kolonialnych: panów w korkowych kaskach i panie w słomkowych
kapeluszach…
Na górnym pokładzie jest bar. Podczas mojego rejsu był zamknięty – w
pierwszej klasie było nas tylko troje pasażerów… Bilet kupiłem na
pokładzie, gdy statek opuścił port. Rejs z Nkhata Bay
do Chilumby w pierwszej klasie bez kabiny kosztował 2600 kwaczy czyli około 22 dolarów. Bilet najtańszej,
trzeciej klasy na tej trasie był cztery razy tańszy. Ale ja postanowiłem z
okazji imienin pozwolić sobie na małe szaleństwo – i nie żałowałem!


dyspozycji także kafeterię. Są tu cztery stoliki i telewizor. Korzystanie z niej ma sens, gdy spędza się na
statku dwie czy trzy doby i gdy ma się finansowe nadwyżki. Garkuchnia w
trzeciej klasie jest kilkakrotnie tańsza, choć być może nie oferuje tak
wykwintnych dań i nie ma tam obrusów…
Na pokładzie trzeciej klasy jest
mały sklepik, w którym podczas rejsu można kupić napoje i słodycze. Butelka
coli kosztuje u tego jegomościa 35 kwaczy.


Na poziomie pokładu pierwszej
klasy jest sterówka z archaicznymi przyrządami nawigacyjnymi. Ani kapitan
ani oficerowie nie noszą mundurów. Żadnej mapy nie widziałam. Choć jezioro
przypomina morze – ma przecież 590 kilometrów długości – nawigacja odbywa
się “na pamięć”.
Na nadbudówce wisi dumna tablica
z której wynika, że “Ilala” został zbudowany w… Szkocji. No może
niezupełnie… Wyprodukowane w Glasgow części statku w 1951 roku
przewieziono w kawałkach do Monkey Bay nad Jeziorem Niassa i tam poskładano.
Weteran ma 172 stopy długości, 30 stóp szerokości. Tonaż brutto: 620 t,
ładowność 100 ton. Ma aż 40 osób załogi i może zabrać do 460 pasażerów… W
moim rejsie ilość pasażerów się zmieniała, ale wydaje mi się że zawsze było
nas na pokładzie poniżej setki.


Jezioro Malawi jest pochodzenia tektonicznego. Otaczające je góry osiągają
wysokość 3000 metrów npm, lustro jeziora jest na 476 metrach. Ma długość
około 550 kilometrów i w najszerszym miejscu 55 kilometrów szerokości.
Ciekawostką jest, że z jeziora wypływa tylko jedna rzeka – Shire będąca
dopływem wielkiej Zambezi.
Pierwszym Europejczykiem,
który w 1859 roku dotarł nad Jezioro Niassa był David Livingstone…
Gdzieś tam w górach ponad jeziorem była ta słynna, nazwana na jego cześć
Livingstonia do której chciałem dotrzeć kolejnego dnia.
Więcej o jeziorze i o Malawi
można przeczytać na oficjalnej stronie – o tutaj:
http://www.malawitourism.com/

To trzecie co do wielkości jezioro
Afryki. Jezioro Malawi czy Jezioro Niassa – jak wolą inni – ma powierzchnię
29600 km kwadratowych. Jego wody podzielone są między trzy kraje: Malawi,
Tanzanię i Mozambik. Dla Malawi jego część jeziora jest aż jedną piątą
powierzchni kraju. Jezioro, którego głębokość sięga 700 metrów ma ciekawą
faunę. Turyści z całego świata przyjeżdżają tu uprawiać diving – nurkowanie
z butlą i oglądać rzadkie, kolorowe ryby. Słyszałem, że gdzieś na południowym
krańcu jeziora jakiś Polak prowadzi szkołę divingu

Na małej plaży cała chyba wioska oczekuje na zaopatrzenie, które przywozi
statek i na swoich bliskich, wracających z podróży… Tylko raz w
tygodniu mają taka okazję – w przeciwnym kierunku statek przepływa tędy
nocą.
I ludzi i towary dostarcza się za statku na brzeg na przeładowanych
szalupach zaopatrzonych w dychawiczne motorki. A kiedy już wylądują na plaży
cała wioska bierze solidarnie na głowy przywiezione pakunki i długim rzędem
maszeruje w kierunku krytych strzechami chat.


zakończeniu rozładunku podciągają szalupy na żurawikach i przez godzinę –
dwie mają spokój: aż do następnego osiedla na brzegu…
jeziorem, nazywa się bodaj Charo…


Tu część pasażerów, których mamy zabrać nie czekając na szalupy podpływa do
statku na swoich łodziach-dłubankach. Niektórzy odbierają do dłubanek bagaże
swoich krewnych by popłynąć z nimi prosto do domu – wioska jest
rozciągnięta, a szalupa dopływa do jednego tylko punktu wyznaczonego na
plaży.
Kapitan twierdzi, że do jednej szalupy przepisy bezpieczeństwa pozwalają mu
załadować tylko 22 pasażerów, dlatego od razu spuszcza się obie szalupy,
które pływają do brzegu ruchem wahadłowym. Krzyk marynarzy, piski kobiet,
megafon kapitana – wszystko to składa się na niezwykłe teatrum, które
oglądam z poziomu górnego pokładu jak z loży.


Ci ludzie od wczesnego dzieciństwa pływają dłubankami po jeziorze. To jest
ich żywioł. Nic dziwnego, że tak beztrosko siadają na burcie chybotliwej
łódeczki wykonanej z jednego drzewnego pnia…
Kolejnym miejscem lądowania było Ruarwe. Wysiadło tu kilku bacpackerów.
Widocznym na zdjęciu wąwozem spływa niewielka rzeczka tworząc wodospad. W
pobliżu podobno budują lodge dla turystów. Miejsce jest piękne tylko
wysiadając tu trzeba mieć świadomość, że następny statek będzie
dopiero za tydzień…


Wielkie jezioro faluje jak morze. Skoczyć z pokładu do bujającej się na
falach szalupy wcale nie jest tak łatwo! Podziwiałem nie lada wyczyny,
których dokonują matki z dzieciakami przytroczonymi na plecach. A na
pokładzie szalupy już chyba więcej niż dwudziestu dwóch…
zmroku, o 20.00, gdy wielki księżyc świecący od brzegu Tanzanii
położył na powierzchni jeziora długą, srebrną poświatę. Pół kilometra od
portu w głównej uliczce osiedla znalazłem prymitywny, bezimienny hotelik z
toaletą w podwórku. Ale pościel i moskitiera były czyste i nocleg kosztował
tylko 150 kwaczy – niewiele ponad dolara. Zanim zamknęli sklepiki zdążyłem
jeszcze kupić kilka bułek po 10, lokalne piwo kuche-kuche za 45 i banany.
Zasypiałem z przekonaniem, że to był wspaniały dzień – taki rejs polecam
jako jedną z głównych atrakcji Malawi…

