
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

(ciąg
dalszy)
Drogi
Zambii, przynajmniej te główne mają nadspodziewanie dobre nawierzchnie. Już sam ten fakt
sprawia, że przyjeżdżający tu turysta postrzega ten kraj jako zamożniejszy
od sąsiadów. Ale sawanna po obu stronach drogi jest taka sama jak w innych
afrykańskich krajach… Po niemal dwunastu godzinach
jazdy od wyruszenia z Mbali na północy kraju dotarłem do stolicy kraju
– Lusaki. Miasto ma ponad 1,2 mln mieszkańców – to dużo. I praktycznie tylko
dwa względnie tanie guesthousy w pobliżu centrum – to mało…
Kuomboka Backpackers i Chachacha
Backpackers mieszczą się blisko siebie – w zaułkach za Makishi Road. Z
terminalu autobusowego nie jest daleko – można tam dojść na piechotę. Na
miejscu okazuje się jednak, że w hostelach jest
ciasno i drogo! Wybrałem z konieczności “Kuombokę”, bo u konkurencji
nie było miejsc. Pierwsza noc w zatłoczonym, hałaśliwym dormitorium
kosztowała 30000 kwacza, na drugą uciekłem do zwolnionego właśnie “single” bez
prysznica za 75000 (1 USD=4700 ZMK). Przy zamkniętej żelaznej bramie bez
przerwy dyżurował strażnik, a na szczycie wysokiego płotu otaczającego hostel przeciągnięte były druty pod napięciem. To już na wstępie
mówiło coś
o stanie bezpieczeństwa w tym mieście…


Odnalazłem internet cafe (w śródmieściu jest kilka takich instytucji i oferują
zupełnie niezłą prędkość połączeń). Płaci się 8-9 tysięcy za godzinę, w
zależności od komfortu stanowisk. Do przyjaciół w Polsce i na świecie
powędrowała wiadomość, że wprawdzie z opóźnieniem, ale wylądowałem w Zambii
i jestem już w stolicy. Niestety opóźnienie, które wynikło z awarii statków
na Jeziorze Tanganika zmusiło mnie do rezygnacji z wycieczki do Wodospadów
Wiktorii. Widziałem je kiedyś ze strony Zimbabwe. Teraz chciałem popatrzeć
na nie jeszcze ze strony Zambii. Nie wyszło…
przede wszystkim biało- niebieskie matatu. Opłata jest zmienna, w
zależności od długości trasy płaci się 500-1500 kwaczy. Świece muszą być w
Zambii artykułem pierwszej potrzeby skoro warto je tak reklamować…


Główna ulica stolicy Zambii: Cairo Road. Tu zaraz pierwszego ranka miałem
niezbyt przyjemną przygodę. Gdy filmowałem te eleganckie budynki poczułem,
że ktoś dobiera się do mojej zawieszonej na ramieniu torby, w której noszę
sprzęt fotograficzny i mniej ważne dokumenty. Odwróciłem się, czarny
wyrostek gwałtownie odskoczył, a ja posłałem mu głośną “wiązankę”. Obok
przechodzili ludzie: miejscowi czarni. Śmieli się… Nikt nie pomyślał, aby
otoczyć i złapać chłopaka, aby zawołać policję… W biały dzień na głównej
ulicy Lusaki… Nie musieli przecież wcale wiedzieć, że nie zdążył nic wyciągnąć z
torby…
Wkrótce przestałem się dziwić podobnym
sytuacjom . Oto supermarket popularnej w Afryce firmy. Stoi przy tej samej,
głównej ulicy Lusaki. Otacza go, razem z parkingiem wysoki płot. Przy wjazdach
stoją ochroniarze… Zaopatrzenie dobre, choć nie dorównuje nawet w
połowie marketom europejskim czy amerykańskim.
Przykładowe ceny: puszka coli – 3500 ZMK, woda min. 2l -3150, litrowy karton
soku – 9500, konserwa mięsna – 8600, puszka rybek – 3000, kostka margaryny
-3000, butelka wina – 22000, kilo sera żółtego – 55000.
W budynku po prawej stronie marketu znajduje się
ubogie
biuro informacji turystycznej.


Na zachód od reprezentacyjnej Cairo Rd znajdziecie starą, kolonialną
dzielnicę handlową. Tradycyjne niskie domy z podcieniami upstrzono niestety
gigantycznymi współczesnymi reklamami przez co straciła ona niestety swój
“zabytkowy” charakter…
Przy samej Cairo Rd strzelają w niebo
nowoczesne wieżowce, których zapewne zazdroszczą Lusace inne afrykańskie
stolice. Wzniesiono je za pieniądze z eksploatacji bogactw naturalnych –
przede wszystkim miedzi. Zasoby rudy miedzi są tu tak znaczące, że dla jej
wywozu opłacało się kiedyś wybudować specjalną, 1860-kilometrową linię
kolejową TAZARA do portu Dar es Salam w Tanzanii. Pociągi tej linii prowadzą
także wagony osobowe stwarzając bardzo dogodną opcję dojazdu z wybrzeża do
tego kraju. Specjalnie dla was wynotowałem ceny biletów: 1kl-180000,
2kl-150000, 3kl-110000. Odjazdy z Zambii (z New Kapiri w pobliżu Lusaki) o
15.10, a z Dar o 15.50. Jedzie się dwa dni.
Poza miedzią Zambia ma także
złoża kobaltu, cynku, ołowiu, węgla, złota, srebra i uranu…


sakralnej trafiłem na Independence Ave, gdzie obok siebie stoją meczet i
hinduistyczna świątynia. Anglikańska katedra znajduje się daleko – na drugim
krańcu tej alei i… rozczarowuje turystę – nie warto wlec się tam w upale i
kurzu.
uliczne kramy. Sprzedaje się uczciwie: ceny wystawione są na kawałkach
kartonu – widać władza tak zarządziła… Tylko waga w takim kramie jest
rzadkością, więc często cena dotyczy kupki – na przykład pięciu pomarańcz,
lub kiści bananów.


okazałym budynkiem Ministerstwa Górnictwa zwraca uwagę sugestywny pomnik. To
Freedom Statue – tutejsza Statua Wolności. Widać bardzo ważny to symbol, bo
sylwetka Murzyna zrywającego kajdany występuje na wszystkich zambijskich
banknotach. Tuż obok jest inny, już znacznie skromniejszy budynek
mieszczący Muzeum Narodowe. Wstęp dla miejscowych 2000 ZKW, a dla
cudzoziemców – 10000. Jawna dyskryminacja! Wewnątrz ekspozycje
historyczna i etnograficzna – między innymi odtworzone wnętrza zambijskich
chat z różnych regionów.
Przy Independence Avenue mają swoje
siedziby różne instytucje rządowe. Na chodnikach spotkać można eleganckich
panów w białych koszulach i krawatach wędrujących od ministerstwa do
ministerstwa. Kiedy grzecznie poprosiłem tego jegomościa o pozowanie zapytał
podejrzliwie: -A po co ci moje zdjęcie? -Aby pokazać w Europie, że w Zambii
można także spotkać eleganckich dżentelmenów!…


tuż obok bosonogi chłopak sprzedawał trzcinę cukrową i opiekane kolby
kukurydzy. Jedna kolba – jeden pin. Warto może zapamiętać, że ten “pin” to
potoczna nazwa tysiąca kwaczy. Żebracy też często zaczepiają cudzoziemców
mamrocząc: -Give me one pin!
zdecydowałem niezwłocznie po zwiedzeniu Lusaki wyruszyć w kierunku granicy
Malawi. Bilet na autobus do Chipaty kosztował 65000 kwaczy i można go było
kupić dzień wcześniej.

Świtało, gdy człapałem z plecakiem na terminal autobusów. Miejsca wewnątrz
mercedesa (stłoczone po pięć w rzędzie) nie były numerowane i na 20 minut
przed odjazdem te najlepsze były już zajęte. Czarny chłopak
upchnął jakoś plecak w przeładowanym bagażniku i zażądał za to 5000. Dałem
1000. O 6.00 wyruszyliśmy drogę – prosto we wschodzące wielką,
pomarańczową tarczą słońce. Konduktor zapowiedział, co w autobusie wolno, a
co nie wolno, a potem zorganizował zbiorową modlitwę po angielsku zakończoną
chóralnym “Amen”. Około ósmej wjeżdżamy w zalesione góry, krajobraz staje
się bardziej urozmaicony. Great East Road wznosi się i opada na wzgórzach…


wiszącego mostu na rzece Luangwa… Takich mostów w Afryce wciąż jest
niewiele. Ładne miejsce! Rzeka płynie szeroko rozlana tworząc liczne
piaszczyste łachy. W przewodniku pisze, że 3 kilometry od mostu nad rzeką
jest turystyczny camp, w którym można wypożyczyć canoe, łowić ryby zajadać
się nszimą.
pozwala mi zrobić kilka zdjęć w ładnej, wiosce z typowymi chatami z gliny
krytymi strzechą…


Pasażerowie naszego autobusu robią zakupy (papierosy na sztuki i coca-cola)
w jedynym wioskowym sklepiku…
A pod wiatą przy drodze wywieszone są na sprzedaż duże płaty wędzonej ryby
zamknięte w specjalnej plecionce. Jak widać zainteresowanie jest spore…


Kierowca spieszy się. Kolejny postój mamy dopiero około południa – w Katete,
gdzie jak widzicie zastajemy zamkniętą restaurację. Kupuję “bunch” czyli
kiść 10 bananów za 1000 i colę za 2000. I to już będzie cały lunch – wart
mniej niż jednego dolara…
W podstawowe produkty można zaopatrzyć się nie wysiadając z autobusu – przez
okno…

A spośród chałup w mijanych wioskach wygląda zwykła afrykańska bieda.
Nie widać tu wprawdzie obdartych nędzarzy, ludzie ubierają się skromnie ale
czysto, ale w kraju dysponującym takimi zasobami naturalnymi oczekiwałem
nieco wyższego poziomu życia… Chciało by się zapytać: do czyich kieszeni
wędrują pieniądze ze sprzedaży zambijskiej miedzi? Bo na pewno nie do
kieszeni tych wieśniaków.


sprzedaż przy szosie worki z węglem drzewnym. W kuchniach trzeba czymś
palić… Ale produkcja tego gatunku węgla jest jedną z przyczyn deforestacji
Afryki. W Zambii to smutne zjawisko jeszcze nie rzuca się w oczy – gorzej
jest w Afryce Zachodniej…
wyruszenia z Lusaki docieramy do Chipaty – największego miasta we wschodniej
Zambii. To metropolia. Są tu banki i supermarkety. I dwa terminale
autobusowe na zakurzonych placach bez nawierzchni. Wysadzili mnie na tym,
który nazywa się Kapata. Pożegnałem swój autobus. Też miał popękane przednie
szyby. Ale ten na zdjęciu był jeszcze bardziej malowniczy. Nie, to nie jest
pojazd odstawiony do remontu – on normalnie i regularnie kursuje na
kilkusetkilometrowej trasie!


Malawi, na głównym szlaku na wschód. Ale głównym magnesem, który przyciąga
tu podróżników jest leżący w pobliżu South Luangwa National Park. Chipata
jest bramą do tego parku… I ja również chciałem koniecznie zobaczyć
zwierzaki w tym parku. Najlepiej od razu… Naganiacze operujący na
terminalu poprowadzili mnie do małego, biało-niebieskiego matatu. -On
pojedzie do do Mwfue, gdzie są parkowe lodges. Bilet kosztuje 30000!
-Zapłacę. Ale kiedy pojedzie?- wyrwało mi się niedorzeczne pytanie.
-Jak zbierze komplet pasażerów!
cienia więc wsiadłem do nagrzanego wnętrza matatu. Brakowało nam jeszcze
siedmiu… Strasznie mi się wlekły te kwadranse… Podróżnych przybywało
bardzo powoli… Piętnasta… Przybyła matka z dzieckiem… Chyba jednak
dziś pojedziemy?! Przed czwartą ruszamy – miejscowym zwyczajem
najpierw na stację benzynową, by za zebrane pieniądze kupić paliwo. Potem na
rogatki, gdzie zatrzymuje nas policja oczekując swojej “doli” i wreszcie za
drogę…


droga do South Luangwa! Ale niestety bez asfaltu, za to z licznymi
wybojami wśród których starał się cierpliwie lawirować nasz czarny kierowca.
130 km do Mwfue. Kierowca twierdził optymistycznie, że pokonamy je w
ciągu 4 godzin. Zastanawiałem się, ile do tego dodać… Po dwóch godzinach
mieliśmy spektakularny zachód słońca… Kleiłem się do ceratowego siedzenia
i marzyłem o prysznicu. Do Mwfue było wciąż jeszcze bardzo daleko…
