
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

W Tanzanii
byłem już wiele lat wcześniej, odwiedzając wybrzeże,
Zanzibar, parki
narodowe na północy i wspinając się na wymarzone
Kilimandżaro. Tym razem
miałem być w tym kraju tylko tranzytem – zmieniając w ciągu jednego dnia
statki w porcie Kigoma nad Jeziorem
Tanganika. Taki był plan
– przygotowany na podstawie najnowszych wydań przewodników. Los jednak
chciał inaczej. Dopiero po przyjeździe do Bujumbury w Burundi dowiedziałem
się, że pasażerski statek kursujący do Kigomy jest zepsuty. Chcąc złapać chociaż ten
drugi – płynący z Kigomy do Mpulungu w Zambii zdecydowałem się na ryzykowną podróż
lądową – przez drogowe przejście graniczne w górach koło Mabandy. Do
Tanzanii miałem wejść piechotą…
Dźwigając plecak od wioski
Mugina przeszedłem taką szutrową drogą kilka kilometrów zanim dotarłem do
posterunku granicznego Tanzanii. Nie miałem w paszporcie tanzanijskiej wizy,
ale okazało się, że to nie problem. Życzliwy oficer zaproponował mi legalne
wykupienie wizy tranzytowej ważnej 14 dni. To aż nadto! – pomyślałem.
Zapłaciłem 30 dolarów USA, dostałem pokwitowanie i pieczątkę do paszportu. I
co dalej? Dwa kilometry dalej jest wioska Manyovu – tam możesz złapać jakiś
lokalny transport! – poradzili. Nie ociągając się pomaszerowałem dalej.
Byłem w Tanzanii, tu było już bezpiecznie, ale do Kigomy wciąż jeszcze
daleko…


Tanzania wcale nie witała mnie
obrazem dobrobytu czy chociażby wyższego poziomu życia. Po tej stronie
granicy były takie same ubogie, gliniane domy otoczone bananowcami. Ale
najgorsze, że droga była zupełnie pusta. Podczas całego marszu minął mnie
tylko jeden jeep z uzbrojonymi żołnierzami ONZ i wyładowany do granic
możliwości mikrobus kompanii “Titanic” jadący z Bujumbury do Kigomy
(ciekawe, że w Bujumburze nikt mi o takim bezpośrednim transporcie nie
powiedział, choć rozpytywałem przecież na lewo i prawo).
Pierwsi spotkani na drodze
mieszkańcy Tanzanii byli wyraźnie zaskoczeni moim widokiem. Widocznie rzadko
się zdarza, aby ktoś poza miejscowymi przekraczał pobliską granicę pieszo.
Nie protestowali kiedy robiłem zdjęcia i filmowałem. Widać nie wiedzą
jeszcze, że ich rodacy z wybrzeża potrafią w takich sytuacjach domagać się
kategorycznie pieniędzy…


Po pół godzinie znalazłem się w
centrum wioski Manyovu. Brzydka
Afryka – powiecie. Znacznie przyjemniej ogląda się zdjęcia zwierząt zrobione
w parkach narodowych czy czarne dziewczyny w kolorowych kangach sprzedające
pamiątki na plaży Bagamoyo. Tak, ale
wioska Manyovu to też Afryka. I
to może nawet bardziej autentyczna, bo takich zaniedbanych wiosek w Afryce
są dziesiątki tysięcy
.
Na skrzyżowaniu wyboistych dróg
rozlokował się targ składający się z tuzina blaszanych budek… Między nimi
leżały na ziemi pryzmy ananasów. Wyglądało na to, że jest pora zbiorów…
Było popołudnie… Musiałem
wymienić pieniądze. Znalazł się jakiś miejscowy cwaniaczek, który
wykorzystując sytuację, za dolara chciał mi dać tylko 700 TZS –
tanzanijskich szylingów (oficjalny kurs 1078). Wymieniłem tylko 5 USD, do
Kigomy powinno starczyć!


Na temat matatu (publicznego mikrobusu) do Kigomy wiadomości były sprzeczne.
Jedni mówili, że wcale nie jeździ, bo ostatnie deszcze rozmyły zupełnie
górską drogę, drudzy że pojechało rano i już dziś komunikacji nie będzie.
Trzeci radzili jechać okrężną drogą przez Kasulu. Podobno ta droga, choć też
gliniasta była w lepszym stanie. Problem w tym, że do Kasulu też nic nie
jechało… Zwaliłem plecak w podcieniach miejscowego baro-hotelu “Usawa” i
postanowiłem czekać. Mistrz Kapuściński ma rację: podróżowanie przez
peryferie Afryki wymaga wieeeele cierpliwości.
Dobry Pan Bóg zesłał mi
wkrótce Josepha Karumbę – miejscowego inżyniera również jadącego do Kigomy.
Potem na drodze pojawiło się nadjeżdżające z przeciwnego kierunku, wyładowane
ludźmi matatu. Joseph rozpoczął pertraktacje… Znalazło się jeszcze
trzech chętnych… -Pojedzie okrężną drogą i to za oficjalną stawkę 2500 TZS!
– oznajmił Joseph.
Dopiero gdy wyjechaliśmy za wioskę
zrozumiałem, że nie będzie łatwo. To już nie była wyremontowana ze środków
Unii Europejskiej graniczna droga, ale rozmyta, gliniasta droga, z głębokimi
koleinami nie do sforsowania (były liczne objazdy) i śliskimi zjazdami w
dół, na których nasze matatu na swoich łysych oponach zsuwało się jak
sanki… Ale krajobrazy zielonych gór za oknem były przednie – popatrzcie
jeno na zdjęcie obok! Odcinkami przejeżdżaliśmy przez wysokie na dwa metry
trawy… Spotkani rowerzyści wiozący na swych pojazdach różne ładunki widząc
nadjeżdżające rozpędzone na glinie matatu przezornie uciekali w te trawy…


Nie muszę wspominać jakie emocje
towarzyszyły tej jeździe. Kilka razy na trudnych odcinkach nam się udało.
Klaskałem kierowcy. Aż w końcu… popatrzcie na zdjęcie obok… To niestety
nie był pojazd z napędem na cztery koła… Kierowca długo medytował, co
zrobić. W końcu taplając się w błocie zdecydowali, że zaklinowany w koleinie
pojazd trzeba zepchnąć na dół…
W mijanych wioskach i
przysiółkach straszyła bieda. Do tych dzieciaków nie docierają nawet używane
ciuchy rozprowadzane przez misje różnych wyznań. -Dlaczego fotografujesz te
dzieci? – zapytał ktoś ze współpasażerów. No właśnie, dlaczego?
Aby zapamiętać i pokazać innym drugą, równie prawdziwą twarz Afryki. Bo
Afryka to nie tylko obwieszeni paciorkami, piękni Masajowie pozujący do
zdjęć za pieniądze i nie tylko landrovery sunące wśród stad egzotycznych dla
nas zwierząt. A taki właśnie jednostronny obraz Afryki przywozi się z
wakacji w plażowych ośrodkach Mombasy.


buksującego samochodu wkrótce zrobiło się zbiegowisko. Ktoś przyniósł
łopaty, zaczęli rozkopywać koleiny. Niestety zaczęło się ściemniać… Byle
zdążyć przed zmrokiem! W końcu mikrobus zjechał, czy raczej
osunął się na dół. Objechaliśmy nieprzejezdny fragment drogi kierując się
przez podwórko jakiejś chaty…
Z ulgą powitałem szutrową drogę Kasulu
-Kigoma. To główna magistrala komunikacyjna, którą jeżdżą ciężarówki z
zaopatrzeniem. Nawet gdy teraz utkniemy, znajdzie się inny pojazd –
pomyślałem.
Wreszcie – na przedmieściach Kigomy –
asfalt. Rozjazd – w lewo do Udżidżi, w prawo do centrum miasta, portu i
stacji. Po dwunastu godzinach przygód wreszcie dotarłem do celu!


Było już ciemno, gdy życzliwy Joseph Karumba (tanks a lot Joseph!) zostawił
mnie przed “Lake Tanganyika Beach Hotel”. W recepcji czekała niestety na
mnie koszmarna wiadomość: parowiec “Liemba”, którym następnego dnia
wieczorem miałem odpłynąć do Zambii stoi unieruchomiony w porcie – wymaga
remontu. Żaden zastępczy statek nie kursuje. Miałem dość…
Przypomniałem sobie, co mówił ojciec w takich sytuacjach: wyśpij się
chłopie, a rano świat na pewno będzie wyglądał inaczej! Wziąłem prysznic, wysiorbałem ze smakiem ponad litr herbaty i wlazłem pod moskitierę…
Rano mogłem się lepiej przyjrzeć mojemu hotelowi. Pamiętał czasy kolonialne,
zbudowano go jako hotel dla pasażerów wielkiej kolei, której tory biegły z
dalekiego Dar-es-Salam nad Oceanem Indyjskim. Kigoma nad Jeziorem Tanganika
i dziś jest końcową stacją tej kolei. Hotel jest trochę zapuszczony (pewnie
dlatego biorą tylko 10 $ za pokój ze śniadaniem) ale ma piękną lokalizację –
na zboczu na brzegu jeziora – niezbyt daleko od stacji i portu. Wliczone do
ceny śniadanie to kawa lub herbata, tosty z margaryną i owoce…
Zjadłem, potem pogadałem z dość rozgarniętym recepcjonistą: gdy odpadł
statek wszystkie drogi do Zambii prowadziły przez Dar-es-Salam, bo wzdłuż
jeziora nie było żadnych uczęszczanych dróg…
Główna ulica Kigomy biegnie w dół do budynku stacji (na zdjęciu obok).
Stacja ożywia się trzy razy w tygodniu, bo trzy razy w tygodniu o 18.00
odjeżdża pociąg do Dar. Specjalnie dla moich czytelników przepisałem ceny
drugiej klasy: Dar – 30800, Dodoma – 22900, Tabora -14400, Mwanza 22900.
Teoretycznie pociąg jedzie do stolicy dwie doby, ale – jak mi powiedziano –
często ma wielogodzinne opóźnienia. W okienku zapytałem o bilety do
Dar: na pierwszą i drugą klasę jedynie za tydzień. Trzecia klasa może być na
jutro… Zatem pierwszą alternatywą dla zepsutej “Liemby” były dwie-trzy doby w
trzeciej klasie, nocleg w Dar i kolejne dwie doby w pociągu linii TAZARA do
Zambii… marnie to wyglądało… i oznaczało pięć dni straty.


stronie jest biuro jedynej linii lotniczej latającej do Kigomy. Nazywa się
Precision Air. Obsługa nie jest zbyt miła. Jedyny lot do Dar mają średnio co
drugi dzień. Bilet w jedną stronę 191000 szylingów, czyli 190 dolarów. Z Dar
dalej do Zambii można już dużo tańszym pociągiem… Wprawdzie urzędnik
kręcił coś, że mógłbym polecieć nieco taniej na jakiś zwrócony bilet, na
nazwisko jakiegoś Tanzańczyka i bez rejestracji bagażu, ale ta alternatywa
dawała tylko 50 dolarów oszczędności, bo on też chciał zarobić na
pośrednictwie. Wynikowa suma i tak przekraczała moje
możliwości płatnicze – do mety w Cape Town miałem przecież jeszcze kawał drogi…
strzeżonego portu gdzie przyjął mnie Branch Manager – podobno najbardziej
kompetentna osoba w sprawach żeglugi pasażerskiej na jeziorze. Potwierdził
tylko to co już wiem. Statku nie ma i nie będzie. -A może jakiś towarowy w
tamtą stronę? Przepisy zabraniają przewożenia pasażerów na towarowych
statkach! A mogę chociaż zobaczyć i sfotografować legendarną “Liembę”,
która stoi w porcie? Nie, bo port jest obiektem strategicznym, stacjonują
tam nasze siły zbrojne! No to fotografuję chociaż obrazek, co wisi na
ścianie u managera i przedstawia “Liembę” (to ten obok)


obrazek przedstawiający znacznie młodszą jednostkę – “Mwongozo”? Ten statek
też stał w porcie – z uszkodzonym generatorem. Kiedy był sprawny pływał na
linii Bujumbura-Kigoma, a w krytycznych okresach zastępował także “Liembę”
na szlaku do Mpulungu.
Sytuacja była patowa. Utknąłem
w Kigomie bez możliwości kontynuowania podróży do Zambii. Skorzystanie z
objazdu przez odległe Dar oznaczało i dużą stratę czasu i dodatkowe
wydatki… Niestety podróżując przez peryferie Afryki trzeba być psychicznie
przygotowanym i na takie sytuacje…
Dowiedziałem się, że w firmie spedycyjnej zlokalizowanej na terenie portu
pracuje jakiś Europejczyk. Może mógłby mi pomóc, a przynajmniej powiedzieć
czy to prawda co mówią o niedostępności miejsc na towarowych statkach, czy
to tylko kolejna próba wymuszenia łapówki… Nie mogłem go zastać.
Postanowiłem wykorzystać czas
na zwiedzenie Kigomy. Miasto – stolica prowincji położone jest nad zatoką
jeziora Tanganika. Zatoka zamknięta jest wysokim cyplem na którym wzniesiono
luksusowy Hilltop
Hotel. Jego bungalowy widać na zdjęciu obok.


Z zabytków obok stacji kolejowej warto chyba zobaczyć pałacyk niemieckiego
gubernatora (Tanzania, a właściwie jej poprzedniczka – Tanganika była do I
wojny światowej kolonią niemiecką). Dziś w pałacyku mieszka gubernator
prowincji, budowla jest niedostępna i strzeżona – ostrożnie ze zdjęciami!
Spośród budowli sakralnych najlepiej prezentuje się ten meczecik.


Upływało właśnie 2,5 miesiąca od rozpoczęcia mojej transafrykańskiej
podróży. Sprzączki moich sandałów zdążyły zardzewieć od wilgoci, a na
kolanach spodni przetarły się dziury. Coś trzeba było zrobić -nie chciałem
wyglądać jak oberwaniec. Znalazłem przy głównej ulicy Kigomy zakład
krawiecki w którym przy starych maszynach pracowało kilka kobiet. Dżinsy
zostały zaszyte poza kolejką, a czarne dziewczyny o dziwo odmówiły przyjęcia
zapłaty. Spodnie służyły mi dalej wiernie aż do Przylądka Dobrej
Nadziei…
Jest w Kigomie oczywiście i bazar, ale niezbyt ciekawy, brak mu kolorytu.
Większe obroty mają ze zrozumiałych względów ci sprzedawcy, którzy swoje
wyroby ustawili na szerokim poboczu głównej ulicy. Na zdjęciu obok –
sprzedawca popularnych klapek, będących tu podstawowym modelem obuwia.
Asortyment jak widać bogaty i do tego cieszy oczy wszystkimi kolorami
tęczy.


Obok – stoisko małej gastronomii. Ci z was, którzy nie widzieli jak
wyglądają korzenie manioku pieczone na ruszcie mają okazję wzbogacić tu
swoją wiedzę. Smakuje ta prosta potrawa prawie tak jak pieczony
ziemniak. Opieczona skórka jest twardsza, niektórzy w trakcie jedzenia
posypują potrawę solą. Jest to danie bezpieczne dla żołądka Europejczyka…
Kosztuje grosze. Tradycjonaliści mogą kupić u chłopaków na ulicy chleb
tostowy po 400 szylingów za półkilowy bochenek zapakowany w folię.
A to właściciel budki z bardziej konkretnym towarem. Sprzedaje przysłowiowe
mydło i powidło. Kosmetyki, nici, napoje i jajka po 100 szylingów… Żadnych
serków czy importowanych konserw nie znalazłem – to towar zbyt luksusowy,
aby znalazł nabywców w takiej dziurze jak Kigoma. Sytuację uratowała
afrykańska margaryna “Blue bend” (800 TZS), która ma ta dobrą właściwość, że
nie topi się zbyt szybko w dziennych temperaturach, które sięgają tu 40
stopni. W moim “apartamencie” oczywiście nie było lodówki…


W pobliżu miasta nad jeziorem jest park narodowy Gomba w którym można
oglądać szympansy. Tyle tylko że za każdy dzień pobytu w parku każą sobie
płacić 100 dolarów. Do tego trzeba doliczyć koszt dojazdu do parku łodzią lub
ciężarówką. Niestety przekraczało to moje możliwości. Poza tym bałem się
wyjechać z miasteczka na dłużej. A nuż tym czasie pojawiła by się jakaś
możliwość wyjazdu?
Fakt, że do Kigomy wciąż dociera wciąż stosunkowo mało turystów sprawia, że
łatwiej nawiązać kontakt z miejscowymi… Pozwalają (poza nielicznymi
wyjątkami) fotografować się.


Jest przy tym wiele radości i śmiechu jeśli w cyfrowym aparacie można im od
ręki pokazać ich zdjęcie… Potem robi się następne i następne…
Zrobić takie zdjęcia we frankofońskich krajach Afryki Zachodniej bez opłaty
było by niezmiernie trudno. Po wschodniej stronie czarnego kontynentu ludzie
są w stosunku do białych bardziej przyjaźni.


Siedziała przy drodze do hotelu całymi dniami i sprzedawała avocado. Po 150
szylingów. To smaczny i bezpieczny owoc, którego miąższ daje się łatwo
rozsmarować na pieczywie. Dojrzałe avocado rozpoznaje się po tym, że przy
potrząsaniu słychać tłukące się w środku pestki…
A obok jej skromnego kramu spał ułożony wprost na ziemi spory, czarny
bobas…


W niedalekiej ulicznej garkuchni ruch był mały, więc właścicielka w chwilach wolnych
zajmowała się haftowaniem.

Dzieci są zawsze bardzo wdzięcznym tematem zdjęć. Pewnie dlatego, że przed
obiektywem zachowują się naturalnie. Ten chłopczyk szybko odwzajemnił mój
uśmiech. Ale mnie tak na prawdę wcale nie było do śmiechu:
wyglądało na to, że Kigoma jest krytycznym punktem mojej transafrykańskiej
trasy. Nie wiedziałem kiedy i jakim kosztem uda mi się stąd wydostać…
Ten jegomość, którego fotografowałem z jego uroczą córeczką to John L.
Mutabihirwa. Może okazać się pomocny, jeśli tak jak ja będziecie w
kłopotach. Jest prawnikiem – doradcą firm żeglugowych. Prawo, szczególnie
afrykańskie można rozmaicie interpretować. Prosiłem go aby znalazł taki
paragraf czy komentarz do miejscowych przepisów, który pozwoli zabrać
pasażera na statek towarowy w przypadku awarii statku pasażerskiego. Jego
telefon: +255 282 8045 27.


W “Beach Hotel” mieszkało nas tylko kilka osób. Spotykaliśmy się wieczorem
na tarasie nad jeziorem. Wiała tam przyjemna, lekka bryza. Po drugiej stronie
jeziora majaczyły góry Konga. Czarne kelnerki
przynosiły dobrze schłodzone piwo “Kilimanjaro” po 900 szylingów za dużą
butelkę… Rozmawiałem z jedynymi białymi – starszym małżeństwem z Fryburga.
Oni też mieli problem jak wydostać się z tej dziury. W końcu przyszło im
lecieć tym drogim samolotem do Dar. Ja następnego dnia miałem spotkać się z
kolejnym portowym urzędnikiem. No i koniecznie dotrzeć do legendarnej
wioski Udżidżi, gdzie Stanley odnalazł Livingstone’a.
