
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos

Tego
kraju nikomu nie polecam. Zapewne jeszcze dobrych kilka lat minie zanim
sytuacja w Burundi będzie na tyle stabilna aby zagraniczni podróżnicy mogli
przyjeżdżać i szukać tu turystycznych atrakcji. Wieloletnia wojna domowa
zakończona falą ludobójstwa podobnego do tego, które miało miejsce w
sąsiedniej Rwandzie przeszła tu w partyzancką wojnę różnych czarnych
watażków, którzy wciąż nie uznają legalnego rządu. Dla zapobieżenia dalszemu
rozlewowi krwi w Burundi stacjonuje kontyngent wojsk ONZ liczący około 5000
żołnierzy. Dzięki temu udało się przywrócić spokój, jednych rebeliantów
zmusić do podjęcia negocjacji i złozenia broni, innych do wycofania się do dżungli… W Burundi jest nieciekawie i do tego drogo, bo obecność kilku tysięcy
cudzoziemców zwiększa popyt i winduje ceny. Więc dlaczego u diabła
pojechałem do tego Burundi?
Stolica tego niesławnego kraju –
Bujumbura leży na północnym krańcu Jeziora Tanganika. Zmierzałem przez
środek Czarnego Kontynentu na południe. Kongo – Zair było wciąż zbyt
niebezpieczne i pozbawione infrastruktury – nie chciałem ryzykować przejazdu przez ten
kraj. Aby z Ugandy i Rwandy dostać się do Zambii musiałem zatem jechać wschodnią
stroną jeziora Tanganika. Drogi wiodące w tym kierunku są w fatalnym stanie,
regularnych połączeń autobusowych i kolejowych brak. Wspaniałą alternatywą był statek. A w moim,
najnowszym przewodniku Lonely Planet pisali: w każdy wtorek pod wieczór z Bujumbury wychodzi statek do Kigomy, gdzie podróżny może w środę przesiąść
się na stary parowiec “Liemba” pływający regularnie do Mpulungu w Zambii!

Jezioro Tanganika

Po przybyciu do Bujumbury z
nadzieją w sercu poszedłem najpierw do portu, a potem do biura kompanii
żeglugowej. Niestety wiadomości były złe: pasażerski stateczek “Mwongozo”
pływający z Bujumbury do Kigomy stoi z uszkodzonym generatorem w Kigomie i
nie wiadomo kiedy go naprawią. Zastępczej jednostki nie ma… -A jakiś
statek pasażerski?- zapytałem z nadzieją. – Wypłynął wczoraj. Następny czeka
na ładunek, który nie dotarł jeszcze do portu. A jak już dotrze, to
załadunek potrwa ze dwa dni… Niech pan przyjdzie jutro…
Polecany przez przewodnik jako
najtańszy – hotel “Burundi Palace” (na zdjęciu powyżej) zastałem
zamknięty. Funkcjonowała tylko chińska restauracja na parterze i wyglądało na to, że nieprędko go wyremontują. Naprzeciwko niego
stał najlepszy i bezpieczny hotel Bujumbury: “Novotel”, ale tam
brali blisko 100 dolarów za noc – nie mogłem sobie pozwolić na
takie ekstrawagancje. To miejsce dla zagranicznych ekspertów którym zły los
wystawił delegację do tego zapomnianego i wciąż niezbyt bezpiecznego kąta
Afryki.


Na szczęście ktoś z miejscowych powiedział mi, że z tyłu, za “Novotelem” jest
tańszy (i oczywiście gorszy) hotel “Le Doyen”. Wyglądał raczej jak
motel – do pokojów w okratowanymi oknami wchodziło się wprost z tarasu.
W wielkim pokoju stało podwójne łóżko nakryte moskitierą kulawy stolik i
połamana toaletka. Ale w łazience, gdzie stała duża, niedomyta wanna była
ciepła woda! Płaciłem 20000 BIF za noc. Okresami brakowało prądu. W podwórku
funkcjonował ogródkowy bar, a w restauracji na parterze można było z
wyprzedzeniem zamówić obiadowe dania. Nie było źle, jak na frontowe
miasto…
Niedaleko, przy Place de
l’Independence w tym okazałym budynku otoczonym solidny płotem była kwatera
sił pokojowych ONZ. Pilnowali jej Pakistańczycy (w kontyngencie są
najliczniejszą grupą) z którymi bez trudu dogadałem się po angielsku i
wpuścili mnie do środka. Niestety pani oficer od public relations nie była w
stanie powiedzieć mi czy wśród oenzetowskiego personelu stacjonującego w Bujumbura
są jacyś Polacy… Przy okazji okazało się, że dziewczyna ma w swoich
papierach niesamowity bajzel. Niech jej to szef odpuści…


Ruszyłem na zwiedzanie stolicy. Topografia Bujumbury jest niezbyt
skomplikowana. Główna ulica Chaussee Prince Rwagasore (na zdjęciu obok)
przebiega od kwatery ONZ do okazałego marche czyli krytego bazaru
wzniesionego jeszcze za Belgów… Na tym odcinku są ważne instytucje i biura
– m.in. kompanii organizującej przejazdy mikrobusami do Rwandy.
Marche macie na zdjęciu obok. W kramach
kupki warzyw i owoców. Każda kupka ma wartość 500 franków – za tyle można
dostać 6 pomidorów lub 11 bananów. Przed kramami mają swój przystanek
minibusy kursujące do podstołecznych miejscowości i motocyklowe taksówki
biorące 400 franków za kurs. Naprzeciw
bazaru urzędują wprost na ulicy wymieniacze pieniędzy. Wyższe nominały
dolarowe mają dla nich większą wartość. Zanim zdecydujecie się na wymianę
warto się z nimi potargować i zapytać ile dają koledzy. Mnie w 2005 roku
płacili po 1170 franków Burundi (BIF) za dolara.


Od chaussee odgałęzia się w kierunku południowym druga ważna ulica – Avenue
Lumumba, biegnąca do katolickiej katedry. przy tej ulicy znajdziecie miedzy
innymi pocztę sprzedającą ładne i rzadkie znaczki. Na poczcie funkcjonuje
także wielostanowiskowe internet cafe, gdzie za godzinę dostępu do sieci
płaci się 1000 BIF…
Przy tej ulicy za wysokimi płotami
kryje się wiele bezimiennych, ale eleganckich rezydencji zajmowanych
prawdopodobnie przez funkcjonariuszy państwowych. Ponad nimi sterczą w niebo
malownicze drzewa podróżników (po angielsku nazywane czasami
“the travelers’ palm”)

A oto i katolicka katedra w Bujumbura
– jeden z tych niewielu obiektów, które można nazwać zabytkami architektury.
Była niedziela. na placu przed katedrą parkowało wiele samochodów.
Domyśliłem się, że we wnętrzu trwa nabożeństwo…
Wszedłem do środka… Bardzo
skromne wnętrze… Same czarne głowy… Czarnoskóry kapłan… Czyżby wśród
przebywających tu czasowo zagranicznych ekspertów i żołnierzy ONZ nie było
katolików?


A skoro już jesteśmy przy świątyniach Bujumbury to warto pokazać ten meczet.
Ma bardzo ładne usytuowanie: w rue d’Imbo zbiegającej w dół – ku jezioru.
Jezioro Tanganika widać za mgiełką gdzieś tam w dole. Góry na horyzoncie -po
drugiej stronie jeziora to już Kongo – dawny Zair. Port znajduje się
niestety w odległości około dwóch kilometrów od centrum – bardziej na prawo.

niewielkie wzniesienia na których leży Buja (“Budża” – tak potocznie
nazywają ja miejscowi) przysparzają sporo kłopotu i potu kulisom,
przewożącym najróżniejsze towary na bagażnikach rowerów. Trzy worki cementu
to 150 kilo – jaką wytrzymałość musi mieć taki “cargo bike”!
W dole nad jeziorem, jeszcze przed
szczelnie ogrodzonym portem znajdziecie piaszczystą plażę. Gdy tam dotarłem
była zupełnie pusta… Tu nie ma malowniczych palm. Ale podobno w odległości
5 km od miasta jest ładniejsza plaża – Plage des Cocotiers, ale tam nie
dotarłem. Jezioro Tanganika jest głębokie i można się w nim bez obawy kąpać.
W panującym tu upale jest to duża przyjemność. Tylko trzeba koniecznie
przyprowadzić kogoś, kto będzie pilnował waszych ciuchów…


Wracając z portu czy plaży przebiegającą wzdłuż wybrzeża Avenue de la Plage,
która przechodzi w ulicę 13 września znajdziecie się wkrótce przy bramie Musee Vivant – jedynego muzeum Bujumbury.
Gdy się tam zjawiłem było zupełnie pusto. panienka z biletowego okienka
(wstęp 3000 BIF) gdzieś sobie poszła. Rozpocząłem zwiedzanie z jakimś
“przewodnikiem” taktownie wyjaśniając zawczasu, że nie powinien liczyć na
napiwek… Muzeum zajmuje spory teren z rozrzuconymi wśród zarośli
pawilonami. Te najciekawsze zawierają ekspozycję etnograficzną: drewniane
posągi naturalnej wielkości odziane z zgrzebne szaty, które kiedyś nosili
tubylcy, plecionki, instrumenty muzyczne i ciekawe stare fotografie z czasów
kolonialnych.
W pozostałych pawilonach jest między innymi zapyziałe akwarium z rybami z
Jeziora Tanganika i reptilarium z okazami gadów. W alejce między pawilonami
rośnie okazałe, ponad stulenie drzewo kapokowe. Jeszcze dalej jest
amfiteatr, w którym w dawnych, dobrych czasach odbywały się występy
folklorystyczne. Teraz cały ten kompleks świeci pustkami, od czasu do czasu
pojawiają się jedynie wycieczki dzieciaków z miejscowych szkół.


Jednym z ciekawszych fragmentów Musee Vivant jest typowa zagroda burundyjska
otoczona solidnym płotem (wewnątrz zagrody trzymali także swoje bydło). Ta
wielka, kryta strzechą chata, podzielona we wnętrzu należała do głowy
rodziny. Młodzi mężczyźni mieszkali w osobnej chacie – znacznie mniejszej…
Na ulicy przed muzeum stoi kontener w którym pracuje ludowy rzeźbiarz. W
jego “pracowni” można kupić drewniane hipopotamy i nosorożce, a także
figurki ludzi. Najlepszymi klientami są podobno żołnierze ONZ. Każdy chce
zabrać do domu jakąś pamiątkę z kraju, w którym był na misji. Początkowo
chciał aby mu zapłacić za to zdjęcie, ale potem jakoś się dogadaliśmy.


wodne. Tyle że o wiele bardziej prymitywne od tych, których używa się w
krajach arabskich.
Ta rzeźba miała około 80
centymetrów wysokości. Nawet jeśli kupić coś takiego to jak to później
dowieźć do domu?


Uliczny handel spotkać można w
wielu miejscach. Za jedno mango mamusia tej dziewczynki chciała 200 BIF. W
importowane artykuły “delikatesowe” czyli wszystko poza warzywami i owocami
zaopatrywałem się w supermarkecie “Dymitrij” w głównej ulicy – naprzeciw
ambasady USA. Nazwa pozostała po przedsiębiorczym Rosjaninie. Przykładowe
ceny: puszka rybek od 900, puszka parówek 5600, puszka koki – 1300, woda
min. 1,5l-1500, karton soku – od 4500, kostka margaryny – 6000. Mały
bochenek chleba na ulicy: 800 BIF. Burundi w porównaniu z sąsiednimi krajami
jest drogie!
Hutu czy Tutsi? Nie
nauczyłem się ich rozróżniać… Tutsi w czasach kolonialnych byli
faworyzowani przez Belgów, to oni zajmowali posady w administracji i
tworzyli trzon armii. Po uzyskaniu niepodległości Hutu – znacznie liczniejsi
– utworzyli milicję, która rozpoczęła porachunki z Tutsi. I tak doszło do
ludobójstwa…


Rozmyte przez tropikalne
deszcze, wyboiste ulice Bujumbury… Kolejnego dnia pomaszerowałem do
agencji żeglugowej Butralac koło restauracji Oasis. Dobrych wiadomości o
statku do Kigomy niestety nie było. W konkurencyjnej agencji Arnolac też nie
byli w stanie określić, kiedy odpłynie następny statek. Ten co mieli w
porcie był zepsuty… A ja miałem pojutrze wieczorem statek z Kigomy do
Zambii! Odpływał tylko raz na tydzień. Więc chociaż inny polski
podróżnik – Łukasz O. donosił, że po prowincji mogą wałęsać się bandy
rebeliantów nie widziałem innego wyjścia jak wyruszenie drogą lądową do
Tanzanii. Gdzieś tam w górach na południu Burundi było podobno przejście
graniczne. Od niego terenowe drogi miały zaprowadzić mnie do Kigomy…
Najpierw trzeba było dostać się
do miasteczka Mabanda w pobliżu granicy. Stamtąd szutrowa droga prowadziła
dalej – do Tanzanii. Liczyłem na to, że znajdę jakąś “okazję”. Na Avenue
Lumumba odnalazłem drewnianą budkę mieszczącą z trudem dwie osoby – to była
siedziba agencji “Makamba Ekspress” której mikrobus codziennie o 8.00
odjeżdżał do Makamby przez Mabandę. Fajne nazwy! Tylko trzeba uważać, aby
nie pomylić! Kupiłem bilet za 3500 franków. Zająłem
miejsce i czekałem. Co chwila podchodzili miejscowi prosząc o pieniądze.
Nawet współpasażerowie rozpoczynali rozmowę od prośby o wsparcie…


-Nie mamy pracy! W naszym
kraju jest teraz straszna bieda! Przyjechaliśmy do Bujumbury szukać zajęcia
i wracamy z niczym. Pan na pewno ma jakieś pieniądze! – nie dawali za
wygraną. Po takiej dyskusji człowiek nie jest pewien, czy na drodze za
Mabandą nie będą czekali na samotnego cudzoziemca z maczetą… -Nie mam
wiele pieniędzy – widziałeś, że do agencji nie przyjechałem taksówka tylko
przyszedłem pieszo, dźwigając plecak!…
wędrowni sprzedawcy oferujący szeroki asortyment towarów: od pasty do zębów
przez chusteczki do nosa aż do elektronicznych zegarków.


Gdy wytłumaczyłem sprzedawcy że
nie potrzebuję niczego z bogatej zawartości jego przenośnego kramu ten
odszedł, ale po kilku minutach pojawił się jego kolega po fachu.
“Biały ma pieniądze, więc powinien coś kupić!” – takie przekonanie pokutuje
wśród handlarzy w wielu krajach Afryki…
Mikrobus wypełniał się powoli.
Odjechaliśmy w końcu na kilka minut przed dziewiątą… Bujumburę
żegnałem bez żalu…
Wylotowa szosa w kierunku
południowym była pełna dziur. Samochodów niewiele, za to piechurów i
rowerzystów mijaliśmy w wielu miejscach. Gdzieś tu po drodze w Mugere jest
nad jeziorem skałka którą mieszkańcy Burundi próbują lansować jako miejsce
spotkania Stanleya i Livingstona, ale to tylko legenda – prawdziwe
miejsce spotkania wielkich podróżników znajduje się w Ujiji w Tanzanii.


Trasa prowadzi na południe
wzdłuż brzegu Jeziora Tanganika. W wielu miejscach otwierają się ciekawe
widoki. Niestety, mogłem je fotografować tylko przez zakurzoną szybę
samochodu.
Gdzieś po drodze mijaliśmy
rybacką wioskę Rumunge z której PODOBNO codziennie po południu kursuje prom
(czytaj: krypa) do Kigomy w Tanzanii. Ale ja nie miałem czasu sprawdzać czy
naprawdę kursuje, czy odpłynie tego właśnie dnia i czy dopłynie. To nie
Europa, gdzie rozkłady rejsów promów ogłaszane są w internecie…


Asfalt stawał się coraz węższy,
w wielu miejscach zarośnięty był trawą – widać było, że nikt tu nie dba o
drogi. W mijanych wioskach widziałem posterunki, ale nikt nas nie
zatrzymywał i nie sprawdzał dokumentów.
czerwoną gliną, pod strzechami – to typowa architektura tutejszych małych
wiosek. W tych większych królują domki z cegły… W niektórych odbywają się
barwne targi – żałowałem, że nie można się zatrzymać…


123 kilometry od Bujumbury – w sporym miasteczku Nyanza Lac, gdzie przy
drodze widać suszarnie manioku szosa żegna jezioro i zmieniając kierunek na
wschodni zaczyna wspinać się na malownicze, bezleśne góry…
Gdzieś w mijanej miejscowości wesoło odmalowany “saloon” przed którym spędza
bezczynne godziny wioskowa elita. Ale to rzadka perełka wśród bezładu i
szarości…


Mabanda okazała się taką trochę większą wioską z kilkoma sklepikami.
Wysadzili mnie na rozwidleniu dróg. Wywalili plecak na chodnik i…
pojechali. -Taxi, monsieur! – miejscowi wiedzieli widać, że jeżeli
pojawia się tu biały to będzie chciał jechać dalej – do granicznej wsi
Mugina. Właściciel zdezelowanego peugeota za te 19 kilometrów chce 20000 BIF.
Mówię, że mogę zapłacić 5000 – tyle mi zostało miejscowej waluty. – Nie!
Demonstracyjnie zarzucam plecak i idę na drogę… Staję w słońcu czekając na
jakiś pojazd. Ale droga jest pusta…
Po pół godzinie nadjeżdża ten sam peugeot. W środku jest już dwójka
miejscowych. Zabierze mnie jednak za 5000… Ruszamy tą niebrukowaną,
zaśmieconą ulicą w górę. Na jej końcu, tam gdzie zaczyna się szutrowa
droga do Tanzanii kierowca staje przy baraczku nad
którym powiewa flaga. Posterunek graniczny w Mabanda. Tu muszę uzyskać
stempel wyjazdowy do mojego paszportu. Podróżujący ze mną miejscowi wcale
paszportów nie mają…


Mugina okazała się bardzo małą wioską.
Wysadzili mnie przy placu targowym. -Barierre (szlaban) jest o kilometr
dalej – możesz wziąć sobie tragarza do niesienia plecaka! Co miałem robić? –
zarzuciłem tobołek i pomaszerowałem tą drogą razem ze śmiejącymi się
Murzynkami… Przy szlabanie nie było nawet budki. Na mój widok żołnierz
siedzący nieopodal w cieniu drzewa wyszedł na drogę. Sprawdził, czy mam
stempel wyjazdowy w paszporcie. Miałem. -Możesz iść dalej!
To “dalej” to było jakieś dwa kilometry przez eukaliptusowy las – do ustawionego przy drodze
granicznego słupa … Tu już nie było żywej duszy… Nikt nie pilnuje
tej granicy!
widać już było dno… Ale to już była Tanzania! Nie będąc pewien, czy
ktoś mnie nie obserwuje zaryzykowałem zdjęcie otaczających mnie
malowniczych, zielonych gór. Popatrzcie – wyglądają jak nasze połoniny!
Było to na pewno piękne miejsce, ale ja miałem teraz przed sobą długą
wspinaczkę pod górę – gdzieś tam na wzgórzu zlokalizowany był tanzanijski posterunek
kontrolny. Miałem nadzieję, że bez łapówki dostanę tam potrzebną mi wizę…












