Transafricana cz.I Maroko, Sahara Zach. – Wojciech Dabrowski (Transafr1.htm)

Transafr2_tyt.gif

Tekst i zdjęcia:  Wojciech

Dąbrowski  ©
text & photos


Wytrawni

globtroterzy wiedzą, że Afryka to najtrudniejszy kontynent do podróżowania,

ale przynoszący jednocześnie na szlaku najwięcej wrażeń, przygód i

niespodzianek.  Wyjeżdżałem do Afryki już siedmiokrotnie,

przemierzając między innymi ciekawe i trudne trasy od Tanzanii do Egiptu czy

od Nigerii do Senegalu (tu pełna relacja z tej wyprawy). Pomysł

ekspedycji podczas której mógłbym przemierzyć Afrykę “od

krańca do krańca” dojrzewał przez wiele lat.  Wyruszyłem jednak dopiero

w 2005 roku.  Wiedziałem doskonale, że przede mną stało największe być może 

wyzwanie mojego podróżniczego życia: trasa poprowadzona przez te

najtrudniejsze i rzadko odwiedzane przez turystów afrykańskie kraje, których

jeszcze nie widziałem, te które były dla mnie wciąż wielką niewiadomą… 

Był mroźny styczeń gdy po wielomiesięcznych przygotowaniach pakowałem

wreszcie mój wysłużony plecak…


Moi korespondenci często pytają

o najtańszą drogę z Polski do Afryki.  Leciałem tanią linią lotniczą z

Berlina do Malagi – za 29 euro. Można też polecieć tanio do Jerez, ale to

mniej ciekawe miasto. W Maladze za 1 euro jedzie się miejskim busem nr 19 z

lotniska do centrum i nocuje w najtańszym, skromnym  pensjonacie “Cordoba” 

schowanym w bocznej uliczce Bolsa, 150m od katedry. Za łóżko z czystą

pościelą i używanie wspólnej łazienki  biorą 14 euro. Rano można

zwiedzić zabytkową część miasta (na zdjęciu obok) i pospacerować po ładnej

nadmorskiej promenadzie, a potem na stacji busów kupić za 9,30 euro bilet do

Algeciras – portu w Cieśninie Gibraltarskiej. Dotrzecie tam po niecałych

dwóch godzinach jazdy wśród malowniczych nadmorskich wzgórz.

 


Z rozbudowanej przystani

promowej w Algeciras średnio co 2 godziny odpływają promy do Ceuty –

hiszpańskiej enklawy na afrykańskim wybrzeżu oraz do marokańskiego Tangeru.

Konkurujących linii jest kilka. W  hali terminalu opadną was naganiacze

– warto popytać o ceny w kilku okienkach i wybrać najkorzystniejszą ofertę –

do wyboru są duże wodoloty (szybkie, ale hermetycznie zamknięte) i

tradycyjne promy z otwartymi pokładami. Za bilet na wodolot do Ceuty

zapłaciłem 19,30.  Rejs ku widocznym na horyzoncie górzystym wybrzeżom

Afryki trwał tylko 35 minut. A po drodze warto sfotografować wyniosłą skałę

Gibraltaru (zdjęcie obok) – takiej perspektywy nie znajdziecie w samym

Gibraltarze!


Welcome to Africa!  Ceuta

jest niewielka. Leży na półwyspie. Dostępu do miasta od strony lądu bronił

niegdyś pas solidnych fortyfikacji zbudowanych w poprzek półwyspu (na

zdjęciu). Zabytkowe centrum jest maleńkie – można je obejść pieszo w dwie

godziny. Najciekawszy wydał mi się kościółek Nuestra Seniora de Africa. W

Ceucie jest problem ze znalezieniem taniego zakwaterowania. Po długich

poszukiwaniach okazało się że najtańszym rozwiązaniem jest łóżko w

czteroosobowym pokoju w “Pension Real” – 70 euro za pokój.

Do przejścia granicznego do

Maroka jeździ z centrum autobus miejski L7. Warto mieć przygotowanych 55

eurocentów w monetach – płaci się u kierowcy.  Na granicy tłum

Marokańczyków, dla turystów osobny korytarz – formalności załatwiane są

szybko – Polacy nie potrzebują już wizy uprawniającej do wjazdu do Maroka.

Za okienkami odprawy po marokańskiej stronie są dwa kantory wymieniające

walutę –
trzeba skorzystać, bo za bramą

wcale nie ma tu oczekiwanych cinkciarzy. Nie ma także autobusu… Jest za to

rząd taksówek. Mafia żąda zgodnie 150 dirhamów za kurs do Tetuanu. Jest na

nich metoda: po

wyjściu na szosę (100 m pod górkę) znajdziecie bez trudu pojazd, który pojedzie za 100…  

1 USD to 8,3 dirhama.

Maroko zwiedzałem już podczas poprzednich podróży, więc tym razem było ono w

zasadzie jedynie krajem tranzytowym. W drodze do Casablanki, gdzie trzeba

załatwić wizę kolejnego kraju – Mauretanii postanowiłem jednak zatrzymać się

na kilka godzin w Tetuanie. Warto! Plecak można zostawić za 4 dirhamy w

przechowalni na dworcu autobusowym. Miasto ma pałac królewski i kilka

ładnych, choć niewielkich meczetów do których niewiernych nie wpuszczają.

Ale  prawdziwym jego przebojem  jest stara arabska dzielnica –

medina z labiryntem wąskich uliczek i przejść wspinających się na wzgórze

oraz sukiem – targiem pełnym kramów z owocami (kilo bananów można kupić za 7

dirhmów). Bilet na autobus państwowej kompanii CTM zmierzający do

Casablanki kosztuje 125 dirhamów, ale znajduję także na tym samym terminalu

– inny, prywatnej firmy – za 73. 


 Do Casablanki dotarliśmy dopiero

późnym wieczorem – po 6 godzinach jazdy. Wielka rotunda stacji autobusowej (Gare

Routiere) zlokalizowana jest niestety poza centrum. Taksówka za 50 dirhamów

dowozi nas do starego hotelu “Colbert” w centrum. Jest na szczęście pokój –

“dwójka” za 110 dirhamów. W tej samej kamienicy jest szkoła komputerowa,

gdzie można skorzystać z dostępu do internetu płacąc 10 DH za godzinę.


Casa to wielkie, zatłoczone miasto w

którym niewiele jest do zobaczenia. Medina straciła już wiele ze swego

autentyzmu i pełna jest dziś sklepików z tandetą. Ale warto wybrać się do

wzniesionego na wybrzeżu meczetu Hassana II. Nie było go podczas mojego

pierwszego pobytu w Casa. Otwarto go w 1993 roku, mieści 25000 wiernych i

rzeczywiście imponuje rozmiarami. Poza godzinami modlitw niewierni mogą

nawet wejść do środka – przyjdźcie o 14.00!   Ci którzy pamiętają

film “Casablanca” mogą wstąpić do otwartej niedawno “Rick’s Cafe” przy

porcie, gdzie odnaleźć można wiele z atmosfery tego filmu…

Wybór państwowej firmy autobusowej CTM ma tą zaletę, że do ich terminalu w

centrum miasta można dojść pieszo. Bilet do Agadiru za 150 DH warto kupić

poprzedniego dnia. Przy rejestracji bagaż jest ważony i trzeba za niego

dopłacić niewielką kwotę (6 DH za plecak).


Podróż do Agadiru przez Marakesz trwa aż

9 godzin. Stacja autobusów w Agadirze zlokalizowana jest na wzgórzu

ponad miastem – o dobre 20 minut marszu od plaży… Na szczęście względnie

tani hotelik “Canaria” (120 DH za “dwójkę” z łazienką) jest tuż za rogiem –

100 m od terminalu.

Agadir z szeroką plażą i

licznymi hotelami to typowy nadmorski kurort. Słonecznie, ale od oceanu

dmucha chłodem i na początku lutego nie ma amatorów kąpieli.

 

To dawna hiszpańska kolonia na

pustynnym zachodnim wybrzeżu Afryki. W  1975 roku została anektowana

przez swojego sąsiada – Maroko i do dziś czeka na plebiscyt w którym ludność

ma się opowiedzieć za niepodległością lub za unią z Marokiem. Tymczasem

Marokańczycy rozbudowują miasta i swoją administrację. Obserwatorzy ONZ

pilnują rozejmu z Frontem  Polisario prowadzącym jeszcze niedawno

partyzanckie walki o niepodległość. Wszędzie spotkacie wojskowe posterunki

kontrolne, na których pracowicie będą zapisywać w zeszytach dane z Waszych

paszportów.

 

 

Stolicą krainy jest odmalowane na kolor

ochry miasto Laayoune, leżące niestety w odległości 25 km od oceanu (dojazd

asfaltem – zbiorową taksówką po 6 DH/os). Region jest tak rzadko odwiedzany,

że przewodniki nie wspominają o możliwościach taniego zakwaterowania w tym

mieście. Zatem

specjalnie dla Was wynik moich poszukiwań: Hotelik As Sahel na I piętrze w

narożnym budynku przy wejściu z głównego placu w bazarową uliczkę. Single –

38, double – 45, za ciepły prysznic płaci się dodatkowo – 10.

Z Laayoune można zrobić sobie wycieczkę

w głąb lądu: w odległości 14 km (dojazd dobrym asfaltem) leży mała oaza

Lamsid z restauracją i hotelikiem pod namiotami (na zdjęciu powyżej).

Niestety nie ma tam żadnej wioski i trudno w związku z tym doszukać się folkloru. Dojazd

z miasta wynajętym samochodem kosztuje około 100 DH od osoby za powrotny kurs.

Rdzenna ludność Sahary Zachodniej nazywa

swój kraj Saharawi i ubiera się inaczej niż Marokańczycy z północy.

Powłóczyste męskie szaty o jasnych kolorach zdobione są z przodu

fantazyjnymi aplikacjami.

W

Agadirze zaczyna się tzw. Atlantic Route – jedyna praktycznie szosa łącząca

Afrykę Północną z centralną częścią Czarnego Kontynentu.  Biegnie na

południe – do Mauretanii i Senegalu wzdłuż wybrzeża Atlantyku. Ruch na niej

niewielki. Zimą z Agadiru do Laayoune kursuje tylko jeden, nocny autobus CTM

– o 19.00. Bilety – po 190 DH plus bagaż.  Autobus przyjeżdża do

stolicy Zachodniej Sahary o świcie. Wytrwali mogą nim jechać dalej – aż do

Dakhli (kolejnych 10 godzin – za 140 DH).   Tramp powinien zdawać

sobie sprawę z realiów podróżowania tą trasą: im dalej na południe tym

gorsza komunikacja. .


Patrząc na mapę można oczekiwać, że

podczas jazdy Atlantic Route za oknem autobusu będą się bez przerwy otwierać

wspaniałe krajobrazy oceanicznego wybrzeża. Niestety tak nie jest – szosa

poprowadzona jest w odległości od kilkuset metrów do kilku kilometrów od

brzegu i ocean przed oczami podróżnika pojawia się jedynie sporadycznie.  Takie

wspaniałe pejzaże jak ten powyżej (to wioska rybacka pod wysokim klifem)

ogląda się rzadko.


Sama Dakhla – ostatnie miasteczko przed

mauretańską granicą ma bardziej afrykański charakter niż Laayoune. Tu

również – z braku przewodnikowych informacji zmuszony byłem przeprowadzić

badanie rynku: polecam Wam hotelik Bahia. Cena łóżka jest tu wypisana na

stałe farbą olejną na ścianie: 30 dirhamów. Recepcjonista nie zna wprawdzie

ani francuskiego ani angielskiego ale pościel jest czysta, a najlepsze

pokoiki mają widok z okna na zatokę. Nota bene: zaskoczony byłem, gdy

okazało się, że wielu starszych mieszkańców Sahary Zachodniej pamięta

jeszcze…

hiszpański.



Setki kilometrów pustkowia…


Prawda, że jeszcze daleko?

W Dakhli kończą się trasy regularnych linii autobusowych… Zmierzając dalej

na południe – do Mauretanii tramp zdany jest na własną inicjatywę i

negocjacje z miejscowymi. U wjazdu na półwysep na którym leży miasto jest

camping, na którym zatrzymują się pojazdy Europejczyków zmierzających z

ekspedycjami tą jedyną drogą prowadzącą na południe i samochody miejscowych

kierowców, chcących dodatkowo zarobić. Tam należy pytać… Ale ja, mając już

zorganizowaną grupkę chętnych zacząłem poszukiwania w miasteczku. Kierowcy z

Mauretanii przyjeżdżają do niego po towary. Pierwszy zażądał 2000 DH za

przewóz 5 osób do mauretańskiego Nouadhibou. Drugi po targach zgodził się na

1500 tłumacząc, że taryfa dla miejscowych to 400 za miejsce w szoferce i 300

za miejsce pod budą.   

Po bliższych oględzinach pojazd okazał się bliskim kuzynem naszego

żuka-blaszaka tyle tylko, że zamiast szyb w oknach miał przyspawane grube

stalowe pręty, co upodobniało go bardzo do więźniarki. Drzwi przedziału

bagażowego zresztą też otwierały się tylko z zewnątrz. Ze względu na

istniejące wciąż pola minowe i niebezpieczeństwo zbrojnych napadów do

niedawna pojazdy wyruszające z Dakhli na południe formowano w konwoje ze

zbrojną eskortą. W tej chwili nie ma już takiej potrzeby – pojazdy jeżdżą na

własną rękę. Warto tylko pamiętać o zabraniu odpowiedniego zapasu pitnej

wody. Dobry asfalt doprowadzony jest aż do marokańskiego punktu odprawy

granicznej, który od lat znajduje się w gliniaku  pokazanym na zdjęciu

poniżej. Oczywiście fotografować tego nie wolno… Top secret! 

Takich absurdalnych zakazów na trasie podróży będzie więcej…  Ja w

takich miejscach ryzykowałem zdjęcia tylko wtedy, gdy byłem pewien, że nikt

mnie nie obserwuje. Radzę zachować dużą ostrożność, bo skończy się w

najlepszym przypadku na łapówce!

Nieco dalej, po przeciwnej

stronie szosy budują już nowe budynki – wkrótce odprawa będzie prowadzona w

znacznie lepszych warunkach.  Na razie, jeszcze w starym gliniaku

marokański celnik pyta mnie bezczelnie czy mógłbym mu podarować moją czapkę.

To uwertura do wielkiej opowieści o afrykańskiej korupcji, której będę

doświadczać na każdej następnej granicy. Funkcjonariusz po drugiej granicy stronie

zapyta, czy zostały mi jakieś dirhamy… (Chętnie je przyjmie!)

Odcinek drogi  przez

“strefę niczyją” między posterunkami obu krajów to jeden wielki ciąg wybojów i

wykrotów. Na szczęście to tylko niewiele ponad kilometr. Wkrótce 

stajemy przy drewnianej szopie posterunku nad którym powiewa zielona flaga… Jesteśmy w Mauretanii…



                     >>>>>Przejście

do następnej części relacji