Wojtek Dabrowski – Sint Eustatius Island (Statia1.htm)


In

the northern

part of the Lesser Antilles chain you can find little islands, which very

rarely appears in headlines, and the travel brochures. They are very small –

if you are fit in a single day you can go by foot from end to end of the

island. Cruise ships do not reach them. They deviate from the traditional

image of the Caribbean islands because they do not have beaches… All this

makes that Saint Eustatius (called Statia) and Saba gets very few tourists.

I decided to take the opportunity to visit these island during my stay in

the Caribbean in December 2011.


W północnej części łańcucha Małych Antyli leżą wyspy,

które bardzo rzadko pojawiają się w nagłówkach gazet i w katalogach agencji

turystycznych. Są bardzo małe – w ciągu jednego dnia przy dobrej kondycji

można przejść je pieszo od krańca do krańca. Nie docierają do nich statki

wycieczkowe. Odbiegają od tradycyjnego wizerunku karaibskich wysp, bo nie

mają plaż… Wszystko to sprawia, że na Saint Eustatius i Sabę trafia bardzo

niewielu turystów. Korzystając z okazji postanowiłem odwiedzić obie te wyspy

podczas mojego pobytu na Karaibach w grudniu 2011 roku. 

 

Do 2010 roku wysepki należały do Antyli Holenderskich. Obecnie należą do

grupy trzech karaibskich “special municipalities” (po naszemu:

specjalnych gmin) należących do Holandii i

są w związku z tym są zamorskimi terytoriami Unii Europejskiej. Do tej grupy

należy także leżąca na południu Karaibów wyspa Bonaire.  Holendrzy

mówią potocznie o tych trzech “special municipalities”: BES Islands (od

pierwszych liter ich nazw). A nazwę Saint Eustatius – Wyspa Świętego

Eustachego często upraszczają, mówiąc po prostu “Statia”.

Szukajac Statii i Saby na mapie Karaibów trzeba najpierw

odnaleźć większą i lepiej znaną holendersko/francuską wyspę Saint Maarten – nasze

wysepki leżą nieco na południe od niej, w grupie Leeward Islands – Wysp

Zawietrznych.

Saint Maarten ma duże lotnisko

mogące przyjmować nawet międzykontynentalne odrzutowce i dzięki temu stał

się

bramą wjazdową na Statię i Sabę. Bramą, której nie sposób ominąć.  

 

Lot małym samolotem to jedyna

droga na Saint Eustatius. Na wysepce jest wprawdzie małe molo dla statków,

ale nie docierają tu promy ani stateczki pasażerskie. Wygląda na to , że monopol

na loty ma kompania Winair z Saint Maarten.

Mają swoją

witrynę w internecie i sprzedają bilety on-line. Niestety brak konkurencji

niekorzystnie wpływa na ceny oferowanych biletów. Nie ma żadnych ulg – na

przykład dla turystów odbywających podróże okrężne (Winair lata także na

Sabę i St Barts). Za segment lotu trwający 15-20 minut trzeba zapłacić około

60 dolarów.  Podstawowy bagaż jest ważony i nie powinien mieć więcej

niż 23 kg! Nadwyżkę – najcięższe rzeczy z plecaka można w razie potrzeby przełożyć do

niesionej w ręku reklamówki…

Cała flota linii Winair to zdaje

się tylko trzy pracowite dwusilnikowe twin-ottery mieszczące po 16

pasażerów. Znam dobrze te samolociki – z łatwością siadające na krótkich

pasach. Latałem nimi w rozmaitych zakątkach świata: w Nepalu, na Wyspach

Salomona i w Afryce. Lot takim maleństwem ma niezaprzeczalne zalety: nikt tu

przed startem nie nakazuje wyłączenia kamer i jeśli tylko dopisze pogoda

można z samolotu zrobić piękne zdjęcia wysp.  Oto jak wyglądała wyspa

Św. Eustachego, czyli Statia, gdy nad nią nadlecieliśmy: 

Atl662big.jpg


Wyspa – jak to widać – jest górzysta. Tylko w jej

środkowej części, w siodle między dwoma masywami górskimi jest kawałek

płaskiego terenu, na którym zbudowano pas startowy tutejszego maleńkiego

lotniska. Po wylądowaniu i przejściu do mikro-terminalu spotkały mnie dwie

niespodzianki. Po pierwsze – kontrola paszportowa, łącznie ze wstawieniem

pieczątki do mojego dokumentu (a przecież przyleciałem z Saint Maarten, który też należy do

terytorium Holandii!). Drugie, to miła pani za biurkiem informacji

turystycznej – oświadczyła mi, że wita tu pasażerów każdego samolotu!

Otrzymałem darmową mapkę wyspy i wszystkie niezbędne informacje. Brawo!

 

Jeszcze przed przylotem w ten

rejon czytałem, że siostrzane wyspy Statia i Saba różnią się nieco z punktu

widzenia turysty: Statia ma bogatszą przeszłość historyczną i więcej

zabytków, a Saba jest bardziej dzika i niedostępna – ma także moim zdaniem

ciekawszą przyrodę.

Miejscowi

wymawiają nazwę wyspy [stejszia]. Ciekawostką jest, że na tym holenderskim

terytorium oficjalną walutą jest  dolar USA.

Wyspa Świętego

Eustachego ma zaledwie 8 km długości i średnio 3 kilometry szerokości.

Mieszka na niej około 3500 ludzi. Stolicą wyspy jest niewielka osada

Oranjestad. Więcej oficjalnych danych na temat wyspy można znaleźć w sieci

na:


www.statiatourism.com

 

Najtańsze noclegi na wyspie

oferuje pensjonat “Country Inn” (50 USD za pokój z łazienką – jak na Karaiby

to bardzo tanio). Ma ponadto tą zaletę, że położony jest najbliżej lotniska. 

Zabudowa stolicy jest bardzo rozrzucona i nie jest łatwo znaleźć “Country

Inn”. Oto

instrukcja: po wyjściu z “terminalu” skręcić w lewo i maszerować

kilkadziesiąt metrów, aż do garażu straży pożarnej. Przy straży trzeba

skręcić w prawo – pod górkę przecinając małe rondo. Asfaltowana peryferyjna

ulica doprowadzi was do obiektu – stoi po prawej stronie. Mają mały szyld.

Gości traktuje

się tutaj niefrasobliwie. Mimo, że miałem rezerwację czekałem 3 godziny na

pojawienie się właściciela. Ale lokalna sieć wi-fi tu jest i działa! Z

małymi wyjątkami… Któregoś dnia

elektrownia wyłączyła na wiele godzin napięcie w sieci. Nic nie działało do

późnego wieczora, internet też!


Ich trudny do zdobycia

adres:wendellpompier@yahoo.com


Centralnym punktem stolicy wyspy wydaje

się być mały placyk na klifie z trochę zaniedbanym obeliskiem postawionym z okazji urodzin holenderskiej

królowej Wilhelminy.


W pobliżu, w starym budynku tzw. Government

Guesthouse znajdują się obecnie biura miejscowych władz.

Gdy Krzysztof Kolumb pojawił się

przy brzegu wyspy w 1493 roku na Statii mieszkali Indianie – Karibowie. Po

nim przypłynęli Francuzi, ale pierwszą europejską osadę założyli tu

Holendrzy w 1636 roku. Wyspa zmieniała potem właścicieli aż 22 razy… Ale

złote czasy dla Wyspy Św. Eustachego przyszły, gdy usadowiła się tu

Holenderska Kompania Zachodnioindyjska i ogłoszono tą wyspę strefą wolnego

handlu. Handlu wolnego od podatków na rzecz korony. Na innych wyspach

Karaibów – w koloniach brytyjskich i francuskich handlarze musieli płacić

podatki. A tu – nie! To przyciągało tysiące statków rocznie!  Wyspa się

szybko bogaciła. Nazywano ją Golden Rock – Złotą Skałą. Tędy przepływało

zaopatrzenie do osad zakładanych w Nowym Świecie. Także broń i proch dla

zbuntowanych kolonii – w tym dla powstających Stanów Zjednoczonych Ameryki. 

Atls498big.jpg


 Dla obrony wyspy przed piratami na

szczycie nadmorskiego klifu zbudowano mały Fort Oranje, który z dobrym

stanie przetrwał aż do dziś (zdjęcie powyżej).

Atls501.jpg

Na dziedziniec fortu wprowadza

brama z herbową tarczą. A w budynku na dziedzińcu funkcjonuje dziś bardzo

pomocne biuro informacji turystycznej.

Działa ustawione na murach fortu stały się

słynne od listopada 1776 – kiedy to oddały salut na cześć przybywającego

amerykańskiego okrętu “Andrew Doria”, co zostało odebrane jako pierwszy akt

uznania walczących o niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki. W rewanżu

Brytyjczycy najpierw zbombardowali wyspę z morza, a potem ja złupili. Saint

Eustatius nigdy już nie wrócił do dawnej świetności.

Atls503.jpg

Z murów fortu widać pomarańczowy

katolicki kościół Świętego Eustachego – patrona wyspy. Niestety kościół był na głucho

zamknięty –  nie udało mi się zobaczyć wnętrza.

Atls550big.jpg

W okresie największego rozkwitu

na Statii mieszkało 20000 osadników, handlarzy oraz niewolników. Dziś

mieszka na całej wyspie tylko 3500 obywateli. O wielu z nich trudno

powiedzieć, że są zamożni. Ale ich małe, karaibskie domki mają wiele uroku:

Atl493abig.jpg

W wielu przypadkach leciwe ściany

tych domków obito już sidingiem, ale w Oranjestad znaleźć można wciąż takie,

które na ścianach i dachu mają tradycyjny gont. 

Niektóre niestety podupadają i

gdy buduje się na tej wyspie coś nowego, to już niestety nie w tradycyjnym

stylu…

Ktoś napisał, że kiedy przybywa

się na Statie, to doświadcza się atmosfery Karaibów lat pięćdziesiątych

ubiegłego stulecia – Karaibów bez turystów, bez pośpiechu i sznurów

hałasujących samochodów. I uważam, że to prawda.

Ludzie też są tu inni niż choćby

na sąsiednim Saint Maarten: życzliwi, cierpliwi, pomocni – w sumie: bardzo sympatyczni.

Biali stanowią tu znikomą mniejszość. 

Część z nich zajmuje się

rolnictwem: widziałem plantacje bananów (fotka poniżej) i warzywne ogródki.

Ale jest to niewielka produkcja – wyłącznie na potrzeby tej wyspy. 

W miasteczku jest kilka sklepów

dumnie nazywanych supermarketami. Wydaje mi się, że najtaniej jest u

Chińczyka  w “Happy City”. Przykładowe ceny: karton soku 2,60, 5

bułek-2, puszka mielonki- 3, ser żółty -12/kg, rybki-1,20, puszka

pepsi-0,70, butelka rumu -11 USD

W tym klimacie nie trzeba wkładać

nawet wiele pracy, aby coś urosło. Roślinność jest bardzo bujna, również ta

nieproszona. Popatrzcie jak zarastają nieużywane maszyny.  🙂 

Z górnego

miasta rozłożonego wokół fortu Oranje, gdzie mieściły się najważniejsze

budowle miasta kamienny chodnik, zbudowany podobno jeszcze przez niewolników

prowadzi w dół, na wybrzeże, gdzie znajdowała się komercyjna część miasta.

Na dolnym tarasie, tuż nad

brzegiem morza rośnie dziś rząd palm, ale kiedyś stał tu rząd piętrowych

składów wzniesionych z kamienia. Niestety, w ciągu dwóch ostatnich dwóch

stuleci morze zabrało kilkadziesiąt metrów brzegu, a wraz z nim także

opuszczone budowle… 

Na horyzoncie widać wysokie góry siostrzanej

wyspy Saba.

Atls555big.jpg


Gdy zejść na dół, to podążając wzdłuż

brzegu można przypatrzeć się kamiennym fundamentom, które pozostały po

dawnych kupieckich składach. O tym, jak były wysokie i jak ruchliwy był ten

punkt miasta można się przekonać oglądając stare ryciny w tutejszym muzeum.

Atls557big.jpg

 


Na dolnym tarasie stołecznego miasteczka

wzniesiono współcześnie kilka budynków – mieszczą one małe restauracje i

hoteliki. Tu także znajduje się mikro-plaża Oranje, z której wchodzą do wody

amatorzy divingu – nurkowania z aparatem tlenowym. Podobno pod wodą jest tu

co oglądać :

Atls559.jpg


Na tym zdjęciu widać jak łatwo tutejsza

przyroda “rozprawia się” z opuszczonymi budowlami. Korzenie tropikalnych

drzew i krzewów potrafią rozsadzić ściany wzniesione z cegieł i kamieni:

Atls560.jpg


Patrząc na ten zadbany budynek mieszczący

Old Gin House można sobie wyobrazić, jak kiedyś wyglądało Dolne Miasto

Oranjestad:

Atls563.jpg

Trudno w to dziś uwierzyć, ale w

XVII wieku Statię odwiedzało rocznie nawet 3000 statków.

Dzisiaj przy krótkim pirsie stoi tylko jeden holownik:

Atls566.jpg

Co robi tutaj ten holownik?

Wyspa, która poza przychodami ze śladowej turystyki nie miała żadnych

liczących się źródeł dochodów zdecydowała się na budowę (na szczęście w

ustronnej dolinie) dużych zbiorników dla magazynowania ropy naftowej. Te tankowce

na redzie, albo przywiozły, albo zabierają ropę. A holownik w razie potrzeby

pomaga im w manewrach. Żadnej katastrofy ekologicznej dotychczas na

szczęście nie było. 

Atls562.jpg

Na pierwszym planie resztki

kamiennych  XVII-wiecznych murów, a na drugim – wielkie, nowoczesne

tankowce. Sint Eustatius (to holenderska wersja nazwy wyspy) woli jednak

szczycić się raczej swoją przeszłością. Na tablicach rejestracyjnych

tutejszych samochodów umieszczono napis St. Eustatius – The Historic Gem –

Historyczny Kejnot:

:
Atls573.jpg

Island’s

museum:

Z historią wyspy można się zapoznać w małym muzeum urządzonym w dawnym domu 

kupca Simona Donckera. W tym samym domu mieszkał angielski admirał Rodney,

gdy Brytyjczycy zdobyli Statię:

Atl538big.jpg

 

Za wstęp trzeba zapłacić 3

dolary. Na parterze budynku eksponowane są historyczne dokumenty, mapy i

zdjęcia. Na piętrze można obejrzeć, jak

urządzona była sypialnia kupieckiego domu w okresie “złotego wieku” Statii. ..

Atls541a.jpg

 

Kilkaset metrów dalej znaleźć

można otoczone cmentarnymi nagrobkami ruiny protestanckiego kościoła – to

Dutch Reformed Church. Dach budowli został zniszczony przez huragan w 1792 –

zaledwie pół wieku po wzniesieniu budowli. Od tego czasu kościół jest ruiną.

Atls547BIG.jpg

The ruins

of Honen Dalim synagogue:

 


 Na Sint Eustatius w jego złotych

czasach była licząca się kolonia żydowska. Żydzi zbudowali tu w 1742 roku

swoją synagogę Honen Dalim – podobno drugą na zachodniej półkuli. Budowla

podupadła, gdy Rodney deportował Żydów z wyspy. Dziś można oglądać tylko jej

zewnętrzne ściany:

Atls521big.jpg

Wiele miejscowych ulic zachowało stare,

historyczne nazwy.


Poza Oranjestad niewiele znajdziecie tu

zabytków. taka zupełnie przyzwoita droga jak na zdjęciu obok prowadzi na

południowy kraniec wyspy – do Fortu de Windt. Ruch na drodze jest bardzo

mały, ale te 3 kilometry można spokojnie przejść pieszo.

Southern tip

of the island:


U krańca tej drogi trasę zagradzają

wielkie złomy skalne. Dopiero gdy je zobaczyłem, zrozumiałem dlaczego

wyspiarzom nie udało się zbudować drogi wokół południowego wybrzeża. Te

skały nazywają Sugar Loaf – Głowa Cukru: 

 

Atls512big.jpg

Na

wybrzeżu u stóp tych skał na małej platformie ustawiono w XVIII wieku

baterię armat. I to jest cały Fort de Windt… Byłem trochę rozczarowany.

Ale cóż: mała wyspa, mały fort!

Atls513.jpg

Z fortu

otwiera się piękny widok. Ta

sąsiednia wyspa, która wyłania się na horyzoncie to St Kitts, czyli wyspa

Św. Krzysztofa. Wraz z sąsiednim Nevisem tworzy jeszcze jedno karaibskie

państewko: St Christopher & Nevis.

Atls517big.jpg

W drodze

powrotnej z Fort de Windt przystanąłem przy zbudowanym na trawiastym stoku

wysoko ponad morzem Statia Lodge. Drogo tu: 120 USD za bungalow. Ci, którzy

zdecydują się tu zatrzymać mają jeszcze jeden problem: daleko jest stąd do miasta,

sklepu, lotniska.

 

Potem chciałem

wybrać się na północ wyspy. Jedyna droga z

Oranjestad na północ wyspy prowadzi obok wzgórza Signal Hill (na zdjęciu

poniżej), z którego kiedyś obserwowano, czy nie zbliżają się wrogie statki.

Atls524.jpg

Zeelandia Beach – the biggest on

the island.

 Droga

skręca w prawo do Zeelandia Bay, gdzie jest największa plaża na wyspie.

Największa, ale mimo to bezludna, bo po pierwsze z tej strony wyspy – od

strony Atlantyku zazwyczaj jest wysoka fala, a po drugie przez okrągły rok

są tu silne prądy morskie, które pochłonęły już kilka ofiar.  Podobno

zdarza się, że na tej mało uczęszczanej przez ludzi plaży składają jaja

żółwie morskie.

Atls530Big.jpg

Miejscowi wiedzą, że ocean jest

ty groźny. A ku przestrodze turystów ustawiono na plaży sugestywną tablicę

ostrzegawczą…

 

 

Zeelandia

Beach ma jednak jedną wielką zaletę: piękny stąd widok na najwyższy szczyt

wyspy: 600-metrowy wygasły wulkan The Quill. Zamierzałem na niego wejść

kolejnego dnia, by popatrzeć na wyspę z lotu ptaka. Stąd prezentował się

naprawdę okazale:

Atls532big.jpg


Obok Zeelandia Bay rozpoczyna się ścieżka

(zdjęcie poniżej) prowadząca na północny cypel wyspy – do Venus Bay i na

szczyt Boven. Ścieżka jest jednak bardzo słabo przetarta, bo dziś rzadko kto

w tamtą stronę chodzi. Nie ma tam żadnych osad, ani schronów na wypadek

nagłego deszczu. To teren parku narodowego, ale słabo zagospodarowany. 


Jedyny dom w tej okolicy to samotna willa

jakiejś ekscentrycznej amerykańskiej malarki na stoku Little Mountain:


Kolejnego poranka wybrałem się na

wycieczkę na The Quill – najwyższy szczyt wyspy. Biuro informacji

turystycznej zalicza wspinaczkę tą trasą do największych atrakcji Statii.

Trailhead, czyli punkt wyjściowy

znajduje się na peryferiach Oranjestad – u krańca Rosemary Lane. Tam zaczyna

się zarośnięta ścieżka prowadząca poprzez busz. Przy trasie ustawione są

tablice informacyjne i strzałki:


Od roku 1998 zbocza wulkanu są parkiem

narodowym administrowanym przez  fundację STENAPA –

www.statiapark.org . Trzeba

przyznać, że szlak prowadzący na krawędź krateru Quill jest zadbany. Na

trasie są strzałki i tablice opisujące miejscową faunę i florę. W zasadzie

można ten szlak przejść w pojedynkę – na własną rękę. Mnie biuro turystyczne

zaproponowało, abym dołączył do starszej pani prowadzonej w górę przez

miejscowego przewodnika. Zgodziłem się, bo nie oczekiwali ode mnie żadnej

zapłaty. Szli wprawdzie innym rytmem, do którego musiałem się dostosować,

ale od przewodnika można sie było przy okazji czegoś dowiedzieć…


The trail to the Quill – the highest

mountain on Statia 


Sfotografowałem dla was mapę szlaków.

Podążaliśmy najpierw odcinkiem pomarańczowym, a następnie jasnoniebieskim –

aż do Panorama Point na krawędzi krateru. 

Atls581.jpg


Tam, gdzie zachodziło prawdopodobieństwo

zgubienia drogi na drzewach i kamieniach malowane były kolorowe paski

odpowiednie do koloru szlaku…


Busz przeszedł wkrótce w gęsty tropikalny

las pełen ciekawych drzew i porostów… Rosną tu między innymi gum trees i

drzewa cynamonowe… Dotarliśmy w końcu do rozwidlenia

szlaków…


Drogowskazy opisane są w minutach marszu.

Na krawędź krateru – 45 minut, do ogrodu botanicznego 90 minut. Tu trzeba

skręcić w lewo, pod górę. Ścieżka robi się stroma… 


Gdy w końcu spoceni i zasapani wychodzimy

na “rim” czyli krawędź krateru okazuje się, że jego wnętrze, o ponad

200-metrowej głębokości wypełnione jest zieloną gęstwiną.

On the right

side you will see the highest peak on the rim of the crater – The Mazinga.

But our guide says that the view from there is limited, and claims that it

is much better to see the island from Panorama Point, which goes on the edge

of the crater to the left.


Po prawej stronie widać najwyższe

wzniesienie na krawędzi krateru – to Mazinga. Ale nasz przewodnik powiada,

że widok stamtąd na okolicę jest ograniczony i twierdzi, że znacznie lepiej

widać wyspę z Panorama Point, na który idzie się krawędzią krateru w lewo.

Atls590.jpg


Stroma ścieżka schodzi stąd  w głąb

krateru. Ale to podobno bardzo trudna ścieżka, na której łatwo skręcić nogę.

Specjalna tablica odradza schodzenie bez przewodnika.


Po drodze widzieliśmy liczne jaszczurki i

metrowego, nieszkodliwego węża. Ale nie spodziewałem się, że tu, na krawędzi

dawnego krateru, na wysokości 500 metrów zobaczę domowego koguta!  To

wysokogórski kogut! – śmieje się Charlie i gwiżdże. A kogut zwabiony

kawałkiem herbatnika bezceremonialnie wskakuje mu na kolana.

 

Robię jeszcze

jedno zdjęcie zielonej gęstwiny szczelnie wypełniającej wnętrze krateru. Tam

w dole nie ma przecież żadnej otwartej perspektywy dla zdjęć!

Atls593.jpg

Zaczynamy

wspinać się krawędzią krateru czyli “rimem” ku Panorama Point. Na

drogowskazie pisze, że to jeszcze 20 minut. Przekonuję się wkrótce, że to

najtrudniejszy odcinek dzisiejszego marszu: trzeba chwytać się drzewek i

korzeni, a także rozwieszonych lin.

Ale widok ze

szczytowej skałki, na której ustawione jest lotnicze światło nawigacyjne

nagradza wszystko. Odczekuję moment, aż wiatr przegoni chmury i robię

pierwsze zdjęcia: w dole widać cieniutką nitkę pasa startowego lotniska:

Atls605big.jpg

 

Zbliżenie

pozwala przyjrzeć się bliżej pustej plaży w zatoce Zeelandia, ku której

biegną spienione fale Atlantyku.

Atls604big.jpg

 

W szerszym

planie widać było zbiorniki ropy (normalnie ukryte za Signal Hill) i górę

Boven na północnym krańcu wyspy, Stara część Oranjestad położona jest

bardziej w lewo i nie jest widoczna na tym zdjęciu:

Atls610big.jpg


To Charlie. Przepowiadał deszcz.

Rozpoczęliśmy więc schodzenie tą samą trasą. Gdy na rozwidleniu szlaku do

Botanical Garden chciałem odłączyć się od towarzystwa i pomaszerować na

wschód ciemnoniebieskim szlakiem przewodnik starszej pani oświadczył

niespodziewanie, że ta część szlaku jest zamknięta “due to the landslides” –

z powodu osunięcia się ziemi na zboczu. Więc nie wszystkie odcinki szlaku na

Statii są dobrze utrzymane! Uwierzyłem i pomaszerowałem do Botanical Garden

okrężną trasą ponad miasteczkiem…  Zrobił się z tego kawał drogi…


Pożegnałem Charliego i ruszyłem drogą, w

której co rusz pojawiały się dziury. Południowo – wschodnia część wyspy…

Pustka. Żadnych domostw…


Na tym odludziu w 1998 roku założono

ogród botaniczny. Posadzono egzotyczne drzewa, krzewy i…  jest

problem, bo zrobiła to organizacja pozarządowa, która nie ma w tej chwili

dostatecznych środków na pielęgnację ogrodu. Ogród zarasta. Ochotnicy którzy

tu przyjeżdżają nie nadążają z wycinaniem trawy i chwastów. Mieszkaja w

takim pawilonie:

Atls621.jpg


W ogrodzie nie zastałem nikogo. Ale warto

tu przyjść już choćby po to, aby obejrzeć kwiaty…


 U góry to rododendrony. A jak

nazywają się te kwiaty obok?


To jakaś dziwna odmiana popularnego

hibiskusa. Coral hibiscus.


A to? Może ktoś z przyrodników pomoże mi

ustalić nazwę tego kwiatu?


A to żółty alamander. Te kwiaty rosną na

krzewach o wysokości człowieka… Spotykałem je w wielu krajach

tropikalnych.


Drobne, ale bardzo wdzięczne

bladoniebieskie kwiaty…


W ogrodzie botanicznym rośnie wiele

gatunków palm a także tropikalne drzewa owocowe… 

Atls629.jpg


A tak wygląda najwyższy szczyt wyspy na

który wchodziłem przed  południem oglądany z ogrodu botanicznego, czyli

z przeciwnej strony wyspy. To zbocze porośnięte jest gęstym buszem –

praktycznie nie do przebycia.

Atls648BIG.jpg


Wracając pieszo dostrzegłem przy drodze

zarośnięty znak z napisem Corre Corre. Bawią mnie te podwójne nazwy, a na

szlaku moich wędrówek było ich już sporo – w różnych częściach świata: Lapu

Lapu, Puka Puka, Langa Langa, Bora Bora i jeszcze inne. Jakże mógłbym teraz

ominąć Corre Corre?

Pomaszerowałem

w kierunku wybrzeża zarośniętą dróżką, którą wskazywała strzałka: 

Atls638big.jpg

Po drodze

spotkałem rodzinkę dzikich osłów. Nie należą do nikogo i żyją na swobodzie

właśnie w tej pustej części wyspy. Samce parskały na mnie groźnie z daleka.

W końcu uciekły.

Atls640big.jpg

Czytałem, że w Corre Corre stała kiedyś kolejna bateria armat chroniących

wyspę przed atakiem z morza. Ale nic takiego tu nie znalazłem. Może armaty w

końcu wywieziono do Oranjestad?

Sfotografowałem jedynie

niezbyt gościnne, południowo-wschodnie wybrzeże:

Atls643big.jpg

 

St Kitts Island from Statia:

Naprzeciwko, po drugiej stronie cieśniny wyrastała z morza wyspa Saint Kitts.

Tam też jest wulkan, ale od dawna śpiący. Tymczasem tego dnia obłoki nad

wyspą niespodziewanie uformowały obłok do złudzenia przypominający chmurę

powstającą podczas wulkanicznej erupcji. Czy nie mam racji?:

Atls647BIG.jpg

I returned to my headquarters  tired but happy with the

interesting day. And the next morning I left the Island of St. Eustatius and

flew the same small plane via St. Maarten to Saba. My impressions of Saba,

however, you can read on the next page.

Na kwaterę wróciłem zmęczony, ale zadowolony z ciekawego dnia. A kolejnego

ranka pożegnałem Wyspę Świętego Eustachego i poleciałem tym samym małym

samolotem przez St Maarten na Sabę.   O moich wrażeniach z Saby

przeczytacie  jednak

już na kolejnej stronie.

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd