
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos
Horn of Africa 
Róg Afryki
Nikt ze znanych mi polskich podróżników
tam jeszcze nie zaglądał. Zacząłem zbierać informacje… Zaraz na początku
pojawił się problem wizy… Istniejący od 1991 roku Somaliland to dopiero kandydat na samodzielne
państwo –
nie jest oficjalnie uznawany przez żadne inne państwo… Ma jednak kilka
przedstawicielstw za granicą. Korespondując z jednym z nich dowiedziałem się o
możliwości uzyskania faksem promesy wizy – załatwia to za niewielką opłatą Mr Khader – przedsiębiorczy manager hotelu “Ambassador” w Hargeisa – stolicy republiki.
Przesłałem swoje dane… Po kilku dniach wrzucił mi do skrzynki skan promesy
wizy Somalilandu. W agencji w Polsce wykupiłem bilet Dżibuti – Hargeisa –
Dżibuti. Droga do tajemniczego kraju była otwarta!
Wczesnym rankiem na płycie lotniska w Dżibuti czekał taki oto samolot.
Młodzi polscy podróżnicy jeżeli go znają, to tylko z ilustracji. Ale ja
latałem takimi hałaśliwymi turbośmigłowcami IŁ-18 wielokrotnie, gdy był
sztandarową maszyną naszego LOTu na trasach europejskich, na Bliski Wschód i
do Północnej Afryki. Tu zatrudniony był przez lokalne Dallo Airlines. Gdy
maszerowaliśmy po nagrzanej płycie do samolotu myślałem, że będę jedynym
białym na pokładzie. Ale mile się rozczarowałem: na trapie powitały mnie
słowiańskie twarze: – Zdrawstwujtie! Andriej i Walentyna – stewardessa
skierowali mnie do kabiny za firanką, w której podróżowały miejscowe VIPy.
Fotele były tam trochę mniej zdezelowane niż w głównym “salonie”… Dostałem
nawet kubek herbaty.


Lot na małej wysokości nie trwał nawet godziny. Wkrótce już obniżaliśmy się
na płową półpustynią. na zdjęciu obok widzicie mały, prowincjonalnie
wyglądający terminal na lotnisku w Hargeisa. Wrzawa na sali odpraw. Najpierw
wysyłają wszystkich cudzoziemców do okienka, gdzie trzeba wymienić 50
dolarów po oficjalnym kursie. Wiem, że uliczny kurs jest znacznie wyższy,
ale bez kwitu wymiany nie dostanę od oficera imigracyjnego pieczątki do
paszportu. Ta pieczątka kosztuje mnie dodatkowe 20 USD…
W końcu pakuję do torby otrzymane w bankowym okienku trzy cegły banknotów
500-szylingowych i mogę wyjść przed budynek.
Zawadiacki beret założony na tradycyjną chustę zakrywającą głowę i ramiona.
A spod chusty wygląda elegancki, jasny uniform… Zaskoczyła mnie obecność
tak umundurowanej celniczki na lotnisku Hargeisa. A jeszcze bardziej fakt,
że zgodziła się pozować do zdjęcia…
Narysowała jakiś znaczek kredą na mojej torbie i to była cała odprawa
celna…


wygląda Hargeisa
– stolica Somalilandu. Miasto leży na płaskowyżu, obramowane łagodnymi
wzgórzami. Ponad niską zabudowę nie wyrastają
żadne wieżowce. W kilku miejscach widać jedynie wieże minaretów.
Hotelowy mikrobus czekał na mnie przed terminalem. Byłem jedynym gościem,
który tego dnia przyjechał do hotelu “Ambassador” – podobno najlepszego w
całym Somalilandzie. Okazało się, że jazda nie będzie daleka – to tylko
kilometr od lotniska w kierunku centrum miasta.
Sympatyczni recepcjoniści za pokwitowanie
zabrali mój paszport do depozytu. Może i lepiej – pomyślałem – w ich sejfie
będzie bezpieczniejszy!. Potwierdzili też cenę dwuosobowego pokoju z
łazienką i satelitarną TV: 30 USD ze śniadaniem i dwoma butelkami
softdrinków, które co rano pojawiały się w lodówce. To nie była wysoka cena
jak na hotel takiej kategorii!
Obok recepcji było kilka stanowisk internetowych udostępnianych po 5
USD za godzinę…


Hotel Ambassador dzień i noc pilnowany jest przez uzbrojonych strażników.
Zagranicznym gościom grzecznie ale stanowczo odradza się samotne wyjścia na
miasto. Pewnego dnia udało mi się niepostrzeżenie przemknąć przez bramę i
pomaszerować w kierunku “centrum”. Po dwudziestu minutach w sklepiku przy
głównej ulicy dopadł mnie hotelowy kierowca i złożył propozycję nie do
odrzucenia: jeśli mam coś do załatwienia na mieście to on zawiezie mnie
samochodem i będzie mi towarzyszyć. Jakoś głupio mi było tłumaczyć, że ja,
Europejczyk chciałbym się po prostu powłóczyć i popatrzeć na życie ulicy i
że specjalnie się nie boję, bo samotnie zjechałem już niemal całą Afrykę…
miasta pojechałem samochodem następnego poranka. Mówiący po angielsku
kierowca służył jednocześnie za eskortę i przewodnika, co było – nie ukrywam
– wygodne, bo nie miałem ze sobą żadnej literatury traktującej o atrakcjach
miasta. Na centralną ulicę od strony lotniska wprowadza taka oto brama.


znaleźć można większe i mniejsze sklepy z podstawowymi artykułami
spożywczymi i przemysłowymi. Wszystko oczywiście pochodzi z importu… Można
płacić dolarami, z zastosowaniem wolnorynkowego przelicznika: 1 USD= 6000
somalilandzkich szylingów. Na lotnisku byłem zmuszony wymienić dolary po
kursie oficjalnym – 3500 szylingów.
Pierwsze kontakty ze zwykłymi Somalijczykami… Jestem zaskoczony, bo
okazuje się, że znajomość języka angielskiego na terenie dawnego Somali
Brytyjskiego jest bardzo słaba… Mówią po arabsku, młodzież duka po
angielsku jedynie podstawowe słowa. Na ulicy nie widzi się wcale
Europejczyków, wśród miejscowych kobiet nie widziałem ani jednej ubierającej
się po europejsku.


Główne ulice kiedyś
miały nawierzchnię… Dziś królują tu piasek i wyboje. Ale odnotowałem dwa
skrzyżowania ze światłami – coś takiego na pewno nobilituje afrykańskie
miasto.
Kilka nowych budynków, będących
własnością prywatną cechuje oryginalna architektura – miedzy innymi łączenie
betonu z kamieniem i zaokrąglanie rogów budowli.


przybywający tu po raz pierwszy szuka
ciekawej architektury i zabytków . Najciekawsze w Hargeisa są bez wątpienia meczety.

Miasto ma też dwa oryginalne pomniki. Pierwszy z nich to nadnaturalnej
wielkości gołąbek pokoju siedzący w koronie drzewa…
drugi pomnik – samolot – jeden z tych MIG-ów, które na rozkaz prezydenta Siada Barre
bombardowały w maju 1988 stolicę zbuntowanej prowincji.


Somaliland ma własne tablice rejestracyjne – nie uznawane poza jego
granicami. Delegacje miejscowego rządu od dawna zabiegają w USA, Wielkiej
Brytanii i ONZ o uznanie Somalilandu jako niepodległego państwa. Świat
jednak odsuwają tą decyzję do czasu, aż kraj zostanie uznany przez OJA –
Organizację Jedności Afrykańskiej.
Rząd Somalilandu ma oficjalna
http://www.somalilandgov.com/
razie świat przysyła tu ekspertów i przedstawicieli organizacji pomocowych.
Mieszkają w dobrze strzeżonym Mansoor Hotel (na zdjęciu obok). Mają
przydzieloną osobistą ochronę, bo do nękanej wewnętrznymi konfliktami
Somalii przenikają przedstawiciele Al-Khaidy organizujący zamachy na
białych. Często na osoby przypadkowe i Bogu ducha winne. Z tego również
powodu mile widziani w Somalii są eksperci wywodzący się z krajów
azjatyckich – ci są mniej narażeni, bo nie są kojarzeni za światem Zachodu,
przynajmniej teoretycznie.


Uliczna garkuchnia. Uliczny krajobraz Hargeisy niewiele różni się od widoków
innych afrykańskich miast tej samej wielkości. Herbatę i skromne potrawy
serwuje się gościom na świeżym powietrzu…
… a naczynia myje się na skraju chodnika.


Nie łatwo mi było znaleźć piekarnię. Jak widać na zdjęciu prymitywne
bagietki formuje się tu ręcznie i układa na dużych blachach wsuwanych
następnie do kopulastego pieca.
Tak wyglądają somalijskie bagietki po upieczeniu. Za równowartość dolara
można dostać sześć takich bułek. nie udało mi się ustalić, czy od
miejscowych pobierają tyle samo. Gdy robiłem te zdjęcia w piekarni
pojawił się jakiś brodaty mułła i gestykulując podniesionym głosem zażądał
pieniędzy za zrobienie zdjęć. Nie wyglądało to na droczenie się czy żarty.
W potoku jego wymowy wyławiałem kilkakrotnie wykrzykiwane słowo “islami”.
Można było bez trudu domyślić się jak ten człowiek dzieli ludzi, kto dla
niego jest dobry, a kto zły. Dobrze jest w takiej chwili mieć przy sobie
faceta z kałasznikowem! Nic nie zapłaciłem…


widać, jak ubierają się przeciętne mieszkanki Somalilandu. Zdarzało mi się
jednak widzieć grupki kobiet ubranych całkowicie na czarno i zasłaniających
twarze.
“Strongmuslim” – mówił o nich zapytany mój kierowca.
Najbardziej dla mnie egzotyczne miejsce Hargeisy to uliczne kramy (trudno to
nazwać kantorami) wymiany walut. Działają pod parasolami na chodniku
(popatrzcie na poprzednie zdjęcie) i nie mają żadnej widocznej ochrony.
Somalijczycy, z którymi rozmawiałem z dumą podkreślali, że nie ma tu
przypadków kradzieży wyłożonych pieniędzy, co ma świadczyć o uczciwości
społeczeństwa. Inna sprawa, że wskutek wysokiej inflacji każda z
wyłożonych cegieł banknotów ma wartość zaledwie 150 dolarów USA.


jedn
ej z głównychulic miasta odnotowałem internet cafe. Sam jednak korzystałem z dość dobrego
połączenia w hotelu. Ale na tym zdjęciu jest jeszcze coś ciekawszego –
zaprzężony w osiołka wózek woziwody. Jako że w starej części miasta
wodociągi są w stanie agonalnym po mieście krąży wiele takich pojazdów
dostarczając cenny płyn wszystkim potrzebującym. Oczywiście odpłatnie.
Trudno w Hargeisie odnaleźć jakiekolwiek instytucje kulturalne… W tym
budynku w kształcie rotundy kiedyś było muzeum, dziś ma on zupełnie inną
funkcję. Z kolei w budynku biblioteki mieści się dziś Nowa Komenda Policji.


Przybywa za to meczetów. To Wielki Meczet – chyba najbardziej
reprezentacyjna budowla miasta…
Na wzgórzach ponad miastem fotografowałem jeszcze jeden ładny meczet – ze
względu na to usytuowanie jego białe minarety widać z daleka… Do środka
biały raczej nie powinien zaglądać, bo może się spotkać z odruchami
niechęci…


za miastem natura uformowała dwa malownicze, bliźniacze wzgórza, które
miejscowi nazywają Naasa Hablood – co tłumaczy się podobno jako Piersi
Kobiety. Podobno można się na nie wspiąć, ale w panującym tu skwarze to
wielogodzinna wyprawa.


Szukając dogodnego miejsca do fotografowania Kobiecych Piersi trafiłem na
nędzne kopulaste chaty uchodźców ze strefy walk przy granicy z Puntlandem.
Na terytorium dawnego Somali Brytyjskiego jest tam pas zawierający jakieś
złoża minerałów, które można eksploatować. Etnicznie jednak ten obszar
związany jest z Puntlandem. I to jest powodem walk.
Konstrukcja z żerdzi jedynie częściowo pokryta jest słoma i matami. Reszta
to folia i ohydnie wyglądające szmaty w różnych kolorach. I tu mieszkają
ludzie!


była pierwsza widziana tam kobieta, która zamiast tradycyjnej szaty nosiła
jakiś europejski strój – ciuchy przysłane najprawdopodobniej w ramach
humanitarnej pomocy.
W ubogim i ciemnym wnętrzu prymitywny piecyk wykonany z dużej puszki.
Czajnik stawia się na węglu drzewnym, ale węgiel też kosztuje.

Bliżej miasta ludzie mieszkają w budach i komórkach skleconych z desek i
blachy…


Dzieciaki bawią się we wraku autobusu
.podobno metoda na zmianę koloru fryzury na czerwono-rudy. Głowę delikwenta
na kilka dni pokrywa się papką z henny, która po wyschnięciu tworzy rodzaj
skorupy.


to już bazar w centrum miasta na którym handluje się nie tylko żywnością…
…ale także używaną odzieżą i chińską tandetą. Mnie najbardziej
interesowały owoce. Za dolara można było dostać 8 pomarańcz, a kilogram
słodkich daktyli kosztował 8000 miejscowych szylingów.


kram ze specjalnością regionu – zielem do żucia nazywanym qat. Qat to
używka – artykuł pierwszej potrzeby, rośnie w sąsiedniej Etiopii. Codziennie w środku
dnia na bazar w Hasaheisa wpada z rykiem klaksonu pospieszna ciężarówka ze
świeżym qatem. Taka wiązka, którą trzyma ten kramarz warta jest 20 dolarów.
Ale na dzienne spożycie dla jednego mężczyzny wystarcza podobno połowa
takiej porcji. Biedakom musi wystarczyć nawet taka za 5 dolarów.
Kolejnego dnia w moim hotelu – mającym obszerną salę konferencyjną odbywało
się spotkanie jakiejś kobiecej organizacji pokojowej. Uczestniczyły w nim
edukowane panie z całego Somalilandu. Zamieniliśmy kilka słów, a potem
chętnie pozowały do zdjęcia w swoich barwnych strojach.


Uśmiechały się do mnie i patrzyły prosto w oczy. Ale to były wyjątkowe kobiety i
wyjątkowa sytuacja. Kiedy przedstawiałem się i wyciągałem rękę na
powitanie one pospiesznie cofały swoje… Dotykać ich może tylko ojciec i
bracia!… Olbrzymia większość tutejszych kobiet przestrzega starych
tradycji – karmią, zajmują się rodziną i rodzą dużo dzieci – jedna matka
miewa ich nawet nawet
dziesięć…
Trzeba jednak przyznać, że Somalijki wyróżniają się ciekawą urodą – jakże
odmienną od tej, która cechuje Murzynki z nie tak przecież odległej Czarnej
Afryki.


dziewczęta bywają piękne, niestety nie często stać je na zakup drogich szat,
podkreślających na pewno ich egzotyczną urodę.

zakwaterowanie w hotelu “Ambassador” dało mi okazję do uczestniczenia w
ciekawym wydarzeniu: córka jednego z miejscowych notabli urządzała coś w
rodzaju ostatniego panieńskiego przyjęcia. Zgodnie z miejscową obyczajowością
koszt takiego przyjęcia ponosi podobno narzeczony. Widziałem go na przyjęciu, ale
nie uczestniczył w zabawie. To właśnie bohaterka wieczoru.
Drogie stroje, makijaże…. jakże odmienny to świat od tego, co rano
widziałem na peryferiach miasta…


Przyjaciółki i młode kobiety z rodziny także wystrojone… tańczą w
kółeczku podrygując w rytm monotonnej muzyki.
Jedyny mężczyzna w polu widzenia to mistrz ceremonii czy też wodzirej –
podśpiewujący do mikrofonu i organizujący tańce. A ja siedziałem przy osobnym stoliku w
kącie sali z kamerzystą, który filmował wydarzenie. Bo choć to miejscowa “upper
class” to separacja płci i tak obowiązuje – nawet w tak eleganckim hotelu.


Niektóre miejscowe piękności miały przypięte twarzowe peruczki w stylu
europejskim.
jak mi się wydaje bawiły się dobrze… Tylko co to za zabawa – bez mężczyzn?!

Kolejnego dnia wyruszyłem na wycieczkę, której trasa prowadziła przez interior na wybrzeże Morza Czerwonego.
