
plecakiem od wielu lat. Gdy którego roku skonstatowałem, że mam już za sobš szeć
kontynentów coraz częciej rozmylałem o wyprawie na ten ostatni, nieznany i przez to
fascynujšcy kontynent. Taniego sposobu dotarcia na Antarktydę szukałem przez kilka lat.
Okazało się, że od czasu do czasu z argentyńskich i chilijskich portów wyruszajš do
baz na Antarktydzie statki zaopatrzeniowe na których za kilkaset dolarów można zabrać
się w okrężnš podróż do krainy pingwinów. To rozwišzanie ma jednak dla Polaka
podstawowš wadę: nie sposób zaplanować takiej podróży z odległej Europy, trzeba
polecieć do Południowej Ameryki i czekać na okazję, której być może wcale w
najbliższym czasie nie będzie. Statki wypływajš rzadko, miejsca dla zamorskich
trampów majš niewiele, długoć podróży można okrelić tylko w
przybliżeniu, a jej trasa nie musi wcale prowadzić do najciekawszych miejsc.
ograniczona liczba turystów. Pobyty na siódmym kontynencie były przywilejem naukowców
i uczestników starannie przygotowywanych ekspedycji. Ostatnio sytuacja nieco
się zmieniła, głównie dzięki temu że Akademia Nauk Rosji aby utrzymać posiadane statki
badawcze przystosowane do żeglugi w warunkach lodowych musiała je za niewielkie
pienišdze wyczarterować zachodnim firmom turystycznym. Pozwoliło to obniżyć koszty
uczestnictwa w rejsach do Antarktyki, choć dla Polaka wcišż pozostajš one znaczšce –
ceny krótszych rejsów w najtańszych kabinach rozpoczynajš się na poziomie 3000 USD i
zależš od sezonu.
W przypadku rezygnacji z przelotu
z USA i noclegów w hotelach można od tej ceny odliczyć około 700 USD. Ja mogłem
pozwolić sobie na udział w rejsie tylko dlatego, że uwzględniajšc mojš działalnoć
publicystycznš organizatorzy udzielili mi znaczšcej zniżki. Nawet dla
turystów z zachodu sš to spore sumy: za dziesięciodniowš wyprawę na Antarktydę trzeba
zapłacić tyle, ile za miesišc żeglowania po Karaibach. Mimo to chętnych znajduje się
coraz więcej. Jednych gna na Dalekie Południe ciekawoć wiata, pragnienie zobaczenia
czego, co nie jest jeszcze powszechnie znane i przez to niezwykłe. Inni pragnš
po prostu dołšczyć Terytoria Antarktyczne do listy “zaliczonych” przez siebie
krajów, zdobyć jeszcze jednš pieczštkę do grubego paszportu, aby móc zaimponować
komu ze swego otoczenia. To tacy włanie potrafiš zadawać kierownikowi
ekspedycji u brzegów Antarktydy pytania w rodzaju: -Czy oprócz pingwinów zobaczymy
także białe niedwiedzie?…
tam stacje badawcze w zasadzie nie organizujš noclegów dla przeciętnych turystów.
(Ale
wyjštkowo można przenocować płacšc około 500 USD/noc). Jedynš możliwoć turystycznej eksploracji
Antarktydy daje statek kotwiczšcy u jej wybrzeży i wysadzajšcy pasażerów na
kilkugodzinne wycieczki po lšdzie. Na Antarktydzie nie ma portów i nabrzeży, wiec
podróż na lšd odbywa się każdorazowo w małych łódkach; najczęciej sš to
zaopatrzone w silnik gumowe pontony powszechnie nazywane zodiakami. Bazowanie na statku
zapewnia znaczny komfort i ma ponadto tš zaletę, ze pozwala stosunkowo łatwo
przemieszczać się wzdłuż brzegu do kolejnych ciekawych miejsc.
Informacje o kompaniach
organizujšcych turystyczne wyprawy na Antarktydę znalazłem w internecie. Okazało
się,
że znakomita większoć takich ekspedycji wyrusza z portów Ameryki Południowej
kierujšc się do Półwyspu Antarktycznego – w obszar, gdzie podczas antarktycznego lata
panujš stosunkowo dobre warunki lodowe. Istotne jest także i to, że niewielka
odległoć Ziemi Ognistej od Antarktyki pozwala skrócić do zaledwie dwóch dób
nieciekawy morski “przelot” podczas którego wokół widać tylko pusty ocean i
szybujšce nad statkiem albatrosy.
Ze zgromadzonych informacji wynikało, że najciekawsza
programowo i cenowo oferta pochodzi z kanadyjskiej firmy “Marine Expeditions”.
Jej wyprawy przeznaczone sš dla osób o niewielkich wymaganiach jeli chodzi o wygody
podczas rejsu, za to oczekujšcych intensywnego programu. W odróżnieniu od innych
kompanii sprzedajš oni pojedyncze miejsca na statku, a nie kabiny, co ma duże znaczenie
w sytuacji gdy jeste “nie do pary”. “Marine” co
roku czarteruje dla swoich wypraw całš flotyllę rosyjskich statków badawczych
zabierajšcych od 40 do 120 goci. W cenę wyprawy wliczony jest przelot z wybranego
miasta w USA i noclegi na poczštku i na końcu ekspedycji w Santiago lub Buenos Aires.
Niestety słyszałem, że “Marine” zbankrutowała – zastšpiła jš holenderska
firma “Oceanwide Expeditions”.
pozwoliła przy bezchmurnym niebie podziwiać wspaniałe, onieżone Andy, z malowniczym
wulkanem Osorno i pasmami górskich jezior. Przeskok nad niebieskš wstęgš
Cieniny Magellana, którš już kiedy przemierzyłem na pokładzie małego, dobrze
znanego obieżywiatom promu Malinka”. Potem góry i jałowe stepy Ziemi Ognistej
i wreszcie schodzimy do lšdowania w Ushuai – miasteczku na końcu wiata, jak reklamujš
je na pocztówkach. Rzeczywicie – leci się tu ze Stanów łšcznie 16 godzin – dwa razy
dłużej niż do Europy! Mam okazję skonstatować, że w Ushuai zbudowano w
ostatnich latach nowy pas startowy – znacznie bezpieczniejszy od poprzedniego, do którego
samoloty podchodziły niebezpiecznie nurkujšc miedzy górskimi szczytami.
Następnego ranka fundujš
nam
kilkugodzinnš wycieczkę do parku narodowego Tierra del Fuego. Dziewicza przyroda Ziemi
Ognistej: jeziora, góry i morskie zatoki na pewno warta jest zobaczenia, ale tak
naprawdę każdy z nas sercem jest już na małym statku, który rano pojawił
się w porcie.
“Akademik Joffe” jest prawie nowš jednostkš przystosowanš do żeglugi
wród lodowych gór. Zabierze około 70 pasażerów: w naszej grupie dominujš
Amerykanie, ale znaleć można także Japończyków, Australijczyków i turystów z
Europy. O szóstej wieczorem rzucamy cumy, by pożeglować spokojnymi wodami Kanału
Beagle w kierunku Atlantyku.
Cienina Drakea, oddzielajšca Amerykę od Antarktydy
cieszy się wród marynarzy złš sławš – cierajš się tu masy powietrza znad
Pacyfiku i Atlantyku dajšc w wyniku częste sztormy. Bylimy przygotowani na najgorsze.
Tymczasem przez dwa następne dni jest prawie bezwietrznie: morze jest spokojne, a po
niebie sunš z wolna nieliczne tylko obłoki. Czas między posiłkami wypełniajš nam
prelekcje i pokazy przeroczy. Poznajemy nie tylko historię wypraw na siódmy kontynent,
ale i obowišzujšce tam zwyczaje: do fok nie wolno podchodzić bliżej niż na 10
metrów, do pingwinów – na 5. – A jeżeli spotkacie pingwina maszerujšcego w poprzek
waszej drogi, to pamiętajcie, że to on ma pierwszeństwo!
onieżonych gór – to już Południowe Szetlandy. W trzy godziny póniej rzucamy kotwicę przy
pierwszej z wysp – Aitcho. Gumowe pontony tańczš na fali przywišzane do trapu. Hop! –
skok z trapu do wnętrza zodiaka. Ubrani w cienkie ratunkowe kamizelki siadamy na burtach
i w chwilę potem mkniemy w pełnym słońcu w kierunku kamienistej plaży. No, nie!
Mylałem, że na wyspie trzeba będzie szukać pingwinów tymczasem one już czekajš na
nas w miejscu lšdowania! Wcale nie sš płochliwe; stojš jak czarno-białe słupki
zaledwie o kilka kroków: chinstrapy – z czarnš przepaskš na podbródku i
białobrewe gentoo. Od czasu do czasu podnoszš dziób pionowo do góry
głonym skrzekiem nawołujšc rodziców. Posuwajšc się bardzo ostrożnie znajdujemy
wród nich drogę w głšb wyspy.
należy przypisać niezwykły jak na Antarktykę widok: nasłonecznione, pozbawione niegu
zbocze porasta niezwykle delikatny, zielony mech – ta zieleń w krainie lodów to co
niezwykłego. Po drugiej stronie wyspy podziwiamy wysokie lodowe klify i fotografujemy
kolejnš kolonie pingwinów na wybrzeżu usianym wielkimi koćmi wielorybów.
baraszkujš przy brzegu foki – uchatki, a na nieco oddalonej plaży wyleguje się chyba z
tuzin morskich słoni. Stare i młode samce posapujšc i porykujšc rywalizujš o prawo
prymatu nad wygrzewajšcym się w słońcu haremem. Czasami bardzo gronie skaczš sobie
do oczu, a właciwie do okazałych nosów.
gniazda wielkie petrele. Ich pokryte puchem pisklęta siedzš wcišż w gniazdach,
uzależnione od donoszšcych ryby rodziców. Pisklęta wielkoci dorodnej kury! Podobnie
okazałe młode ma skua – wielkie drapieżne ptaszysko oczyszczajšce kolonie pingwinów z
najsłabszych i ułomnych ptaków. Fotografuję i filmuję. I jestem tak zafascynowany
miejscowš przyrodš, że niemal zapominam o upływajšcych godzinach. Dopiero kto z
przechodzšcych turystów przywołuje mnie do porzšdku: -Pora wracać na plażę, za
kwadrans odpływa ostatni zodiak!
Statki Marine Expeditions”
wspomagajš antarktyczne programy badawcze. W ramach takiej pomocy wieczorem przy
argentyńskiej stacji Jubany na Wyspie Króla Jerzego wysadzamy niemieckiego naukowca.
Zaledwie kilkanacie mil dalej jest polska stacja naukowa im. Henryka Arctowskiego.
Piszš o niej w moim handbooku, że to najgocinniejsza stacja w Antarktyce. Niestety nie
zobaczę pracujšcych tam rodaków bo trasa naszego rejsu biegnie stšd w innym kierunku.

U krańca Półwyspu Antarktycznego jest doć szeroki
przesmyk miedzy stałym lšdem, a wyspš Joinville. To Antarctic Sound – słynny z
dryfujšcych tu wielkich “stołowych” gór lodowych. Kto napisał, ze to
największa galeria wiata. Lawirujemy miedzy pływajšcymi eksponatami tej galerii i
podziwiamy z pokładu statku ich niezwykłe kształty. Na tych, które majš spłaszczone
brzegi często można dostrzec odpoczywajšce foki i pingwiny. Stadka pingwinów zmierzajš
już na północ. Widok takiej gromadki, która płynie z zadziwiajšco dużš
prędkociš – to zgodnie nurkujšc, to wyskakujšc ponad wodę stanowi nie lada
atrakcję. Niestety nie sposób uchwycić ich w obiektyw aparatu.

zmieniła się diametralnie: temperatura spadła do minus 5 stopni, wieje silny,
zacinajšcy niegiem wiatr. Ręce grabiejš mi szybko na kamerze. Z gwałtownymi zmianami
pogody musi się liczyć każdy, kto wybiera się na Dalekie Południe. To włanie dlatego
programy ekspedycji sš okrelane jedynie bardzo ogólnie i zawierajš liczne
zastrzeżenia. Dzisiejszy dzień dowodzi, że sš one uzasadnione – trwa jeszcze
antarktyczne lato, a mamy tu mróz i nieg.

znacznie więcej trudnoci niż wczoraj, a gdy odbijamy w końcu od burty
statku morze skrapia nas obficie bryzgami słonej wody. Szybko przemakajš
ortalionowe spodnie. Nic to, ważne że jednak lšdujemy. Wyczekawszy
chwilę, gdy fala cofa się od brzegu przerzucam nogi przez burtę i
zsuwam się do wody. Wszystkie lšdowania w Antarktyce to lšdowania
“mokre”. Bez wysokich gumiaków nie ma mowy o wysiadaniu
na lšd. Nikt nie pozostawia na brzegu cienkich kamizelek ratunkowych
obowišzkowych przy wsiadaniu do zodiaka” – dzi będš one na lšdzie
dodatkowš osłonš przed przenikliwym wiatrem.
Mimo, że wysepka cała pokryta jest warstwš niegu
wszędzie czuć zapach pingwiniego guana. Samych pingwinów już niewiele – w
większoci sš to
czarnogłowe pingwiny Adeli. Zbliża się koniec lata i morze wkrótce zacznie zamarzać.
Wszystkie gatunki pingwinów z wyjštkiem cesarskich odpływajš na zimę na północ – na
Falklandy, Południowš Georgię i inne wyspy o łagodniejszym klimacie. Wrócš wiosnš.
Te czarne ptaki które jeszcze nie odpłynęły wyglšdajš żałonie, stojšc
nieruchomo wród padajšcego niegu. Za to kilka foczych rodzin nie przejmuje
się złš pogodš i baraszkuje w najlepsze w lodowatej wodzie.
Deception Island – Zwodnicza Wyspa
Pierwszymi żeglarzami, którzy zapuszczali się na Dalekie
Południe byli łowcy fok i wielorybów. Już na poczštku XIX wieku odkryli oni u wrót
Antarktydy niezwykłš wyspę, która kryła w sobie jeden z najwspanialszych w wiecie
naturalnych portów. W krainie częstych sztormów było to idealne schronienie dla
żaglowców. Deception Island – bo o niej mowa – to wystajšcy ponad powierzchnię oceanu
wierzchołek dawnego wulkanu. W dawnym kraterze utworzyła się wielka, wypełniona wodš
kaldera, do której prowadzi wšski, bo zaledwie 200-metrowej szerokoci przesmyk.
Przesmyk trudno odnaleć i patrzšc na wyspę z daleka trudno odgadnšć, że kryje ona
takš niespodziankę. Stšd nazwa – Zwodnicza Wyspa. Po przejciu przesmyku, nazywanego
Neptunes Bellows statek wchodzi na spokojne wody zatoki osłoniętej ze wszystkich
stron cianami dawnego wulkanu. Sięgajš one 500 metrów wysokoci. Na brzegu zatoki,
przy szerokiej plaży z czarnego, wulkanicznego piasku stojš zabudowania opuszczonej
stacji wielorybniczej: baraki, piece i zbiorniki. Jest też hangar i wrak małego
samolotu. To włanie stšd w 1928 roku wystartował samolot do pierwszego lotu nad
Antarktydš…
W cianie kaldery
otaczajšcej zatokę jest w jednym miejscu wielka szczerba nazywana Oknem Neptuna. To
podobno z tego okna w 1820 roku amerykański łowca fok Nathaniel Palmer jako pierwszy
zobaczył w dali zarys antarktycznego kontynentu. Przechodzę obok porzuconych
wielorybniczych łodzi i leciwych szałasów w których dzi gnieżdżš się foki.
Wspinam się na Okno Neptuna. Horyzont zasnuty jest chmurami – kontynentu dzi nie widać.
W dole, u stóp urwiska pieni się ocean, a wokół migajš morskie ptaki, które uwiły
sobie gniazda na górskim zboczu.

goršcych ródeł, które poszukiwaczom silnych wrażeń dajš szansę antarktycznej
kšpieli na wieżym powietrzu. Lšdujemy obok tych ródeł w głębi zatoki. Na
poczštek małe rozczarowanie: nie ma tu żadnych basenów i ujęć. Parujšca woda
wypływa leniwym strumieniem wprost z czarnego, wulkanicznego piasku i spływa do kaldery.
Tuż przy brzegu jest zbyt goršca, aby w niej stać. A już kilka metrów dalej –
lodowato zimna. Szczękajšcy zębami ochotnicy chlapiš się więc tam, gdzie da się
wytrzymać – w wšskim pasie o głębokoci 50-60 cm, o metr od brzegu. Czego się nie
robi, aby mieć zdjęcie w plażowym kostiumie na tle pokrytych lodowcami gór!

rejsów przewidujš wiele lšdowań na wyspach, często leżšcych o milę lub
dwie od kontynentu. To dlatego, że majš one bardziej przystępne brzegi i ich fauna jest
z reguły bogatsza. Na Cuverville Island, gdzie zastaje nas kolejny poranek
znajdujemy dużš kolonię pingwinów gentoo. Wiele sporód nich siedzi, a właciwie
stoi na ułożonych z drobnych kamyków gniazdach. Gniazdo przy gniedzie jest często
tak blisko, że wystarczy się z niego wychylić, aby korzystajšc z momentu nieuwagi
sšsiada ukrać mu kamyk i przełożyć do swojego legowiska. Wród młodych
pingwinów sporo jest jeszcze takich, które całkowicie pokryte sš delikatnym puchem. Te
najmniejsze tulš się do mamy i choć dzi jeszcze sš pod opiekš1 to jutro skazane
zostanš na zagładę, gdyż w cišgu dwóch tygodni, które pozostały do końca
antarktycznego lata nie zdšżš się opierzyć i odpłynšć na północ.
Te, które zdšżyły się już pozbyć młodzieńczego
opierzenia maszerujš do wody i przy brzegu próbujš swoich sił w pływaniu. Wszystko to
składa się na spektakl, któremu można przyglšdać się godzinami. Przykucnšłem bez
ruchu nieopodal gniazd i robię zdjęcia, gdy czuję nagle, że co skubie delikatnie
mojš nogawkę. To jeden z małych pingwinów sprawdza, cóż to za stwór pojawił
się na
skraju kolonii. I jak tu przestrzegać nakazu o zachowaniu pięciometrowej odległoci od
ptaków?

pozostawiła w Antarktyce malownicze kanały, przypominajšce fiordy Norwegii czy
Południowego Chile. Jeden z nich – Errera Channel prowadzi nas wród lodowych klifów i
spiętrzonych wysoko gór do zacisznej zatoki Neko Harbour. Wszystko wskazuje na to, że
to tutaj po raz pierwszy postawimy stopę na siódmym kontynencie. Bo przecież
Południowe Szetlandy na których założono większoć stacji badawczych choć
zaliczane do Antarktyki nie sš przecież Antarktydš….
Gumowe zodiaki sunš wolno do
pustego brzegu lawirujšc wród lodowej kry. Skok z burty do płytkiej wody i … już.
Gratulacje! Wszyscy czekali na tš chwilę, ale chyba najbardziej nasi Japończycy!
Chrzęszczš pod gumiakami drobne kamienie. Z daleka ciekawie przyglšdajš się nam
pingwiny Adeli. Antarktyda… Dla mnie – Polaka – jeszcze dodatkowa satysfakcja, bo
mogę naszym skonookim kolegom powiedzieć, że wylšdowali u nasady Półwyspu
Arctowskiego. -Wiecie kto to był Arctowski? Łagodne zbocze pokryte
nieżnš
czapš zachęca do wspinaczki. Pocšc się solidnie pod moimi siedmioma warstwami odzieży
wdrapuję się na wysokoć około 200 metrów. Panoramiczny widok, który roztacza się
ze wzniesienia wart jest tego wysiłku!

przeglšdajš się czarne skały i błękitne lodowe klify. Co jaki czas trzask i
grzmot obwieszcza cielenie się lodowca spływajšcego z przełęczy w głębi zatoki.
Potem takie góry biało-błękitnego lodu dryfujš miesišcami po wodach
Antarktyki pozwalajšc odpoczywać zwierzętom w ich dalekich wędrówkach.
Widzicie tego małego pingwina – samotnika na tej wielkiej górze lodu
fantazyjnie wyrzebionej przez naturę?
ekspedycji podziela naszš fascynację Antarktykš. Trzeci raz w cišgu dnia do zodiaków
– bardzo chętnie! Bo włanie w pobliżu pojawiły się dwa wieloryby – 15-metrowe
humpbaki i można podpłynšć do nich blisko, by zrobić zdjęcia i posłuchać
posapywania tych gigantycznych ssaków.

ekspedycji wymyla kolejnš atrakcję – przepłyniemy zodiakami przez słynny Lemaire
Channel. W amerykańskiej
literaturze przewodnikowej nazywajš go często żartobliwie Kodak Gap –
Szczelina Kodaka. Szczelina, bo jest to ciasny fiord wcinięty miedzy wysoko
spiętrzone góry. Tak efektowny, że przybywajšcy tu turyci i marynarze
zrobili mu już zapewne miliony zdjęć i to nie tylko na filmach kodaka.
Poprzednie ekspedycje podziwiały go jedynie z pokładu statku, my przepłyniemy te 4 mile
tuż u podnóża skalnych urwisk i lodowych klifów. Posuwajšcy się za nami statek
wydaje się dziecinnie mały na tle gigantycznej dekoracji którš jest Lemaire
Channel.

Po drugiej stronie kanału trafiamy do rozległej zatoki
wypełnionej górami lodowymi. Statek nie przecinie się dalej tš drogš. Ale dla nas
jest to niezwykła okazja pożeglowania małymi łódkami w królestwo lodu. Rzucamy
kotwicę, i wkrótce potem nasze zodiaki płynš już w labiryncie mniejszych i
większych, białych i błękitnych lodowych gór z których natura uformowała
najbardziej fantazyjne rzeby.
Do Port Lockroy
docieramy dopiero pod wieczór. Na szczęcie dni podczas antarktycznego lata sš
długie, więc można je wypełnić bogatym programem. Na maleńkiej wysepce u wybrzeży
Wienckie Island znaleć tu można kilka tysięcy pingwinów i dwa małe budyneczki starej
brytyjskiej stacji antarktycznej. W jednym z nich mieci się małe muzeum i poczta, w
drugim latem mieszkajš dwaj Anglicy opiekujšcy się tym historycznym miejscem. Mimo
silnego wiatru wszyscy zaokrętowani na naszym statku turyci zjawiajš się
przy trapie
prowadzšcym do zodiaków. Nareszcie! Zobaczymy ludzi mieszkajšcych w Antarktyce, można
będzie wysłać wszystkie pocztówki z pingwinami opatrzone pamištkowym stemplem, a może
jeszcze kupić jakie pamištki!
Pierwsza, zwiadowcza łódka skaczšc na falach już płynie w
kierunku wybrzeża, już spuszczajš następnš… I nagle wiadomoć przez radio: wiatr
się wzmaga, fala jest zbyt wysoka, ze względu na bezpieczeństwo pasażerów lšdowanie w
takich warunkach nie jest możliwe! Rozczarowanie, nie pierwsze zresztš.
Podobnš sytuację przeżylimy już na poczštku podróży – w Hope Bay, gdzie program
rejsu przewidywał odwiedzenie argentyńskiej stacji Esperanza założonej na krańcu
Półwyspu Antarktycznego. Na statkach ekspedycyjnych o każdej
porze dnia i nocy pasażerowie mogš pojawiać się na mostku, by obserwować morze,
wskazania radaru i zadawać pytania załodze. W takich chwilach jak teraz prawie wszyscy
korzystajš z tego przywileju. A najczęciej zadawanym pytaniem jest pytanie o prognozę
na jutro. Czy będziemy mogli znów lšdować?

Do Przylšdka Horn
Przyszedł niestety dzień w którym “Akademik Joffe”
musiał skierować swój dziób na północ – w drogę powrotnš. Gdy tylko wyszlimy
spod osłony ostatnich wysp z nadziejš na spokojne jak przedtem żeglowanie przez
Cieninę Drakea okazało się, że tym razem Neptun nam nie daruje. Ocean rozhutał
się na dobre. Bryzgi piany dobywajšce się co chwila spod dziobu sięgajš mostka.
Wyjcia na wszystkie zewnętrzne pokłady zaryglowane. W korytarzach rzuca człowiekiem od
ciany do ciany. a pokonanie schodów w drodze do mesy staje się prawdziwym problemem.
W jadalni nawet w porze posiłków zrobiło się pusto, wyglšda na to, że połowa naszej
wyprawy już drugi dzień nie opuszcza swoich kabin. Czasu jest aż nadto – można
uporzšdkować wrażenia z oglšdanej przedwczoraj malowniczej Rajskiej Zatoki
(Paradise Harbor) i zrobić zaległe notatki.
Paradise
Harbor
Zerkam przez
iluminator na wzburzone morze i z każdš godzinš topnieje nadzieja na zobaczenie
Przylšdka Horn: przy takiej pogodzie kapitan nie odważy sie przecież podejć blisko
brzegu! O trzeciej po południu majaczš w oddali zarysy jakiego lšdu. O pištej – nie
do wiary: morze uspokaja się, robi się ciepło i “Joffe” podchodzi na
odległoć zaledwie jednej mili do 400-metrowej, pokrytej zieleniš skały. Wszyscy na
pokład! To włanie legendarny Cabo de Hornos! Przez radio pozdrawiajš nas
pracownicy chilijskiej stacji brzegowej zlokalizowanej na krańcu Ameryki.
Z naszej codziennej okrętowej gazetki dowiedzielimy
się, że
zgodnie ze starym marynarskim obyczajem żeglarze, którzy “zaliczyli”
Przylšdek Horn mogš zawiesić w uchu złoty kolczyk. – Ponieważ przechodzilimy
obok
Hornu lewš burtš przysługuje wam na razie kolczyk do lewego ucha! – żartuje kapitan.
wita, gdy następnego ranka zawijamy do małego portu w Ushuai. Jakże miła jest dla
oka po pobycie w krainie wiecznego lodu zieleń pokrywajšca zbocza okolicznych
gór! Adios Antartida!
Wojciech Dšbrowski