Mój siódmy kontynent – Wojciech Dšbrowski (s5plantar.htm)

Tekst i zdjęcia:  Wojciech Dšbrowski  Š
Antarktyka ’97
Ant121.jpg
Wędruję z

plecakiem od wielu lat. Gdy któregoœ roku skonstatowałem, że mam już za sobš szeœć

kontynentów coraz częœciej rozmyœlałem o wyprawie na ten ostatni, nieznany i przez to

fascynujšcy kontynent. Taniego sposobu dotarcia na Antarktydę szukałem przez kilka lat.

Okazało się, że od czasu do czasu z argentyńskich i chilijskich portów wyruszajš do

baz na Antarktydzie statki zaopatrzeniowe na których za kilkaset dolarów można zabrać

się w okrężnš podróż do krainy pingwinów. To rozwišzanie ma jednak dla Polaka

podstawowš wadę: nie sposób zaplanować takiej podróży z odległej Europy, trzeba

polecieć do Południowej Ameryki i czekać na okazję, której być może wcale w

najbliższym czasie nie będzie. Statki wypływajš  rzadko, miejsca dla zamorskich

trampów majš niewiele, długoœć podróży można okreœlić  tylko w

przybliżeniu, a jej trasa nie musi wcale prowadzić do najciekawszych miejsc.

dwaping.JPG (6218 bytes)
Jeszcze kilka lat temu na Antarktydę docierała bardzo

ograniczona liczba turystów. Pobyty na siódmym kontynencie były przywilejem naukowców

i uczestników starannie przygotowywanych ekspedycji. Ostatnio sytuacja nieco

się zmieniła, głównie dzięki temu że Akademia Nauk Rosji aby utrzymać posiadane statki

badawcze przystosowane do żeglugi w warunkach lodowych musiała je za niewielkie

pienišdze wyczarterować zachodnim firmom turystycznym. Pozwoliło to obniżyć koszty

uczestnictwa w rejsach do Antarktyki, choć dla Polaka wcišż pozostajš one znaczšce –

ceny krótszych rejsów w najtańszych kabinach rozpoczynajš się na poziomie 3000 USD i

zależš od sezonu.

W przypadku rezygnacji z przelotu

z USA i noclegów w hotelach można od tej ceny odliczyć około 700 USD. Ja mogłem

pozwolić sobie na udział w rejsie tylko dlatego, że uwzględniajšc mojš działalnoœć

publicystycznš organizatorzy udzielili mi znaczšcej zniżki.   Nawet dla

turystów z zachodu sš to spore sumy: za dziesięciodniowš wyprawę na Antarktydę trzeba

zapłacić tyle, ile za miesišc żeglowania po Karaibach. Mimo to chętnych znajduje się

coraz więcej. Jednych gna na Dalekie Południe ciekawoœć œwiata, pragnienie zobaczenia

czegoœ, co nie jest jeszcze powszechnie znane i przez to niezwykłe.  Inni pragnš

po prostu dołšczyć Terytoria Antarktyczne do listy “zaliczonych” przez siebie

krajów, zdobyć jeszcze jednš pieczštkę do grubego paszportu, aby móc zaimponować

komuœ ze swego otoczenia.  To tacy właœnie potrafiš zadawać kierownikowi

ekspedycji u brzegów Antarktydy pytania w rodzaju: -Czy oprócz pingwinów zobaczymy

także białe niedŸwiedzie?…

polePing.JPG (10756 bytes)
Póki co na siódmym kontynencie nie ma hoteli, a funkcjonujšce

tam stacje badawcze w zasadzie nie organizujš noclegów dla przeciętnych turystów.

(Ale

wyjštkowo można przenocować płacšc około 500 USD/noc).  Jedynš możliwoœć turystycznej eksploracji

Antarktydy daje statek kotwiczšcy u jej wybrzeży i wysadzajšcy pasażerów na

kilkugodzinne wycieczki po lšdzie.  Na Antarktydzie nie ma portów i nabrzeży, wiec

podróż na lšd odbywa się każdorazowo w małych łódkach; najczęœciej sš to

zaopatrzone w silnik gumowe pontony powszechnie nazywane zodiakami. Bazowanie na statku

zapewnia znaczny komfort i ma ponadto tš zaletę, ze pozwala stosunkowo łatwo

przemieszczać się wzdłuż brzegu do kolejnych ciekawych miejsc.

Informacje o kompaniach

organizujšcych turystyczne wyprawy na Antarktydę znalazłem w internecie. Okazało

się,

że znakomita większoœć takich ekspedycji wyrusza z portów Ameryki Południowej

kierujšc się do Półwyspu Antarktycznego – w obszar, gdzie podczas antarktycznego lata

panujš stosunkowo dobre warunki lodowe. Istotne jest także i to, że niewielka

odległoœć  Ziemi Ognistej od Antarktyki pozwala skrócić do zaledwie dwóch dób

nieciekawy morski “przelot” podczas którego wokół widać tylko pusty ocean i

szybujšce nad statkiem albatrosy.

Ze zgromadzonych informacji wynikało, że najciekawsza

programowo i cenowo oferta pochodzi z kanadyjskiej firmy “Marine Expeditions”.

Jej wyprawy przeznaczone sš dla osób o niewielkich wymaganiach jeœli chodzi o wygody

podczas rejsu, za to oczekujšcych intensywnego programu. W odróżnieniu od innych

kompanii sprzedajš oni pojedyncze miejsca na statku, a nie kabiny, co ma duże znaczenie

w sytuacji gdy jesteœ “nie do pary”.    “Marine” co

roku czarteruje dla swoich wypraw całš flotyllę rosyjskich statków badawczych

zabierajšcych od 40 do 120 goœci. W cenę wyprawy wliczony jest przelot z wybranego

miasta w USA i noclegi na poczštku i na końcu ekspedycji w Santiago lub Buenos Aires.

Niestety słyszałem, że “Marine” zbankrutowała – zastšpiła jš holenderska

firma “Oceanwide Expeditions”.

pinSnieg.JPG (9065 bytes)

Z Santiago de Chile wystartowaliœmy w południe. Znakomita pogoda

pozwoliła przy bezchmurnym niebie podziwiać wspaniałe, oœnieżone Andy, z malowniczym

wulkanem Osorno i pasmami górskich jezior. Przeskok  nad niebieskš wstęgš

Cieœniny Magellana, którš już kiedyœ przemierzyłem na pokładzie małego, dobrze

znanego obieżyœwiatom promu „Malinka”. Potem góry i jałowe stepy Ziemi Ognistej

i wreszcie schodzimy do lšdowania w Ushuai – miasteczku na końcu œwiata, jak reklamujš

je na pocztówkach. Rzeczywiœcie – leci się tu ze Stanów łšcznie 16 godzin – dwa razy

dłużej niż do Europy!  Mam okazję skonstatować, że w Ushuai zbudowano w

ostatnich latach nowy pas startowy – znacznie bezpieczniejszy od poprzedniego, do którego

samoloty podchodziły niebezpiecznie nurkujšc miedzy górskimi szczytami.

Następnego ranka fundujš

nam

kilkugodzinnš wycieczkę do parku narodowego Tierra del Fuego. Dziewicza przyroda Ziemi

Ognistej: jeziora, góry i morskie zatoki na pewno warta jest zobaczenia, ale tak

naprawdę każdy z nas sercem jest już na małym statku, który rano pojawił

się w porcie.

“Akademik Joffe” jest prawie nowš jednostkš  przystosowanš do żeglugi

wœród lodowych gór. Zabierze około 70 pasażerów: w naszej grupie dominujš

Amerykanie, ale znaleŸć można także Japończyków, Australijczyków i turystów z

Europy. O szóstej wieczorem rzucamy cumy, by pożeglować spokojnymi wodami Kanału

Beagle w kierunku Atlantyku.

Cieœnina Drake’a, oddzielajšca Amerykę od Antarktydy

cieszy się wœród marynarzy złš sławš – œcierajš się tu masy powietrza znad

Pacyfiku i Atlantyku dajšc w wyniku częste sztormy. Byliœmy przygotowani na najgorsze.

Tymczasem przez dwa następne dni jest prawie bezwietrznie: morze jest spokojne, a po

niebie sunš z wolna nieliczne tylko obłoki. Czas między posiłkami wypełniajš nam

prelekcje i pokazy przeŸroczy. Poznajemy nie tylko historię wypraw na siódmy kontynent,

ale i obowišzujšce tam zwyczaje: do fok nie wolno podchodzić bliżej niż na 10

metrów, do pingwinów – na 5. – A jeżeli spotkacie pingwina maszerujšcego w poprzek

waszej drogi, to pamiętajcie, że to on ma pierwszeństwo!

zodiac.JPG (8154 bytes)
Około południa na horyzoncie pojawia się łańcuch

oœnieżonych gór – to już Południowe Szetlandy. W trzy godziny póŸniej rzucamy kotwicę przy

pierwszej z wysp – Aitcho. Gumowe pontony tańczš na fali przywišzane do trapu. Hop! –

skok z trapu do wnętrza zodiaka. Ubrani w cienkie ratunkowe kamizelki siadamy na burtach

i w chwilę potem mkniemy w pełnym słońcu w kierunku kamienistej plaży. No, nie!

Myœlałem, że na wyspie trzeba będzie szukać pingwinów tymczasem one już czekajš na

nas w miejscu lšdowania! Wcale nie sš płochliwe; stojš jak czarno-białe słupki

zaledwie o kilka kroków: chinstrapy – z czarnš przepaskš na podbródku i

białobrewe gentoo. Od czasu do czasu podnoszš dziób pionowo do góry

głoœnym skrzekiem nawołujšc rodziców. Posuwajšc się bardzo ostrożnie znajdujemy

wœród nich drogę w głšb wyspy.

Jest koniec antarktycznego lata i chyba temu faktowi

należy przypisać niezwykły jak na Antarktykę widok: nasłonecznione, pozbawione œniegu

zbocze porasta niezwykle delikatny, zielony mech – ta zieleń w krainie lodów to coœ

niezwykłego. Po drugiej stronie wyspy podziwiamy wysokie lodowe klify i fotografujemy

kolejnš kolonie pingwinów na wybrzeżu usianym wielkimi koœćmi wielorybów. 

Nieopodal

baraszkujš przy brzegu foki – uchatki, a na nieco oddalonej plaży wyleguje się chyba z

tuzin morskich słoni. Stare i młode samce posapujšc i porykujšc rywalizujš o prawo

prymatu nad wygrzewajšcym się w słońcu haremem. Czasami bardzo groŸnie skaczš sobie

do oczu, a właœciwie do okazałych nosów.

petrel.JPG (7211 bytes)
Czeka mnie jeszcze wspinaczka na urwisko, gdzie założyły swe

gniazda wielkie petrele. Ich pokryte puchem pisklęta siedzš wcišż w gniazdach,

uzależnione od donoszšcych ryby rodziców. Pisklęta wielkoœci dorodnej kury! Podobnie

okazałe młode ma skua – wielkie drapieżne ptaszysko oczyszczajšce kolonie pingwinów z

najsłabszych i ułomnych ptaków. Fotografuję i filmuję. I jestem tak zafascynowany

miejscowš przyrodš, że niemal zapominam o upływajšcych godzinach. Dopiero ktoœ z

przechodzšcych turystów przywołuje mnie do porzšdku: -Pora wracać na plażę, za

kwadrans odpływa ostatni zodiak!

Statki „Marine Expeditions”

wspomagajš antarktyczne programy badawcze. W ramach takiej pomocy wieczorem przy

argentyńskiej stacji Jubany na Wyspie Króla Jerzego wysadzamy niemieckiego naukowca.

Zaledwie kilkanaœcie mil dalej jest polska stacja naukowa im. Henryka Arctowskiego.

Piszš o niej w moim handbooku, że to najgoœcinniejsza stacja w Antarktyce. Niestety nie

zobaczę pracujšcych tam rodaków bo trasa naszego rejsu biegnie stšd w innym kierunku.

ant_map2.gif (18028 bytes)

U krańca Półwyspu Antarktycznego jest doœć szeroki

przesmyk miedzy stałym lšdem, a wyspš Joinville. To Antarctic Sound – słynny z

dryfujšcych tu wielkich “stołowych” gór lodowych. Ktoœ napisał, ze to

największa galeria œwiata. Lawirujemy miedzy pływajšcymi eksponatami tej galerii i

podziwiamy z pokładu statku ich niezwykłe kształty. Na tych, które majš spłaszczone

brzegi często można dostrzec odpoczywajšce foki i pingwiny. Stadka pingwinów zmierzajš

już na północ. Widok takiej gromadki, która płynie z zadziwiajšco dużš

prędkoœciš – to zgodnie nurkujšc, to wyskakujšc ponad wodę stanowi nie lada

atrakcję. Niestety nie sposób uchwycić ich w obiektyw aparatu.

poœwiata.JPG (5556 bytes)
Kolejny ranek zastaje nas u wybrzeży wysepki Paulet. Pogoda

zmieniła się diametralnie: temperatura spadła do minus 5 stopni, wieje silny,

zacinajšcy œniegiem wiatr. Ręce grabiejš mi szybko na kamerze. Z gwałtownymi zmianami

pogody musi się liczyć każdy, kto wybiera się na Dalekie Południe. To właœnie dlatego

programy ekspedycji sš okreœlane jedynie bardzo ogólnie i zawierajš liczne

zastrzeżenia. Dzisiejszy dzień dowodzi, że sš one uzasadnione – trwa jeszcze

antarktyczne lato, a mamy tu mróz i œnieg.

Wsiadanie do rozkołysanych zodiaków przysparza

znacznie więcej trudnoœci niż wczoraj, a gdy odbijamy w końcu od burty

statku morze skrapia nas obficie bryzgami słonej wody. Szybko przemakajš

ortalionowe spodnie. Nic to, ważne że jednak lšdujemy. Wyczekawszy

chwilę, gdy fala cofa się od brzegu przerzucam nogi przez burtę i

zsuwam się do wody.  Wszystkie lšdowania w Antarktyce to lšdowania

“mokre”.  Bez wysokich gumiaków nie ma mowy o wysiadaniu

na lšd. Nikt nie pozostawia na brzegu cienkich kamizelek ratunkowych

obowišzkowych przy wsiadaniu do „zodiaka” – dziœ będš one na lšdzie

dodatkowš osłonš przed przenikliwym wiatrem.

Mimo, że wysepka cała pokryta jest warstwš œniegu

wszędzie czuć zapach pingwiniego guana. Samych pingwinów już niewiele – w

większoœci sš to

czarnogłowe pingwiny Adeli. Zbliża się koniec lata i morze wkrótce zacznie zamarzać.

Wszystkie gatunki pingwinów z wyjštkiem cesarskich odpływajš na zimę na północ – na

Falklandy, Południowš Georgię i inne wyspy o łagodniejszym klimacie. Wrócš wiosnš.

Te czarne ptaki które jeszcze nie odpłynęły wyglšdajš żałoœnie, stojšc

nieruchomo wœród padajšcego œniegu.  Za to kilka foczych rodzin nie przejmuje

się złš pogodš i baraszkuje w najlepsze w lodowatej wodzie.

Deception Island – Zwodnicza Wyspa

Pierwszymi żeglarzami, którzy zapuszczali się na Dalekie

Południe byli łowcy fok i wielorybów. Już na poczštku XIX wieku odkryli oni u wrót

Antarktydy niezwykłš wyspę, która kryła w sobie jeden z najwspanialszych w œwiecie

naturalnych portów. W krainie częstych sztormów było to idealne schronienie dla

żaglowców. Deception Island – bo o niej mowa – to wystajšcy ponad powierzchnię oceanu

wierzchołek dawnego wulkanu. W dawnym kraterze utworzyła się wielka, wypełniona wodš

kaldera, do której prowadzi wšski, bo zaledwie 200-metrowej szerokoœci przesmyk.

Przesmyk trudno odnaleŸć i patrzšc na wyspę z daleka trudno odgadnšć, że kryje ona

takš niespodziankę. Stšd nazwa – Zwodnicza Wyspa. Po przejœciu przesmyku, nazywanego

Neptune’s Bellows statek wchodzi na spokojne wody zatoki osłoniętej ze wszystkich

stron œcianami dawnego wulkanu. Sięgajš one 500 metrów wysokoœci. Na brzegu zatoki,

przy szerokiej plaży z czarnego, wulkanicznego piasku stojš zabudowania opuszczonej

stacji wielorybniczej: baraki, piece i zbiorniki. Jest też hangar i wrak małego

samolotu. To właœnie stšd w 1928 roku wystartował  samolot do pierwszego lotu nad

Antarktydš…

łódŸDece.JPG (8398 bytes)W œcianie kaldery

otaczajšcej zatokę jest w jednym miejscu wielka szczerba nazywana Oknem Neptuna. To

podobno z tego okna w 1820 roku amerykański łowca fok Nathaniel Palmer jako pierwszy

zobaczył w dali zarys antarktycznego kontynentu. Przechodzę obok porzuconych

wielorybniczych łodzi i leciwych szałasów w których dziœ  gnieżdżš się foki.

Wspinam się na Okno Neptuna. Horyzont zasnuty jest chmurami – kontynentu dziœ nie widać.

W dole, u stóp urwiska pieni się ocean, a wokół œmigajš morskie ptaki, które uwiły

sobie gniazda na górskim zboczu.

Deception Island słynie również z

goršcych Ÿródeł, które poszukiwaczom silnych wrażeń dajš szansę antarktycznej

kšpieli na œwieżym powietrzu. Lšdujemy obok tych Ÿródeł w głębi zatoki. Na

poczštek małe rozczarowanie: nie ma tu żadnych basenów i ujęć. Parujšca woda

wypływa leniwym strumieniem wprost z czarnego, wulkanicznego piasku i spływa do kaldery.

Tuż przy brzegu jest zbyt goršca, aby w niej stać. A już kilka metrów dalej –

lodowato zimna. Szczękajšcy zębami ochotnicy chlapiš się więc tam, gdzie da się

wytrzymać – w wšskim pasie o głębokoœci 50-60 cm, o metr od brzegu. Czego się nie

robi, aby mieć zdjęcie w plażowym kostiumie na tle pokrytych lodowcami gór!

 

Programy

rejsów przewidujš wiele lšdowań na wyspach,   często leżšcych o milę lub

dwie od kontynentu. To dlatego, że majš one bardziej przystępne brzegi i ich fauna jest

z reguły bogatsza.  Na Cuverville Island, gdzie zastaje nas kolejny poranek

znajdujemy dużš kolonię pingwinów gentoo. Wiele spoœród nich siedzi, a właœciwie

stoi na ułożonych z drobnych kamyków gniazdach. Gniazdo przy gnieŸdzie jest często

tak blisko, że wystarczy się z niego wychylić, aby korzystajšc z momentu nieuwagi

sšsiada ukraœć mu kamyk i przełożyć do swojego legowiska. Wœród młodych

pingwinów sporo jest jeszcze takich, które całkowicie pokryte sš delikatnym puchem. Te

najmniejsze tulš się do mamy i choć dziœ jeszcze sš pod opiekš1 to jutro skazane

zostanš na zagładę, gdyż   w cišgu dwóch tygodni, które pozostały do końca

antarktycznego lata nie zdšżš się opierzyć i odpłynšć  na północ.

Te, które zdšżyły się już pozbyć  młodzieńczego

opierzenia maszerujš do wody i przy brzegu próbujš swoich sił w pływaniu. Wszystko to

składa się na spektakl, któremu można przyglšdać się godzinami. Przykucnšłem bez

ruchu nieopodal gniazd i robię zdjęcia, gdy czuję nagle, że coœ skubie delikatnie

mojš nogawkę. To jeden z małych pingwinów sprawdza, cóż to za stwór pojawił

się na

skraju kolonii.  I jak tu przestrzegać nakazu o zachowaniu pięciometrowej odległoœci od

ptaków?

Pomiędzy dużymi wyspami, a stałym lšdem przyroda

pozostawiła w Antarktyce malownicze kanały, przypominajšce fiordy Norwegii czy

Południowego Chile. Jeden z nich – Errera Channel prowadzi nas wœród lodowych klifów i

spiętrzonych wysoko gór do zacisznej zatoki Neko Harbour. Wszystko wskazuje na to, że

to tutaj po raz pierwszy postawimy stopę na siódmym kontynencie. Bo przecież

Południowe Szetlandy na których założono większoœć stacji badawczych choć

zaliczane do Antarktyki nie sš przecież Antarktydš….

Neko.JPG (7513 bytes)

Gumowe zodiaki sunš wolno do

pustego brzegu lawirujšc wœród lodowej kry. Skok z burty do płytkiej wody i … już.

Gratulacje! Wszyscy czekali na tš chwilę, ale chyba najbardziej nasi Japończycy!

Chrzęszczš pod gumiakami drobne kamienie.  Z daleka ciekawie przyglšdajš się nam

pingwiny Adeli.  Antarktyda… Dla mnie – Polaka – jeszcze dodatkowa satysfakcja, bo

mogę naszym skoœnookim kolegom powiedzieć, że wylšdowali u nasady Półwyspu

Arctowskiego. -Wiecie kto to był Arctowski?  Łagodne zbocze pokryte

œnieżnš 

czapš zachęca do wspinaczki. Pocšc się solidnie pod moimi siedmioma warstwami odzieży

wdrapuję się na wysokoœć około 200 metrów. Panoramiczny widok, który roztacza się

ze wzniesienia wart jest tego wysiłku!

Wokół góry, a w dole zatoka, w której

przeglšdajš   się czarne skały i błękitne lodowe klify. Co jakiœ czas trzask i

grzmot obwieszcza cielenie się lodowca spływajšcego z przełęczy w głębi zatoki.

Potem takie góry biało-błękitnego lodu dryfujš miesišcami po wodach

Antarktyki pozwalajšc odpoczywać zwierzętom w ich dalekich wędrówkach.

Widzicie tego małego pingwina – samotnika na tej wielkiej górze lodu

fantazyjnie wyrzeŸbionej przez naturę? 

Bardzo ważne jest to, że młode wiekiem kierownictwo naszej

ekspedycji podziela naszš fascynację Antarktykš. Trzeci raz w cišgu dnia do zodiaków

– bardzo chętnie! Bo właœnie w pobliżu pojawiły się dwa wieloryby – 15-metrowe

humpbaki i można podpłynšć do nich blisko, by zrobić zdjęcia i posłuchać

posapywania tych gigantycznych ssaków.


 Natomiast rano Andrew – kierownik naszej

ekspedycji wymyœla kolejnš atrakcję – przepłyniemy zodiakami przez słynny Lemaire

Channel.        W amerykańskiej

literaturze przewodnikowej nazywajš go często żartobliwie Kodak Gap –

Szczelina Kodaka. Szczelina, bo jest to ciasny fiord wciœnięty miedzy wysoko

spiętrzone góry. Tak efektowny, że przybywajšcy tu turyœci i marynarze

zrobili mu już zapewne miliony zdjęć  i to nie tylko na filmach kodaka.

Poprzednie ekspedycje podziwiały go jedynie z pokładu statku, my przepłyniemy te 4 mile

tuż u podnóża skalnych urwisk i lodowych klifów. Posuwajšcy się za nami statek

wydaje się dziecinnie mały na tle gigantycznej dekoracji którš jest Lemaire

Channel.

Po drugiej stronie kanału trafiamy do rozległej zatoki

wypełnionej górami lodowymi. Statek nie przeciœnie się dalej tš drogš. Ale dla nas

jest to niezwykła okazja pożeglowania małymi łódkami w królestwo lodu. Rzucamy

kotwicę, i wkrótce potem nasze zodiaki płynš już w labiryncie mniejszych i

większych, białych i błękitnych lodowych gór z których natura uformowała

najbardziej fantazyjne rzeŸby.

Do Port Lockroy

docieramy dopiero pod wieczór. Na szczęœcie dni podczas antarktycznego lata sš

długie, więc można je wypełnić bogatym programem. Na maleńkiej wysepce u wybrzeży

Wienckie Island znaleŸć tu można kilka tysięcy pingwinów i dwa małe budyneczki starej

brytyjskiej stacji antarktycznej. W jednym z nich mieœci się małe muzeum i poczta, w

drugim latem mieszkajš dwaj Anglicy opiekujšcy się tym historycznym miejscem. Mimo

silnego wiatru wszyscy zaokrętowani na naszym statku turyœci zjawiajš się

przy trapie

prowadzšcym do zodiaków. Nareszcie! Zobaczymy ludzi mieszkajšcych w Antarktyce, można

będzie wysłać wszystkie pocztówki z pingwinami opatrzone pamištkowym stemplem, a może

jeszcze kupić jakieœ pamištki!

Pierwsza, zwiadowcza łódka skaczšc na falach już płynie w

kierunku wybrzeża, już spuszczajš następnš… I nagle wiadomoœć przez radio: wiatr

się wzmaga, fala jest zbyt wysoka, ze względu na bezpieczeństwo pasażerów lšdowanie w

takich warunkach nie jest możliwe! Rozczarowanie, nie pierwsze zresztš.

Podobnš sytuację przeżyliœmy już na poczštku podróży – w Hope Bay, gdzie program

rejsu przewidywał odwiedzenie argentyńskiej stacji Esperanza założonej na krańcu

Półwyspu Antarktycznego. Na statkach ekspedycyjnych o każdej

porze dnia i nocy pasażerowie mogš pojawiać się na mostku, by obserwować morze,

wskazania radaru i zadawać pytania załodze. W takich chwilach jak teraz prawie wszyscy

korzystajš z tego przywileju. A najczęœciej zadawanym pytaniem jest pytanie o prognozę

na jutro. Czy będziemy mogli znów lšdować?

bazParad.JPG (5100 bytes)

Do Przylšdka Horn

Przyszedł niestety dzień w którym “Akademik Joffe”

musiał skierować swój dziób na północ – w drogę powrotnš. Gdy tylko wyszliœmy

spod osłony ostatnich wysp z nadziejš na spokojne jak przedtem żeglowanie przez

Cieœninę Drake’a okazało się, że tym razem Neptun nam nie daruje. Ocean rozhuœtał

się na dobre. Bryzgi piany dobywajšce się co chwila spod dziobu sięgajš mostka.

Wyjœcia na wszystkie zewnętrzne pokłady zaryglowane. W korytarzach rzuca człowiekiem od

œciany do œciany. a pokonanie schodów w drodze do mesy staje się prawdziwym problemem. 

W jadalni nawet w porze posiłków zrobiło się pusto, wyglšda na to, że połowa naszej

wyprawy już drugi dzień nie opuszcza swoich kabin. Czasu jest aż nadto – można

uporzšdkować wrażenia z oglšdanej przedwczoraj malowniczej Rajskiej Zatoki

(Paradise Harbor) i zrobić zaległe notatki.


  Paradise

Harbor

 

Zerkam przez

iluminator na wzburzone morze i z każdš godzinš topnieje nadzieja na zobaczenie

Przylšdka Horn: przy takiej pogodzie kapitan nie odważy sie przecież podejœć blisko

brzegu! O trzeciej po południu majaczš w oddali zarysy jakiegoœ lšdu. O pištej – nie

do wiary: morze uspokaja się, robi się ciepło i “Joffe” podchodzi na

odległoœć zaledwie jednej mili do 400-metrowej, pokrytej zieleniš skały. Wszyscy na

pokład! To właœnie legendarny Cabo de Hornos!  Przez radio pozdrawiajš nas

pracownicy chilijskiej stacji brzegowej zlokalizowanej na krańcu Ameryki.

Z naszej codziennej okrętowej gazetki dowiedzieliœmy

się, że

zgodnie ze starym marynarskim obyczajem żeglarze, którzy “zaliczyli”

Przylšdek Horn mogš zawiesić w uchu złoty kolczyk. – Ponieważ przechodziliœmy

obok

Hornu lewš burtš przysługuje wam na razie kolczyk do lewego ucha! – żartuje kapitan.

Œwita, gdy następnego ranka zawijamy do małego portu w Ushuai. Jakże miła jest dla

oka po pobycie w krainie wiecznego lodu zieleń pokrywajšca zbocza okolicznych

gór!  Adios Antartida!

                                                   

     Wojciech   Dšbrowski

NaGniezd.JPG (8168 bytes)