Dšbrowski Š
Wyprawa pod Angel –
najwyższy wodospad wiata
Doskonale
pamiętam tabelę najwyższych wodospadów z mojego szkolnego atlasu Na pierwszym
miejscu figurowała tam magiczna nazwa Angel” i kraj – Wenezuela. Pojawiał się
jednak już wówczas jeden problem – wędrujšc palcem po niezbyt dokładnej mapie nie
mogłem na niej odnaleć Angela. Póniej, gdy mapy były już lepsze dziwiłem się,
że wodospad jest tak bardzo oddalony od jakichkolwiek miejscowoci. Minęło sporo lat.
Podczas samotnych podróży z plecakiem szczęliwy los pozwolił mi oglšdać
kolejno Niagarę, Iguassu i Wodospady Wiktorii – wszystkie były wspaniałe i wzbudzały
podziw. Nigdy jednak nie zapomniałem o najwyższym z najwyższych: o Angelu, oczekujšc
jedynie na sposobnoć…
Wenezueli wiedziałem już, że punktem wyjciowym dla wypraw do Najwyższego Wodospadu
jest maleńka, zagubiona w dżungli osada Canaima. Pozostawało pytanie: jak do niej
dotrzeć? Canaima leży w centrum Wyżyny Gujańskiej, nie prowadzš do niej żadne drogi.
Można tam ewentualnie dopłynšć rzekš, ale decyzja taka oznacza koniecznoć
wynajęcia na kilka dni łodzi z załogš i sprzętu biwakowego – rzadko kto wybiera takie
rozwišzanie. Pozostaje droga lotnicza, która również jest dosyć kosztowna i dlatego
przez wiele lat Angel znajdował się poza zasięgiem możliwoci trampów
przemierzajšcych kontynenty z plecakami na grzbiecie i przysłowiowym grosikiem w
kieszeni. Sytuację pogarszał jeszcze fakt, że do niedawna jedynš bazš
noclegowš w Canaimie był luksusowy i bardzo drogi orodek linii lotniczych
Avensa.
Canaima
Samoloty do Canaimy startujš z Ciudad
Bolivar – stolicy jednej z wenezuelskich prowincji, położonej nad wielkš rzekš
Orinoco. Każda z tutejszych agencji turystycznych gotowa jest zorganizować kilkudniowš
wyprawę do wodospadu, zapewniajšc transport lotniczy i rzeczny, przewodnika,
wyżywienie, ba, nawet dowóz na lotnisko. Tyle tylko, że po doliczeniu sporej marży
koszt takiej imprezy przekracza znacznie 200 dolarów… Jak ominšć poredników i
obniżyć koszty?
Na małym terminalu lotniczym w Ciudad Bolivar znaleć można kantory
nie tylko wielkiej Avensy, ale także kilku małych przedsiebiorstw lotniczych, nawet
takich, których całym majštkiem jest jeden połatany samolocik. Latajš oni przede
wszystkim do górniczych
osad rozrzuconych na całym obszarze
wyżyny. Osad, które zawdzięczajš swe istnienie występujšcemu tu złotu i diamentom. Od
dwóch lat mali operatorzy wożš też coraz więcej turystów zafascynowanych pięknem
niezwykłych krajobrazów tego regionu. -Oczywicie, że możemy jutro polecieć do
Canaimy, zorganizujemy również państwu dalszš drogę do wodospadu! -Łód do
wodospadu mam już zarezerwowanš, chodzi mi tylko o przelot!- blefuję. Dziewczyna z
Aero Servicio Caicara nie jest zbyt zadowolona, ale zgadza się sprzedać bilety. Za
przelot w jednš stronę płaci się 10.000 boliwarów (około 32 dolarów). – Jeżeli
przed wylšdowaniem w Canaimie chcecie polecieć nad wodospad trzeba dopłacić jeszcze po
5500, to dodatkowy odcinek lotu na południe!
Gdy wczesnym rankiem zjawiamy sie na lotnisku okazuje się, że przygotowana do lotu mała
cessna” nie ma osobnego przedziału na bagaż i spore plecaki pięciorga
pasażerów wtłoczyć trzeba w wšskš przestrzeń miedzy siedzeniami i drzwiami kabiny.
Siedzimy cinięci jak przysłowiowe sardynki, nie ma mowy o jakiejkolwiek zmianie
pozycji – całe szczęcie, że to tylko godzina lotu! I tak dobrze, że nie kazali
nam dopłacać za przekroczenie normatywnej wagi bagażu – oficjalnie każdy może zabrać
do cessny” tylko 10 kilogramów… Gdy samolocik nie
bez wysiłku nabiera wysokoci zapominamy szybko o niewygodach, pochłonięci obserwacjš
pejzażu, który roztacza sie pod skrzydłami. Najpierw szerokie Orinoco, potem wielkie
rozlewiska rzeki Caroni, wreszcie wyżyna pokryta gęstym, zielonym kobiercem dżungli,
pocięta pajęczynš ciemnych rzek i strumieni z wyrastajšcymi z niej na wysokoć
kilkuset metrów tepuis. Tepuis to góry charakterystyczne wyłšcznie dla Wyżyny
Gujańskiej. Ich niezwykłš urode można porównywać chyba tylko z ambami, które
widziałem kiedy w Etiopii. Wyróżniajš je strome, najczęciej pionowe ciany i
płasko cięte wierzchołki. Tepuis sš różnego kształtu i wielkoci,
niektóre przypominajš samotne baszty, a inne – majestatyczne zamczyska. Woda deszczowa
zgromadzona na płaskich, pokrytych dżunglš wierzchołkach tych największych tepuis
spada w wielu miejscach z ich stromych, wysokich cian tworzšc malownicze wodospady.
Skšd wzięły się tepuis? Na Wyżynie Gujańskiej jest dużo opadów.
W cišgu wielu stuleci spływajšca w kierunku oceanu woda wypłukała warstwy
miękkich
piaskowców pozostawiajšc malownicze ostańce. Największy wród nich to Auyan Tepui –
w języku miejscowych Indian Piekielna lub Diabelska Góra. To włanie z jego
ciany spada Salto Angel – najwyższy wodospad wiata. Gdy pilot z trudem przekrzykujšc
ryk silnika awionetki oznajmia nam, że zbliżamy się włanie do Auyan Tepui rzednš
nam miny – to chyba włanie czart skrył za obłokami znacznš częć Piekielnej
Góry. Widzimy już, że nasze szanse na zobaczenie wodospadu z lotu ptaka malejš. I
rzeczywicie – gdy zbliżamy się do zakrętu, za którym powinien otworzyć się widok
na Angel okazuje sie, że wnętrze Diabelskiego Kanionu w całoci wypełniajš białe
chmury. Zawracamy. -To jak loteria – krzyczy pilot – startujšc z Ciudad Bolivar nigdy nie
mam pewnoci, czy widocznoć przy wodospadzie jest dobra. Nie ma tu żadnego
obserwatorium, a sytuacja pogodowa potrafi zmieniać się całkowicie w cišgu kwadransa!

Canaima, nad którš
wkrótce nadlatujemy okazuje się miejscem o wyjštkowej urodzie. Rzeka Carrao zbliżajšc
się do tego miejsca rozlewa sie szeroko przed skalnym progiem w szereg odnóg, by
następnie spać z niego z hukiem w kilku wodospadach. Poniżej wodospadów brunatne
wody rzeki tworzš spore jezioro, z żółtš, piaszczystš plażš – przy plaży,
wród palm i tropikalnych krzewów leży Canaima. Zaskakuje w tym odludziu
istnienie pasa startowego długiego na tyle, że może przyjmować nawet małe
pasażerskie odrzutowce. Dla naszej cessny” pół długoci tego pasa
to aż nadto.
-Witamy w Parku Narodowym Canaima!
Bilet wstępu do parku wykupicie państwo przy wejciu do terminalu – kosztuje 2000
boliwarów! Budowla dumnie nazywana terminalem okazuje się wiatš bez cian
nakrytš palmowš strzechš, mieszczšcš poczekalnie dla pasażerów, bar i
kantorek Avensy. W poczekalni przy stolikach urzędujš przedstawiciele kilku
konkurujšcych agencji organizujšcych rejsy pod Angel. Wiemy już, że za
takš ekspedycję najtaniej bierze zatrudniajšca Indian agencja Karamacoto Tours.
Nie ma problemu; za 25.000 boliwarów od osoby chętnie dołšczš nas do grupy
wyruszajšcej jeszcze dzi o 13.00. -Wieczorem dotrzecie do naszego campu na Wyspie
Orchidei, stamtšd jutro rano wyruszycie łodziami dalej – pod wodospad. Trzeciego dnia
koło południa powinnicie powrócić na lotnisko! Posiłki i usługi przewodnika
wkalkulowane sš w naszš cenę… Kwota jest spora jak na kieszeń trampa, ale
indiańskie
pirogi sš jedynš szansš dotarcia pod Angel – w dżungli nie ma żadnych cieżek
prowadzšcych w kierunku wodospadu, a nad licznymi rzekami i strumieniami nikt nie
zbudował kładek ani mostów.
Dwie godziny, które
pozostały do wyruszenia na trasę wykorzystujemy na spacer po osadzie i kšpiel w
jeziorze. Jest tu nawet mini – posterunek policji z wystawionš na pożytek turystów
kolekcjš wężów spotykanych w otaczajšcej nas dżungli. W pobliżu lotniska znajdujemy
spory sklep z pamištkami i podstawowymi artykułami spożywczymi, ceny tych ostatnich sš
doć wygórowane, nic dziwnego – prawie wszystko dowozi sie tu drogš lotniczš. Tylko
kšpiel we wspaniałej scenerii jeziora nic nie kosztuje. Pływam w ciepłej,
przejrzystej wodzie, której brunatny odcień pochodzi od zawartego w niej naturalnego
barwnika – taniny, powstajšcego przy rozkładzie rolin. Po drugiej stronie jeziora
huczš szerokie, ustawione przez naturę w efektownym rzędzie wodospady. Kapiel w takiej
scenerii to wielka frajda! Trzeba tylko uważać, bo już kilkanacie metrów od
brzegu występuje silny pršd, który łatwo zniesie nieuważnego pływaka w stronę
następnej kaskady wodnej – Salto Ara. -Wszyscy obowišzkowo ubierajš
kamizelki ratunkowe! – pokrzykuje nasza przewodniczka, korpulentna Veronica, gdy gramolimy
sie do długiej pirogi.
Niezbyt zadowoleni jestemy z tych
kamizelek, bo krępujš ruchy, ale trudno – podobno sš one niezbędne bioršc pod uwagę
liczne bystrza, które mamy pokonywać na trasie. Zawył na wysokich obrotach motor łodzi
i w kilka minut póniej suniemy już wzdłuż skalnej ciany, z której spadajš setki
ton spienionej wody. -Salto Ucaima! Salto Golondrina! Salto Hacha! – wykrzykuje Veronica.
Próbujemy z rozhutanej łodzi zrobić możliwie dobre zdjęcia, pracowicie wycierajšc
obiektywy zraszanych wodnym pyłem aparatów.
SapoPierwszy etap rejsu okazuje się bardzo krótki.
Wysadzajš nas po drugiej stronie jeziora, na brzegu dużej wyspy. Trzeba przejć przez
niš na przełaj jeszcze około kilometra, by znaleć się przy wodospadzie Sapo. Na
poprzednie wodospady patrzylimy z pewnej odległoci, tu wał spienionej wody jest
dosłownie o krok. Mało tego; Veronica wyjania, na czym polega zapowiadana wczeniej
niespodzianka: -Włóżcie teraz ubranie i cały swój dobytek do plastykowych worków,
przechodzimy pod wodospadem na drugš stronę! Teraz już rozumiem, dlaczego przed
odpłynięciem z Canaimy zachęcała nas do włożenia kostiumów kšpielowych. Boso, z
plastykowym worem w ręku schodzę w dół, pod wodnš kurtynę. A tam uderza we mnie huk
ton wody walšcych wciekle o głazy u stóp wodospadu, silny podmuch wiatru wywołany
przez wysokš na kilkadziesišt metrów kaskadę i strugi bezpardonowo siekšce
miałków przeciskajšcych sie w niewielkiej przestrzeni między skalnym urwiskiem, a
spienionš kurtynš. Bywajš chwile, że nic nie widzę poprzez zalewajšce twarz
strumienie wody.
Kamienie w
przejciu sš liskie i w kilku miejscach tworzš uskoki. Całe szczęcie, że na
najtrudniejszym odcinku liczšcej jakie 60 metrów trasy rozpięto linę, której można
się przytrzymać. Niesamowite wrażenia! Ociekajšc wodš, miejšc się i parskajšc
lšdujemy w końcu po drugiej stronie wodospadu. -A teraz jeszcze raz – z powrotem i
cieżkš do góry, ponad próg wodospadu! Tam czeka nasza łód! – oznajmia Veronica.
Duży, japoński silnik
zupełnie niele daje sobie radę, płynšc pod pršd rzeki. Poznajemy jednak
następnš
atrakcję tej eskapady, która będzie nam towarzyszyła już do końca: wytryskujšce
spod dzioba bryzgi wodne, które często i obficie będš skrapiały nasze głowy i nie
tylko… Kšpielówki, stary T-shirt i czapka dla ochrony przed słońcem – tylko to warto
ubrać na siebie wyruszajšc pod Angel. Całe szczęcie, że nasze bagaże leżšce z
tyłu łodzi sš szczelnie przykryte nieprzemakalnš płachtš. Nasza długa piroga
zwana tutaj curiarš mieci około 10 osób: sš Holendrzy, Włosi,
Szwedzi i Polacy – prawdziwie międzynarodowe towarzystwo, kwitujšce zbiorowym
Uuuuh!” każdy przeskok łodzi przez większe zawirowanie rzeki czy bystrze.

Po
kilkudziesięciu minutach ponownie dobijamy do lšdu – tym razem w Mayupie. Łód
obcišżona tylko bagażami przepływa tu przez niebezpieczne zakole rzeki. Turyci na
tym odcinku wędrujš długš na około 3 kilometry piaszczystš cieżkš, która cina
zakole. -To konieczne ze względu na wasze bezpieczeństwo, dwa lata temu załadowana
łód wywróciła się w tym bystrzu i zginšł jeden cudzoziemiec – wyjania Veronica.
Płyniemy dalej – w górę rzeki Carrao o brzegach równo
zaroniętych
zwartš, gęstš dżunglš ponad którš piętrzš się, jak mury gigantycznych fortec
czarne o tej porze dnia ciany tepuis. Gdzieniegdzie spadajš z nich wšskie warkocze
białych wodospadów, czasami wydaje się, że struga wody wytryska ze skały w połowie
wysokoci ciany… Pustkowie. Na całej dzisiejszej trasie tylko raz w polu widzenia
pojawiła sie na brzegu samotna indianska chata.
Zmierzcha się, gdy docieramy do Wyspy Orchidei. Karamacoto Tours majš
tu swój obóz: wzniesionš z drewnianych belek i pozbawionš cian dużš wiatę z
długim stołem i dachem z falistej blachy. -Tam macie toaletę – Veronica wskazuje nieco
oddalonš budkę – a umywalnia jest wspólna; w rzece! Przy gazowej lampie zjadamy skromny
posiłek składajšcy sie z puszki coli i talerza spaghetti. Potem każdemu z nas
przydzielajš hamak – całe ich rzędy przymocowane sš do belkowania wiaty, jak na
starym żaglowcu. Pytania o moskitiery nasi gospodarze zbywajš żartem, z którego wynika
że nie ma tu moskitów. Na wszelki wypadek smarujemy twarze i dłonie repellentem –
resztę można schować pod przydzielonym każdemu turycie cienkim kocykiem, który
zresztš okaże sie pożyteczny, bo nad ranem w hamakach będzie chłodno – jestemy
jednak blisko 1500 metrów ponad poziomem morza!. Dla wielu sporód nas będzie to
pierwsza w życiu noc spędzona w hamaku. Czy rzeczywicie da się przetrwać do rana w
pozie przypominajšcej wygięty rogalik, bez praktycznej możliwoci przewrócenia się
na bok?
Ranek wstaje mglisty. Z
niepokojem spoglšdamy na niebo: czyżby i dzi Angel miał być spowity chmurami?.
Wypijamy na niadanie po kubku kawy i przełykamy w popiechu smażone placki z jakš
kiełbaskš. Zaraz potem niebo przejania sie napawajšc nas optymizmem. -cišgajcie
ubrania i do łodzi! – nawołuje Veronica. Pierwsze bryzgi wody wytryskujšce spod dziobu
pirogi strzšsajš z nas resztki snu. Rzeka staje się coraz węższa, coraz częciej
spieniona na kamieniach, a piętrzšce się ponad niš w pełnym słońcu tepuis – coraz
bliższe.
Uciekajšc ku brzegom przed bystrzami przemykamy pod gałęziami i
konarami nisko zwieszonymi nad wodš. – Uwaga na głowy! Na pełnym gazie skręcamy
z głównego nurtu rzeki Carrao w jej dopływ który miejscowi nazywajš Rio Churun. Tu
pršd rzeki jest jeszcze bardziej wartki, żeglugę utrudniajš coraz liczniejsze
zakręty, łód niemal bez przerwy podskakuje na spienionych progach. Trzymanie aparatu
w zalewanych co chwila dłoniach staje się co najmniej ryzykowne. Chowamy je do worków
…
-Jest! Tam! Patrzcie tam! – wykrzykuje kto nagle i wszystkie głowy jak na komendę
zwracajš się w jednym kierunku. Zza kolejnego zakrętu rzeki niespodziewanie otworzył
się widok na Wielki Wodospad. Wcišż jeszcze odległy i przez to nierealny jak
widok na pocztówce, ale jednoczenie dzięki temu widoczny niemal w całej okazałoci.
-Uwaga, lšdujemy! Czas najwyższy, bo w łodzi woda sięga nam już do kostek, a i
siedzenia na twardych ławkach nam solidnie zdrętwiały. Indianin zgrabnie przeskakuje z
dziobu na lšd i przywišzuje linę do wielkiego głazu – inaczej pršd porwałby pirogę
w dół rzeki. Wysiadamy…
To Isla Ratoncito – Wyspa
Szczura, dalej już nie da się popłynšć. Forsujemy w bród lub skaczšc po kamieniach
boczny dopływ rzeki i pieszo zagłębiamy sie w podmokłš dżunglę. Cmoka pod nogami
błoto, przeskakujemy strumyczki i bajorka. Mimo zbawczego cienia dawanego przez zielonš
gęstwinę spływamy potem… Niektórzy znajdujš w sobie jeszcze tyle energii aby
hutać się na zwisajšcych nad cieżkš grubych lianach. Takš frajdę na pewno
trudno znaleć w Europie!
Robi się stromo, uważnie lawirujemy między kamieniami i wystajšcymi
z ziemi liskimi korzeniami wysokich drzew. Przydajš się przywiezione z Polski
pionierki! Szlak jest zaniedbany, nie widać tu żadnych prób uporzšdkowania go i
przystosowania dla potrzeb rozwijajšcej się turystyki. Po godzinie wędrówki szum
wodospadu staje się już wyrany, choć przez gęstwinę nic jeszcze nie widać. W
końcu posapujšc wychodzimy na niewielkš skałkę, by nareszcie stanšć oko w oko z
Angelem.
Dolna kaskada
Widok z Mirador Laime – bo tak nazywa się to miejsce –
spełnia oczekiwania największych malkontentów. Wcišż jeszcze jestemy kilkaset
metrów od ciany Auyan Tepui. Z wysoka, z urwiska ponad nami tryska w dół struga
spienionej wody, by w miarę opadania, jeszcze zanim dosięgnie ziemi u stóp potężnej
ciany, zamienić się w chmurę białego pyłu. Wiatr nawiewa drobiny tego pyłu ku nam
zraszajšc koszule, szorty i obiektywy aparatów. A my, zapomniawszy o mokrych skarpetach
i odsłoniętych karkach, które trzeba przecież osłaniać przed tropikalnym
słońcem gapimy się jak urzeczeni na to niezwykłe dzieło natury. Wodospad ma
prawie kilometr wysokoci… Ileż to lat czekałem na tš chwilę! Jeszcze raz sie
udało! Z trudem miecimy się wszyscy na małej, stromej skałce, nie
zabezpieczeni żadnymi poręczami. Teraz zdjęcia: wycieranie obiektywów i oczekiwanie na
tš krótkš chwilę, gdy wiatr na chwilę zmieni kierunek i poniesie chmurę wodnego
pyłu w innš stronę.
Wtedy strzelajš migawki
aparatów. Rzeka wypłynšwszy spod wodospadu płynie w naszym kierunku, pokonujšc po
drodze jeszcze jednš, kilkudziesięciometrowš kaskadę. Tam jeszcze da się dojć
słabo przetartš cieżkš. U stóp tej kaskady jest mały pool” – naturalny
basen, w którym można się wykšpać, walczšc z rwšcym nurtem rzeki. Nikt z nas nie
odmawia sobie tej przyjemnoci… Potem powrotna droga do łodzi i spływ do Wyspy
Orchidei, gdzie czekajš rozwieszone między belkami hamaki. Wieczorem przy lampie i
kukurydzianych plackach arepas dyskutujemy do póna o wydarzeniach minionego
dnia. Kto zestawia piekielnš” nazwę góry z niebiańskš” nazwš
wodospadu. A przecież tak naprawdę, to nazwa Angel nie wywodzi się wcale od sił
nadprzyrodzonych, ale od nazwiska amerykańskiego cywilnego pilota, który w
poszukiwaniu złota wylšdował w 1937 roku
czteromiejscowš awionetkš na
płaskim wierzchołku Diabelskiej Góry. Gdy ponowny start okazał sie niemożliwy Jimmy
Angel pozostawił samolot i ruszył z żonš i dwójkš towarzyszy szukać zejcia
po tysišcmetrowej cianie. O dziwo udało im się sforsować urwisko, co graniczyło
niemal z cudem. Po 11-dniowej wędrówce przez dżunglę powrócili do cywilizacji.
To nazwisko Jimmyego rozsławiło wodospad i tak już zostało, choć ma on również
znacznie starszš indiańskš nazwę nadanš mu przez zamieszkujšcych tu Pomonów:
Parekupa – Meru. Wenezuelczycy piszš, że odkrycie wodospadu miało miejsce znacznie
wczeniej – już w 1910 roku.
Kto obliczył, że Angel jest 16 razy wyższy od oglšdanej corocznie przez miliony
turystów Niagary. Jego niedostępnoć sprawia, że dane co do wysokoci znacznie sie
różniš. W wydanych w Wenezueli prospektach turystycznych wspomina się o 1002 metrach,
encyklopedie piszš o 1054 metrach. Dla kilku tysięcy turystów, którzy co roku
docierajš pod Angel różnice te nie sš istotne. Następny na licie, leżšcy
zresztš również w Wenezueli wodospad Salto Kukenan ma tylko 610 metrów. Nic zatem nie
jest w stanie zagrozić pozycji Angela. Chyba że… długotrwała susza. W porze suchej
(trwajšcej od stycznia do kwietnia) wodospad nie wyglšda podobno wcale tak imponujšco.
Z tego powodu, a także ze względu na niski poziom wody, uniemożliwiajšcy żeglugę
rzecznš wyprawy pod Angel organizuje się jedynie w okresie od maja do grudnia.
Kiedy rano
odpływamy z Wyspy Orchidei jest pochmurno, a białe, nisko wiszšce obłoki sprawiajš,
że odsłonięte wierzchołki niektórych tepuis zdajš się wisieć w powietrzu. Mijamy
płynšce w przeciwnym kierunku łodzie z turystami. Czy im też uda się zobaczyć
Najwyższy Wodospad? Nam się powiodło – zrealizowalimy marzenie wielu podróżników…
Ale wiemy już, że aby je urzeczywistnić nie wystarczy dotrzeć na odległy kontynent,
trzeba mieć jeszcze trochę zwykłego szczęcia!
Wojciech Dšbrowski