Wyprawa pod Angel – najwyższy wodospad œwiata – Wojciech Dabrowski (s5plangel.htm)

tekst i zdjęcia: Wojciech

 

                  

Dšbrowski  Š

Wyprawa pod Angel –

najwyższy wodospad œwiata

Wdb13.JPG (5594 bytes)

       

   Doskonale

pamiętam tabelę najwyższych wodospadów z mojego szkolnego atlasu… Na pierwszym

miejscu figurowała tam magiczna nazwa „Angel” i kraj – Wenezuela. Pojawiał się

jednak już wówczas jeden problem – wędrujšc palcem po niezbyt dokładnej mapie nie

mogłem na niej odnaleŸć Angela. PóŸniej, gdy mapy były już lepsze dziwiłem się,

że wodospad jest tak bardzo oddalony od jakichkolwiek miejscowoœci. Minęło sporo lat.

  Podczas samotnych podróży z plecakiem szczęœliwy los pozwolił mi oglšdać

kolejno Niagarę, Iguassu i Wodospady Wiktorii – wszystkie były wspaniałe i wzbudzały

podziw. Nigdy jednak nie zapomniałem o najwyższym z najwyższych: o Angelu, oczekujšc

jedynie na sposobnoœć…

Szansa zobaczenia Angela powstała dopiero jesieniš 1995 roku. Przekraczajšc granicę

Wenezueli wiedziałem już, że punktem wyjœciowym dla wypraw do Najwyższego Wodospadu

jest maleńka, zagubiona w dżungli osada Canaima. Pozostawało pytanie: jak do niej

dotrzeć? Canaima leży w centrum Wyżyny Gujańskiej, nie prowadzš do niej żadne drogi.

Można tam ewentualnie dopłynšć rzekš, ale decyzja taka oznacza koniecznoœć

wynajęcia na kilka dni łodzi z załogš i sprzętu biwakowego – rzadko kto wybiera takie

rozwišzanie. Pozostaje droga lotnicza, która również jest dosyć kosztowna i dlatego

przez wiele lat Angel znajdował się poza zasięgiem możliwoœci trampów

przemierzajšcych kontynenty z plecakami na grzbiecie i przysłowiowym grosikiem w

kieszeni. Sytuację pogarszał jeszcze fakt, że do niedawna jedynš bazš 

noclegowš w Canaimie był   luksusowy i bardzo drogi oœrodek linii lotniczych

Avensa.

Wdb18.jpg (7088 bytes)

Canaima

Samoloty do Canaimy startujš z Ciudad

Bolivar – stolicy jednej z wenezuelskich prowincji, położonej nad wielkš rzekš

Orinoco. Każda z tutejszych agencji turystycznych gotowa jest zorganizować kilkudniowš

wyprawę do wodospadu, zapewniajšc transport lotniczy i rzeczny, przewodnika,

wyżywienie, ba, nawet dowóz na lotnisko. Tyle tylko, że po doliczeniu sporej marży

koszt takiej imprezy przekracza znacznie 200 dolarów… Jak ominšć poœredników i

obniżyć koszty?

Na małym terminalu lotniczym w Ciudad Bolivar znaleŸć można kantory

nie tylko wielkiej Avensy, ale także kilku małych przedsiebiorstw lotniczych, nawet

takich, których całym majštkiem jest jeden połatany samolocik. Latajš oni przede

wszystkim do górniczych

osad rozrzuconych na całym obszarze

wyżyny. Osad, które zawdzięczajš swe istnienie występujšcemu tu złotu i diamentom. Od

dwóch lat mali operatorzy wożš też coraz więcej turystów zafascynowanych pięknem

niezwykłych krajobrazów tego regionu. -Oczywiœcie, że możemy jutro polecieć do

Canaimy, zorganizujemy również państwu dalszš drogę do wodospadu! -ŁódŸ do

wodospadu mam już zarezerwowanš, chodzi mi tylko o przelot!- blefuję. Dziewczyna z

Aero Servicio Caicara nie jest zbyt zadowolona, ale zgadza się sprzedać bilety. Za

przelot w jednš stronę płaci się 10.000 boliwarów (około 32 dolarów). – Jeżeli

przed wylšdowaniem w Canaimie chcecie polecieć nad wodospad trzeba dopłacić jeszcze po

5500, to dodatkowy odcinek lotu na południe!

               

Gdy wczesnym rankiem zjawiamy sie na lotnisku okazuje się, że przygotowana do lotu mała

„cessna” nie ma osobnego przedziału na bagaż i spore plecaki pięciorga

pasażerów wtłoczyć trzeba w wšskš przestrzeń miedzy siedzeniami i drzwiami kabiny.

Siedzimy œciœnięci jak przysłowiowe sardynki, nie ma mowy o jakiejkolwiek zmianie

pozycji – całe szczęœcie, że to tylko godzina lotu!  I tak dobrze, że nie kazali

nam dopłacać za przekroczenie normatywnej wagi bagażu – oficjalnie każdy może zabrać

do „cessny” tylko 10 kilogramów…      Gdy samolocik nie

bez wysiłku nabiera wysokoœci zapominamy szybko o niewygodach, pochłonięci obserwacjš

pejzażu, który roztacza sie pod skrzydłami. Najpierw szerokie Orinoco, potem wielkie

rozlewiska rzeki Caroni, wreszcie wyżyna pokryta gęstym, zielonym kobiercem dżungli,

pocięta pajęczynš ciemnych rzek i strumieni z wyrastajšcymi z niej na wysokoœć

kilkuset metrów tepuis.  Tepuis to góry charakterystyczne wyłšcznie dla Wyżyny

Gujańskiej. Ich niezwykłš urode można porównywać chyba tylko z ambami, które

widziałem kiedyœ w Etiopii. Wyróżniajš je strome, najczęœciej pionowe œciany i

płasko œcięte wierzchołki. Tepuis sš  różnego kształtu i wielkoœci,

niektóre przypominajš samotne baszty, a inne – majestatyczne zamczyska. Woda deszczowa

zgromadzona na płaskich, pokrytych dżunglš wierzchołkach tych największych tepuis

spada w wielu miejscach z ich stromych, wysokich œcian tworzšc malownicze wodospady.

Skšd wzięły się tepuis? Na Wyżynie Gujańskiej jest dużo opadów.

W cišgu wielu stuleci spływajšca w kierunku oceanu woda wypłukała warstwy
miękkich

piaskowców pozostawiajšc malownicze ostańce. Największy wœród nich to Auyan Tepui –

w języku miejscowych Indian Piekielna lub Diabelska Góra.  To właœnie z jego

œciany spada Salto Angel – najwyższy wodospad œwiata. Gdy pilot z trudem przekrzykujšc

ryk silnika awionetki oznajmia nam, że zbliżamy się właœnie do Auyan Tepui rzednš

nam miny – to chyba właœnie czart skrył za obłokami znacznš częœć Piekielnej

Góry. Widzimy już, że nasze szanse na zobaczenie wodospadu z lotu ptaka malejš. I

rzeczywiœcie – gdy zbliżamy się do zakrętu, za którym powinien otworzyć się widok

na Angel okazuje sie, że wnętrze Diabelskiego Kanionu w całoœci wypełniajš białe

chmury. Zawracamy. -To jak loteria – krzyczy pilot – startujšc z Ciudad Bolivar nigdy nie

mam pewnoœci, czy widocznoœć przy wodospadzie jest dobra.  Nie ma tu żadnego

obserwatorium, a sytuacja pogodowa potrafi zmieniać się całkowicie w cišgu kwadransa!

Wdb17.jpg (4548 bytes)

Canaima, nad którš

wkrótce nadlatujemy okazuje się miejscem o wyjštkowej urodzie. Rzeka Carrao zbliżajšc

się do tego miejsca rozlewa sie szeroko przed skalnym progiem w szereg odnóg, by

następnie spaœć z niego z hukiem w kilku wodospadach. Poniżej wodospadów brunatne

wody rzeki tworzš spore jezioro, z żółtš, piaszczystš  plażš – przy plaży,

wœród palm i tropikalnych krzewów leży Canaima.   Zaskakuje w tym odludziu

istnienie pasa startowego długiego na tyle, że może przyjmować nawet małe

pasażerskie odrzutowce. Dla naszej „cessny” pół  długoœci  tego pasa

to aż  nadto.

-Witamy w Parku Narodowym Canaima!

Bilet wstępu do parku wykupicie państwo przy wejœciu do terminalu – kosztuje 2000

boliwarów!  Budowla dumnie nazywana terminalem okazuje się wiatš bez œcian

nakrytš   palmowš strzechš, mieszczšcš poczekalnie dla pasażerów, bar i

kantorek Avensy. W poczekalni przy stolikach urzędujš przedstawiciele kilku

konkurujšcych agencji organizujšcych rejsy pod Angel.  Wiemy już, że za

takš  ekspedycję najtaniej bierze zatrudniajšca Indian agencja Karamacoto Tours.

Nie ma problemu; za 25.000 boliwarów od osoby chętnie dołšczš nas do grupy

wyruszajšcej jeszcze dziœ o 13.00. -Wieczorem dotrzecie do naszego campu na Wyspie

Orchidei, stamtšd jutro rano wyruszycie łodziami dalej – pod wodospad. Trzeciego dnia

koło południa powinniœcie powrócić na lotnisko! Posiłki i usługi przewodnika

wkalkulowane sš w naszš cenę… Kwota jest spora jak na kieszeń trampa, ale
indiańskie

pirogi sš jedynš szansš dotarcia pod Angel – w dżungli nie ma żadnych œcieżek

prowadzšcych w kierunku wodospadu, a nad licznymi rzekami i strumieniami nikt nie

zbudował kładek ani mostów.

Dwie godziny, które

pozostały do wyruszenia na trasę wykorzystujemy na spacer po osadzie i kšpiel w

jeziorze. Jest tu nawet mini – posterunek policji z wystawionš na pożytek turystów

kolekcjš wężów spotykanych w otaczajšcej nas dżungli. W pobliżu lotniska znajdujemy

spory sklep z pamištkami i podstawowymi artykułami spożywczymi, ceny tych ostatnich sš

doœć wygórowane, nic dziwnego – prawie wszystko dowozi sie tu drogš lotniczš. Tylko

kšpiel we wspaniałej scenerii jeziora nic nie kosztuje.  Pływam w ciepłej,

przejrzystej wodzie, której brunatny odcień pochodzi od zawartego w niej naturalnego

barwnika – taniny, powstajšcego przy rozkładzie roœlin. Po drugiej stronie jeziora

huczš szerokie, ustawione przez naturę w efektownym rzędzie wodospady. Kapiel w takiej

scenerii to wielka frajda!  Trzeba tylko uważać, bo już kilkanaœcie metrów od

brzegu występuje silny pršd, który łatwo zniesie nieuważnego pływaka w stronę

następnej kaskady wodnej – Salto Ara.    -Wszyscy obowišzkowo ubierajš

kamizelki ratunkowe! – pokrzykuje nasza przewodniczka, korpulentna Veronica, gdy gramolimy

sie do długiej pirogi.

Canaim2.JPG (23161 bytes)

  Niezbyt zadowoleni jesteœmy z tych

kamizelek, bo krępujš ruchy, ale trudno – podobno sš one niezbędne bioršc pod uwagę

liczne bystrza, które mamy pokonywać na trasie. Zawył na wysokich obrotach motor łodzi

i w kilka minut póŸniej suniemy już wzdłuż skalnej œciany, z której spadajš setki

ton spienionej wody. -Salto Ucaima! Salto Golondrina! Salto Hacha! – wykrzykuje Veronica.

Próbujemy z rozhuœtanej łodzi zrobić możliwie dobre zdjęcia, pracowicie wycierajšc

obiektywy zraszanych wodnym pyłem aparatów.

Wdb16.jpg (4004 bytes) Sapo

Pierwszy etap rejsu okazuje się bardzo krótki.

Wysadzajš nas po drugiej stronie jeziora, na brzegu dużej wyspy. Trzeba przejœć przez

niš na przełaj jeszcze około kilometra, by znaleŸć się przy wodospadzie Sapo. Na

poprzednie wodospady patrzyliœmy z pewnej odległoœci, tu wał spienionej wody jest

dosłownie o krok. Mało tego; Veronica wyjaœnia, na czym polega zapowiadana wczeœniej

niespodzianka: -Włóżcie teraz ubranie i cały swój dobytek do plastykowych worków,

przechodzimy pod wodospadem na drugš stronę! Teraz już rozumiem, dlaczego przed

odpłynięciem z Canaimy zachęcała nas do włożenia kostiumów kšpielowych. Boso, z

plastykowym worem w ręku schodzę w dół, pod wodnš kurtynę. A tam uderza we mnie huk

ton wody walšcych wœciekle o głazy u stóp wodospadu, silny podmuch wiatru wywołany

przez wysokš na kilkadziesišt metrów kaskadę i strugi bezpardonowo siekšce

œmiałków przeciskajšcych sie w niewielkiej przestrzeni między skalnym urwiskiem, a

spienionš kurtynš. Bywajš chwile, że nic nie widzę poprzez zalewajšce twarz

strumienie wody.

  Kamienie w

przejœciu sš œliskie i w kilku miejscach tworzš uskoki. Całe szczęœcie, że na

najtrudniejszym odcinku liczšcej jakieœ 60 metrów trasy rozpięto linę, której można

się przytrzymać. Niesamowite wrażenia! Ociekajšc wodš, œmiejšc się i parskajšc

lšdujemy w końcu po drugiej stronie wodospadu. -A teraz jeszcze raz – z powrotem i

œcieżkš do góry, ponad próg wodospadu! Tam czeka nasza łódŸ! – oznajmia Veronica.

Duży, japoński silnik

zupełnie nieŸle daje sobie radę, płynšc pod pršd rzeki. Poznajemy jednak
następnš

atrakcję tej eskapady, która będzie nam towarzyszyła już do końca: wytryskujšce

spod dzioba bryzgi wodne, które często i obficie będš skrapiały nasze głowy i nie

tylko… Kšpielówki, stary T-shirt i czapka dla ochrony przed słońcem – tylko to warto

ubrać na siebie wyruszajšc pod Angel. Całe szczęœcie, że nasze bagaże leżšce z

tyłu łodzi sš szczelnie przykryte nieprzemakalnš  płachtš. Nasza długa piroga

zwana tutaj curiarš mieœci około 10 osób: sš Holendrzy, Włosi,

Szwedzi i Polacy – prawdziwie międzynarodowe towarzystwo, kwitujšce zbiorowym

„Uuuuh!” każdy przeskok łodzi przez większe zawirowanie rzeki czy bystrze.

Wdb15.jpg (8164 bytes)

Po

kilkudziesięciu minutach ponownie dobijamy do lšdu – tym razem w Mayupie. ŁódŸ

obcišżona tylko bagażami przepływa tu przez niebezpieczne zakole rzeki. Turyœci na

tym odcinku wędrujš długš na około 3 kilometry piaszczystš œcieżkš, która œcina

zakole. -To konieczne ze względu na wasze bezpieczeństwo, dwa lata temu załadowana

łódŸ wywróciła się w tym bystrzu i zginšł jeden cudzoziemiec – wyjaœnia Veronica.

Płyniemy dalej – w górę rzeki Carrao o brzegach równo
zaroœniętych

zwartš, gęstš dżunglš ponad którš piętrzš się, jak mury gigantycznych fortec

czarne o tej porze dnia œciany tepuis. Gdzieniegdzie spadajš z nich wšskie warkocze

białych wodospadów, czasami wydaje się, że struga wody wytryska ze skały w połowie

wysokoœci œciany… Pustkowie. Na całej dzisiejszej trasie tylko raz w polu widzenia

pojawiła sie na brzegu samotna indianska chata.

Zmierzcha się, gdy docieramy do Wyspy Orchidei. Karamacoto Tours majš

tu swój obóz: wzniesionš z drewnianych belek i pozbawionš œcian dużš wiatę z

długim stołem i dachem z falistej blachy. -Tam macie toaletę – Veronica wskazuje nieco

oddalonš budkę – a umywalnia jest wspólna; w rzece! Przy gazowej lampie zjadamy skromny

posiłek składajšcy sie z puszki coli i talerza spaghetti. Potem każdemu z nas

przydzielajš   hamak – całe ich rzędy przymocowane sš do belkowania wiaty, jak na

starym żaglowcu. Pytania o moskitiery nasi gospodarze zbywajš żartem, z którego wynika

że nie ma tu moskitów. Na wszelki wypadek smarujemy twarze i dłonie repellentem –

resztę można schować pod przydzielonym każdemu turyœcie cienkim kocykiem, który

zresztš okaże sie pożyteczny, bo nad ranem w hamakach będzie chłodno – jesteœmy

jednak blisko 1500 metrów ponad poziomem morza!. Dla wielu spoœród nas będzie to

pierwsza w życiu noc spędzona w hamaku. Czy rzeczywiœcie da się przetrwać do rana w

pozie przypominajšcej wygięty rogalik, bez praktycznej możliwoœci przewrócenia się

na bok?

Ranek wstaje mglisty. Z

niepokojem spoglšdamy na niebo: czyżby i dziœ Angel miał być spowity chmurami?.

Wypijamy na œniadanie po kubku kawy i przełykamy w poœpiechu smażone placki z jakšœ

kiełbaskš. Zaraz potem niebo przejaœnia sie napawajšc nas optymizmem. -Œcišgajcie

ubrania i do łodzi! – nawołuje Veronica. Pierwsze bryzgi wody wytryskujšce spod dziobu

pirogi strzšsajš z nas resztki snu. Rzeka staje się coraz węższa, coraz częœciej

spieniona na kamieniach, a piętrzšce się ponad niš w pełnym słońcu tepuis – coraz

bliższe.

Uciekajšc ku brzegom przed bystrzami przemykamy pod gałęziami i

konarami nisko zwieszonymi nad wodš. – Uwaga na głowy!  Na pełnym gazie skręcamy

z głównego nurtu rzeki Carrao w jej dopływ który miejscowi nazywajš Rio Churun. Tu

pršd rzeki jest jeszcze bardziej wartki, żeglugę utrudniajš coraz liczniejsze

zakręty, łódŸ niemal bez przerwy podskakuje na spienionych progach. Trzymanie aparatu

w zalewanych co chwila dłoniach staje się co najmniej ryzykowne. Chowamy je do worków

…Angel5mp.JPG (58808 bytes)

        

-Jest! Tam! Patrzcie tam! – wykrzykuje ktoœ nagle i wszystkie głowy jak na komendę

zwracajš się w jednym kierunku. Zza kolejnego zakrętu rzeki niespodziewanie otworzył

się widok na Wielki Wodospad. Wcišż  jeszcze odległy i przez to nierealny jak

widok na pocztówce, ale jednoczeœnie dzięki temu widoczny niemal w całej okazałoœci.

-Uwaga, lšdujemy! Czas najwyższy, bo w łodzi woda sięga nam już do kostek, a i

siedzenia na twardych ławkach nam solidnie zdrętwiały. Indianin zgrabnie przeskakuje z

dziobu na lšd i przywišzuje linę do wielkiego głazu – inaczej pršd porwałby pirogę

w dół   rzeki. Wysiadamy…

To Isla Ratoncito – Wyspa

Szczura, dalej już nie da się popłynšć. Forsujemy w bród lub skaczšc po kamieniach

boczny dopływ rzeki i pieszo zagłębiamy sie w podmokłš dżunglę. Cmoka pod nogami

błoto, przeskakujemy strumyczki i bajorka. Mimo zbawczego cienia dawanego przez zielonš

gęstwinę spływamy potem… Niektórzy znajdujš w sobie jeszcze tyle energii aby

huœtać się na zwisajšcych nad œcieżkš grubych lianach. Takš frajdę na pewno

trudno znaleŸć w Europie!

Robi się stromo, uważnie lawirujemy między kamieniami i wystajšcymi

z ziemi œliskimi korzeniami wysokich drzew. Przydajš się przywiezione z Polski

pionierki! Szlak jest zaniedbany, nie widać tu żadnych prób uporzšdkowania go i

przystosowania dla potrzeb rozwijajšcej się turystyki. Po godzinie wędrówki szum

wodospadu staje się już wyraŸny, choć przez gęstwinę nic jeszcze nie widać. W

końcu posapujšc wychodzimy na niewielkš skałkę, by nareszcie stanšć oko w oko z

Angelem.

Wdb09.JPG (7899 bytes)

Wdb11.JPG (5006 bytes)

  Dolna kaskada

Widok z Mirador Laime – bo tak nazywa się to miejsce –

spełnia oczekiwania największych malkontentów. Wcišż jeszcze jesteœmy kilkaset

metrów od œciany Auyan Tepui.  Z wysoka, z urwiska ponad nami tryska w dół struga

spienionej wody, by w miarę opadania, jeszcze zanim dosięgnie ziemi u stóp potężnej

œciany, zamienić się w chmurę białego pyłu. Wiatr nawiewa drobiny tego pyłu ku nam

zraszajšc koszule, szorty i obiektywy aparatów. A my, zapomniawszy o mokrych skarpetach

i odsłoniętych karkach, które trzeba przecież osłaniać  przed tropikalnym

słońcem gapimy się jak urzeczeni na to niezwykłe dzieło natury.  Wodospad ma

prawie kilometr wysokoœci… Ileż to lat czekałem na tš chwilę!  Jeszcze raz sie

udało!  Z trudem mieœcimy się wszyscy na małej, stromej skałce, nie

zabezpieczeni żadnymi poręczami. Teraz zdjęcia: wycieranie obiektywów i oczekiwanie na

tš krótkš chwilę, gdy wiatr na chwilę zmieni kierunek i poniesie chmurę wodnego

pyłu w innš stronę.

Wtedy strzelajš migawki

aparatów. Rzeka wypłynšwszy spod wodospadu płynie w naszym kierunku, pokonujšc po

drodze jeszcze jednš, kilkudziesięciometrowš kaskadę. Tam jeszcze da się dojœć

słabo przetartš œcieżkš. U stóp tej kaskady jest mały „pool” – naturalny

basen, w którym można się wykšpać, walczšc z rwšcym nurtem rzeki. Nikt z nas nie

odmawia sobie tej przyjemnoœci… Potem powrotna droga do łodzi i spływ do Wyspy

Orchidei, gdzie czekajš rozwieszone między belkami hamaki. Wieczorem przy lampie i

kukurydzianych plackach arepas dyskutujemy do póŸna o wydarzeniach minionego

dnia. Ktoœ zestawia „piekielnš” nazwę góry z „niebiańskš” nazwš

wodospadu.  A przecież tak naprawdę, to nazwa Angel nie wywodzi się wcale od sił

nadprzyrodzonych, ale od nazwiska amerykańskiego cywilnego  pilota, który w

poszukiwaniu złota wylšdował  w 1937 roku

Wdb12.JPG (5729 bytes)

czteromiejscowš  awionetkš na

płaskim wierzchołku Diabelskiej Góry. Gdy ponowny start okazał sie niemożliwy Jimmy

Angel pozostawił samolot i ruszył z żonš i dwójkš  towarzyszy szukać zejœcia

po tysišcmetrowej œcianie. O dziwo udało im się sforsować urwisko, co graniczyło

niemal z cudem. Po 11-dniowej wędrówce przez dżunglę powrócili do cywilizacji.  

To nazwisko Jimmy’ego rozsławiło wodospad i tak już zostało, choć ma on również

znacznie starszš indiańskš nazwę nadanš  mu przez zamieszkujšcych tu Pomonów:

Parekupa – Meru. Wenezuelczycy piszš, że odkrycie wodospadu miało miejsce znacznie

wczeœniej – już w 1910 roku.

     

Ktoœ obliczył, że Angel jest 16 razy wyższy od oglšdanej corocznie przez miliony

turystów Niagary. Jego niedostępnoœć sprawia, że dane co do wysokoœci znacznie sie

różniš. W wydanych w Wenezueli prospektach turystycznych wspomina się o 1002 metrach,

encyklopedie piszš o 1054 metrach. Dla kilku tysięcy turystów, którzy co roku

docierajš pod Angel różnice te nie sš  istotne. Następny na liœcie, leżšcy

zresztš również w Wenezueli wodospad Salto Kukenan ma tylko 610 metrów. Nic zatem nie

jest w stanie zagrozić pozycji Angela. Chyba że… długotrwała susza. W porze suchej

(trwajšcej od stycznia do kwietnia) wodospad nie wyglšda podobno wcale tak imponujšco.

Z tego powodu, a także ze względu na niski poziom wody, uniemożliwiajšcy żeglugę

  rzecznš wyprawy pod Angel organizuje się jedynie w okresie od maja do grudnia.

           Kiedy rano

odpływamy z Wyspy Orchidei jest pochmurno, a białe, nisko wiszšce obłoki sprawiajš,

że odsłonięte wierzchołki niektórych tepuis zdajš się wisieć w powietrzu. Mijamy

płynšce w przeciwnym kierunku łodzie z turystami. Czy im też uda się zobaczyć

Najwyższy Wodospad? Nam się powiodło – zrealizowaliœmy marzenie wielu podróżników…

Ale wiemy już, że aby je urzeczywistnić nie wystarczy dotrzeć na odległy kontynent,

trzeba mieć jeszcze trochę zwykłego szczęœcia!

                                                                          

                                                                                                                

                       

Wojciech   Dšbrowski