Wojtek Dabrowski – Rodrigues Island 2010 (Rodrig2.htm)


I
n

November 2010 I was sailing aboard French expedition ship “Marion Dufresne”

to the French Southern Lands – Terres Australes. The complete route Reunion

to Reunion exceeded 8000 km. Hot news from my journey (in English) you can

find in my

travellog. After visiting Crozet, Kerguelen Amsterdam and Saint Paul I

disembarked on Mauritius and sailed to Rodrigues aboard local ship “Mauritius Pride”:

After two days spent in he capital of the island –

Port Mathurin I started the

exploration of the Rodrigues’ countryside.

 


W listopadzie 2010 płynąłem na  francuskim statku

ekspedycyjnym “Marion Dufresne” do Francuskich Terytoriów Południowych –

Terres Australes. Po powrocie z zimnej

Subantarktyki postanowiłem wykorzystać okazję i odwiedzić znany mi już

Mauritius oraz drugą wyspę, wchodzącą w skład wyspiarskiego państwa –

nieznany Rodrigues. Po dwóch dniach spędzonych w stolicy wyspy –

Port Mathurin rozpocząłem eksplorację wnętrza wyspy.

Rodrigues jest znacznie mniejszy od Mauritiusa – wyspa ma rozmiary 18 x 8

kilometrów i bardzo różni się od swojej siostry – zarówno krajobrazem, jak i

kulturą. Sam Mauritius ma bardzo silne piętno hinduskie – mieszka tam wielu

Hindusów, na ulicy bez przerwy widzi się kobiety ubrane w sari. Na Rodrigues

(miejscowi mówią: [Rodrig] ) mieszkają prawie wyłącznie mniej lub bardziej

ciemni Kreole – potomkowie Afrykanów z Madagaskaru i kontynentu oraz

Europejczyków.

Ponad 90 procent ludności Rodriguesa to katolicy.

Na mapce widać kształt wyspy Rodrigues. Warto

zwrócić uwagę, że wnętrze wyspy jest górzyste – jest tam pasmo szczytów

przekraczających 300 metrów.

rodrigues%20map.jpg

Rodrigues pokryty jest dość dobrą siecią wąskich, asfaltowych dróg. Wysepkę

można zwiedzać wypożyczonym samochodem, ale jest to dość droga metoda. Dla

trampa takiego jak ja znacznie tańsze są lokalne autobusy, docierające do

wszystkich większych wiosek. Z końcowych przystanków do turystycznych

atrakcji trzeba czasem przejść pieszo kilka kilometrów, ale zazwyczaj to

tylko rozszerza możliwość obserwacji krajobrazu i codziennego życia ludzi.

RodrigOL570.jpg

It is easy and

cheap to travel around the island by local buses.

 Autobus

lokalnej komunikacji na słynącej z pięknych widoków szosie do Port Sud- Est. 

W otwartej przestrzeni przystanki zaznaczane są na jezdni.

 

Rodrigues nie

jest dużą wyspą – od krańca do krańca ma zaledwie 18 kilometrów. Transport

do poszczególnych osad zapewniają dychawiczne autobusy, w których jedyną

klimatyzację dają otwarte okna. Jeździ się nimi niezbyt komfortowo, ale

tanio – nigdy nie płaciłem za bilet więcej niż 25 mauritiuskich rupii (1 USD

to około 30 mrupii).

W Port Mathurin,

tuż za mostem Churchilla jest stacja autobusowa. Stacja z kilkoma

przystankami, ale bez rozkładu jazdy. Podróżni jakoś nie protestują, że brak

rzetelnej i łatwo dostępnej informacji. Kiedyś w końcu ten ich autobus

przyjedzie! No chyba, że zbliża się wieczór. Już koło piątej trzydzieści po

południu cała publiczna komunikacja na Rodrigues zamiera, więc lepiej do

celu dotrzeć wcześniej.

Oczekując na autobus można kupić

sobie coś do jedzenia w ustawionych za przystankami barobusach.

Podczas drugiej wizyty na

terminalu znalazłem dyspozytora siedzącego w czymś, co przypomina mały

stragan. To od niego można się dowiedzieć ile mniej więcej przyjdzie nam

poczekać na autobus w naszym kierunku.

Czas oczekiwania można sobie skrócić rozmawiając z miejscowymi. Z

nawiązaniem rozmowy z dorosłymi nie miałem problemu. Natomiast ciemnoskóre

nastolatki często się boczyły. Może uznawały, że jestem z innego przedziału

wiekowego i dlatego nie wypada ze mną dyskutować? 

W każdym autobusie jest tu konduktor. Dysponuje drukarką na korbkę do

drukowania biletów. Płaci się gotówką. Gdy zabraknie mu drobnych dla wydania

reszty autobus staje przy najbliższym przydrożnym sklepiku. I za chwilę

drobne już są…

 

Gdziekolwiek nie jedziesz ze stolicy wyspy, najpierw musisz się wspiąć z

poziomu oceanu na wysokość ponad 300 metrów – na Mount Lubin. Dopiero tam na

górze szosa rozwidla się w kilku różnych kierunkach – do poszczególnych

osad. Wspinaliśmy się powoli, z rykiem sfatygowanego silnika, ale dla mnie

jest to jednocześnie okazja do podziwiania tropikalnego krajobrazu wyspy. Im

wyżej, tym szerszy otwiera się widok na kipiące zielenią zbocza:

Rodrig248big.jpg

Trasa mojej

pierwszej wycieczki wiodła na wschód wyspy – do Cotton Bay. Jechałem

oczywiście takim dychawicznym lokalnym autobusem. Za Mount Lubin

nitka szosy, opadała w licznych pętlach ku malowniczemu wybrzeżu. Jeszcze

siedząc w autobusie można było się zachwycić kolorytem wody i bielą piasku:

Rodrig251big.jpg

Zanim

dotarliśmy do końcowego przystanku od naszej szosy odeszła w prawo marna, ale jednak

asfaltowa droga do Saint Francois:

Rodrig253BIG.jpg

Cotton

Bay okazała się niewielką zatoczką z wąską plażą, zamkniętą z prawej

krótkim, skalistym półwyspem:

Rodrig625big.jpg

 

Przy plaży w

Cotton Bay zbudowano pierwszy z dwóch luksusowych hoteli, które znaleźć można

na wyspie Rodrigues – to właśnie te zabudowania wynurzające się na zdjęciu zza linii

drzew:

Rodrig632big.jpg

 

Widoczne na

zdjęciu powyżej łodzie, zaopatrzone w motor,  można wynająć na przejażdżkę –

raczej po lagunie, bo na otwartym oceanie taką łupinką za bardzo huśta .

Na zdjęciu

poniżej widać pawilon wejściowy hotelu. 

Rodrig635big.jpg

Tych

gości, którzy od kąpieli na plaży wolą basen zadowoli zapewne miejscowy “pool”

z rozstawionymi wokół niego leżakami i barem, który ukryto pod palmami:

RodrigOL579.jpg

Pokoje

mieszkalne i apartamenty mieszczą się tu na dwóch kondygnacjach. Większość z

nich ma widok na zatokę, ale przesłonięty nieco przez linię drzew: Za pokój

z dwoma posiłkami trzeba tu zapłacić 130 euro.

Rodrig634big.jpg

Ale nie

po to tu przyjechałem, by spędzić czas w hotelu. W Coton Bay zaczyna się

najpiękniejszy pieszy szlak tej wyspy, prowadzący wzdłuż wybrzeża w kierunku

południowym. Napełniłem butelkę wodą do pełna przewidując kiepskie

zaopatrzenie po drodze i ruszyłem ścieżką. Już pierwsze widoki mogły

zachwycić: 

RodrigOL272.jpg

Za małym

półwyspem zamykającym Cotton Bay od południa otworzyła się następna zatoka –

Fumier,

kto wie czy nie jeszcze piękniejsza, a przede wszystkim zupełnie wolna od łódek i

ludzi:

Rodrig258big.jpg

 

I tak

maszerowałem samotnie, smagany ciepłą oceaniczną bryzą, mijając kolejne

zatoczki i zakola wybrzeża. W końcu jednak zobaczyłem ludzi – plażowiczów.

Ale było to zaledwie kilka osób, których sylwetki ginęły zupełnie na

wielkich połaciach białego piasku… 

Rodrig259BIG.jpg

Była to jakaś

mauritiuska rodzinka na wakacjach (Mieszkańcy wyspy Mauritius reprezentujący

klasę średnią traktują Rodrigues jako destynację urlopową i organizują sobie tutaj

tanie wakacje). Ale że populacja Mauritiusa nie jest duża, to tacy

urlopowicze nie rzucają się tu wcale w oczy.

Rodrig266big.jpg

Już na

poprzednich zdjęciach widać srebrną linię wody pieniącej się na barierze

rafy koralowej otaczającej wyspę. Odległość bariery rafy od lądu jest

zmienna. czasem wynosi tylko kilkadziesiąt metrów. W barierze są pojedyncze

przesmyki umożliwiające wejście jednostkom pływającym do laguny i dotarcie

do plaży czy portu. Te przesmyki zobaczycie na kolejnych zdjęciach. 

Rodrig264big.jpg

A ja tymczasem

maszerowałem dalej, odkrywając następne malownicze miejsca. Szczerze mówiąc

te fragmenty wybrzeża, gdzie ciekawie uformowane skały docierały do samej

wody podobały mi się bardziej niż szerokie plaże, które widziałem na

początku szlaku.

Rodrig270BIG.jpg

Po

kolejnym kwadransie marszu ścieżka wprowadziła mnie na skałkę, z której

zobaczyłem Zatokę Wschodnią (Baie de L’Est)  i leżącą nad nią osadę Św.

Franciszka (Saint Francois). Do osady doprowadzona jest wąska szosa, która

tu się kończy.  Saint Francois to małe wczasowisko – jest tu kilka

małych pensjonatów dla turystów, z których najlepsza opinię ma Chez Claudine.

Mają tam dobrego ponoć kucharza i biorą 30 euro za dzień od osoby z pełnym

wyżywieniem. Pensjonat może pomieścić około 20 osób. Jeśli ktoś marzy o

tanim zakwaterowaniu blisko plaży to to jest to miejsce.

Rodrig272BIG.jpg

Kilkanaście rodzin mieszkających

w osadzie trudni się m.in. połowem langust przy użyciu takich oto klatek. 

 

 

Miejscowi łowią także ryby. U

krańca plaży widać budyneczek rybackiej kooperatywy: 

Rodrig277big.jpg

Jedną z łodzi

zdobił wizerunek dość frywolnej syreny. Chciałem sobie zrobić z nią

zdjęcie, ale niestety w zasięgu wzroku nie było żadnego kandydata na

fotografa…   🙂

Rodrig283.jpg

W osadzie jest maleńki sklepik –

kiosk, w którym można kupić napoje i słodycze. Pół litra coli kosztuje u tej

pani 23 rupie. Ale nic bardziej konkretnego

do jedzenia u niej nie znajdziecie – zapasy trzeba przywieźć ze sobą z Port Mathurin.

Plażę od osady oddziela pas drzew.

I to tu właśnie zobaczyłem niewielki obóz miejscowych skautów. Przy wejściu do

obozowiska stał maszt z flagą, a pod nim zwracała uwagę misternie ułożona z

szyszek skautowska lilijka :

Rodrig279big.jpg

Pomachałem ręką skautom

chlapiącym się przy brzegu (tego dnia było bardzo gorąco i wcale się nie

dziwię, że tak spędzali czas) i pomaszerowałem dalej przez iglasty las. To

już był teren parku narodowego. Do następnego osiedla było kilka kilometrów.

Rodrig286BIG.jpg

 

Na początek spośród skał wyłoniła

się mała, urocza, odosobniona plaża. Miałem wielka ochotę zrzucić przepocone

ciuchy, wykąpać się i posiedzieć na słońcu. Ale zauważyłem ciemne chmury na

wschodnim niebie i pomyślałem sobie, że do celu daleko i co to będzie, gdy

na nadmorskiej ścieżce przy której nie ma żadnych schronów zaskoczy mnie

tropikalny deszcz…

Wiatr się wzmagał, a o poszarpane

i ostre, koralowe skały wybrzeża z wściekłością waliły fale podnosząc

fontanny wody:

Rodrig290big.jpg

Wydawało

mi się, ze zaczął się przypływ, bo woda zalewała mniejsze plaże ukryte

miedzy skalami: 

Rodrig291big.jpg

Na tym

odcinku wybrzeża linia rafy zbliża się bardzo do lądu i być może również

dlatego fale nie wytracają swojego impetu przebiegając przez bardzo wąską w tym

miejscu lagunę. 

Rodrig296BIG.jpg

W końcu

lunęło, a ja z braku innego wyjścia wczołgałem się pod karłowate krzewy

rosnące na wybrzeżu. Na tym odcinku wybrzeża nie ma bowiem żadnych schronów. Ulewa jednak skończyła się równie szybko, jak przyszła

i już po kwadransie mogłem kontynuować marsz.

Rodrig306big.jpg

To miejsce, gdzie

bariera rafy dociera niemal  do brzegu widać na zdjęciu satelitarnym

poniżej – po jego prawej stronie. 

rodrigNEsatelite.jpg

Wkrótce

znalazłem się na kolejnej małej i odosobnionej plaży. Dalszy ciąg ścieżki

dostrzegłem z daleka na klifie naprzeciwko. Trzeba było zatem najpierw zejść

z tych skałek na plażę, a potem ponownie wspiąć się na klif. Dlatego warto

zapamiętać, że nie jest to trasa dla spacerowicza w sandałkach. Moje

pionierki dobrze się tu sprawdziły!

Rodrig308BIG.jpg

Na

zdjęciu poniżej maleńka plaża Trou d’Argent. Podobno jest na liście

trzydziestu najbardziej urokliwych plaż świata. Tylko po

jednej stronie tej zatoczki klif zabezpieczony jest barierką. Ale to jedyne

takie miejsce na całej trasie. Spotkałem tam kilku piechurów zmierzających w

przeciwnym kierunku – do St Francois – widać ich na zdjęciu.

Rodrig313big.jpg

Tych

urokliwych plaż, oddzielonych od siebie odcinkami skalistego wybrzeża jest

tu wiele. Nie ma niestety dobrych map z zaznaczonymi nazwami i żałuję bardzo,

ale nie potrafię opatrzyć tych zdjęć nazwami… Podobno Francuzi wydali

kiedyś dokładne wojskowe mapy Rodriguesa, ale nie widziałem ich na oczy.

Szlak jest jednak wyznaczony rzadkimi żółto-pomarańczowymi znakami

malowanymi na kamieniach i drzewach.

Rodrig322BIG.jpg

Iglaste drzewa rosnące

na wschodnim wybrzeżu Rodriguesa to kazuaryny, w miejscowym języku nazywane

filao. Tu, na wschodnim wybrzeżu niemal bez przerwy smagane są wiatrem

wiejącym od

oceanu. W rezultacie te drzewka, które rosną na skraju lasku od strony morza są małe i przygięte w kierunku

wnętrza wyspy:

Rodrig323big.jpg

The most

common tree on the east coast is casuarina (locally called filao). Over the

years, human presence and agricultural activity contributed to significant

deforestation of Rodrigues. However, an awareness of the value of the

endemic and exotic heritage of the island has emerged in the recent past.

They started wide-scale conservation and reforestation program.


Skutkiem rozwoju rolnictwa na wyspie jest

jej deforestacja, ale miejscowi próbują odtworzyć chociaż część dawnych

obszarów leśnych Rodriguesa.

Rodrig325BIG.jpg
Kolejny odcinek mojej ścieżki prowadził

po ostrej, koralowej skale.


Potem musiałem zatoczyć łuk wokół

niewielkiej dolinki. Rosły tu drzewa przypominające jukę.

Rodrig328big.jpg

A potem

otworzył się widok na kolejną odosobnioną plażę . Ta miała nawet niewielką

grotę, w której od biedy można było schronić się w przypadku deszczu:

Rodrig337big.jpg

 

Uważam, że to

wschodnie wybrzeże wyspy jest

najbardziej malownicze – znajdziecie tutaj maleńkie plaże ukryte wśród

koralowych skał:

Rodrig335BIG.jpg


Zatoczka na zdjęciu powyżej jest jedną z

najbardziej charakterystycznych na tym odcinku szlaku. Ma kształt butelki –

z szyjką skierowaną ku morzu. Nic zatem dziwnego, że nazwano ją Anse

Bouteille. Na skałce po lewej stronie uchował się

osobliwy skalny ostaniec.


Próbowałem go fotografować z

odległości… Dlaczego nie podszedłem bliżej?  Musiałbym zawrócić i

wspiąć się na skałkę… W tropiku marsz wymaga znacznie większego wysiłku

niż w naszym klimacie. A ja nie wiedziałem dokładnie ile godzin przyjdzie mi

jeszcze iść… i czy nie spóźnię się na ostatni autobus jadący do stolicy

wyspy.

Rodrig343BIG.jpg

 


Wędrując wzdłuż dzikiego i poszarpanego w

wielu miejscach wybrzeża podziwiałem krajobrazy. I w pewnym momencie

skonstatowałem, że ani przy ścieżce, ani na plażach nie ma tu żadnych śmieci

czy pozostawionych odpadków. To było bardzo budujące…

Rodrig345big.jpg

 


Dotarłem w końcu do punktu na wybrzeżu,

gdzie oprócz szarych koralowych pojawiły się czarne skały wulkaniczne.

Rodrigues. Przylądek obok nazywa się Pointe Roche Noire – Przylądkiem

Czarnej Skały.

Rodrig351big.jpg

Za nimi

otworzył się widok na plażę osady Gravier. Tu miałem chwilowo pożegnać

wschodnie wybrzeże Rodriguesa:

Rodrig349big.jpg

Skręciłem w kierunku widocznych z daleka pojedynczych zabudowań. Wśród nich

były takie, które dawno temu wzniesiono tradycyjną metodą: z kamienia i

dachem z palmowej strzechy. Dziś te stare budowle wykorzystywane są

wyłącznie do celów gospodarczych.


Wiedziałem, że ostatni tego dnia autobus

odjeżdża z Petit Gravier o godz. 16.30. Do przystanku było jednak dość

daleko. Biegłem ostatnie kilkaset metrów i zwolniłem dopiero wtedy, gdy w

perspektywie drogi zobaczyłem czekający na końcowym przystanku autobus.

Kierowca jeszcze nie wpuszczał pasażerów. Zdążyłem, ale tylko dlatego, że

odjechał z kilkunastominutowym opóźnieniem. Tym razem nie narzekałem na

niepunktualność kreolskiego transportu 🙂

 


Powrotny bilet do Port Mathurin kosztował

23 rupie.  Słońce już zaszło, gdy pełen wrażeń, ale głodny i zmęczony

dotarłem do swojej kwatery. Na stoliku leżało w plastykowym worku pół

bagietki, pozostałe ze śniadania. Wyciągnąłem w półmroku pieczywo i ugryzłem

z apetytem… Po chwili poczułem ukąszenie w wargę. Niemożliwe!… Mrówki –

stare znajome z tropikalnych krajów. Dziesiątki ich siedziały w pieczywie. 

Jak one się dostały do mojej bagietki?  Opuchlizna z wargi zeszła

dopiero po dwóch dniach. Prawda, że człowiek uczy się do końca życia… 

 


Już kolejnego poranka ponownie wsiadłem

do autobusu. Pierwszym celem był położony w centralnej części wyspy Saint

Gabriel:

rodrigues%20map.jpg

Na katolickim

Rodriguesie dopiero w roku 1939 wzniesiono katedrę.

Nie było to

łatwe zadanie, bo stan dróg na wyspie w tamtych czasach pozostawiał wiele do

życzenia, a Saint Gabriel, gdzie postanowiono zbudować świątynię leży jakieś

250 metrów nad poziomem morza. Kronikarze zapisali, że niezbędne materiały

budowlane, w tym wycinane na wybrzeżu bloki koralu transportowano na grzbietach osiołków.

Rodrig578BIG.jpg


Powstała budowla o okazałej fasadzie.


Ale gdy wszedłem do środka byłem

zaskoczony i zdumiony skromnością tego wnętrza. Gołe ściany proszące się o

świeżą farbę. Brak malowideł czy bogato zdobionych ołtarzy. Katedra jest

biedna, bo biedny jest Rodrigues – pomyślałem. Pod sklepieniem śmigają

ptaki. Kamienne naczynia w wodą święconą mają pokrywki, bo ptaki używały ich

bezceremonialnie jako basenów kąpielowych  🙂

Rodrig580big.jpg


Po opuszczeniu katedry, nie czekając na

rzadko pojawiający się transport zawróciłem pieszo do Sainte Familie, gdzie

od szosy biegnącej grzbietem odgałęzia się droga do Port Sud-Est. To nie

jest trudny szlak. Początkowo pozwala zajrzeć w głąb zielonych dolin, w

których rozrzucone są skromne domy tutejszych rolników. Czasem na tarasach

widać małe poletka z uprawami. Ale nie ma ich dużo, bo górzystość wyspy

sprawia, że w rolnictwie dominuje tu hodowla bydła, wypasanego na stokach.

Rodrig590big.jpg

Rodrigues jest górzysty. Dzięki

temu z wysokości 300 metrów można tu podziwiać rozległą lagunę, zmieniającą

kolory od bladego turkusu do granatu. Na innych wyspach takie panoramy można

oglądać tylko z samolotu: 

Rodrig588big.jpg

Na zdjęciu poniżej pięknie widać

Grande Passe – jeden z przesmyków w rafie prowadzących do laguny i naturalny kanał, którym

można dopłynąć do osady na wybrzeżu nazywanej Port Sud-Est.

Rodrig598big.jpg

Zdjęcia

te były robione z osady Eau Claire położonej przy szosie do Port Sud-Est.

Doszedłem tam pieszo, ale dociera tam również autobus. Za osadą na wzgórku

jest rezerwuar wody i to stamtąd otwierają się takie pyszne widoki na

południe.

Rodrig599big.jpg

Te

czerwone dachy widoczne na wybrzeżu to drugi i na razie ostatni luksusowy

hotel na wyspie: Hotel Mourouk Ebony. Oferuje rodzinne 3-pokojowe bungalowy,

basen, restaurację i izolację od świata – ale takie wygody (i ceny) to nie

dla mnie…


więcej o hotelu:

www.mouroukebonyhotel.com

Rodrig607big.jpg

Z Eau

Claire widać także wysepki rozrzucone na terenie szerokiej z tej strony

laguny. W sumie na terenie laguny jest 18 takich mniejszych i większych

wysp. Można na nie popłynąć wynajętą łódką. Skorzystałem z takiej

możliwości (zbiorowo), ale o tym nieco dalej. 

Rodrig595big.jpg

Mój

szlak prowadził mnie dalej do zachodniej części wyspy. Autobusem dojechałem

do niewielkiej, sennej miejscowości La Ferme:

 

 


W La Ferme, gdzie miałem przesiadkę i

musiałem poczekać na kolejny autobus znalazłem ładny kościół katolicki o

nowoczesnej architekturze:

Catholic church in La Ferme in

the western part of the island remembers the visit of the pope John Paul II

in 1989.

 

As a result of the movement of people over time Rodrigues celebrates the uniqueness of its

multi-faceted population. Since the arrival of the first European settlers

in the era of French colonization, certain traces have survived over the

generations. The predominance of African and Malagasy blood in the mix is

explained by a wave of settlement following the abolition of slavery by the

British colonial administration in 1835. The population of the island now

stands at around 38,000 people and the 21st century Rodriguan is at ease

with the contemporary definition of being Creole. 

 

 


Dyspozytor na pętli autobusu w La Ferme

był wyraźnie zaintrygowany, gdy dowiedział się, że jestem z Polski.

-Pamiętamy waszego papieża! Był na naszej wyspie w 1989 roku. Byłem wtedy

jeszcze chłopcem, ale pamiętam jak odprawiał mszę na naszym stadionie!


Ponad 90 procent 38-tysięcznej ludności

Rodriguesa to katolicy.

Taki biały

odcień skóry wśród miejscowych spotyka się wyjątkowo rzadko. W ciągu wieków

na wyspę nadciągały kolejne fale ludności z Afryki, głównie z Madagaskaru.

Potomkowie tych ludzi przemieszali się z białymi. Dziś sami mówią o sobie:

jesteśmy Kreolami.


W kolejnym autobusie za sąsiadkę miałem

uroczą dziewczynkę o czekoladowej skórze…  Tylko skąd ten smutek w

oczach?


Autobus jechał z La Ferme do Riviere

Cocos. Powiedziałem konduktorowi, że chcę do

jaskini Patate. 18 rupii…  Wysadzili mnie przy Petite Butte. Przy

przystanku autobusowym zazwyczaj jest jakiś sklepik czy kiosk, w którym

można kupić coś do picia. Jest gorąco i trzeba tu dużo pić…


Obiektywnie muszę tu napisać, że Rodrigues

się zmienia, zabudowa wyspy się europeizuje i takie sympatyczne, tradycyjne

kreolskie domki za kamiennymi murkami, jak na zdjęciu poniżej, widzi się tutaj

coraz rzadziej. Tylko uginające się od kwiatów krzewy bugenwili rosną

wszędzie jak dawniej.

Rodrig384BIG.jpg

Zanim

skręciłem z szosy na szutrową drogę prowadzącą do Caverne Patate Rodrigues

zrobiłem jeszcze zdjęcia wysp w lagunie. W tym miejscu leżą najbliżej dużej

wyspy. Ta najbliższa to Ile Paille en Queue. Ta największa to Ile Gombrani,

a dalej po lewej widać część Ile aux Chats

RodrigOL375.jpg

Bodaj najciekawsza z wysp po tej

stronie laguny to Ile Hermitage, mająca kształt ryby i urozmaicona skałkami:

RodrigOL546.jpg


Rodrigues Lagoon – Ile Hermitage


Obok, na nierównomiernie naświetlonym

satelitarnym zdjęciu pochodzącym z Google Earth widać, że laguna Rodriguesa

większa jest od samej wyspy. Nadruk “Port Mathurin, Mauritius”  ma

oczywiście mówić, że to terytorium państwa Mauritius, a nie wyspa Mauritius.

 

 

Zmierzałem

teraz do jaskiń, które znajdują się w południowo – wschodniej części wyspy

 

Patate Cave:

Jaskiń na Rodrigues jest kilka.

Dwie z nich, które udostępniono do zwiedzania reklamowane są jako największe turystyczne

atrakcje wyspy.

Do małego

domku dozorcy jaskini Caverne Patate z głównej szosy jest tylko 400 metrów.

Tu cztery razy na dzień przewodniczka prowadzi chętnych do mrocznego i

chłodnego wnętrza:

RodrigOL387.jpg

Przy

wejściu sprzedają pamiątki wycięte z miękkiej koralowej skały. Kiedyś na

wybrzeżu wyspy był swego rodzaju kamieniołom, w którym piłami wycinano całe

bloki wykorzystywane jako budulec. Obecnie ze względów ekologicznych nie

prowadzi się już takiej działalności.

Rodrig407big.jpg

Wstęp do

jaskini Patate kosztuje 75 rupii – w ramach tej opłaty wypożyczają kask

ochronny i jarzeniową latarnię, bo w tej jaskini nie ma oświetlenia…

Schodzimy:

Rodrig410BIG.jpg

 

Jaskinia Patate ma około tysiąca

metrów chodników. Z tego do zwiedzania udostępnionych jest 600 metrów. Nie

jest to trudny marsz – można się tu wybrać w sandałkach. Trzeba tylko

uważać, aby nie potknąć się o małe stalagmity. Przewodniczka zwraca uwagę na

co ciekawsze formacje…

Rodrig417big.jpg

 

Stalaktyty “rosną” tu w tempie 1

centymetra na 50-100 lat. A ponieważ niektóre mają dwa metry to można

policzyć, ile potrzebowały wieków, by osiągnąć dzisiejsze rozmiary…

Rodrig426big.jpg


Widziałem w życiu wiele jaskiń. Z tej

zapamiętałem coś, co przypominało do złudzenia makietę Wielkiego Muru

Chińskiego. A może to tylko moja, subiektywna ocena? Napiszcie proszę, jeśli

tam traficie, co zrobiło na was największe wrażenie.

 

Z jaskini Patate to drugiej, na

terenie Rezerwatu Francois Leguat jest około dwóch kilometrów nieoznakowaną ścieżką (trzeba zapytać przewodniczkę, to pokaże drogę). Jeśli

zaś przyjedziecie własnym transportem, to trzeba wrócić na główną szosę

prowadzącą z La Ferme, cofnąć się nią kawałek i zagłębić w kolejną, oznakowaną

drogę – to łuk mający jakieś 6 km.

 Francois Leguat Reserve

Przez setki lat Rodrigues

znany był tylko żeglarzom zmierzającym na Daleki Wschód. Zawijali na

bezpańską wyspę, by uzupełnić zapasy słodkiej wody i żywności. Na wyspie

mieszkały wtedy setki wielkich lądowych żółwi, które biorąc pod uwagę ich

nieruchawość upolować było niezwykle

łatwo. Ich waga przekraczała często 100 kilogramów. Marynarze zabierali żywe

żółwie na pokład statków traktując je jako zapas niepsującego się mięsa. Na początku

XX wieku żółwi na wyspie już nie było. Dziś populację lądowych żółwi próbuje

się odtworzyć w specjalnie utworzonym rezerwacie w zachodniej części wyspy –

To właśnie Francois Leguat Reserve.

Ale na terenie rezerwatu jest

także ciekawa jaskinia. Bilet wstępu obejmujący obie atrakcje i małe muzeum

w mieszczące się w budynku kosztuje aż 265 rupii, ale warto tyle zapłacić.

Rezerwat zwiedza sie w grupach z przewodnikiem: pierwsza grupa wychodzi o

10.30, ostatnia o 14.30.

Podobnie jak w

Caverne Patate odwiedzającym wypożyczają kaski. Latarki nie są potrzebne, bo

w tej jaskini zainstalowano oświetlenie elektryczne, barierki i wygodne

chodniki… No to idziemy… 

Rodrig450big.jpg

Nasza

przewodniczka była oczywiście Kreolką. Większością w naszej grupie byli

miejscowi, wzmocnieni dodatkowo trójką dziewcząt z Francji, objaśniała zatem

najpierw po francusku. A potem, jak starczyło czasu był jeszcze komentarz po

angielsku dla reszty. Choć to angielski jest urzędowym językiem w tym kraju.

Ale dziewczyna była sympatyczna!

 

Grande Caverne

czyli Wielka Jaskinia ma 500 metrów oświetlonego chodnika. Jest przez to

może mniej “dzika” i dziewicza, ale reflektory wydobywają za to z mroku

pełniejszy i szerszy obraz barwnych nacieków, stalaktytów i stalagmitów.

Rodrig459big.jpg

Grande

Caverne ma dwa ramiona do których kolejno wchodzi się od wejściowego otworu.

Sami oceńcie na podstawie zdjęć, czy warto tu przyjechać – ja myślę, że

tak…

Rodrig464big.jpg

 

Po wyjściu z

czeluści jaskini na światło dzienne schodzimy do Kanionu Tiyel – szerokiej

na kilkadziesiąt metrów rozpadliny w której mieszkają lądowe żółwie. Z

jednej strony maja swobodę spacerowania na dość dużym terenie. Z drugiej

strony – strome i wysokie na kilkanaście metrów ściany kanionu (na zdjęciu

poniżej) uniemożliwiają im rozpierzchnięcie się po wyspie.

Rodrig468big.jpg
Giant land turtles

Na Rodrigues

wielkie lądowe żółwie

żyły kiedyś w dużych ilościach . Dwa wieki temu zostały całkowicie

wytrzebione przez żeglarzy. Teraz ich populację próbują odtworzyć – właśnie

tu – w

Rezerwacie Francois Leguat. 

Rodrig483BIG.jpg

W

kanionie ludzie mogą bez przeszkód spacerować wśród żółwi, dotykać ich i

fotografować poszczególne okazy. Podobno jest ich aktualnie około 300. Te

większe sprowadzono z Szeszeli, a te mniejsze z Madagaskaru.

Turyści mają

niewątpliwą frajdę. Mnie taka okazja przydarzyła się po raz ostatni na

Wyspie Św. Heleny kilka lat wcześniej.

Rodrig477big.jpg

Jedno co mnie

tu zirytowało, to fakt, że wszystkie te żółwie w rezerwacie ponumerowano, a

ich numery rejestracyjne wymalowano na szczytach skorup. Starałem się tak

robić zdjęcia, aby te numery nie były widoczne, No i chyba się udało…

Tu w cieniu

pod krzakiem odpoczywa cała żółwia rodzinka:

RodrigOL454.jpg

Aż dziw, że z niewielkiego żółwiego jaja może wyrosnąć taki gigant. 

Podobno największy samiec w rezerwacie waży 240 kilogramów. A długość tego

osobnika oceniłem na ponad metr.

A to te mniejsze żółwie,

które sprowadzono do rezerwatu z Madagaskaru:

Rodrig492big.jpg

Mają one w

kanionie swój osobny, odgrodzony murkiem wybieg. Trafiłem akurat na moment

kiedy kopulowały. Przepraszam za niedyskrecję  🙂

Po zakończeniu

zwiedzania rezerwatu taki tramp jak ja ma problem, jak wydostać się stąd do

najbliższej szosy, po której kursuje autobus. W takiej sytuacji radzę

zawczasu zapytać innych ludzi z grupy. Większość z nich przyjeżdża własnym

transportem… Mnie się właśnie tak udało wrócić do La Fouche Corail i dalej

autobusem jadącym z lotniska do Port Mathurin…

 

rodrigues%20map.jpg

Poza

jaskiniami dużą atrakcją Rodriguesa jest leżąca w lagunie mała wyspa Ile aux

Cocos (Cocos Island) z rezerwatem morskiego ptactwa. Lądowanie na wyspie

wymaga zezwolenia władz, więc najprostszą metodą jest dołączenie do jednej z

grup wysyłanych codziennie na wyspę przez miejscowych operatorów. Ich usługa

za 815 rupii obejmuje: pick-up z hotelu, transport mikrobusem do przystani na

Pointe du Diable, rejs powrotny łodzią na Cocos Island, zwiedzanie wyspy i

lunch oraz transport powrotny. Zapłaciłem i wczesnym rankiem zabrali mnie z

mojego pensjonatu.

Na początku

jechaliśmy mikrobusem wzdłuż północnego wybrzeża, gdzie spotyka się

malownicze namorzyny:

Rodrig571BIG.jpg

Łodzie

zaopatrzone w motor i daszek chroniący przed słońcem czekają

na turystów na cyplu Pointe du Diable. Ale nie ma tu żadnej przystani,

podobnie jak na Cocos Island. Nie pozostaje zatem nic innego jak tylko

podciągnąć spodnie, zdjąć buty i brodzić z plaży do łodzi. Niezastąpiony w

takich sytuacjach jest mały plecaczek – tzw. day pack.

Rodrig502BIG.jpg

Rejs łodzią

trwa prawie godzinę. Jest okazja, by od strony wody podziwiać wzgórza

Rodriguesa – płyniemy wzdłuż brzegu do przylądka Pointe Manioc i dopiero

wtedy sternik wykonuje zwrot w kierunku Ile du Sable…

Nasza

jednoosobowa załoga wyrzuca żyłkę z przynętą i po chwili wyciąga pierwszą

dorodną rybę – będzie na kolację dla jego rodziny!

Ile aux Sable or Ile du Sable:

Lawirowaliśmy potem między

podwodnymi głazami – laguna nie jest głęboka. Z pokładu łodzi można

bliżej przyjrzeć się tym malowniczym wysepkom leżącym w lagunie – to Ile du

Sable – Wyspa Piaszczysta. Wyspa jest ścisłym rezerwatem przyrody i nie

wolno na niej lądować: 

Rodrig527BIG.jpg

 

Z nieco innej perspektywy ta

bezludna wysepka wygląda jeszcze bardziej efektownie – jak te bajkowe wyspy

z naszych snów:

Rodrig517BIG.jpg

Gdy zbliżyliśmy się nieco do

zakazanej wysepki dostrzegłem, że na tej wyspie wśród innych drzew rosną

nawet kokosowe palmy:

RodrigOL527.jpg

My

jednak zmierzaliśmy do do Cocos Island – tak wyglądał fotografowany przez

teleobiektyw przylądek tej wyspy, gdy  ją po raz pierwszy zobaczyłem:  

Rodrig522big.jpg

 

Paradoksalnie

na Cocos Island nie ma ani jednej kokosowej palmy, co zaskakuje każdego

turystę, który tu przybywa.

Okazało się

także, że nie jest wcale obojętne, o jakiej porze przybywa turysta. Gdy my

dopłynęliśmy, był odpływ – łódź nie mogła zbliżyć się do brzegu i wysadziła

nas kilkaset metrów dalej – w płytkiej lagunie. -Do brzegu dojść trzeba

pieszo! Marsz staje się udręką gdy idzie się boso po fragmentach ostrej

koralowej skały wystających z piasku. Na zmienne pory odpływów nic nie da

się poradzić, ale ja radzę: zabierzcie na taką okoliczność zwykłe

gumowe klapki i unikniecie nieprzyjemności nazywanej “reef walking”

na boso!

Rodrig525big.jpg

 

The top

tourist attraction of Rodrigues – Ile aux Cocos is in fact a natural refuge

for colonies of seabirds, just like its twin sister, Ile aux Sables, a short

distance away. Ile aux Cocos can be accessed by pirogue only with an

authorization delivered by the Commission for Tourism. Duly registered

operators have access to the island for the day. It is however forbidden to

light fires on the island and only partial access is allowed to ensure the

tranquillity of the birds and their nestlings.

 

Od przylądka,

na który dobrnęliśmy brodząc w płytkiej wodzie, do małego pawilonu przy

plaży, gdzie potem podadzą nam lunch jest około 300 metrów taką plażą jak na

zdjęciu poniżej. Ale to zdjęcie zostało zrobione w kilka godzin później –

gdy przyszedł przypływ i nasze łodzie mogły już podpłynąć blisko brzegu.

Rodrig559BIG.jpg

Tak

wygląda ten pawilon od strony wody. Po prawej stronie za drzewami ukryta

jest mała budka z toaletami i prymitywnym prysznicem. I to są jedyne “facilities”

na wyspie.

 

Rodrig562big.jpg

 

Najważniejsza

jest jednak chyba  ta weranda dająca trochę cienia, bo słońce przypieka

niemiłosiernie. I nawet po wyjściu z kąpieli na słońcu wytrzymać jest

trudno. Nie zapomnijcie kremu z filtrem, o czapce – kapeluszu nie wspominam,

bo to konieczność.

Rodrig537big.jpg

 

W cenę imprezy wliczona jest

piesza wycieczka po rezerwacie  ptactwa z ciemnoskórą przewodniczką:

Rodrig538big.jpg

Przy ścieżce

umieszczone są  tablice poglądowe traktujące o miejscowej faunie i

florze. Ale najciekawsze są oczywiście ptaki, których na wyspie gniazduje

kilka tysięcy. Nie dla wszystkich wystarcza miejsca na drzewach. Niektóre

gatunki budują gniazda na ziemi.  Nie są płochliwe.

Rodrig551big.jpg

Można je

fotografować z bliska, choć przewodniczka przywołuje do porządku niesfornych

( w tym mnie :)), którzy chcą podejść jeszcze bliżej.

Rodrig546big.jpg

W ptasim świecie Cocos

Island dominują dwa gatunki głuptaków (noodies): brown noodie  i 

lesser noodie.

Rodrig548big.jpg

Trzecim

co do liczebności gatunkiem są white terns – bardzo wdzięczne, ale znacznie

już mniejsze ptaki:

Rodrig542big.jpg

Czasem

wśród zasiedziałych tu gatunków zaplącze się jakiś samotny przybysz, jak na

przykład ten tropic bird z długim białym ogonem:

Rodrig549big.jpg

Wycieczka trwa

jakieś pół godziny. Potem jeszcze można przejść się plażą aż do płotu,

którym odgrodzony jest zachodni cypel wyspy. Wracamy do pawilonu. Jest czas

na lunch wliczony w cenę wycieczki, na kąpiel w lagunie (płytko!) i na

plażowanie. Rozczarują się ci, którzy przyjadą tu z fajką i maską – tu

niestety nie ma warunków do snorkelingu.

Rodrig552big.jpg

 

Odpłynęliśmy z wyspy o 14.30. Podobno dłużej przepisy zabraniają przebywać w

rezerwacie. Płynęliśmy tym razem pod wiatr i fala od czasu do czasu

skrapiała nas bryzgami wody.  Potem transfer mikrobusem i przed

zachodem słońca znalazłem się na powrót w moim pensjonacie. Był to

długi, ale mimo wszystko ciekawy dzień. Poznałem nowych ludzi i nowe

krajobrazy. 

Następny dzień był to już dzień

pożegnania z Rodriguesem – wyspą sympatycznych Kreoli.

Postanowiłem wracać na Mauritius

samolotem. W internetowej witrynie linii Air Mauritius wykupiłem bilet

one-way za 3900 rupii.

 

Rodrig576big.jpg

 

Do portu lotniczego Rodriguesa

zbudowanego na zachodnim krańcu wyspy dotarłem oczywiście lokalnym autobusem

za 23 rupie. Ostatnie 100 merów musiałem z moim plecakiem przejść pieszo, bo

końcowy przystanek jest w pewnej odległości od terminalu. Stanąłem spokojnie

w kolejce do rejestracji bagażu, by po chwili dowiedzieć się, że mój

90-minutowy lot na Mauritius będzie opóźniony i to nie wiadomo dokładnie

ile…  Cóż, żadnej alternatywy nie było – wypadało tylko uśmiechnąć

się i …czekać.