Wojtek Dabrowski – Rodrigues Island 2010 (Rodrig1.htm)


I
n

November 2010 I was sailing aboard French expedition ship “Marion Dufresne”

to the French Southern Lands – Terres Australes. The complete route Reunion

to Reunion exceeded 8000 km. Hot news from my journey (in English) you can

find in my

travellog. After visiting Crozet, Kerguelen Amsterdam and Saint Paul I

disembarked on Mauritius and sailed to Rodrigues aboard “Mauritius Pride”: 

 


W listopadzie 2010 płynąłem na  francuskim statku

ekspedycyjnym “Marion Dufresne” do Francuskich Terytoriów Południowych –

Terres Australes. Gdy statek wrócił z zimnej

Subantarktyki postanowiłem wykorzystać okazję i odwiedzić znany mi już z

poprzednich podróży

Mauritius oraz drugą wyspę, wchodzącą w skład wyspiarskiego państwa –

nieznany mi Rodrigues. Od roku 2002 Rodrigues ma autonomię, 12 października

jego mieszkańcy obchodzą lokalne święto – Autonomy Day.

 

 

Rodrigues jest znacznie mniejszy od Mauritiusa – wyspa ma rozmiary 18 x 8

kilometrów i bardzo różni się od swojej siostry – zarówno krajobrazem, jak i

kulturą. Sam Mauritius ma bardzo silne piętno hinduskie – mieszka tam wielu

Hindusów, na ulicy bez przerwy widzi się kobiety ubrane w sari. Na Rodrigues

(miejscowi wymawiają [Rodrig] ) mieszkają prawie wyłącznie mniej lub bardziej

ciemni Kreole – potomkowie Afrykanów z Madagaskaru i kontynentu oraz

Europejczyków.

Ponad 96 procent ludności Rodriguesa to katolicy.

Na mapce obok widać w którym

rejonie Oceanu Indyjskiego leży Rodrigues. 

 


Z Mauritiusa na odległy o 650

kilometrów Rodrigues można dostać się na dwa sposoby: samolotem linii Air

Mauritius (czasem pojawiają się też loty małych, konkurencyjnych kompanii,

ale podczas mojej wizyty konkurencja właśnie zawiesiła loty). Drugi sposób

to rejs statkiem pasażersko- towarowym. W kierunku “tam” popłynąłem

statkiem. Wyruszaliśmy ze stolicy Mauritiusa Port Louis (na zdjęciu

poniżej). Bez przesady mogę powiedzieć, że to jeden z najpiękniej położonych

portów na świecie…

Mauri865Big.jpg

Flota pasażerska Mauritiusa ma

zaledwie dwie jednostki: nowszą “Mauritius Trochetia” i starszą

“Mauritius Pride”. Na Rodrigues popłynąłem statkiem “Mauritius Pride”.

Tak wyglądał, gdy zobaczyłem go w

porcie Saint Louis. Cumował tuż obok wieży kapitanatu portu:

RodrigOL029.jpg


Oba statki należą do Mauritius Shipping

Corporation. Aktualne rozkłady rejsów znaleźć można na stronie tej kompanii:

www.mauritiusshipping.intnet.mu/  Pływają regularnie z Port Louis

nie tylko na Rodrigues, ale i na francuski Reunion. Ciekawą opcją jest

odbywany raz w miesiącu rejs do Tamatave koło Toamasiny na Madagaskarze. 

Gdy o zachodzie słońca

wychodziliśmy w morze na redzie dryfował jakiś inny handlowy statek:

 

Rodrig151big.jpg

 


Nasz rejs do Port Mathurin – jedynego

porciku na Rodrigues miał potrwać dwie noce i jeden dzień.


Na “Pride” są dwie klasy pasażerskie.

Niższa klasa oferuje fotele lotnicze umieszczone w ośmiu dużych salach. Jedna

ściana każdej sali zawiera schowki na bagaż pasażerów. Wyższa klasa to

dziesięć dwuosobowych kabin, w tej klasie w cenę biletu wliczone są posiłki,

jadane w mesie razem z oficerami i kapitanem.

Okazało się, że jestem jedynym

obcokrajowcem na pokładzie i pewnie z tego powodu moja osoba wzbudzała

powszechne zainteresowanie. A że statek płynął na Rodrigues

półtorej doby – była to okazja do spotkań z Kreolami… 

Są bardzo sympatyczni i chętnie

nawiązują znajomości. Paradoksem jest, że choć językiem urzędowym w państwie

Mauritius jest język angielski to oni (jakby na przekór swojej władzy) mówią między sobą

po francusku (a dokładniej – używają kreolskiego żargonu, który zbliżony

jest do francuskiego)


Pierwszego wieczoru mieliśmy piękny

zachód słońca. Oba statki tej kompanii od czasu do czasu wyruszają na sunset

cruise. Obserwując to piękne zjawisko pomyślałem, że ja też mam taki cruise w

ramach mojego biletu na Rodrigues bez dodatkowych opłat… 🙂


Drugiego dnia po wyjściu z Port Louis

zapytałem kapitana, czy mogę zobaczyć mostek. Zgodził się! Ze zdumieniem

stwierdziłem, że nikt tu nie siedzi przy kole sterowym. Na pełnym morzu

statek prowadzony jest przez autopilota i widać nie ma potrzeby

kontrolowania kursu przez sternika.

 

Rodrig162big.jpg

 

Na moje pytanie o szybkość statku

kapitan odpowiedział, że zredukował ją, bo wcale nie musimy się spieszyć.

Statek wchodząc do Port Mathurin – jedynej przystani na Rodrigues musi

najpierw przecisnąć się przez wąski kanał w barierze rafy koralowej

otaczającej wyspę. A taki manewr bezpiecznie można wykonać tylko w świetle

dnia.

 

Dookoła rozciągał się pusty,

błękitny ocean. Bez powodzenia próbowałem fotografować pojawiające się na

naszym kursie delfiny – zbyt szybko znikały pod wodą. Było  dość czasu

na rozmowy z towarzyszami podróży. Chętnie pozowali do zdjęć.


To od nich dowiedziałem się, że “Pride”

ma pod pokładem specjalnie zaprojektowane pomieszczenia do przewozu bydła.

Górzysty Rodrigues ma idealne warunki dla hodowli – takie, jakich nie ma na

Mauritiusie. A na Mauritiusie jest duże zapotrzebowanie na żywe bydło, by

miejscowi hinduiści i muzułmanie mogli je przed spożyciem ubić w rytualny

sposób. “Pride” wozi zatem żywe bydło z Rodriguesa na Mauritius. Nie czułem

żadnych przykrych zapachów. Może dlatego, że w tą stronę płynęliśmy z

pustymi oborami…

Rodrig171.jpg


Przy stoliku w mesie miałem miłe

towarzystwo – dwie siostry – studentki pedagogiki wracające do domu na

krótkie wakacje. Były dla mnie bardzo miłe. Chętnie opowiadały o niełatwym

życiu na Rodriguesie. No i podziwialiśmy razem kolejny zachód słońca –

niestety już nie tak efektowny:

Rodrig182big.jpg


Dzień w morzu zleciał mi szybko, a

wcześnie rano,

zgodnie z zapowiedzią kapitana zajęliśmy jedyne miejsce przy krótkim

nabrzeżu w Port Mathurin.

Rodrig200big.jpg

Rodrigues

Island is a tiny little jewel (only 18 x 8 km = 108 km²) locared some 600

kms off the northeast coast of Mauritius, with a population of around 38000

people. Of volcanic origin, it owes its name to the Portuguese ships’ pilot,

Diego Rodrigues, who discovered it in February 1528

Mimo, że statek nie opuszczał obszaru państwa Mauritius w Port Mathurin po

zejściu na ląd

musieliśmy przejść przez kontrolę imigracyjną. Była to tylko formalność i wkrótce wyszedłem z plecakiem

na ulicę. 

Nikt nie rzucił się na jedynego białego turystę, który przypłynął tym

rejsem, nikt nie wyrywał mi plecaka ciągnąc do taksówki czy hotelu. Takie

zwyczaje jeszcze nie dotarły na zapomniany Rodrigues! 


Port Mathurin jest niewielki – można go

przejść od krańca do krańca w kwadrans. Główna ulica, przebiegająca

równolegle do wybrzeża nosi nazwę, która nam, Polakom kojarzy się

jednoznacznie z pewnym ruchem społecznym. Jak widać nazwy ulic są tu pisane

po francusku, choć urzędowym językiem Mauritiusa jest angielski…

Tu znajdziecie to, czego mnie

brakowało po wylądowaniu na Rodrigues: plan stolicy wyspy.


Here you will find something

useful, but not easy to find in the net: a map of Port Mathurin  


 


Na swoim najruchliwszym odcinku (zdjęcie

poniżej) ulica Solidarności wypełniona jest małymi sklepikami. Na jej

wschodnim krańcu jest Most Churchilla i tuż za nim dworzec autobusowy, a na

zachodnim krańcu znajdziecie jedyny w mieście supermarket.

Rodrig185big.jpg

The main

street of Port Mathurin

 


Przy tejże ulicy zgrupowane są najstarsze

budynki miasteczka. W dawnym budynku administracji wyspy (na zdjęciu obok)

mieści się agencja turystyczna Discovery Rodrigues. Tel. 832 1062  

Island bears

the name of its discoverer, Portuguese navigator Don Diego Rodriguez, he

located it on a navigation chart in 1528.

The first

settlers to set foot in Rodrigues on 01 May 1691 were seven French Huguenots

led by . They were seeking refuge following the revocation of the Edict of

Nantes in 1685. They lived here for two years but finding the isolation and

the lack of female company unbearable, they set sail for Mauritius on a raft

in May 1693.

 


Przed budynkiem ustawiono mały pomnik

pioniera.

Podobno

pierwsi na Rodriguesie byli Arabowie – pokazali wyspę na swojej mapie z XI

wieku pod nazwą Dina a Robi. Współczesna nazwa wyspy wywodzi się od nazwiska 

jej europejskiego odkrywcy – portugalskiego nawigatora Don Diego Rodrigueza,

który umieścił ją na mapie w 1528 roku. Po nim, w 1601 przy wyspie zjawili

się Holendrzy. Ale pierwsi osadnicy wylądowali tu dopiero w maju 1691 roku.

Było to siedmiu francuskich Hugenotów szukających dla siebie miejsca do

życia poza ojczyzną. Przewodził im François Leguat – postać zasłużona w

poznawaniu oraz opisywaniu fauny i flory wyspy. Hugenoci żyli na wyspie dwa

lata, ale izolacja od świata i brak kobiet tak im dokuczyła, że w końcu

zbudowali tratwę i odpłynęli nią na Mauritius.     I tu

przypominają mi się słowa frywolnej polskiej piosenki …trudno bez baby żyć!

 


Po drugiej stronie ulicy Solidarności w

ogrodzie za murem stoi dawna rezydencja gubernatora. Dziś mieści się tu

miejscowe biuro informacji turystycznej (

www.tourism-rodrigues.mu ) ale

kiedy tam zajrzałem po zejściu ze statku wszystko było jeszcze zamknięte…

Za wcześnie…


Ex-Residency of British Governor in Port Mathurin

houses now the tourist information office. They have nice web page:

www.tourism-rodrigues.mu


Z przewodnika wiedziałem, że najtańsza

noclegownia na wyspie – Herbergement Fatehmamode jest gdzieś w następnej

ulicy. Okazało się jednak, że właściciel udostępniający pokoje urzęduje nie

w swojej pensji, ale przy

kasie w spożywczym sklepie. A sklep był jeszcze zamknięty… Otwarty był za

to sąsiedni sklep z pamiątkami, a w nim znalazłem uroczą dziewczynę. Miała

na imię Corine. Po raz pierwszy przekonałem się jak chętnie Kreolki z

Rodriguesa nadstawiają policzki do całowania… x3  🙂


Corine (co za oczy!) pozwoliła mi

zostawić w swoim sklepiku mój ciężki plecak i wyruszyć na poszukiwanie

taniego zakwaterowania..

Znalazłem je na końcu ulicy Leguat w

pensjonacie o poetycznej nazwie „Ciel d’Ete” – „Letnie niebo”. Jego małe

pawilony stoją pod kokosowymi palmami, w ogrodzie pełnym tropikalnych

kwiatów. Pokoje nie mają tu klimatyzacji, a jedynie wentylatory. Instytucja

ma tylko jedną wadę: tuż za płotem przebiega dość ruchliwa (jak na Rodrigues)

ulica. Ten niedostatek kompensuje niska cena pokoju (500 rupii ze

śniadaniem) i uśmiechnięci właściciele – starsze chińskie małżeństwo, co

ranek serwujące gościom na werandzie śniadanie z kawy, bagietek i

południowych owoców.

Mieszkałem na

I piętrze, obok palmy, którą widać na zdjęciu.

Z okna mojego

pokoju miałem widok na palmy, kwitnące krzewy bugenwilli i rzekę. Jakież

jest moje zdumienie, gdy po południu okazało się, że z koryta rzeki znikła

gdzieś cała woda! I tak już było codziennie: rzeka pojawiała się i znikała w

rytm przypływów i odpływów oceanu.

 


Przyszła pora poznać bliżej miasteczko.

Centralnym punktem Port Mathurin jest krótki bulwar nadmorski, gdzie cumują

kolorowe łódki.

Rodrig198big.jpg


Na jego krańcu stoi niewielki pomnik

upamiętniający tych, którzy walczyli w obu wojnach światowych. W siłach

brytyjskich.


W roku 1735 Francja założyła na wyspie

stałą kolonię. Ale w 1809, gdy na wyspie było już koło setki osadników wyspę

przejęła Anglia i rządziła tu aż do uzyskania niepodległości przez Mauritius

w 1967 roku.

Rodrig197big.jpg

Tuż obok

zwraca uwagę kompleks budynków Zgromadzenia Regionalnego (zdjęcie poniżej).

Tu rozstrzyga się większość spraw wyspy, bo Rodrigues od roku 2002

ma autonomię w ramach państwa Mauritius.

Rodrig195big.jpg


Podążając z mojego pensjonatu ulicą

Solidarności do centrum najpierw mijałem pocztę (tu można skorzystać z internetu – 10 rupii za

każdy kwadrans) a następnie niewielki bazar z owocami i artykułami pierwszej

potrzeby:

Rodrig206big.jpg

Były też po

drodze senne sklepiki. Jedne z tanim towarem wystawionym na ulicę (obok).

Inne (poniżej) z kratami założonymi w drzwiach. Tego nie rozumiałem, bo

wydawało mi się, że na wyspie jest bezpiecznie… Może te drzwi otwierano

dopiero po przywołaniu obsługi przebywającej gdzieś w mieszkaniu na

zapleczu? A może musiały być z kraty dla zapewnienia przewiewu w tym trudnym

do zniesienia upale?

Może warto tutaj pokazać jakieś przykładowe ceny:

bagietka  – 5,60 rupii,  jajko – 5, funt pomidorów – 35, puszka piwa – 28,

cola 0,5l – 23, pudełko serków – 40, mała konserwa mięsna -25, pocztówka –

10.  Przypomnę, że za 1 dolara USA płacą tu około 30 rupii, a za 1 euro

około 40.


Już po kilku godzinach pobytu przekonałem

się, że miejscowe kobiety są bardzo zadbane…


Macierzyństwo także i tu jest wdzięcznym

tematem dla zdjęć…


Taki jasny odcień skóry u mieszkańców

Rodriguesa spotyka się raczej rzadko. Ale nie zauważyłem jakichkolwiek

kompleksów czy oznak niechęci na tle rasowym. Inaczej jest w wielu krajach

Afryki.


Panujący upał (w ciągu dnia bywało 35

stopni w cieniu) jest meczący także dla małych dzieci. Wtedy mama szuka

skrawka cienia, by dziecko mogło pospać we względnym chłodzie.


Najtrudniej zrobić portrecik, który nie

jest pozowany. Także i tutaj ludzie widząc wycelowany w siebie obiektyw

aparatu zwykle zmieniają mimikę na bardziej “poprawną”. Podobnie się dzieje,

gdy zapytamy ich o pozwolenie zrobienia zdjęcia.


Ale to zdjęcie obok na pewno jest

naturalne… 


W tym wieku także i tutaj kobiety chcą

się już podobać. Co bardziej przyciąga uwagę mężczyzny: efektowna 

czapka czy może odważny dekolt?   🙂


Ciemna cera i jednocześnie proste włosy

tej pięknej kobiety dowodzą, że jej przodkowie przywędrowali na Rodrigues z

Madagaskaru:

Rodrig740BIG.jpg


Próbowałem odnaleźć w Port Mathurin

przykłady tradycyjnego budownictwa kreolskiego. Niestety w miasteczku

niewiele zachowało sie takich typowych domków jak ten na zdjęciu obok. Teraz

nawet ubogie miejscowe rodziny zajmują znacznie większy metraż.  

🙂

Rodrig225big.jpg


Wśród starych domów mieszczących sklepy i

składy można jeszcze znaleźć takie, które mogły by być elementami

scenografii w historycznym filmie z czasów kolonialnych. I tu od razu

przypomniało mi się podobne miasto nad Oceanem Indyjskim, które kiedyś

oglądałem: Tadżura.


W Port Mathurin pamięta się o francuskich

Hugenotach, którzy jako pierwsi osiedlili się na bezludnym wcześniej

Rodriguesie. W stolicy wyspy znaleźć można specjalną tablicę upamiętniającą

datę 1 maja 1601.


Choć muzułmanie stanowią zaledwie kilka

procent tutejszej społeczności wypatrzyłem dwa niewielkie meczety. Jeden z

nich schowany jest za tym płotem w głównej ulicy. Jego minarety co do

rozmiarów to są raczej symboliczne. Ale jest ich aż 6. Furtę zastałem

zamkniętą, ale dwie przecznice dalej jest jeszcze inny, większy meczet Masjid

Noor. Ten należy do muzułmańskiej sekty Ahmadija, która nie uznaje dżihadu i

przemocy. Odwiedzający niewierni są mile witani i oprowadzani, tylko buty

trzeba zdjąć…

 


Obok Mostu Churchilla w Port Mathurin

stoją dwa budynki ze sklepami na parterach. Ten z prawej strony (“Courts”)

mieści na piętrze jeszcze jedną noclegownię – “Auberge le Port Paradis” –

ale gdy tam sie pojawiłem wąskie wejście było na głucho zamknięte. Czyżby z

braku gości?

Rodrig222big.jpg

Warto

wspiąć się na wzgórze ponad miastem gdzie w 1954 roku ustawiono figurę Matki

Bożej (Reine de Rodrigues) spoglądającej na Port Mathurin:

Rodrig211big.jpg

Obok można

oglądać potężne działo zainstalowane podczas drugiej wojny światowej przez

Brytyjczyków. Działo wycelowane jest i dziś w przesmyk prowadzący do portu.

Na szczęście nigdy nie było potrzeby by go użyć… Dziś jest zabytkiem.

Z punktu widokowego przy

figurze otwiera się widok na lagunę, ale nie tylko…

Rodrig213big.jpg


W dolnej części zdjęcia

widać ujście rzeki i niepozorny Most Churchilla, który widziałem z okna

mojego pokoju.

Bardziej w lewo widać było port i

wciąż stojący przy nabrzeżu “Maurtius Pride”, którym przypłynąłem:

Rodrig217big.jpg
Port Mathurin


Na satelitarnym zdjęciu (niestety

łączonym z kilku nierówno naświetlonych klatek) widać, jak położony jest

Port Mathurin. Jeszcze lepiej widać to, co zwykle ukryte jest na mapach,

czyli kształt i kolor laguny. Wydaje mi się, że powierzchnia laguny jest tu

większa od powierzchni samej wyspy.

 


Na wschód od Port Mathurin, w odległości

półgodzinnego spaceru wzdłuż wybrzeża leży Anse aux Anglais (Zatoka

Angielska) z wąską plażą i kilkoma pensjonatami oraz restauracyjkami i

barami dla turystów. Tu za nocleg z pełnym wyżywieniem trzeba zapłacić 50

euro. Na krańcu zatoki znalazłem Hotel Recif, gdzie kilka razy w tygodniu

organizują dla turystów wieczory folklorystyczne połączone z degustacją

potraw (za dinner i show trzeba zapłacić 450 rupii). Trafiłem na taki występ

miejscowego zespołu tanecznego i muzycznego. Warto było!

 

From time to

time tourists have a chance to see traditional dances and listen to the folk

music. Close to Port Mathurin, in Anse aux Anglais I had a chance to see

such a folk show in Recif Hotel:

Sześciu muzyków grało na

ciekawych, tradycyjnych instrumentach. Wśród których najważniejsze są: mały

akordeon i płaskie bębny sega.

 

Przez ponad godzinę miałem okazję oglądać kreolskie tańce i słuchać ich muzyki.

Zespół taneczny tworzyły cztery pary:

 

Rodrig652BIG.jpg


To byli bardzo sympatyczni wykonawcy –

widać było, że w trakcie popisu sami doskonale się bawią.


Pary tancerzy kolejno popisywały się na

parkiecie. Zauważyłem, że powtarzającym się elementem tańca jest zalotne

zadzieranie spódnicy przez tancerkę – zerknijcie  także na następne

zdjęcie…

The

“traditional” music of Rodrigues results from the juxtaposition of musical

forms that meld African and European influences, resting on two pillars. The

first of its two pillars is the “sega tambour” – the drum, a blend of

African and Malagasy influences which also acts as a space for social

regulation. The high notes of the “maréchal” expose the failings of a

neighbour or his wife, the misfortunes of a rival in love or in business,

taken up by rolling drums, bass drumsticks and the “bobre” (a metal string

strained over a wooden elbow and attached to a hollow pumpkin) playing in

unison. The other pillar, the accordion, plays European traditional folk

music – mazurka (mazok karé or krawzé), Scottish (kotis), waltz (laval).

Miałem

okazję, by przyjrzeć się kreolskim tańcom i posłuchać muzyki mającej

wprawdzie swoje korzenie w Afryce, ale silnie zabarwionej rytmami

przywiezionymi z Europy przez kolonizatorów.  A wśród zapowiadanych 

tańców znalazł się mazok kare czyli kreolska wersja mazurka. Potem był także

lokalny walczyk. Gdy widownia była już dostatecznie rozgrzana żywiołowymi

rytmami tancerze zaprosili widzów na parkiet do wspólnego, kreolskiego

tańca. Starałem się, jak mogłem, ale nie bardzo nam to wychodziło, bo

przyzwyczajony jestem, że to ja prowadzę tancerkę, a nie ona mnie!

 

Sega drummer 

Miejscowy folklor to jednak nie tylko bęben sega ale także egzotyczne

potrawy: sałatka z małż nazywana cono cono, zupa z kukurydzy czy kraby

gotowane na parze – wszystko przyprawione miejscowymi warzywami i

korzeniami.

Moje ulubione

danie, a właściwie deser było znacznie prostsze w przyrządzeniu. Wieczorem w

pensjonacie przecinałem wzdłuż przyniesioną z targu dorodną papaję. Usuwałem

z wnętrza pestki i włókna i do tak przygotowanej połówki owocu wlewałem rum.

Potem łyżką wyjadałem kawałki miąższu zanurzonego w alkoholu. To była papaja

w rumie według własnego przepisu – prawdziwe delicje, które wymyśliłem

kiedyś na Filipinach, ale które teraz kojarzyć mi się będą także z gorącą

wyspą Rodrigues!

 

W sobotnie poranki w stolicy wyspy – Port Mathurin w sąsiedztwie portu odbywa się targ – warto

przyjść by kupować i fotografować:

 

Rodrig721big.jpg

Saturday

Market in Port Mathurin


 


Przed halą targową przeważają kramy z

artykułami codziennego użytku – takie piękne słomkowe kapelusze noszą tu

wszyscy:

Rodrig723BIG.jpg

 

 

 

 


Nieco uwspółcześnioną wersją wyrobów ze

słomy są te zrobione ze sznurka. Z tych samych surowców powstają niezliczone

odmiany koszyków i torebek:

Rodrig718big.jpg


Próbowałem doszukać się kramów z

pamiątkami. No i wkońcu coś znalazłem, tu wyroby z drewna:

Rodrig719big.jpg

… a tutaj wydziergane

laleczki. Turystów jak na lekarstwo, więc i podaż pamiątek niewielka…

Rodrig726big.jpg


Ciekawostką targu w Port Mathurin są

przetwory warzywno owocowe. Na wyspie nie ma żadnego przemysłu

przetwórczego, więc te przetwory produkuje się po domach, pakuje do małych

słoiczków, zaopatruje w etykiety drukowane na komputerowych drukarkach i

przynosi na stragan. Sałatki, pikle, sosy… Na takich stoiskach kupowałem

także miód a 60 rupii za mały słoik…


Największy ruch panował jednak w hali

targowej, gdzie handlowano warzywami i owocami. Zwracam uwagę, że podawana

cena najczęściej odnosi się do “livre” czyli funta, a nie do kilograma.

Rodrig703big.jpg


Taki targ to jednocześnie miejsce, gdzie

można spotkać (i sfotografować) całą galerię ciekawych postaci.


Za funt pomidorów zażądano ode mnie 35

rupii. całkiem sporo. Może traktują pomidory jako delikates?

Na sobotnim

targu są także stragany z domowymi wypiekami. Te jednak muszą być skrzętnie

nakryte ze względu na chmary much, a także tutejsze osy, najwyraźniej

lubiące i wyczuwające z daleka wszelkie słodycze.

Na płachtach

leżą sterty kokosowych orzechów, arbuzów, kiście zielonych bananów. Targ

pełen jest kolorów, zapachów i gwaru – to tu podglądać można autentyczne

kreolskie życie.

Rodrig715big.jpg

Targ jest także często miejscem towarzyskich spotkań:

RodrigOL640.jpg

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

Wydaje mi się,

że byłem tego dnia jedynym “białasem” kręcącym się między straganami targu.

To był ciekawy dzień!

 

Bazując w

stolicy wyspy wyruszyłem następnie w interior. Wspaniałe krajobrazy

Rodriguesa zobaczycie już jednak na kolejnej stronie.