In
November 2010 I was sailing aboard French expedition ship “Marion Dufresne”
to the French Southern Lands – Terres Australes. The complete route Reunion
to Reunion exceeded 8000 km. Hot news from my journey (in English) you can
find in my
travellog. After visiting Crozet, Kerguelen Amsterdam and Saint Paul I
disembarked on Mauritius and sailed to Rodrigues aboard “Mauritius Pride”:
W listopadzie 2010 płynąłem na francuskim statku
ekspedycyjnym “Marion Dufresne” do Francuskich Terytoriów Południowych –
Terres Australes. Gdy statek wrócił z zimnej
Subantarktyki postanowiłem wykorzystać okazję i odwiedzić znany mi już z
poprzednich podróży
Mauritius oraz drugą wyspę, wchodzącą w skład wyspiarskiego państwa –
nieznany mi Rodrigues. Od roku 2002 Rodrigues ma autonomię, 12 października
jego mieszkańcy obchodzą lokalne święto – Autonomy Day.
Rodrigues jest znacznie mniejszy od Mauritiusa – wyspa ma rozmiary 18 x 8
kilometrów i bardzo różni się od swojej siostry – zarówno krajobrazem, jak i
kulturą. Sam Mauritius ma bardzo silne piętno hinduskie – mieszka tam wielu
Hindusów, na ulicy bez przerwy widzi się kobiety ubrane w sari. Na Rodrigues
(miejscowi wymawiają [Rodrig] ) mieszkają prawie wyłącznie mniej lub bardziej
ciemni Kreole – potomkowie Afrykanów z Madagaskaru i kontynentu oraz
Europejczyków.
Ponad 96 procent ludności Rodriguesa to katolicy.
Na mapce obok widać w którym
rejonie Oceanu Indyjskiego leży Rodrigues.
Z Mauritiusa na odległy o 650
kilometrów Rodrigues można dostać się na dwa sposoby: samolotem linii Air
Mauritius (czasem pojawiają się też loty małych, konkurencyjnych kompanii,
ale podczas mojej wizyty konkurencja właśnie zawiesiła loty). Drugi sposób
to rejs statkiem pasażersko- towarowym. W kierunku “tam” popłynąłem
statkiem. Wyruszaliśmy ze stolicy Mauritiusa Port Louis (na zdjęciu
poniżej). Bez przesady mogę powiedzieć, że to jeden z najpiękniej położonych
portów na świecie…

Flota pasażerska Mauritiusa ma
zaledwie dwie jednostki: nowszą “Mauritius Trochetia” i starszą
“Mauritius Pride”. Na Rodrigues popłynąłem statkiem “Mauritius Pride”.
Tak wyglądał, gdy zobaczyłem go w
porcie Saint Louis. Cumował tuż obok wieży kapitanatu portu:

Oba statki należą do Mauritius Shipping
Corporation. Aktualne rozkłady rejsów znaleźć można na stronie tej kompanii:
www.mauritiusshipping.intnet.mu/ Pływają regularnie z Port Louis
nie tylko na Rodrigues, ale i na francuski Reunion. Ciekawą opcją jest
odbywany raz w miesiącu rejs do Tamatave koło Toamasiny na Madagaskarze.
Gdy o zachodzie słońca
wychodziliśmy w morze na redzie dryfował jakiś inny handlowy statek:

Nasz rejs do Port Mathurin – jedynego
porciku na Rodrigues miał potrwać dwie noce i jeden dzień.
Na “Pride” są dwie klasy pasażerskie.
Niższa klasa oferuje fotele lotnicze umieszczone w ośmiu dużych salach. Jedna
ściana każdej sali zawiera schowki na bagaż pasażerów. Wyższa klasa to
dziesięć dwuosobowych kabin, w tej klasie w cenę biletu wliczone są posiłki,
jadane w mesie razem z oficerami i kapitanem.


Okazało się, że jestem jedynym
obcokrajowcem na pokładzie i pewnie z tego powodu moja osoba wzbudzała
powszechne zainteresowanie. A że statek płynął na Rodrigues
półtorej doby – była to okazja do spotkań z Kreolami…
Są bardzo sympatyczni i chętnie
nawiązują znajomości. Paradoksem jest, że choć językiem urzędowym w państwie
Mauritius jest język angielski to oni (jakby na przekór swojej władzy) mówią między sobą
po francusku (a dokładniej – używają kreolskiego żargonu, który zbliżony
jest do francuskiego)


Pierwszego wieczoru mieliśmy piękny
zachód słońca. Oba statki tej kompanii od czasu do czasu wyruszają na sunset
cruise. Obserwując to piękne zjawisko pomyślałem, że ja też mam taki cruise w
ramach mojego biletu na Rodrigues bez dodatkowych opłat… 🙂
Drugiego dnia po wyjściu z Port Louis
zapytałem kapitana, czy mogę zobaczyć mostek. Zgodził się! Ze zdumieniem
stwierdziłem, że nikt tu nie siedzi przy kole sterowym. Na pełnym morzu
statek prowadzony jest przez autopilota i widać nie ma potrzeby
kontrolowania kursu przez sternika.

Na moje pytanie o szybkość statku
kapitan odpowiedział, że zredukował ją, bo wcale nie musimy się spieszyć.
Statek wchodząc do Port Mathurin – jedynej przystani na Rodrigues musi
najpierw przecisnąć się przez wąski kanał w barierze rafy koralowej
otaczającej wyspę. A taki manewr bezpiecznie można wykonać tylko w świetle
dnia.
Dookoła rozciągał się pusty,
błękitny ocean. Bez powodzenia próbowałem fotografować pojawiające się na
naszym kursie delfiny – zbyt szybko znikały pod wodą. Było dość czasu
na rozmowy z towarzyszami podróży. Chętnie pozowali do zdjęć.


To od nich dowiedziałem się, że “Pride”
ma pod pokładem specjalnie zaprojektowane pomieszczenia do przewozu bydła.
Górzysty Rodrigues ma idealne warunki dla hodowli – takie, jakich nie ma na
Mauritiusie. A na Mauritiusie jest duże zapotrzebowanie na żywe bydło, by
miejscowi hinduiści i muzułmanie mogli je przed spożyciem ubić w rytualny
sposób. “Pride” wozi zatem żywe bydło z Rodriguesa na Mauritius. Nie czułem
żadnych przykrych zapachów. Może dlatego, że w tą stronę płynęliśmy z
pustymi oborami…

Przy stoliku w mesie miałem miłe
towarzystwo – dwie siostry – studentki pedagogiki wracające do domu na
krótkie wakacje. Były dla mnie bardzo miłe. Chętnie opowiadały o niełatwym
życiu na Rodriguesie. No i podziwialiśmy razem kolejny zachód słońca –
niestety już nie tak efektowny:

Dzień w morzu zleciał mi szybko, a
wcześnie rano,
zgodnie z zapowiedzią kapitana zajęliśmy jedyne miejsce przy krótkim
nabrzeżu w Port Mathurin.

Rodrigues
Island is a tiny little jewel (only 18 x 8 km = 108 km²) locared some 600
kms off the northeast coast of Mauritius, with a population of around 38000
people. Of volcanic origin, it owes its name to the Portuguese ships’ pilot,
Diego Rodrigues, who discovered it in February 1528
Mimo, że statek nie opuszczał obszaru państwa Mauritius w Port Mathurin po
zejściu na ląd
musieliśmy przejść przez kontrolę imigracyjną. Była to tylko formalność i wkrótce wyszedłem z plecakiem
na ulicę.
Nikt nie rzucił się na jedynego białego turystę, który przypłynął tym
rejsem, nikt nie wyrywał mi plecaka ciągnąc do taksówki czy hotelu. Takie
zwyczaje jeszcze nie dotarły na zapomniany Rodrigues!
Port Mathurin jest niewielki – można go
przejść od krańca do krańca w kwadrans. Główna ulica, przebiegająca
równolegle do wybrzeża nosi nazwę, która nam, Polakom kojarzy się
jednoznacznie z pewnym ruchem społecznym. Jak widać nazwy ulic są tu pisane
po francusku, choć urzędowym językiem Mauritiusa jest angielski…

Tu znajdziecie to, czego mnie
brakowało po wylądowaniu na Rodrigues: plan stolicy wyspy.
Here you will find something
useful, but not easy to find in the net: a map of Port Mathurin
Na swoim najruchliwszym odcinku (zdjęcie
poniżej) ulica Solidarności wypełniona jest małymi sklepikami. Na jej
wschodnim krańcu jest Most Churchilla i tuż za nim dworzec autobusowy, a na
zachodnim krańcu znajdziecie jedyny w mieście supermarket.

The main
street of Port Mathurin
Przy tejże ulicy zgrupowane są najstarsze
budynki miasteczka. W dawnym budynku administracji wyspy (na zdjęciu obok)
mieści się agencja turystyczna Discovery Rodrigues. Tel. 832 1062


Island bears
the name of its discoverer, Portuguese navigator Don Diego Rodriguez, he
located it on a navigation chart in 1528.
The first
settlers to set foot in Rodrigues on 01 May 1691 were seven French Huguenots
led by . They were seeking refuge following the revocation of the Edict of
Nantes in 1685. They lived here for two years but finding the isolation and
the lack of female company unbearable, they set sail for Mauritius on a raft
in May 1693.
Przed budynkiem ustawiono mały pomnik
pioniera.
Podobno
pierwsi na Rodriguesie byli Arabowie – pokazali wyspę na swojej mapie z XI
wieku pod nazwą Dina a Robi. Współczesna nazwa wyspy wywodzi się od nazwiska
jej europejskiego odkrywcy – portugalskiego nawigatora Don Diego Rodrigueza,
który umieścił ją na mapie w 1528 roku. Po nim, w 1601 przy wyspie zjawili
się Holendrzy. Ale pierwsi osadnicy wylądowali tu dopiero w maju 1691 roku.
Było to siedmiu francuskich Hugenotów szukających dla siebie miejsca do
życia poza ojczyzną. Przewodził im François Leguat – postać zasłużona w
poznawaniu oraz opisywaniu fauny i flory wyspy. Hugenoci żyli na wyspie dwa
lata, ale izolacja od świata i brak kobiet tak im dokuczyła, że w końcu
zbudowali tratwę i odpłynęli nią na Mauritius. I tu
przypominają mi się słowa frywolnej polskiej piosenki …trudno bez baby żyć!
Po drugiej stronie ulicy Solidarności w
ogrodzie za murem stoi dawna rezydencja gubernatora. Dziś mieści się tu
miejscowe biuro informacji turystycznej (
www.tourism-rodrigues.mu ) ale
kiedy tam zajrzałem po zejściu ze statku wszystko było jeszcze zamknięte…
Za wcześnie…
Ex-Residency of British Governor in Port Mathurin
houses now the tourist information office. They have nice web page:


Z przewodnika wiedziałem, że najtańsza
noclegownia na wyspie – Herbergement Fatehmamode jest gdzieś w następnej
ulicy. Okazało się jednak, że właściciel udostępniający pokoje urzęduje nie
w swojej pensji, ale przy
kasie w spożywczym sklepie. A sklep był jeszcze zamknięty… Otwarty był za
to sąsiedni sklep z pamiątkami, a w nim znalazłem uroczą dziewczynę. Miała
na imię Corine. Po raz pierwszy przekonałem się jak chętnie Kreolki z
Rodriguesa nadstawiają policzki do całowania… x3 🙂
Corine (co za oczy!) pozwoliła mi
zostawić w swoim sklepiku mój ciężki plecak i wyruszyć na poszukiwanie
taniego zakwaterowania..

Znalazłem je na końcu ulicy Leguat w
pensjonacie o poetycznej nazwie „Ciel d’Ete” – „Letnie niebo”. Jego małe
pawilony stoją pod kokosowymi palmami, w ogrodzie pełnym tropikalnych
kwiatów. Pokoje nie mają tu klimatyzacji, a jedynie wentylatory. Instytucja
ma tylko jedną wadę: tuż za płotem przebiega dość ruchliwa (jak na Rodrigues)
ulica. Ten niedostatek kompensuje niska cena pokoju (500 rupii ze
śniadaniem) i uśmiechnięci właściciele – starsze chińskie małżeństwo, co
ranek serwujące gościom na werandzie śniadanie z kawy, bagietek i
południowych owoców.
Mieszkałem na
I piętrze, obok palmy, którą widać na zdjęciu.
Z okna mojego
pokoju miałem widok na palmy, kwitnące krzewy bugenwilli i rzekę. Jakież
jest moje zdumienie, gdy po południu okazało się, że z koryta rzeki znikła
gdzieś cała woda! I tak już było codziennie: rzeka pojawiała się i znikała w
rytm przypływów i odpływów oceanu.

Przyszła pora poznać bliżej miasteczko.
Centralnym punktem Port Mathurin jest krótki bulwar nadmorski, gdzie cumują
kolorowe łódki.

Na jego krańcu stoi niewielki pomnik
upamiętniający tych, którzy walczyli w obu wojnach światowych. W siłach
brytyjskich.
W roku 1735 Francja założyła na wyspie
stałą kolonię. Ale w 1809, gdy na wyspie było już koło setki osadników wyspę
przejęła Anglia i rządziła tu aż do uzyskania niepodległości przez Mauritius
w 1967 roku.

Tuż obok
zwraca uwagę kompleks budynków Zgromadzenia Regionalnego (zdjęcie poniżej).
Tu rozstrzyga się większość spraw wyspy, bo Rodrigues od roku 2002
ma autonomię w ramach państwa Mauritius.

Podążając z mojego pensjonatu ulicą
Solidarności do centrum najpierw mijałem pocztę (tu można skorzystać z internetu – 10 rupii za
każdy kwadrans) a następnie niewielki bazar z owocami i artykułami pierwszej
potrzeby:


Były też po
drodze senne sklepiki. Jedne z tanim towarem wystawionym na ulicę (obok).
Inne (poniżej) z kratami założonymi w drzwiach. Tego nie rozumiałem, bo
wydawało mi się, że na wyspie jest bezpiecznie… Może te drzwi otwierano
dopiero po przywołaniu obsługi przebywającej gdzieś w mieszkaniu na
zapleczu? A może musiały być z kraty dla zapewnienia przewiewu w tym trudnym
do zniesienia upale?
Może warto tutaj pokazać jakieś przykładowe cen
y:bagietka – 5,60 rupii, jajko – 5, funt pomidorów – 35, puszka piwa – 28,
cola 0,5l – 23, pudełko serków – 40, mała konserwa mięsna -25, pocztówka –
10. Przypomnę, że za 1 dolara USA płacą tu około 30 rupii, a za 1 euro
około 40.


Już po kilku godzinach pobytu przekonałem
się, że miejscowe kobiety są bardzo zadbane…
Macierzyństwo także i tu jest wdzięcznym
tematem dla zdjęć…


Taki jasny odcień skóry u mieszkańców
Rodriguesa spotyka się raczej rzadko. Ale nie zauważyłem jakichkolwiek
kompleksów czy oznak niechęci na tle rasowym. Inaczej jest w wielu krajach
Afryki.
Panujący upał (w ciągu dnia bywało 35
stopni w cieniu) jest meczący także dla małych dzieci. Wtedy mama szuka
skrawka cienia, by dziecko mogło pospać we względnym chłodzie.


Najtrudniej zrobić portrecik, który nie
jest pozowany. Także i tutaj ludzie widząc wycelowany w siebie obiektyw
aparatu zwykle zmieniają mimikę na bardziej “poprawną”. Podobnie się dzieje,
gdy zapytamy ich o pozwolenie zrobienia zdjęcia.
Ale to zdjęcie obok na pewno jest
naturalne…
W tym wieku także i tutaj kobiety chcą
się już podobać. Co bardziej przyciąga uwagę mężczyzny: efektowna
czapka czy może odważny dekolt? 🙂

Ciemna cera i jednocześnie proste włosy
tej pięknej kobiety dowodzą, że jej przodkowie przywędrowali na Rodrigues z
Madagaskaru:


Próbowałem odnaleźć w Port Mathurin
przykłady tradycyjnego budownictwa kreolskiego. Niestety w miasteczku
niewiele zachowało sie takich typowych domków jak ten na zdjęciu obok. Teraz
nawet ubogie miejscowe rodziny zajmują znacznie większy metraż.
🙂

Wśród starych domów mieszczących sklepy i
składy można jeszcze znaleźć takie, które mogły by być elementami
scenografii w historycznym filmie z czasów kolonialnych. I tu od razu
przypomniało mi się podobne miasto nad Oceanem Indyjskim, które kiedyś
oglądałem: Tadżura.
W Port Mathurin pamięta się o francuskich
Hugenotach, którzy jako pierwsi osiedlili się na bezludnym wcześniej
Rodriguesie. W stolicy wyspy znaleźć można specjalną tablicę upamiętniającą
datę 1 maja 1601.


Choć muzułmanie stanowią zaledwie kilka
procent tutejszej społeczności wypatrzyłem dwa niewielkie meczety. Jeden z
nich schowany jest za tym płotem w głównej ulicy. Jego minarety co do
rozmiarów to są raczej symboliczne. Ale jest ich aż 6. Furtę zastałem
zamkniętą, ale dwie przecznice dalej jest jeszcze inny, większy meczet Masjid
Noor. Ten należy do muzułmańskiej sekty Ahmadija, która nie uznaje dżihadu i
przemocy. Odwiedzający niewierni są mile witani i oprowadzani, tylko buty
trzeba zdjąć…
Obok Mostu Churchilla w Port Mathurin
stoją dwa budynki ze sklepami na parterach. Ten z prawej strony (“Courts”)
mieści na piętrze jeszcze jedną noclegownię – “Auberge le Port Paradis” –
ale gdy tam sie pojawiłem wąskie wejście było na głucho zamknięte. Czyżby z
braku gości?

Warto
wspiąć się na wzgórze ponad miastem gdzie w 1954 roku ustawiono figurę Matki
Bożej (Reine de Rodrigues) spoglądającej na Port Mathurin:

Obok można
oglądać potężne działo zainstalowane podczas drugiej wojny światowej przez
Brytyjczyków. Działo wycelowane jest i dziś w przesmyk prowadzący do portu.
Na szczęście nigdy nie było potrzeby by go użyć… Dziś jest zabytkiem.

Z punktu widokowego przy
figurze otwiera się widok na lagunę, ale nie tylko…

W dolnej części zdjęcia
widać ujście rzeki i niepozorny Most Churchilla, który widziałem z okna
mojego pokoju.
Bardziej w lewo widać było port i
wciąż stojący przy nabrzeżu “Maurtius Pride”, którym przypłynąłem:


Na satelitarnym zdjęciu (niestety
łączonym z kilku nierówno naświetlonych klatek) widać, jak położony jest
Port Mathurin. Jeszcze lepiej widać to, co zwykle ukryte jest na mapach,
czyli kształt i kolor laguny. Wydaje mi się, że powierzchnia laguny jest tu
większa od powierzchni samej wyspy.
Na wschód od Port Mathurin, w odległości
półgodzinnego spaceru wzdłuż wybrzeża leży Anse aux Anglais (Zatoka
Angielska) z wąską plażą i kilkoma pensjonatami oraz restauracyjkami i
barami dla turystów. Tu za nocleg z pełnym wyżywieniem trzeba zapłacić 50
euro. Na krańcu zatoki znalazłem Hotel Recif, gdzie kilka razy w tygodniu
organizują dla turystów wieczory folklorystyczne połączone z degustacją
potraw (za dinner i show trzeba zapłacić 450 rupii). Trafiłem na taki występ
miejscowego zespołu tanecznego i muzycznego. Warto było!

From time to
time tourists have a chance to see traditional dances and listen to the folk
music. Close to Port Mathurin, in Anse aux Anglais I had a chance to see
such a folk show in Recif Hotel:
Sześciu muzyków grało na
ciekawych, tradycyjnych instrumentach. Wśród których najważniejsze są: mały
akordeon i płaskie bębny sega.

Przez ponad godzinę miałem okazję oglądać kreolskie tańce i słuchać ich muzyki.
Zespół taneczny tworzyły cztery pary:



To byli bardzo sympatyczni wykonawcy –
widać było, że w trakcie popisu sami doskonale się bawią.
Pary tancerzy kolejno popisywały się na
parkiecie. Zauważyłem, że powtarzającym się elementem tańca jest zalotne
zadzieranie spódnicy przez tancerkę – zerknijcie także na następne
zdjęcie…


The
“traditional” music of Rodrigues results from the juxtaposition of musical
forms that meld African and European influences, resting on two pillars. The
first of its two pillars is the “sega tambour” – the drum, a blend of
African and Malagasy influences which also acts as a space for social
regulation. The high notes of the “maréchal” expose the failings of a
neighbour or his wife, the misfortunes of a rival in love or in business,
taken up by rolling drums, bass drumsticks and the “bobre” (a metal string
strained over a wooden elbow and attached to a hollow pumpkin) playing in
unison. The other pillar, the accordion, plays European traditional folk
music – mazurka (mazok karé or krawzé), Scottish (kotis), waltz (laval).
Miałem
okazję, by przyjrzeć się kreolskim tańcom i posłuchać muzyki mającej
wprawdzie swoje korzenie w Afryce, ale silnie zabarwionej rytmami
przywiezionymi z Europy przez kolonizatorów. A wśród zapowiadanych
tańców znalazł się mazok kare czyli kreolska wersja mazurka. Potem był także
lokalny walczyk. Gdy widownia była już dostatecznie rozgrzana żywiołowymi
rytmami tancerze zaprosili widzów na parkiet do wspólnego, kreolskiego
tańca. Starałem się, jak mogłem, ale nie bardzo nam to wychodziło, bo
przyzwyczajony jestem, że to ja prowadzę tancerkę, a nie ona mnie!


Sega drummer
Miejscowy folklor to jednak nie tylko bęben sega ale także egzotyczne
potrawy: sałatka z małż nazywana cono cono, zupa z kukurydzy czy kraby
gotowane na parze – wszystko przyprawione miejscowymi warzywami i
korzeniami.
Moje ulubione
danie, a właściwie deser było znacznie prostsze w przyrządzeniu. Wieczorem w
pensjonacie przecinałem wzdłuż przyniesioną z targu dorodną papaję. Usuwałem
z wnętrza pestki i włókna i do tak przygotowanej połówki owocu wlewałem rum.
Potem łyżką wyjadałem kawałki miąższu zanurzonego w alkoholu. To była papaja
w rumie według własnego przepisu – prawdziwe delicje, które wymyśliłem
kiedyś na Filipinach, ale które teraz kojarzyć mi się będą także z gorącą
wyspą Rodrigues!
W sobotnie poranki w stolicy wyspy – Port Mathurin w sąsiedztwie portu odbywa się targ – warto
przyjść by kupować i fotografować:

Saturday
Market in Port Mathurin
Przed halą targową przeważają kramy z
artykułami codziennego użytku – takie piękne słomkowe kapelusze noszą tu
wszyscy:


Nieco uwspółcześnioną wersją wyrobów ze
słomy są te zrobione ze sznurka. Z tych samych surowców powstają niezliczone
odmiany koszyków i torebek:

Próbowałem doszukać się kramów z
pamiątkami. No i wkońcu coś znalazłem, tu wyroby z drewna:

… a tutaj wydziergane
laleczki. Turystów jak na lekarstwo, więc i podaż pamiątek niewielka…


Ciekawostką targu w Port Mathurin są
przetwory warzywno owocowe. Na wyspie nie ma żadnego przemysłu
przetwórczego, więc te przetwory produkuje się po domach, pakuje do małych
słoiczków, zaopatruje w etykiety drukowane na komputerowych drukarkach i
przynosi na stragan. Sałatki, pikle, sosy… Na takich stoiskach kupowałem
także miód a 60 rupii za mały słoik…
Największy ruch panował jednak w hali
targowej, gdzie handlowano warzywami i owocami. Zwracam uwagę, że podawana
cena najczęściej odnosi się do “livre” czyli funta, a nie do kilograma.

Taki targ to jednocześnie miejsce, gdzie
można spotkać (i sfotografować) całą galerię ciekawych postaci.


Za funt pomidorów zażądano ode mnie 35
rupii. całkiem sporo. Może traktują pomidory jako delikates?
Na sobotnim
targu są także stragany z domowymi wypiekami. Te jednak muszą być skrzętnie
nakryte ze względu na chmary much, a także tutejsze osy, najwyraźniej
lubiące i wyczuwające z daleka wszelkie słodycze.

Na płachtach
leżą sterty kokosowych orzechów, arbuzów, kiście zielonych bananów. Targ
pełen jest kolorów, zapachów i gwaru – to tu podglądać można autentyczne
kreolskie życie.

Targ jest także często miejscem towarzyskich spotkań:

My hot
news from this expedition (in English) you can read in my travel log:
www.globosapiens.net/travellog/wojtekd
Wydaje mi się,
że byłem tego dnia jedynym “białasem” kręcącym się między straganami targu.
To był ciekawy dzień!
Bazując w
stolicy wyspy wyruszyłem następnie w interior. Wspaniałe krajobrazy
Rodriguesa zobaczycie już jednak na kolejnej stronie.
