Providencia cz.1 – Wojtek Dąbrowski (Provid1.htm)

ProviTYT.jpg

tekst i zdjęcia: Wojciech Dąbrowski © – text

& photos

Część I – 

Part one


Kolumbia to dla przeciętnego Polaka

aromatyczna kawa i narkotykowe gangi… Kto słyszał o kolumbijskich wyspach

na Morzu Karaibskim? A są takie! Małe i piękne. San Andres i Providencia…

I przynajmniej jedna z nich (Providencia) nie jest jeszcze rozdeptana przez

turystów. Podróżnikowi nie jest łatwo do nich dojechać, bo nie docierają tam jeszcze wielkie wycieczkowe statki krążące bez przerwy po Karaibach. 

A samoloty, które tu lądują zawsze zaczynają swój lot w macierzystej

Kolumbii. Nie można zatem przylecieć na San Andres prosto z USA czy Meksyku.

Droga na te wyspy wiedzie zawsze przez kontynentalną część Kolumbii…

Na

mapce pokazującej położenie San Andres widać, że leży on bliżej wybrzeży

Nikaragui niż Kolumbii. Leciałem tam z San Jose w Kostaryce, ale przez

Bogotę, czego (dla uproszczenia) nie widać na mapce…  🙂

Międzynarodowe lotnisko w Bogocie, stolicy Kolumbii ma dwa terminale: T1 –

międzynarodowy oraz T2 – nazywany Ponte Aero i wykorzystywany przez linię

Avianca dla lotów krajowych. Przylecisz na T1, a chcesz lecieć dalej na San

Andres – musisz dostać się na T2!   A nie jest to wcale “walking distance”.

Czasu na tę przesiadkę miałem niewiele. Czytałem coś wcześniej w sieci o

autobusie, który miał czekać na zewnątrz budynku i wieźć pasażerów na T2, ale okazało się, że proces

przesiadkowy zorganizowany jest teraz zupełnie inaczej: po odprawie

paszportowej i celnej strzałki prowadzą pasażera do ciemnego korytarza,

gdzie czekają inni amatorzy przesiadki. Co jakiś czas otwierają się drzwi

prowadzące prosto na płytę lotniska i ludzi pakują do autobusu, który po

płycie przewozi ich skróconą drogą do T2. Oddycham z ulgą… Już wiem, że

lot na San Andres mi nie ucieknie! A lecę na bezpłatnym bilecie za mile

wylatane w programie dla często podróżujących “Miles and More”, do którego

właśnie dołączyła kolumbijska “Avianca”.

W

terminalu T-2 niestety czeka tranzytowych pasażerów niezbyt mila

niespodzianka: wszyscy odlatujący na wyspę San Andres muszą wykupić w

stanowisku 29 specjalną kartę turystyczną –

Tarjeta de Turismo. I nie ma co ko kombinować, bo

karta ta będzie potem wielokrotnie sprawdzana na wyspie. Kosztuje ona

(2017r) 105000

kolumbijskich pesos (około 36 dolarów). Na szczęście można płacić także

kartą kredytową.

Wracam do swojej bramki nr 4, gdzie sprawdzają kartę, a potem prowadzą nas

po płycie do czekającego airbusa. Samolot wypełniony jest tylko w 75 procentach.

Startujemy ponad morzem niskich budynków stolicy. Lecę odkryć jeszcze jedną

nieznaną wyspę…

Po

blisko 2 godzinach lotu samolot przebija szare chmury i obniża się nad

kolorowym Morzem Karaibskim. Jest moja wyspa!:

Provi7365.jpg

Siadamy na pasie, schodzimy po schodkach na betonową płytę pełną kałuż. Tu

niedawno przeszła tropikalna ulewa!. Terminal mają piętrowy, chyba zbyt

wielki, jak na taką zagubioną wyspę. Sprawdzają paszporty i Tarjeta de

Turismo. Trzeba przy tym zadeklarować datę wyjazdu z wyspy. To przecież nie

jest granica państwa, więc dlaczego ten czarny celnik grzebie mi w plecaku?

Z

lotniska do mojego pensjonatu nie jest daleko, postanawiam dojść tam pieszo,

ale to nie jest łatwe zadanie, bo uliczki San Andres chwilowo zamieniły się

w koryta potoków. Woda na jezdniach jest tak głęboka, że motocykle jadą wysokimi

chodnikami. Konstatuję, że to nie jest reprezentacyjna dzielnica; domy pod

drzewami chlebowymi są niskie i zaniedbane. Chwilowo chodzi mi jednak tylko o

to, by przenocować. Bo zdecydowałem od razu – następnego dnia rano popłynąć na sąsiednią wyspę – Isla Providencia. 

kliknijcie

tutaj, aby otworzyć większą

mapę wyspy

Na

Prowidencji, odległej od San Andres tylko o 90 km  jest maleńkie

lotnisko przyjmujące kilkumiejscowe samoloty, ale bilety na przelot z San

Andres (tylko ten kierunek jest obsługiwany) są dość drogie. Na

szczęście od kilku lat z wyspy na wyspę można także popłynąć niewielkim

motorowym katamaranem “El Splendor” zabierającym do 71 pasażerów. Popyt na

bilety okresowo bywa duży, więc warto zarezerwować je z wyprzedzeniem na

stronie internetowej kompanii:

www.conocemosnavegando.com  również dlatego, że tym, którzy kupują

bilety wcześniej dają zniżkę. Bądźcie przygotowani na to, że nie

wszystkie karty płatnicze są przez ten serwis akceptowane. Podróżnik z

Europy nie ma lekko!   

Rano okazało

się, że katamaran na Prowidencję odpływa nie z portu, ale z jachtowej mariny

w centrum miasta. W parku przy marinie pod wiatą z palmowych liści odbywa

się rejestracja pasażerów:

Provi6810.jpg

Ta niewielka

wiata pod strzechą pełni rolę biura, gdzie Ci, którzy w ostatniej chwili

decydują się na podróż płacą za bilet.  Sprawdzają

Tarjeta de Turismo.

Jednocześnie każdy pasażer dostaje boarding pass, tabletkę na chorobę morską

i woreczek wody do picia. Miejsce dla mnie na szczęście jest.

Przed wejściem na molo czeka nas jeszcze niezbyt przyjemna kontrola bagażu –

dwa prymitywne typy z policji zaglądają do wszystkich kieszeni mojego

plecaka.  Potem już można wejść na pokład katamaranu.

Nazywa się “El Splendor” ale tej nazwy tu się wcale nie używa. Miejscowi

mówią o nim po prostu “catamaran a Providencia”.  Przyznacie,

że jednostka ma bardzo ładną linię:

Provi1721.jpg

W jedynej, klimatyzowanej kabinie ustawione są rzędy lotniczych foteli. Przez

duże okna widać cumujące obok jachty i stateczki wycieczkowe. O 8.10 przez

San Andres przechodzi ściana tropikalnej ulewy, ale w 20 minut później, gdy

wychodzimy z portu mijając turystyczny statek stylizowany na piracki, znów świeci

palące słońce. No i zaczyna się… Skaczemy po falach, jednostka zwalnia i

przyspiesza. Ludzie łapią za torebki wymiotne – nie wiedzieli, co ich czeka!  Ja na szczęście nie wiem, co to morska choroba, ale

morze wali w kadłuby i rzuca

tak, że nie mogę pisać… Spacer do toalety jest ryzykowny.

Morska podróż trwa nieco ponad dwie godziny. Drzemię w fotelu po kiepsko

przespanej ostatniej nocy, a gdy się ocknę, widać z prawej wynurzające się z

morza zielone góry. Pierwsze wrażenie – ta wyspa podobna jest do oglądanego

z daleka Pitcairnu! Tyle, że

tu na niektórych szczytach ustawione są anteny i a na tym najbliższym duży,

biały krzyż.

Provi7284.jpg

Oglądane z

dystansu zielone góry prezentują się bardzo malowniczo. Rozpoznaję wśród

nich The Peak (hiszp. El Pico) – najwyższy szczyt wyspy mający 360 m i już

teraz myślę o tym, że świetnie by było się tam wdrapać dla wspaniałego – jak

przypuszczam –

widoku:

Provi7286.jpg

Wchodzimy w przesmyk między Prowidencją a sąsiednią, mniejszą wyspą Santa Catalina

i dobijamy do betonowej kei.  Tuż obok stoi na nabrzeżu ładny

kolonialny budynek, nazywają go Hotel Aury, choć obecnie mieści się tam

administracja portu:

Provi1016.jpg

Pasażerowie z ulgą wysypują się na krótkie, betonowe molo. Przy portowej

bramie – u wyjścia do

miasteczka czeka nas jeszcze kontrola paszportów i karty Tarjeta de Turismo.

Ustawiamy się w długiej kolejce:

Provi2223.jpg

Na szczęście kontrola idzie szybko, bo i tutaj trafiła już informatyzacja:

dwie ładne Kreolki mają do dyspozycji laptop, skaner i czytnik kodu

kreskowego. Pytają mnie czy mam rezerwację noclegu (baza hotelowa na wyspie

jest na razie skromna). Mam! -Posada Lia to tu – dosłownie naprzeciwko

portowej bramy!

 

 

 

 

Rzeczywiście –

na starym, kolonialnym domu z podcieniami wisi widoczny z daleka szyld. Na

parterze mieści się niewielki “interes” – naprawiają telefony komórkowe i sprzedają

artykuły papiernicze. Po zewnętrznych, metalowych schodkach wchodzi się na

otoczone tarasem piętro, gdzie urządzono niewielki pensjonat. Znajdziecie w

nim pokoje różnych kategorii, łącznie z salą zbiorową, w której są piętrowe

lóżka:

Provi0839.jpg

Z tego długiego tarasu na piętrze wchodzi się do pokoików. Joe Hardwood –

młody manager paradujący w wypłowiałych bermudach prowadzi mnie do zupełnie przyzwoitego pokoiku z łazienką i

klimatyzacją. Tu będę mieszkać podczas pobytu na wyspie, płacąc zupełnie

przyzwoitą cenę – 23 dolary za noc. Joe przyjmuje ode mnie dolary, bo na tej

wyspie nie ma ich gdzie wymienić na kolumbijskie pesos. W pomieszczeniu obok ciemnoskóra kobieta

prowadzi mały bufet, gdzie można sobie zamówić proste dania, zjadane później

przy stolikach ustawionych na tarasie. Są oczywiście i napoje…   

Provi2811.jpg

Dobrze mi się tu mieszka. Mam wszakże jeden problem: ponieważ w sieci jest

tu tylko 120 V na zagotowanie grzałką 800W kubka herbaty (a wypijam ich

przecież dziesiątki) czekam prawie pół godziny! 

Jedyne miasteczko – stolica wyspy

nazywa się oficjalnie Santa Isabel, ale rzadko kto używa tej nazwy.

Zazwyczaj mówią “center” lub “centro”… Tu zlokalizowano “kilometr zero”,

od którego oni liczą odległości wzdłuż drogi biegnącej po obwodzie wyspy.

Znalazłem dla was mapę drogową,

na której zaznaczone są te kilometry. Lotnisko na przykład jest na kilometrze 15…

Europejczycy pojawili się na

Prowidencji w 1629 roku. Byli to Angielscy purytanie. Od tego czasu na

wyspie funkcjonowała kolonia, która dopiero po uzyskaniu przez Kolumbię

niepodległości w 1822 roku znalazła się w strefie hiszpańskiego języka. Do

dziś mieszkańcy Prowidencji (a jest ich około 5 tysięcy) mówią po angielsku,

używając także na codzień “ingles creole” – karaibskiego dialektu podobnego

do tego, jakiego używają mieszkańcy Jamajki. Na kolonialnym domu mieszczącym

władze wyspy czyli alcadię wciąż wisi angielski, a nie hiszpański napis:

Provi5509.jpg

Jedyny pomnik,

który widziałem na wyspie stoi na skwerku przy siedzibie władzy w

towarzystwie dwóch armatek. To Francisco Santander – kolumbijski bohater

narodowy:

Provi1017.jpg

Stolica wyspy jest niewielka – można ją obejść w pół godziny.

Miasteczko zachowało kolonialny charakter. Stare drewniane domy z

podcieniami mieszczą sklepy, do których przyjeżdża na zakupy ludność

zamieszkująca poza “stolicą”. Najpopularniejszymi środkami transportu są przy

tym motocykl i skuter:  

Provi0747.jpg

W Santa Isabel

jest jedna piekarnia, gdzie sprzedają chleb po 3500 pesos i kilka

konkurujących ze sobą supermarketów. Ceny z oczywistych powodów są tu wyższe

niż na kontynencie – wszystko przywozi się małym statkiem z przeładunkiem na

San Andres – to dodatkowe koszty. Za 10 jaj trzeba zapłacić aż 5000 pesos.

Provi3750.jpg

Jest i mała

gastronomia! W podcieniach

naprzeciwko mojego pensjonatu starsza kobieta codziennie sprzedaje

własnoręcznie upieczone donuty (małe pączki).  

Provi2849.jpg

Centrum

miasteczka wyznacza wielkie cieniste drzewo rosnące na rogu przy alcadii. Tu

na ławeczkach przesiadują całymi dniami najstarsi obywatele. Tu czeka się na męża, który

zostawił żonę przy sklepie, a sam pojechał coś załatwić. Tu wreszcie można

poplotkować z sąsiadką:

Provi0477.jpg

 

Białych wśród miejscowych praktycznie się nie spotyka. W ciągu wieków

napływowa ludność z Europy przemieszała się bardzo ze sprowadzanymi z Afryki

Murzynami. Purytańskie zasady zabraniały płacić za niewolników pieniędzmi,

więc płacono za nich workami uprawianego na wyspie tytoniu… Niewolnictwo zniesiono na wyspie dopiero w połowie XIX wieku. 

W międzyczasie bazowali na tej wyspie (przy cichym przyzwoleniu Anglików)

karaibscy piraci ze słynnym kapitanem Henry Morganem na czele.

 

 

 

 

 

 

 

Życie na

wyspie płynie niespiesznie. Bo nie ma się do czego spieszyć!

Provi6866.jpg

 

 

Na pierwszą wycieczkę wyruszam

wzdłuż zachodniego wybrzeża  – do części wyspy nazywanej Old Town. Już z katamaranu zbliżającego się do przystani

widziałem tam dwa spore kościoły. Okazuje się, że oba katolickie. Tyle tylko, że w

tym pierwszym, drewnianym urządzono jedyne muzeum na wyspie.

Ten kościół zapewne nie mieścił już na nabożeństwach wszystkich

wiernych z tej części wyspy. Zdecydowano więc tuż obok wybudować drugi – w

nowej technologii. A ten zamienić na muzeum…

Gdy patrzyłem

z daleka na niewielki taras przed kościołem sądziłem przez chwilę, że siedzi

tam jakaś urodziwa kreolka w stroju z ubiegłej epoki, osłaniając się przed

palącym słońcem parasolką. Okazało się jednak, że to ubrany manekin, który

ma przyciągnąć ludzi do muzeum: 

We wnętrzu dawnego kościoła eksponowane są stare fotografie wyspy,

stroje i sprzęty domowe. Ale na honorowym miejscu znalazłem portret słynnego

pirata – Kapitana Morgana: 

 

Wstęp do muzeum jest bezpłatny, trzeba tylko wpisać się na listę

gości. Jego opiekunka mówi po angielsku i chętnie oprowadzi was po

niewielkim wnętrzu, opowiadając o historii wyspy. Anglosasi dla odróżnienia

od innych miejsc w świecie zwanych Providence (a jest ich sporo) mówią o

niej Old Providence. Porównując widoki ze

starych fotografii z dzisiejszym wyglądem ulic dochodzi się do wniosku, że

niewiele się tu zmieniło.

Provi5459.jpg

Po zwiedzeniu muzeum poszedłem oczywiście zobaczyć, jak wygląda nowy

kościół: 

Provi5912.jpg

Jest znacznie większy od tego historycznego. Czysto tu i schludnie.

Ale napisy są już w języku hiszpańskim. Cóż, to terytorium Kolumbii, gdzie

hiszpański jest językiem urzędowym. 

Provi0706.jpg

Obok tego nowego kościoła stoi okazała katolicka szkoła. Gwar

dziecięcych głosów słyszałem już z daleka. Pomyślałem sobie: wejdę zobaczyć,

jak się uczą tutejsze dzieciaki…

Provi2658.jpg

Na tarasie

przed głównym wejściem spotkałem dwójkę woźnych. Byli bardzo sympatyczni.

Zapytałem o pozwolenie. -Nie ma problemu!- usłyszałem w odpowiedzi –

Zapraszamy!

Nauczyciele

byli trochę zaskoczeni moją obecnością, ale dzieciaki chętnie pozowały do

zdjęć. Mnie szczególnie podobały się… wzorzyste szkolne fartuszki

dziewcząt:

Pomieszczenia szkoły nie mają

klimatyzacji. Okna muszą być otwarte na oścież, aby zapewnić przewiew…

Największy gwar panował (jak można było przewidzieć) w klasie pierwszej:

Provi1223.jpg

Podczas przerwy po lekcji informatyki (mają tu kilka stareńkich

komputerów) zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie z uczniami i uczennicami

najstarszej klasy. Pytali oczywiście skąd jestem i od razu skojarzyli kraj

mojego pochodzenia z osobą Jana Pawła II:

Provi1954.jpg

Starsze dziewczęta chcą być

piękne i podziwiane… Tylko jak ozdobić te włosy, skoro z natury są krótkie i

kędzierzawe?  Popatrzcie na zdjęcie obok… 

Młodsze pięknotki robią sobie

dredy:

Gdy

wychodziłem ze szkoły żegnały mnie uśmiechy. Wyglądało na to, że rzadko

zaglądają tu cudzoziemcy. Zagraniczni turyści przyjeżdżają na Prowidencję dla plaż, snorkelingu czy divingu…

Przed szkołą, na skraju

chodnika funkcjonował stragan ze świeżymi rybami. Dla tubylców ten

sprzedawca przy drodze to codzienność.

Dla mnie – folklor:

Provi2646.jpg

Podążając

obwodową szosą dalej na południe dotarłem wkrótce do osady nazywanej

Freetown. Tę nazwa przyjęto dla obszaru, gdzie osiedlili się wyzwoleni

niewolnicy.  Wielkie zasługi dla likwidacji niewolnictwa na wyspie

położył Francuz Luis Aury – przyjaciel Simona Bolivara. Mieszkańcy wyspy

pamiętają o nim. Kanał między Prowidencją i Cataliną nazwano jego imieniem.

Budynek kolonialnego hotelu na portowym nabrzeżu wciąż nazywa się Hotel

Aury. A Freetown – jak widzicie na zdjęciu ma swoje skromne inn – rodzaj

hoteliku-gospody:

Provi6937.jpg

Prowidencja

się zmienia, choć powoli. Zdarzają się takie obrazki: Stary, karaibski domek

z drewna, kryty blachą w którym nikt nie mieszka. A tuż obok nowa willa z

tarasem. Prawdopodobnie oba te obiekty należą do tej samej rodziny.

Dziadkowie mieszkali w tym zabytkowym. Wnuki żyją w znacznie lepszych

warunkach:

Provi6945.jpg

Na brzegu zatoki, na zupełnym

odludziu znalazłem taką sporą halę, wykorzystywaną dla zabaw i zajęć

sportowych. Było tu zupełnie pusto: 

Provi6947.jpg

Pusto i cicho

do tego stopnia, że spory czerwony krab odważył się wybrać na spacer po

dużym placu, na którym, gdy jest tu impreza parkują setki skuterów i

motocykli. Prowidencja słynie nie z czerwonych, ale z czarnych krabów –

cangrejo negro, które od kwietnia do lipca wędrują ze wzgórz nad morze

na swoje gody, utrudniając ruch na drogach. 

Provi6951.jpg

Kochajmy się! – takie może być

wolne tłumaczenie tego, co zobaczyłem na tej tabliczce, przybitej do pnia

palmy. Na tej niewielkiej wyspie działa kilka różnych kościołów, a podobne,

rozwieszane w różnych miejscach apele są dość popularne…

 

W cztery osoby

na jednym motocyklu?  I do tego prowadzić ten motocykl jedną ręką? To

możliwe!  Tutaj takie obrazki są na porządku dziennym. Popatrzcie:

Provi6959.jpg

Publiczny

transport na wyspie sprowadza się do 1 (jednego) mikrobusu, który kursuje

według widzimisię kierowcy. W osadach rozrzuconych wzdłuż obwodowej drogi

osadach wybudowano ciekawe przystanki autobusowe. Każdy jest inny. Ten na

przykład ma kształt stylizowanej muszli:

Provi6955.jpg

Z czym kojarzą

się wam kolory tych paciorków? Nie, to nie flaga Kolumbii!  We fladze

Kolumbii nie ma zielonego, a jest niebieski. Dziewczynka ma na włosach

kolory flagi Etiopii, przyjęte przez ruch Rastafarian. Ma on swoich

zwolenników także i na tej wyspie…

 

 

 

 

 

Niewiele

pozostało na Karaibach wysp, na których można sfotografować taki tradycyjny

i do tego samotny dom nad wodą. Jest na głucho zamknięty, bo właściciele

wychodząc do pracy wszystko zamykają… Obrazek jak ze starej akwareli:

Provi6953.jpg

Maszerując dalej na południe osiągnąłem wkrótce niewielką przełęcz, a na

niej – bramę do posiadłości Kings’ Camp. Na bramie wisiał napis “Na

sprzedaż”. Amatorów na zakup widać póki co nie ma, bo gdy doszedłem do kilku

opuszczonych budynków nie zastałem przy nich żadnego żywego ducha oprócz

pasącego się konia. A zwabił mnie ten biały krzyż, stojący na kulminacji.

Widziałem go już z morza:

Provi2849a.jpg

Od zabudowań

do podnóża wzniesiona wiedzie zarośnięta ścieżka, wycięta w zaroślach. Potem

zaczyna się strome podejście. Najpierw po żwirze, a w końcowym fragmencie –

po poczerniałych od wilgoci betonowych stopniach (zdjęcie obok). Przyznaję,

że trochę się zasapałem na tym podejściu  🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na cokole krzyża są wyryte napisy

upamiętniające fundatorów. Otwiera się stamtąd widok na zabudowania King’s

Camp, an góry na południu wyspy i na Morze Karaibskie, zmieniające kolory na

płyciznach:

Provi4442.jpg

Sam krzyż mimo

że nieco zapomniany, jest

jednym z ciekawszych akcentów krajobrazu wyspy – na Prowidencji nie ma

bowiem innych, podobnych monumentów:

Provi6967.jpg

Kilka kilometrów dalej przy przystanku autobusowym w kształcie ośmiornicy

zaczyna się dobrze utrzymana ścieżka w dół, na wybrzeże.

Strzałka oznajmia,

że to zejście do Almond Bay – Migdałowej Zatoki (spotkałem także nazwę Allan

Bay). To niewielka i wąska plaża – ma nie więcej niz. 80 metrów piasku i

widok na Catalina Island (zdjęcie poniżej). Miejscowi prowadza tu niewielki

bufet pod namiotem gdzie można kupić napoje i zapiekanki.

Provi1048.jpg

 


Następną osadą przy obwodowej drodze jest

Salt Creek, gdzie znajdziecie niewielki katolicki kościółek N.S. Carmel. A

na jednym z domów – trochę już wypłowiały mural przedstawiający życie w tej

osadzie w połowie XX wieku.  Szczerze mówiąc i dziś jeszcze można na

Prowidencji znaleźć podobne krajobrazy. Tylko nie są one tak wyeksponowane: 

Provi7001.jpg

Jedyne okazy

dzikiej fauny, które tutaj widziałem to były jaszczurki różnej wielkości i

koloru. Niestety w trawie, dzięki ochronnym barwom trudno je zobaczyć. Ale

czase wychodzą na drogę. I wtedy:

Provi6995.jpg

Pierwszą większą

plażę na zachodnim wybrzeżu znajdziecie dopiero w Freshwater Bay (hiszp.

Aqua Dulce). Brakowało słońca, gdy tam dotarłem i może dlatego ten piasek na

zdjęciu poniżej jest taki szary. Jest tutaj hotelik i zupełnie przyzwoita

restauracja z tarasem otwartym ku morzu: 

Provi7017.jpg

Przy drodze na

wysokości tej plaży stoi schludny pensjonat “Dekameron” z górami w tle. Tę

wyspę reklamują hiszpańskim hasłem “Divina Providencia” Divina czyli

boska… Jest w tym trochę marketingowej przesady. Ale popatrzcie, jak

wygląda plaża Aqua Dulce oglądana z obwodowej drogi. Tropikalny raj:

Provi7019.jpg

Dalej przyszło mi

wspinać się trochę na skaliste urwisko nad morzem, gdzie na cyplu, gdzie

podobno stała latarnia morska dziś działa mała kawiarnia. Zaraz za nią

tablica oznajmia, że tu zaczyna się Southwest Bay – największe i najbardziej

popularne kąpielisko na Prowidencji. Ale zanim zejdę w dół mogę nacieszyć

oczy widokiem, który otwiera się z ładnego tarasu widokowego zbudowanego na

urwisku – to właśnie Southwest Bay: 

Provi7024.jpg

Jak widzicie na zbliżeniu tłoku na

plaży nie ma. Jej szerokość zmienia się. Najbardziej zawęża się w czasie

przypływu.

 

Zszedłem z tarasu widokowego droga na

dół, by dalej ruszyć już po piasku. I nareszcie zobaczyłem pierwszych

plażowiczów. To dopiero jest komfort – kilkaset metrów morza i piasku

obramowanego palmami mają tylko dla siebie:

Provi0447.jpg

 

Przy plaży jest kilka restauracji i

hotelików. Turyści (o tej porze roku nieliczni) mieszkający w kilku

hotelikach mogą wypożyczyć łódź z przewoźnikiem i popłynąć na wycieczkę –

nawet dookoła wyspy…

Na odległym krańcu plaży jest

niewielki parking, do którego dociera odgałęzienie obwodowej drogi. Trwał

przypływ – plaża miała tu szerokość tylko jednego metra:

Provi1458.jpg


Niezbyt dobrze to widać, ale pod tymi

palmami ustawione są restauracyjne stoliki i siedzi przy nich przy zimnym

piwie garstka gości. Nie ma chętnych do siedzenia na wystawionych na plażę

fotelikach – czy sezon się jeszcze nie zaczął? Za obiadowe danie w

restauracji trzeba zapłacić od 30000 pesos.

Było późne popołudnie i trzeba było

wracać. Wróciłem na obwodową drogę. Miejscowi powiedzieli mi, że na

“publiczny” mikrobus nie ma co czekać, bo o tej porze pokazuje się rzadko.

Pomaszerowałem więc drogą na z powrotem północ mijając domy krajowców –

niektóre bardzo pięknie ozdobione. Sam bym chciał zamieszkać pod taką

syreną: 

Provi7052.jpg

 

Na szczęście nadarzyła mi się

motocyklowa taksówka czyli moto-taxi. Nawiasem mówiąc nie trzeba tu mieć

koszulki z takim napisem, by wozić turystów i pobratymców. Robią to wszyscy

właściciele skuterów i motocykli.  Dogadaliśmy się szybko – za 4000

pesos (za dolara płacili w banku 2800 pesos) zawiezie mnie z “kilometro 6” na “kilometro

zero”. I zawiózł!

Marzyłem o prysznicu i solidnym

posiłku…

Następnego dnia zamierzałem wspiąć się

na najwyższy szczyt wyspy.

Ale o tym już w kolejnej części mojej

relacji…