Wojtek Dabrowski – Patagonia Chilena cz.6 – Epizod Argentyński (Patagonia6.htm)

In

December 2016 I successfully completed a fascinating, though not the easiest

trip to the Patagonia.  Map the route you can see here.

In Patagonia, I was already twice, but I visited

mainly the East –  the Argentinean part. This time, I set off to the western

part. I knew the

Patagonia Chilena for bad roads, a maze of islands, rarely

visited fabulous fjords and glaciers – it’s much bigger challenge for the

traveler. To many interesting places you can get there only by water,

using irregular transport – and I was not sure if I was going to succeed…

therefore once again a great adventure, improvisation, wiping a new trail.

In the first part of the report I described Puerto Montt and Chiloe Island.

At the southern end of this large island – in Quellon I boarded the ferry to

sail back to the mainland, and to admire on the way the scenery Chilean

islands and fjords. Ferry is named “Queulat”. In the

second part of my report I

described 34-hours long sail aboard “Queulat” to Puerto Chacabuco.

Here I left the ship to begin the land stage of my trip: by the famous road

Carretera Austral drawn through the sparsely populated areas of Southern

Chile. I was going to get to the very end – place, where further south is no

longer any road… About the beginning of this stage I wrote in the

third part, and the end of Carretera Austral is

described in part four.

In the fifth part I showed how

my crossing was on foot and by boat on the mountain lakes to Argentina.


grudniu

2016 roku pomyślnie zakończyłem fascynującą, choć wcale nie najłatwiejszą

podróż do Patagonii!  Mapkę trasy możecie zobaczyć

tutaj.


W Patagonii byłem już wcześniej – nawet dwukrotnie, ale zwiedzałem głównie

jej wschód – część argentyńską. Tym razem wyruszyłem do części zachodniej. 

Wiedziałem, że

Patagonia Chilena to kiepskie drogi,

labirynt wysp, rzadko odwiedzanych fiordów i bajecznych lodowców – to

znacznie większe wyzwanie dla podróżnika. Do wielu ciekawych miejsc można

dotrzeć tam tylko drogą wodną, nieregularnym transportem – i wcale nie byłem

pewien, czy mi się to uda… Zapowiadała się zatem po raz kolejny wielka

przygoda, improwizacja, przecieranie nowego szlaku.


W

pierwszej części relacji

opisałem Puerto Montt i wyspę Chiloe. Na południowym krańcu tej dużej wyspy

– w Quellon wsiadłem na prom, by popłynąć z powrotem na kontynent, a po

drodze podziwiać krajobrazy chilijskich wysp i fiordów. Prom nazywał się

“Queulat”. W drugiej

części relacji opisałem 34-godzinny rejs na jego pokładzie do Puerto

Chacabuco. Tu, po zejściu ze statku rozpoczął się lądowy etap mojej podróży:

słynną szosą Carretera Austral poprowadzoną przez słabo zaludnione tereny

Południowego Chile zamierzałem dotrzeć do jej samego końca – miejsca. skąd

dalej na południe nie prowadzi już żadna droga… Jak zaczął się ten etap

napisałem w trzeciej części,

a jak się skończył w Villa O’Higgins – w

części czwartej. W

piątej części pokazałem jak

wyglądała moja przeprawa pieszo i statkiem po górskich jeziorach do

Argentyny

Ten rozdział mojej opowieści rozpoczyna się po argentyńskiej stronie  Andów

w górskim miasteczku El Chalten, które uważane jest za stolicę

argentyńskiego górskiego trekkingu. Miasteczko leży w bezpośrednim

sąsiedztwie wysokich gór i wielkich lodowców. Na mapce poniżej znajdziecie

El Chalten w prawym dolnym rogu, czarne linie to nie drogi, ale turystyczne szlaki:

PataCHALTENmap.jpg

Jeżeli tak jak ja zaczniecie

zwiedzanie tego miasteczka w pogodny dzień, to przy rondzie obok stacji

autobusów powita was taka tablica z wyrzeźbionymi szczytami. Te same

wspaniałe szczyty zobaczycie w naturze za nią – na horyzoncie: 

PataTablet503.jpg

Jak widać El Chalten ze swoimi

górami znalazł sie na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Miasteczko żyje z turystyki, ale

duża odległość od wielkich miast i węzłów transportowych sprawia, że nie

ma tu jeszcze tłumów. Niskie budowle, mieszczące pensjonaty i hostele

różnych kategorii rozłożone są nieco bezładnie wzdłuż głównej ulicy.

Wybrałem “Lo de Trivi” – hostel z niebieskim dachem, gdzie łóżko w małym

4-os pokoiku z łazienką w korytarzu kosztuje 18 USD. Oferują darmowe wi-fi i

ciepłe napoje bez ograniczeń, ale jak chcesz ręcznik, to trzeba dopłacić.

Gdzie indziej było jeszcze drożej:

PataTablet314.jpg

Tego dnia wypadało jakieś

argentyńskie święto i jedyny funkcjonujący tu oddział banku był zamknięty. A

ja nie miałem argentyńskich pesos nawet na kupno chleba. Kantorów (casa de

cambio) tu nie ma. Sklepikarze gotowi

byli przyjąć dolary, ale stosowali zaniżony kurs: 14 pesos za 1 USD zamiast

oficjalnych 15,50. Trudno – mogłem  kupić tą drogą chociaż 2 bocheneczki chleba po 35!

PataTablet637.jpg

W języku tutejszych Indian El

Chalten oznacza Dymiącą Górę – niegdyś uważali oni wierzchołek pokryty

zazwyczaj obłokami za dymiący wulkan. Na zdjęciu poniżej widać cały El

Chalten. Najważniejszy dla turystów obiekt – stacja autobusów znajduje się o

krańca tej głównej ulicy:

PataSony8972.jpg


W budyneczku autobusowej stacji

znajdziecie nie tylko kasy kilku konkurencyjnych linii, ale także sprawnie

działające biuro informacji turystycznej. Stoi tam u nich makieta terenu z

zaznaczonymi najważniejszymi szlakami. Ten lewy prowadzi do Lago Torre, skąd

w pogodny dzień otwiera się widok na szczyt Cerro Torre. Środkowy wiedzie do

Lago de Los Tres pod słynnym Fitz Royem:  

PataTablet806.jpg


Miałem jeszcze zakwasy po prześciu

poprzedniego dnia 22 kilometrów przez Andy z Chile nad Lago Desierto, ale

szkoda mi było dobrej pogody i postanowiłem wyruszyć (tym razem bez plecaka)

tym środkowym szlakiem w kierunku Fitz Roya. Szlak – solidnie rozdeptana

ścieżka zaczyna się w północnej częsci miasteczka przy takiej oto bramie:

PataTablet023.jpg


Na szczęście nikt nie wpadł jeszcze na

pomysł, by pobierać tu  opłaty za wstęp do Parku Narodowego. Drogowskaz

do Laguna de Los Tres pokazywał 10,2 km w jedną stronę co miało zająć 4

godziny – łącznie z powrotem cały dzień. Nawet nie myślałem, aby po

wczorajszym forsownym marszu próbować dojść do końca szlaku. Na górskich

szlakach nie ustanawiam rekordów, nie zaliczam kilometrów ani godzin –

fascynują mnie widoki. Po wspinaczce na wysokie zbocze góry dominującej nad

miasteczkiem otworzył się właśnie taki widok na “Rzekę Wielu Zakrętów”, wzdłuż

której przyjechałem poprzedniego dnia znad Lago Desierto:

PataSony8976.jpg

Cieszyła mnie piękna pogoda, ale

po wczorajszym wysiłku miękko mi jakoś było w nogach… A ścieżka wspinała

się wyżej i wyżej odsłaniając na początku krajobrazy przypominające trochę

naszą Jurę Krakowsko – Częstochowską:

PataSony8974.jpg

 


Aż wreszcie

gdzieś zza stoku przesłaniającego dotąd horyzont wynurzyły się na razie

nieśmiało ośnieżone

wierzchołki: 

PataSony8981.jpg


Podciągnąłem natychmiast zoom kamery i…

nie było wątpliwości – to był ten legendarny Fitz Roy – jedna z najbardziej

rozpoznawalnych gór świata. Wyglądał imponująco!

Zmartwił mnie tylko fakt, że wokół jego wierzchołka pętały się jakieś

obłoki. Czyżby zmieniała się pogoda? Przyspieszyłem więc kroku:

PataSony8980.jpg


Dotychczas byłem przekonany, że “szlak”

po hiszpańsku to “sendero”. Przez organizację “Sendero Luminoso”

czyli

“Świetlisty Szlak” nie wpuszczono mnie kiedyś do Ayacucho w Peru. A tu

piszą senda…

Z tabliczki wynikało, że za mną dopiero trzy kilometry szlaku. Dojście do

słynnego Mirador del Fitz Roy na

kilometro 5 zabrało mi jeszcze pracowite pół godziny. Zdążyłem sie tam

pojawić zanim chmury

spuściły kurtynę tego niezwykłego teatru. Widok był rewelacyjny:  

PataSony8985.jpg


Na naturalnym tarasie punktu widokowego

spotkałem kilkunastu turystów. Niektórzy wracali z końcowego punktu szlaku

którym szedłem – z “Los Tres”.

Pytani, twierdzili, że to stąd właśnie  jest najlepszy widok na Fitz Roy.

Dobrze, że umieszczono tu tablicę z panoramą pasma i nazwami poszczególnych

szczytów:

PatagTablet128.jpg


Pospiesznie robiłem zbliżenia, bojąc się,

że ten wspaniały widok może mi uciec. Na zdjęciach poniżej po lewej

pokazałem Fitz Roy – 3375 m npm. Po

prawej cieszy oko podróżnika może nawet jeszcze bardziej dramatyczna iglica

szczytu Poincenot – 3002 m

npm:     

PataSony8992.jpg
PataSony8990.jpg


Mirador znajduje się na wysokości 750m npm,

więc dojście do niego to żaden wyczyn. Ale miejsce jest tak niezwykłe przez swoją

urodę, że trudno odmówić sobie zrobienia pamiątkowego zdjęcia:

PataTablet101.jpg

Syty wrażeń i szczęśliwy postanowiłem zawrócić do El Chalten, ale nie tą

samą drogą, tylko drugą odnogą szlaku – przez jezioro Capri, nad którym

zlokalizowany jest kemping przeznaczony dla tych, którzy do El Chalten

przybywają z własnymi namiotami  i chcą nocować bliżej wysokich gór.

Jezioro Capri jest spore (por. zdjęcie poniżej), ale wcale nie powala swoją

urodą:

PataSony9015.jpg


Gdy znalazłem się potem na powrót na

znanym odcinku ścieżki spotkałem jeszcze kilka grup turystów, zmierzających

w przeciwnym kierunku. Pozdrawiałem ich miejscowym “Ola!” i tłumaczyłem, że

gdy dotrą na punkt widokowy, to nie zobaczą pewnie legendarnego Fitz Roya,

bo będzie już całkowicie przesłonięty chmurami. Nikt jednak nie zawrócił. Wam też

radzę: wychodźcie na ten szlak możliwie wcześnie – wtedy szanse na wspaniały

widok będą większe!


A tak prezentowała się okolica zanim

zacząłem schodzić do miasteczka:

PataSony9017.jpg


Po nocy spędzonej w hostelu postanowiłem

wyruszyć na drugi “koronny” szlak El Chalten prowadzący do Jeziora Torre

położonego u stóp szczytu Cerro Torre. Na początku szlaku ustawiono tu

tablicę z mapką i informacjami. Wynikało z nich, że do jeziora mam do

przejścia 9 km ( i tyle samo z powrotem):

PataOLY552.jpg

Pierwszy odcinek marszu jest tu najtrudniejszy – prowadzi stromą ścieżka w

górę, na mały zielony grzbiet, z którego otwiera się ładny widok na wąwóz

górskiej rzeki:

PataSony9035.jpg

Z krawędzi wąwozu można sobie popatrzeć w dół na zapowiadane na

drogowskazach “Margeritas”. Okazuje się że to nie wodospady (jak

przypuszczałem), ale spienione bystrza i niewielkie kaskady tej górskiej

rzeki:

PataSony9037.jpg

W perspektywie doliny, którą zmierzałem w kierunku gór pokazał się piękny

szczyt z wielkim polem lodowcowym na południowym stoku. Z mapy wynikało, że

to Cerro Solo, mający 2121 m npm. 

 

 

 

Na zdjęciu poniżej pokazuję

zbliżenie tego szczytu wykonane z użyciem teleobiektywu. To już było coś, co

w dużym stopniu rekompensowało trud wspinaczki:

PataSony9040.jpg

A

Wiedziałem, że zbliżam się do punktu widokowego (tu nazywają takie punkty “mirador”).

Wyobrażałem sobie, że już wkrótce otworzy się przede mną widok równie wspaniały,

jak wczorajsza panorama Fitz Roya.

Jeszcze tylko to jedno podejście, niezbyt zresztą strome:

PataSony9044.jpg

C

Punkt widokowy osiągnąłem po godzinie marszu od trailhead (początku szlaku). 

Podobnie jak przy drodze pod Fitz Roy była tam ustawiona tablica z

namalowaną panoramą i nazwami szczytów. Dowiedziałem się z niej także, że

jestem na wysokości 600 metrów nad poziomem morza:

PataSony9046.jpg

C

Spotkało mnie jednak wielkie

rozczarowanie. Oto jaki widok otwierał się tego dnia z “miradoru Cerro Torre”.

Potwierdziła się niestety opinia, że przez większość dni w roku szczyt Cerro

Torre tonie w obłokach i trzeba mieć naprawdę szczęście, aby go zobaczyć w

pełnej krasie. Zafundowałem sobie tutaj mały odpoczynek, licząc na to, że

jakimś cudem szczyt się na chwilę odsłoni – cudu jednak nie doczekałem:

PataSony9051.jpg

Szlak prowadzący dalej dnem doliny nie jest trudny. Po drodze przechodzi się

po jedynym mostku na bocznym, czystym strumieniu, gdzie można uzupełnić

zapas wody (lodowcowa woda w rzece jest mętna i moim zdaniem trochę

ryzykowna przy spożywaniu). Dalej mamy tutejsze las vegas, czyli szmat łąki,

na którym kwitną właśnie żółte mlecze – zupełnie jak w wiosną w Polsce!

(zdjęcie obok) A tu przecież właśnie jest wiosna – koniec listopada…

Po prawej o dziwo, niebo jest bezchmurne i bajecznie błękitne – pozwala

docenić urodę malowniczo poszarpanej grani:

PataSony9054.jpg

Wkrótce potem jakość ścieżki się pogarsza – idzie się tu po kamieniach

różnej wielkości, doceniając trekkingowe buty z grubą podeszwą. Trzeba

patrzeć uważnie pod nogi, a szkoda, bo na wprost przed wędrowcem pyszni się

w słońcu masyw Cerro Solo:

PataSony9060.jpg

Docieram do dobrze oznakowanego rozwidlenia szlaku (ale powinni jeszcze

dodać ilość godzin marszu). W prawo odchodzi ścieżka pod Fitz Roy… To

droga dla tych wytrzymałych, którzy przyjeżdżając tu mają tylko jeden dzień

na “zrobienie” obu koronnych szlaków. Ja podążam w lewo – do Jeziora Torre.

 

 

Szlakiem w obie strony podąża sporo turystów. Wszyscy grzecznie się

pozdrawiają -Hola!  [ola] i ustępują sobie grzecznie drogi, bo ścieżka jest

wąska. Spotykam czteroosobowa rodzinkę z Poznania. Miło w końcu pogadać po polsku…

Daję im adres mojej strony internetowej – czy zajrzą kiedyś do tej relacji?

 

 

 

W górnej

części doliny przechodzę przez malowniczy odcinek wymarłego lasu.

Prawdopodobnie przez długi czas by zalany i drzewa nie wytrzymały takiej

“kuracji”. Pozostawiono je, bo to przecież park narodowy i przyroda sama

powinna się rządzić swoimi prawami:

PataSony9068.jpg

Za tym umarłym lasem ścieżka szlaku zbiega nad samą rzekę, która szumiąc

pieni się na głazach. Widok jest piękny. Niektórzy robią tu sobie przerwę na

posiłek, a mniej doświadczeni turyści moczą w wodzie obolałe i otarte nogi.

No tak – trzeba było przywieźć do Patagonii mniej efektowne, ale za to dobrze

rozchodzone buty!  🙂

PataSony9074.jpg

Jeszcze kilkaset metrów przez mizerny lasek, potem wspinaczka na uformowany

ze żwiru i głazów wał moreny. Za nim doświadczam nagle przeciwnego wiatru tak

silnego, że może przewrócić. Wieje tak strasznie przez Jezioro Torre od lodowca

spływającego z Cerro Torre. Wichura niesie nie tylko poderwane z fal drobinki wody,

ale także ziarna morenowego piasku. Uderzają w obiektyw… Szczytu Cerro

Torre wcale nie widać za obłokiem gęstej mgły. Prawą stroną jeziora ścieżka poprowadzona

jest jeszcze nieco dalej, ale ja, smagany wiatrem i piaskiem mam już dość

wrażeń – pora zrobić zdjęcie i zarządzić odwrót:

PataSony9090.jpg

Do hostelu wróciłem po ponad 5

godzinach od wyjścia. I choć nie widziałem Cerro Torre uważam, że była to

przecież ciekawa wycieczka…

A teraz – specjalnie dla moich

czytelników – reprodukcja zdjęcia z dyrekcji parku narodowego Glaciares –

tak Cerro Torre (3102 m npm) wygląda w bezchmurny dzień – może wy będziecie

mieli więcej szczęścia i zobaczycie taki właśnie widok:

PataSony9282.jpg

Przed wyjazdem z El Chalten udało

mi się także sfotografować w pomieszczeniach terminalu autobusowego umieszczone

tam dwa lotnicze zdjęcia przedstawiające masyw Fitz Roya zimą. Postanowiłem

je tutaj również pokazać:

PataTablet452.jpg

Na zdjęciu poniżej ten szczyt po lewej, rzucający duży cień to Cerro Torre.

Nie mam praw autorskich do tych zdjęć, wykonałem jedynie ich reprodukcję,

dlatego proszę ich nie publikować z podaniem mojego portalu jako źródła

(wiem, że wielu moich czytelników tak robi). 

PataTablet200.jpg

Gdy w końcu rano otworzyli jedyny

oddział banku

w El Chalten okazało się, że nie sposób wymienić w nim walutę sąsiedniego kraju, z

którego przybyłem. Pesos chilenos nie wymieniają. Dolary i euro – owszem,

tak! Spakowałem plecak i pomaszerowałem na terminal. Ostatni raz popatrzyłem

na charakterystyczną skałę, wznosząca się ponad El Chalten. Czy wrócę tu

jeszcze kiedyś? Warto by było!:

PataSony9025.JPG

Bilet na autobus do El Calafate

kosztował 450 argentyńskich pesos, ale trzeba było dopłacić jeszcze 20 pesos

opłaty terminalowej. Czekały mnie 3 godziny jazdy… Zaraz po opuszczeniu

doliny, w której leży El Chalten po prawej ponad bezleśnym stokiem odsłonił

się widok na skalne iglice. Czyżby to było to kapryśne Cerro Torre, którego

nie udało mi się wczoraj zobaczyć, gdyż tonęło w chmurach? (zdjęcie poniżej)

PataSony9097.jpg

Szybko się przekonałem, że warto na tym odcinku

trasy siedzieć przy prawym oknie (mnie się właśnie takie miejsce trafiło), bo zaraz po wyjeździe z El Chalten otwiera się

po tej stronie widok na wielkie, seledynowe Jezioro Viedma. Niestety

przyciemnione szyby autobusu przekłamują kolory:

PataSony9104.jpg

Nawet z dużej odległości widać,

że z górskiego pasma spływa do tego jeziora wielki lodowiec, a oderwane od niego

kawałki lodu dryfują w spokojnej wodzie:

PataSony9116.jpg

Niestety szosa przebiega w

odległości około kilometra od jeziora. Ten kilometrowy pas to mizerna trawa

na której pasą się grupki owiec. W polu widzenia była tylko jedna samotna estancja (ranczo). W

połowie drogi po lewej pojawiła się rzeka, a za nią pasmo zerodowanych

klifów:

PataSony9122.jpg

Potem mijaliśmy jeszcze kilka kolejnych estancji, ale w stepowym krajobrazie zieleni

było jak na lekarstwo…  W końcu ukazało się wielkie i seledynowe Lago Argentino.

Przekraczaliśmy po solidnych mostach wypływające z niego rzeki, zmierzające

do Atlantyku:

PataSony9135.jpg

Oglądane przez szybę krajobrazy Patagonii przerażają pustką. Pogoda jest tu

kapryśna. Okresami wiatr nasuwał nad nasze głowy ciężkie chmury, a wtedy

robiło się ponuro i smutno. Jezioro Argentino to największe słodkowodne

jezioro Argentyny, wyniesione 187 m ponad poziom morza. Ma 1415 kilometrów

kwadratowych i do 500 metrów głębokości:  

PataSony9147.jpg

Objechawszy

wysunięty wschodni kraniec jeziora odbijamy jeszcze w bok – na lotnisko, by

zostawić tam kilku pasażerów. Stąd już niedaleko do miasteczka Calafate,

które ma około 22 tysięcy mieszkańców, zatrudnionych głównie przy obsłudze

ruchu turystycznego. Do miasteczka wprowadza całkiem niezła asfaltowa droga:

PataSony9146.jpg

Zarezerwowany przez booking.com

Hostel Glaciar Libertador wzniesiony w alpejskim stylu stoi za mostem przy wjeździe do

miasta. Czy to tutaj mieszkałem podczas mojej pierwszej wizyty w Calafate w

1984 roku, 32 lata temu? Oferują tu pokoje 4-osobowe z piętrowymi lóżkami, ale każdy ma

prywatną łazienkę. Na na górze jest obszerna kuchnia dla gości. 

 

Ze wzgórza wyrastającego przed

hostelem otwiera się szeroka panorama miasteczka:

PataSony9256.jpg

Ze swego pierwszego pobytu

pamiętam, że miasteczko było zabudowane raczej bezładnie. Dzisiejsze El

Calafate czaruje przybyszów elegancją głównej ulicy. W lewo od tej ulicy,

nieco wyżej jest niewielki terminal autobusowy, a nieco dalej – po prawej

siedziba dyrekcji i biuro informacyjne parku narodowego:

PataSony9305.jpg

Ale nawet

tutaj dotarła już komercja. Ze sklepowych witryn krzyczą reklamy. Ceny

podstawowych artykułów są wyższe niż w Buenos Aires…

PataSony9306.jpg

Na niewielkim

bazarze królują pamiątki dla turystów – między innymi wyroby z wełny i naczynka do parzenia

yerba mate, z włożonymi do środka bombillami – rurkami do pociągania napoju.

Taki komplet przywiozłem sobie 32 lata wcześniej, tyle, że naczynie –

pozbawione ozdóbek wykonane było z prawdziwego krowiego rogu.

To, co trzeba

zobaczyć będąc w miasteczku El Calafate to ekspozycja i bezpłatny film w

biurze informacyjnym parku narodowego Parque

Nacional Los Glaciares – park ten został umieszczony przez UNESCO na liście World Heritage,

to tutaj:

(juczny koń i osadnik-pionier to

martwa natura)

PataTablet2642.jpg

Do El Calafate przyjeżdża się po

to, by zobaczyć słynny lodowiec Perito Moreno – nie tylko wielki i piękny,

ale także stosunkowo łatwo osiągalny – dojeżdża się do niego autobusem – nie

trzeba ani gdzieś płynąć, ani wpinać się na góry. Przed laty dotarłem do

tego lodowca i zrobił na mnie wielkie wrażenie. Postanowiłem wykorzystać

także drugą okazję. Wystarczy na terminalu autobusowym kupić bilet na kurs

jednej z kilku kompanii jeżdżących codziennie z turystami do Perito Moreno. Najtańsza

okazała się kompania “RP Transportes” – za powrotny przejazd wzięli 450

pesos. Rozkład jest prosty: odjazd 9.30- przyjazd na parking lodowca 11.00.

Powrót z lodowca 15.30 i o17.00 jesteśmy w El Calafate.

Tym razem nie miałem szczęścia do

pogody; gdy po zapłaceniu przy bramie parku 330 pesos za wstęp (kasjerzy

wsiadają do autobusu, golenie turystów odbywa się bardzo sprawnie) stanąłem

wkrótce ponownie oko w oko z lodowcem Perito Moreno. Padał deszcz i wiał silny wiatr. Mimo to cieszyłem się, bo widok był

niezwykły:

PataSony9167.jpg

Czarujący

bielą i błękitem Lodowiec

Perito Moreno ogląda się wędrując systemem ścieżek poprowadzonych po zboczu

wzgórza, które wyrasta naprzeciw czoła lodowca. W ciągu tych 32 lat, które

upłynęły od mojej pierwszej wizyty większość tych ścieżek zamieniono na

wygodne stalowe podesty i schody, po których wędrują turyści:

PataSony9191.jpg

W jednym miejscu lodowiec niemal

dotyka wzgórza, dzieląc jezioro na dwa akweny. W lewym akwenie czoło lodowca

ma wysokość około 40 metrów, w centrum ta wysokość dochodzi do 70 metrów.

Lodowiec cieli się niemal bez przerwy – w wyniku tego procesu u stóp lodowej

ściany zalegają bez przerwy zwały lodowej kry: 

PataSony9233.jpg

Na zdjęciu poniżej pokazałem

prawy akwen, gdzie za 350 pesos można  zbliżyć się na maleńkim

stateczku do

czoła lodowca (ale wcale nie tak blisko – dbają o bezpieczeństwo turystów!).

Długość całego czoła to prawie 5 kilometrów – ta liczba daje pojęcie o

rozmiarach Perito Moreno – ma on długość 30 km.

PataTablet0440.jpg

Po dwóch godzinach wędrówki po

kładkach wychłodzony i zmoczony uciekłem  do lodge zbudowanego przy lodowcu.

Nie trudno się domyślić, że mieści ono sklepy z pamiątkami i dużą samoobsługową

restaurację, gdzie za 50 pesos można wypić kubeczek gorącej kawy. Ale ważne,

że jest tu ciepło i w taki mokry dzień można się nieco podsuszyć. 

 

Wróciłem

jeszcze potem na brzeg. Mimo

nieustannego wiatru słychać tam niemal bez przerwy trzask i huk lodu. Bardzo

trudno jest niestety uchwycić moment, gdy lodowiec się cieli i fragment

lodowej ściany opada do wody wywołując fontannę i falę. Udało mi się to tylko raz –

popatrzcie na zdjęcie poniżej:

PataTablet1101.jpg

Do El Calafate wróciliśmy

punktualnie. Kolejnego dnia zamierzałem na

powrót znaleźć się w Chile. Okazało się, że przez peryferyjne przejście

graniczne na szosie do Puerto Natales kursuje tylko jeden autobus dziennie.

Tak naprawdę, to zamierzałem wysiąść zaraz po przekroczeniu granicy w

osadzie Cerro Castillo. Ale cena za miejsce w eleganckim autobusie kompanii

ZAAHJ była dla obu punktów wysiadania taka sama – 500 pesos. Bus odjeżdża o

16.30. Po przejechaniu kilkuset kilometrów najpierw po asfalcie, a potem po

szutrze o 20.30 jesteśmy na argentyńskim posterunku granicznym (zdjęcie po

lewej). Ślamazarna odprawa, potem 25 minut jazdy i jesteśmy wreszcie w Chile. Tu

wszystko idzie sprawniej… Po odprawie w schludnym budyneczku (zdjęcie

poniżej) zabieram plecak i razem ze spotkanymi w autobusie Polakami

maszeruję kilkaset metrów do zarezerwowanej przez booking.com kwatery

Hospedaje Mate Amargo.

PataOLY631.jpg

Pokoiki są bardzo ciasne, ale tu jesteśmy znacznie bliżej gór, niż w Puerto

Natales.

Zmierzcha się, gdy siadamy do serwowanej bez ograniczeń z elektrycznego dystrybutora

herbaty. Bienvenidos a Chile!

Ale o tym co było dalej przeczytacie już w następnej części mojej relacji…

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net