Wojtek Dabrowski – Patagonia Chilena cz.5 – Przez Andy do Argentyny (Patagonia5.htm)

In

December 2016 I successfully completed a fascinating, though not the easiest

trip to the Patagonia.  Map the route you can see here.

In Patagonia, I was already twice, but I visited

mainly the East –  the Argentinean part. This time, I set off to the western

part. I knew the

Patagonia Chilena for bad roads, a maze of islands, rarely

visited fabulous fjords and glaciers – it’s much bigger challenge for the

traveler. To many interesting places you can get there only by water,

using irregular transport – and I was not sure if I was going to succeed…

therefore once again a great adventure, improvisation, wiping a new trail.

In the first part of the report I described Puerto Montt and Chiloe Island.

At the southern end of this large island – in Quellon I boarded the ferry to

sail back to the mainland, and to admire on the way the scenery Chilean

islands and fjords. Ferry is named “Queulat”. In the

second part of my report I

described 34-hours long sail aboard “Queulat” to Puerto Chacabuco.

Here I left the ship to begin the land stage of my trip: by the famous road

Carretera Austral drawn through the sparsely populated areas of Southern

Chile. I was going to get to the very end – place, where further south is no

longer any road… About the beginning of this stage I wrote in the

third part, and the end of Carretera Austral is

described in part four.


grudniu

2016 roku pomyślnie zakończyłem fascynującą, choć wcale nie najłatwiejszą

podróż do Patagonii!  Mapkę trasy możecie zobaczyć

tutaj.


W Patagonii byłem już wcześniej – nawet dwukrotnie, ale zwiedzałem głównie

jej wschód – część argentyńską. Tym razem wyruszyłem do części zachodniej. 

Wiedziałem, że

Patagonia Chilena to kiepskie drogi,

labirynt wysp, rzadko odwiedzanych fiordów i bajecznych lodowców – to

znacznie większe wyzwanie dla podróżnika. Do wielu ciekawych miejsc można

dotrzeć tam tylko drogą wodną, nieregularnym transportem – i wcale nie byłem

pewien, czy mi się to uda… Zapowiadała się zatem po raz kolejny wielka

przygoda, improwizacja, przecieranie nowego szlaku.


W

pierwszej części relacji

opisałem Puerto Montt i wyspę Chiloe. Na południowym krańcu tej dużej wyspy

– w Quellon wsiadłem na prom, by popłynąć z powrotem na kontynent, a po

drodze podziwiać krajobrazy chilijskich wysp i fiordów. Prom nazywał się

“Queulat”. W drugiej

części relacji opisałem 34-godzinny rejs na jego pokładzie do Puerto

Chacabuco. Tu, po zejściu ze statku rozpoczął się lądowy etap mojej podróży:

słynną szosą Carretera Austral poprowadzoną przez słabo zaludnione tereny

Południowego Chile zamierzałem dotrzeć do jej samego końca – miejsca. skąd

dalej na południe nie prowadzi już żadna droga… Jak zaczął się ten etap

napisałem w trzeciej części,

a jak się skończył w Villa O’Higgins – w

części czwartej.

Ten rozdział mojej opowieści rozpoczyna się w Andach – nad wysokogórskim

jeziorem Lago O’Higgins, które

musiałem najpierw przepłynąć, by następnie pieszo wyruszyć ku argentyńskiej

granicy. W tej okolicy nie ma bowiem żadnej szosy, która przecinała by Andy,

łącząc oba kraje. Trasa tego “crossingu” pokazana jest na mapce obok. “Crossing”

funkcjonuje w obu kierunkach i oferowany jest przez dwie agencje: chilijską 

z Villa O’Hihhins i argentyńską z El Chalten.

Dokładne dane o transporcie na

tej trasie łącznie z terminarzem rejsów znajdziecie na tej stronie:


www.villaohiggins.com/crossing/border1.htm

Pieszy szlak prowadzący przez granicę rozpoczyna się po drugiej stronie

jeziora w przysiółku Candelario Mancilla i tam właśnie zmierza stateczek z Puerto Bahamondes. Ten przysiółek to wciąż

jeszcze jest terytorium Chile.

Właściciele statku

proponują turystom także (za dodatkową opłatą) opcjonalny rejs z Candelario do pięknego

lodowca O’Higgins spływającego z gór w bocznym ramieniu jeziora. Statek

obraca z Candelario do lodowca i z powrotem w ciągu 5 godzin, zanim wyruszy z Candelario w

powrotną drogę do Bahamondes.

 

Kiedy wczesnym rankiem w sobotę

znalazłem się w przystani Bahamontes przeciwny – argentyński brzeg prawie

całkowicie przesłaniały chmury:

PataTabl428b.jpg

Tuż przy krótkim nabrzeżu

administracja ustawiła tablice odnotowujące fakt, że tu właśnie, na

kilometrze 1247 kończy się  wybudowana przez Chilijczyków z wielkim

trudem legendarna szosa Carretera Austral (“Austral” należy w tej nazwie

rozumieć jako Południowa”). Stateczek “Quetru” był malutki – miał na głównym

pokładzie jedną dużą kabinę ze sfatygowanymi lotniczymi fotelami, z której

schodziło się w dół do niewielkiego bufetu. Nad główną kabiną byłł otwarty

taras widokowy, niestety bez ławek, czy fotelików. 

O 8.30 towarzyszący nam podoficer

postemplował listę pasażerów i odpłynęliśmy. Tak wyglądała za chmurą spalin

i pod wiszącą wciąż kurtyną chmur niewielka przystań Puerto Bahamondes:

PataTabl126.jpg

Wiedziałem, że trasa naszego

rejsu oferuje wspaniałe widoki, ale na razie widoki były nieciekawe. Ne było

wcale wiatru, który mógłby rozwiać te wiszące w połowie górskich zboczy

chmurzyska. Ale brak wiatru sprawiał, że góry i chmury przeglądały się w

lustrze wody: .

PataTabl446.jpg

Odważyłem się zajrzeć do

sterówki. Nasz kapitan osobiście siedział za sterowym kołem i od czasu do

czasu komentował mijane krajobrazy i przekazywał przez głośnik różne

informacje – niestety tylko po  hiszpańsku. Jego pomocnik pociągał

yerba mate przez niklowaną bombillę. Próbowałem nawiązać rozmowę. Pamiętał,

że już kiedyś płynęli z nim Polacy:

PataTabl402.jpg

Jezioro O’Higgins oglądane w

takich warunkach pogodowych prezentowało się
jak jakaś opuszczona, mistyczna,

zagadkowa kraina. Dla ścisłości rzeba tu dodać, że Argentyńczycy, do których

należy wschodnia, większa część jesiora nazywaję je po swojemu: Lago San

Martin:

PataTabl014.jpg


W miarę, jak podążaliśmy na południe

wśród obłoków przed dziobem zaczęły się ku naszej radości ukazywać skrawki

niebieskiego nieba. To dawało nadzieję na lepszą pogodę i lepsze warunki do

zdjęć w godzinach popołudniowych:

PataTabl938.jpg


Wśród pasażerów naszego niewielkiego

“motorowca” znalazłem sympatyczną rodaczkę – panią Kasię, pochodzącą z

Mazur, a obecnie mieszkającą w Południowej Kaliforni. Pani Kasia podróżowała

z międzynarodową grupą prowadzoną przez chilijską przewodniczkę. Zrobiliśmy

sobie pamiątkowe zdjęcie. Pani Kasiu pozdrawiam serdecznie! To było dla mnie

bardzo miłe spotkanie!


Gdy po dwóch godzinach rejsu znaleźliśmy

się u połączenia bocznych ramion jeziora, pokazało się słońce, a koloryt

wody zmienił sie na wspaniały turkus:

PataTabl220.jpg

 

 

 

 

Po prawej stronie na stromym brzegu pojawił się niewielki, dwustopniowy

wodospad. Łącznie oba stopnie mogły mieć wysokość 30-40 metrów…

 

 

 

 

 

Zdarzało się nam także przepływać

obok niewielkich, żwirowych plaż. Nie sadzę jednak, aby ktokolwiek chciał

zażywać tu kąpieli, bo temperatura wody w jeziorze, w którym pływają kawałki

lodowych gór nie przekracza kilku stopni Celsjusza: 

PataSony631.jpg

Jedynymi

śladami działalności człowieka były znaki nawigacyjne ustawione w

newralgicznych miejscach wodnego szlaku – na przykład na skalistych

przylądkach:

PataSony644.jpg


Gdy znaleźliśmy się w centralnej części

jeziora otworzył się szeroki widok na wszystkie strony. Skwapliwie

fotografowałem te wspaniałe panoramy. Również dlatego, by umieścić te

zdjęcia w internecie – z pożytkiem dla tych, którzy będą planować wyjazd do

tego mało znanego zakątka Patagonii: 

PataSony647.jpg


Ja sam przed wyjazdem bezskutecznie

szukałem jakiejś w miarę wyczerpującej relacji, która mogła by mi pomóc

odpowiedzieć na pytanie: czy warto się pchać w te bezludne okolice? 

Kolejni turyści będą mieć ułatwione zadanie:

PataSony648.jpg


Z mapy wynikało, że gdzieś tam – u stóp

tej wielkiej góry powinna być ta jedyna w okolicy ludzka osada. Na razie

jeszcze- z dużej odległości trudno było cokolwiek dostrzec:

PataSony657.jpg

Dopiero, gdy zbliżyliśmy się do południowego brzegu zauważyłem jakieś domki,

które przycupnęły pod wysokimi topolami. To było Candelario Mancilla: 

PataSony659.jpg


Candelario to właściwie grupa zabudowań

chilijskiej strażnicy wojskowej ustawiona na wysokim brzegu. Jedyne

“cywilne” gospodarstwo tej osady znajduje się w odległości okło 1 kilometra

od tej placówki – powyżej przystani:

PataSony662.jpg


Wysadziliśmy w tej przystani kilka osób,

które nie chciały płynąć do lodowca i bez zwłoki, o 11.15  wyruszyliśmy

w dalszą drogę. Mimo słońca na zewnątrz było zimno. Chłopcy w bufetu

przynieśli po kubeczku gorącej kawy – ten poczęstunek wliczony był do ceny

biletu.

PataSony673.jpg

Płynęliśmy początkowo blisko brzegu. Wszędzie wokół skały! – skonstatowałem.

Ale wysoko ponad te skały wyrastały majestatyczne góry pokryte śniegiem. Ich

wierzchołki zakryte były obłokami. Ale sytuacja zmieniała się dynamicznie –

można było “złapać” takie momenty, gdy w tych chmurach otwierały się okna i

wtedy fotografować:

PataSony678.jpg

Poniżej granitowych zboczy zalegały zwały skalnego gruzu i żwiru,

osuwającego się z upływem lat do jeziora. Zadziwiała obecność mniejszych i

większych wysepek, porośniętych krzakami i karłowatymi iglastymi drzewkami.

Wszystko to składało się na bardzo surowy, niegościnny krajobraz:

PataSony680.jpg

A

Jezioro O’Higgins kształtem przypomina zdeformowaną dłoń z szeroko

rozstawionymi palcami. Gdy w końcu wpłynęliśmy do tego “palucha” w głębi

którego leżał nasz lodowiec, wokół pojawiły się dryfujące góry lodowe:

PataSony688.jpg

C

Była potem taka chwila, kiedy stałem na pokładzie, a nad moją głową odsłoniły się

nagie, szczerbate szczyty. Szybko podniosłem kamerę, zwiększyłem zoom i…

sami oceńcie:

PataSony691.jpg

C

Dla takich widoków warto pojechać

nawet na koniec świata… Niewiele w tym stwierdzeniu przesady. Bo przecież

Południowa Patagonia leży po przeciwnej stronie globusa. Odległość w linii

prostej  z Gdańska to prawie 15000 kilometrów – dwa razy tyle, co do

Nowego Jorku…

PataSony697b.jpg

Po drodze odnotowywałem coraz więcej gór lodowych. Niektóre miały bardzo

wyszukane, fantazyjne kształty. czasem stukaliśmy w nie kadłubem. ale nikt

się nie niepokoił: kapitan uprzedził nas na wstępie, że statek ma specjalne

wzmocnienia, umożliwiające bezpieczną żeglugę wśród lodów:  

PataSony703b.jpg

Niespodziewanie przy świecącym

słońcu zerwał się ostry, zimny wiatr wiejący z przeciwnego kierunku – od lodowca.

Wywołał fale, na których nas stateczek zaczął podskakiwać – tego nikt nie

oczekiwał. No, może z wyjątkiem mnie, bo wiele już razy zbliżając się do

wielkich lodowców doświadczałem podobnych zjawisk – mają one naukowe

wytłumaczenie.

PataSony710.jpg

Do O’Higginsa wciąż było daleko.

Tymczasem mijaliśmy mniejsze lodowce spływające z bocznych ścian fiordu w

głąb którego płynęliśmy. Niektóre z nich kończyły się wysoko na zboczu.

PataSony729.jpg

Wreszcie daleko przed dziobem

zamajaczył wąski, biały pasek zamykający dalszą drogę. To był Lodowiec

O’Higgins!  Nasunąłem kaptur na czapkę, aby niespodziewanie nie odleciała porwana

wiatrem. Patrzyliśmy jak urzeczeni, a on był coraz bliżej:

PataSony735.jpg

O’Higgins Glacier to drugi co do

długości lodowiec Południowej Ameryki – ma 45 kilometrów długości i 820

kilometrów kwadratowych powierzchni. Jest częścią okrywajacej Andy wielkiej

czapy lodowej  Południowo-Patagońskiego Pola Lodowego (Southern

Patagonian Ice Field – Campo de Hielo Sur). Trudno pomieścić w jednym kadrze

całe czoło tego lodowca – ma on 3 kilometry szerokości:

PataSony743.jpg

Zamilkł motor. Kapitan oznajmił,

że mamy godzinę czasu na zdjęcia i podziwianie lodowca. Międzynarodowa grupa

zeszła do bufetu na lunch. Ja nie miałem lunchu, ale nawet gdyby był, to

szkoda by mi było czasu na posiłek – w końcu w takim miejscu i przy takiej

wspaniałej pogodzie jest się tylko raz w życiu:

PataSony757.jpg

Największym

lodowcem Południowej Ameryki jest długi na 66 kilometrów Lodowiec Bruggen,

zwany przez Chilijczyków Lodowcem Piusa XI. Widziałem go tylko na zdjęciach,

spływa z tego samego pola lodowego do morza. Może jeszcze kiedyś zobaczę go

na własne oczy. Ale powiem, że na zdjęciach nie Pio XI nie prezentował się

tak wspaniale jak ten:

PataSony750.jpg

Pięknie wygląda ta ściana ludu w

zestawieniu z wysokim, ośnieżonym szczytem. To nie jest ten najwyższy szczyt

wyrastający ponad lodowcem. Ten najwyższy – Lautaro ma 3623 m. Lustro

Jeziora O’Higgins znajduje się tylko 250 metrów powyżej średniego poziomu

morza. Samo jezioro ma w najgłębszym miejscu 836 metrów głębokości.  

To zaskakujące, że dno tego górskiego jeziora jest pół kilometra poniżej

pozomu oceanu…l

 

 

Wysokość czoła lodowca

O’Higgins waha

się od 60 do 80 metrów. Na zdjęciu poniżej widać wyraźnie warstwę lodu

zanieczyszczoną piaskiem, popiołem wulkanicznym  i skalnym gruzem.

Wiele lat temu osunął się na powierzchnię lodowca fragment stromego skalnego

zbocza. Potem padał i zamarzał śnieg, a lodowiec zsuwał się dalej w dół,

odsłaniając w końcu na samym dole ten przyrodniczy “przekładaniec”:

PataSony764.jpg

Podobno 200 lat trzeba, by pod

ciśnieniem powodowanym przez ciężar górnych warstwy lodowca kryształy lodu

powiększyły się tak, by potem łatwo pochłaniać czerwoną frakcję światła z

padających na lód promieniach słonecznych.  Pozostaje ten piękny

błękit…

PataSony768.jpg

Tradycją takich miejsc jest toast

wzniesiony whisky dopełnioną “starożytnym” lodem z lodowca. I w naszym

przypadku tak było: chłopcy z bufetu odłowili najpierw kawałek pływającego

lodu, a potem przynieśli nam na pokład napełnione szklanki. Piliśmy za dobrą

pogodę i za udany dalszy ciąg naszej niezwykłej wyprawy.

 

Od tego trunku

niektórym (jak mnie) zrobiło się wesoło, a innym – zmiękły wyraźnie nogi –

nic dziwnego, że przeszli do podziwiania lodowca w pozycji półleżącej:

PataSony789.jpg

Godzina przy lodowcu minęła nam

bardzo szybko. Potem stateczek popłynął do lepiej oświetlonego, lewego

krańca lodowca. Zbyt blisko czoła jednostki nie mogą podpływać ze względów

bezpieczeństwa. Nagły obsuw ściany lodu mógłby wywołać wielką falę…

Podczas naszego pobytu ze ściany spadały tylko niewielkie bryły…

PataSony788.jpg
Te mniejsze i większe odłamki

gromadzą się potem na płyciźnie, zanim wiatr popędzi je dalej:

PataSony793.jpg

W chilijskim

biurze podróży udało mi się sfotografować plakat promujący wycieczki po

Patagonii. Chcę wam pokazać (poniżej) wydrukowane na nim unikalne zdjęcie

lodowca O’Higgins, zrobione z jednej z gór otaczających jezioro. Wielu by

chciało wspiąć się na tą górkę dla takiej rewelacyjnej panoramy! Główną

przeszkodą jest skomplikowana i kosztowna logistyka: trzeba wynająć własny

stateczek, który będzie czekać na dole podczas kilkugodzinnej wspinaczki. A

to niestety dużo kosztuje:

PataSonyOHpromocional.jpg

Po godzinie

dryfowania u czoła lodowca wyruszyliśmy w drogę powrotną. Pozostało jeszcze zrobić sobie

pamiątkowe zdjęcie, potwierdzające przy okazji pobyt w tym niezwykłym i

rzadko odwiedzanym przez podróżników miejscu.  Byłem, widziałem, i

jestem przekonany, że rejs z Candelario do lodowca, gdy tylko pogoda jest

odpowiednia wart jest na pewno tych 32 tysięcy pesos, które pobiera

organizator…

Było już po

godzinie 16, gdy “Quetru” zacumował przy niewielkim pomoście w Candelario

Mancilla. Czekało na nas dwóch żołnierzy i senior Ricardo – jak się okazało

właściciel jedynego gospodarstwa i kwatery turystycznej.

PataOLY441.jpg

Międzynarodowa

grupa zapakowała swoje plecaki na jego niewielki traktorek i ruszyliśmy

wyboistą drogą do położonego nieco wyżej gospodarstwa. 12-osobowa grupa

miała zarezerwowane noclegi – ja – nie! Dopiero tu – na miejscu dowiedziałem

się, że kwatera seniora Ricardo to jedyna opcja noclegu. -Czy ja też będę

mógł u Pana przenocować?  – Coś wymyślimy! – zapewnił Ricardo. Gdzieś w

połowie drogi spojrzałem do tyłu. Stateczek stał jeszcze w przystani. Ale

większe wrażenie robił niepowtarzalny kolor wody jeziora:

PataOLY443.jpg

Okazało się, że dla turystów w domu Ricarda i dwóch ciasnych “cabaniach”

czyli domkach campingowych jest tylko 12 lóżek – tyle ile zarezerwowała

grupa. Mnie Ricardo ulokował w drewutni położonej wyżej na zboczu. Przyniósł

materac i koce – to mi w zupełności wystarczyło. Gdy na godzinę uruchomił

schowany obok spalinowy agregat zagotowałem sobie z użyciem nieocenionej

grzałki zupkę i dwa kubki herbaty. Tu miałem spędzić andyjską noc:

PataOLY444.jpg

Moja drewutnia miała oczywistą przewagę cabaniami – sprzed domku

otwierał się wspaniały widok na jezioro i wyrastające ponad jego wody

wspaniałe góry. Siedziałem przed szopą aż do zmroku, pisałem i delektowałem

się panoramą:

PataSony882.jpg


Rano, po umyciu się pod wężem i skromnym

śniadaniu ruszyliśmy w kierunku argentyńskiej granicy. Najpierw trzeba było

zejść na powrót do przystani, gdzie stał taki znak informacyjny. Do

przejścia pieszo mieliśmy (zależnie od źródła) 21 lub 22 kilometry. Nikt z nas jeszcze nie wiedział, że “Ruta

X-915” skończy się dokładnie na granicy. A dalej? – ano zobaczycie…

 

 

 

 

Wąską szutrówką poprowadzoną nad

brzegiem jeziora przeszedłem kilometr do zabudowań wojskowej strażnicy.

 

PataSony831.jpg

 

Tu trzeba było oddać kartę wyjazdową (PIDE) otrzymaną przy wjeździe do

Chile, wpisać swoje dane do rejestru i otrzymać w paszporcie  stempel

wyjazdowy:

PataSony833.jpg

 

Żołnierze byli bardzo sympatyczni, chętnie nawiązywali rozmowę (ale tylko po

hiszpańsku) – wyglądało na to, że ta garstka turystów, która pojawiała się

tutaj dwa razy w tygodniu była jedynym urozmaiceniem ich monotonnego życia

na tym pięknym odludziu.

 

 

 

Spieszyłem się nie wiedząc, jak

na szlaku sprawdzi się moja kondycja,  wiec szybko wymieniliśmy “Gracias!”

i “Buen Viaje!” Dwadzieścia minut później mijałem już tabliczkę “Kilometro

dos” (poniżej). Okazało się, że po chilijskiej stronie granicy szlak jest

starannie oznakowany, droga przetarta i praktycznie nie sposób ją zgubić:

PataSony835.jpg


Szlak wznosił się bardzo łagodnie, nie

było żadnych stromych podejść, nawierzchnia równa, więc idąc można było jednocześnie

podziwiać widoki:

PataSony837.jpg
A

 

Na trzecim kilometrze odwróciłem się, by po raz ostatni spojrzeć na jezioro

– to było już ostatnie zdjęcie Lago O’Higgins z jego niezwykłym kolorytem

wody:

PataSony841.jpg

Turyści z międzynarodowej grupy zostali gdzieś w tyle. Maszerowałem dalej

sam w zupełnej ciszy przez dziewiczy, wysokopienny las. Droga raz lepsza,

raz gorsza wznosiła się łagodnie aż na przełęcz. Gdy się na niej znalazłem,

korzystając z odbiornika GPS wbudowanego w mój tablet sprawdziłem wysokość

nad poziomem morza – urządzenie wskazywało tylko 650 m npm. Podstawowym

wyzwaniem na tej trasie jest zatem pokonanie odległości (tych 22 kilometrów), a nie wysokości: 

PataSony845.jpg

Dalej, poniżej przełęczy skończyły się na chwilę wysokie drzewa i ponad

lasem odsłonił się fantastyczny widok na argentyńskie szczyty. To mi się

bardzo podobało! Była to obietnica kolejnych wspaniałych wrażeń, bo przecież

właśnie do tych szczytów zmierzałem: 

PataSony847.jpg

Poprzednie zdjęcie wykonane zostało z użyciem 10-krotnego zoomu. Ale i

bliżej też było co podziwiać! To wciąż jeszcze było terytorium Chile –

dziewicze góry, przez które nie poprowadzono jeszcze żadnych turystycznych

szlaków: 

PataSony872.jpg

Leśna droga sprowadziła mnie w dolinę, a tam czekała niespodzianka –

lądowisko dla samolotów zbudowane w górskim pustkowiu. Aerodromo Laguna Redonda. Bez żadnego

budynku, bez żadnej obsługi. Cyżby na wypadek wojny z Argentyną? Stosunki między

sąsiadującymi ze sobą krajami nie są najlepsze. W pewnym momencie historii

potrzebny był nawet autorytet papieża Jana Pawła II, aby zapobiec

konfliktowi…

Tam gdzie kończył się pas startowy płynęła górska rzeka. Przekroczyłem ją po

wątłym mostku: 

PataSony874.jpg

Potem jeszcze jeden most – drewniany, ale nowiutki. Najwyraźniej zbudowany

niedawno w miejscu poprzedniego, który zerwała wartka woda, wokół leżały

rozrzucone jakieś jego resztki: 

PataOLY458.jpg

Na południowym stoku sąsiedniej góry odsłoniło się wielkie pole śniegowe.

Dlaczego ten śnieg nie topnieje?- zadałem sobie pytanie. Pewnie dlatego, że tu, na południowej

półkuli słońce świeci z północy!   🙂 

 

 

Czułem już zmęczenie gdy na

szesnastym kilometrze w perspektywie dróżki zamajaczyła tablica “Bienvenidos

a la Republica Argentina”. Byłem na granicy! Na granicy beż żadnych płotów,

zasieków, urządzeń elektronicznych, szlabanów i posterunków… Tablica,

żelazny słup graniczny i to wszystko…  Było południe. Odpoczywałem,

gdy pojawili się pozostali turyści z międzynarodowej grupy.

PataSony884.jpg

Po dwóch kwadransach zarzuciłem plecak i znów jako pierwszy wyruszyłem na

szlak. Ale po argentyńskiej stronie nie prowadził on już szutrową drogą, ale

podmokłą, zapuszczoną ścieżką, na której często przychodziło przechodzić nad

grzęzawiskami po kłodach lub przeskakiwać z kępy na kępę. Niech te zdjęcia

będą ostrzeżeniem, szczególnie dla tych, którzy wybiorą się na ta trasę na

rowerach:

 

 

Miejscami ścieżka przeradzała się

w koryto potoku: 

PataSony899.jpg
PataSony901.jpg
PataSony897.jpg

 

W pewnym momencie w dole po prawej zamajaczyło jakieś spore jezioro… Ale

to nie było jeszcze Lago Desierto, do którego zmierzałem. Do Lago Desierto

od granicy było jeszcze 6 kilometrów, co w trudnym terenie oznaczało jeszcze

minimum 2 godziny marszu. Forsowałem kolejne bagienka – sprawdziły się na

tym odcinku trasy moje wysokie, nieprzemakalne buty:

PataSony906.jpg

Po argentyńskiej stronie nikt nie dba o tę ścieżkę.

W wielu miejscach prowadzi ona przez dziewiczy las z powalonymi kłodami.

Wędrówka nie jest łatwa, ale ma to także swój urok!  Gdyby jeszcze nie

ten ciążący coraz bardziej plecak!

W końcu trud wędrowca zostaje

jednak nagrodzony: w dole przed nim otwiera się rewelacyjny widok na długie,

rynnowe jezioro o bajecznym kolorze, wciśnięte między wysokie, górskie

zbocza. To już było Lago Desierto:

PataTabl206.jpg

 

Gliniasta ścieżka zbiega ostro w dół i po opadach jest zapewne  bardzo

niebezpieczna, ale dziś dzięki Bogu jest sucho i bez przygód docieram w

końcu do baraku argentyńskiej placówki granicznej nad brzegiem jeziora. Gdy

po cichu wchodzę do środka i pokazuje się jakiś funkcjonariusz, to nie kryje

zaskoczenia i patrzy na mnie trochę jak na ducha. -Sam przyszedłeś? 

Nie – za mną idzie grupa! Docierają dopiero po dobrej godzinie, a za nimi

jeszcze senior Ricardo z czterema jucznymi końmi – każdy niesie trzy plecaki

turystów. Taką usługę można sobie dodatkowo zamówić, za dodatkową opłatą

oczywiście…

PataTabl132.jpg

Wypełniam formularz i załatwiam graniczne formalności. Potem trzeba czekać

do 17.30, bo dopiero o tej porze z odległego przeciwnego krańca jeziora

przypływa niewielki stateczek. W międzyczasie pogorszyła się pogoda. Chmury

zasłoniły górę Fitz Roy, która w dobrych warunkach widoczna jest w

perspektywie jeziora. Czekałem, zjadając resztki żywności zabranej jeszcze z

Villa O’Higgins – tu nie ma żadnego punktu zaopatrzenia!

PataOLY485.jpg

Gdy w końcu pojawił się stateczek i odpłynęliśmy okazało się, że cena

przejazdu wzrosła z 21000 CLP do 30000 CLP. Właściciel tej jednostki ma

monopol i może dowolnie dyktować ceny. Przyjmuje oczywiście zapłatę także w

argentyńskich pesos, ale nie ma tu przecież żadnego punktu wymiany walut…

A po zboczu gór nie biegnie żadna ścieżka, która mogła by być alternatywą

dla przebycia 10 kilometrów długości rynnowego jeziora. 

Po drodze, na stateczku nie robiłem żadnych zdjęć – po obu stronach

towarzyszyły nam monotonne zbocza, a i pogoda nie była odpowiednia. Po pół

godzinie rejsu dotarliśmy do przystani na drugim, “cywilizowanym” krańcu

jeziora. Tu trzeba było przejść kilkaset metrów do parkingu, gdzie czekały

minibusy… Czekało na jeszcze 37 kilometrów (390 ARS lub 17000 CLP) jazdy

wyboistą, szutrową drogą poprowadzoną nad brzegiem Lago Condor i nad

rozlewiskami górskich rzek:

PataSony960.jpg

Zmierzchało się, gdy zmęczeni dotarliśmy do niewielkiego miasteczka El

Chalten. To był wspaniały dzień, ale teraz marzyłem już tylko o prysznicu,

solidnym posiłku i łóżku… Następny poranek miał odsłonić nowe, rewelacyjne

widoki. 

Ale o tym już w następnej części mojej relacji…

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net