Wojtek Dabrowski – Patagonia Chilena cz.3 – Carretera Austral (Patagonia3.htm)

In

December 2016 I successfully completed a fascinating, though not the easiest

trip to the Patagonia.  Map the route you can see here.

In Patagonia, I was already twice, but I visited

mainly the East –  the Argentinean part. This time, I set off to the western

part. I knew the

Patagonia Chilena for bad roads, a maze of islands, rarely

visited fabulous fjords and glaciers – it’s much bigger challenge for the

traveler. To many interesting places you can get there only by water,

using irregular transport – and I was not sure if I was going to succeed…

therefore once again a great adventure, improvisation, wiping a new trail.

In the first part of the report I described Puerto Montt and Chiloe Island.

At the southern end of this large island – in Quellon I boarded the ferry to

sail back to the mainland, and to admire on the way the scenery Chilean

islands and fjords. Ferry is named “Queulat”. In the

second part of my report I

described 34-hours long sail aboard “Queulat” to Puerto Chacabuco.

Here I left the ship to begin the land stage of my trip: by the famous road

Carretera Austral drawn through the sparsely populated areas of Southern

Chile. I was going to get to the very end – place, where further south is no

longer any road…


W 
grudniu

2016 roku pomyślnie zakończyłem fascynującą, choć wcale nie najłatwiejszą

podróż do Patagonii!  Mapkę trasy możecie zobaczyć

tutaj.


W Patagonii byłem już wcześniej – nawet dwukrotnie, ale zwiedzałem głównie

jej wschód – część argentyńską. Tym razem wyruszyłem do części zachodniej. 

Wiedziałem, że

Patagonia Chilena to kiepskie drogi,

labirynt wysp, rzadko odwiedzanych fiordów i bajecznych lodowców – to

znacznie większe wyzwanie dla podróżnika. Do wielu ciekawych miejsc można

dotrzeć tam tylko drogą wodną, nieregularnym transportem – i wcale nie byłem

pewien, czy mi się to uda… Zapowiadała się zatem po raz kolejny wielka

przygoda, improwizacja, przecieranie nowego szlaku.


W

pierwszej części relacji

opisałem Puerto Montt i wyspę Chiloe. Na południowym krańcu tej dużej wyspy

– w Quellon wsiadłem na prom, by popłynąć z powrotem na kontynent, a po

drodze podziwiać krajobrazy chilijskich wysp i fiordów. Prom nazywał się

“Queulat”. W drugiej

części relacji opisałem 34-godzinny rejs na jego pokładzie do Puerto

Chacabuco. Tu, po zejściu ze statku rozpoczął się lądowy etap mojej podróży:

słynną szosą Carretera Austral poprowadzoną przez słabo zaludnione tereny

Południowego Chile zamierzałem dotrzeć do jej samego końca – miejsca. skąd

dalej na południe nie prowadzi już żadna droga…

Puerto Chacabuco, gdzie wysiadłem z promu “Queulat” okazało się straszną

dziurą. Portową karierę zawdzięcza ta miejscowość zamuleniu zatoki w rejonie

leżącego w tej samej zatoce portu Puerto Aysen. Teraz statki obsługiwane są

16 kilometrów dalej – w Chacabuco, ale infrastruktura jest tu póki co,

bardzo mizerna.

Na przypływający raz na tydzień prom Naviery

Austral czekają mikrobusy – takie jak na zdjęciu obok. Zabierają chętnych do

20-tysięcznego miasteczka Aysen za 500 pesos lub nawet jeszcze dalej – do

odległej o 78 kilometrów stolicy regionu Aysen – miasta Coihaique.

Skorzystałem z tej drogiej możliwości płacąc 4000 pesos. Tu – na wyludnionym

południu Chile ceny transportu są wyższe. Chyba, że jakaś kompania jest

dotowana przez władze…

Kierowca chciał wrzucić mój

plecak na dach, ale energicznie zaprotestowałem – pogoda wprawdzie była

dobra i deszczu nie należało oczekiwać, ale bagaże na dachu nie były niczym

nakryte i obawiałem się, że plecak w punkcie docelowym dostanę solidnie

zakurzony.

 

 

 


Używany powszechnie w Chile termin “Carretera

Austral” (po hiszpańsku “szosa południowa” lub “magistrala

południowa”) określa chilijską drogę krajową nr 7 na

odcinku na południe od Puerto Montt.
Ta

unikalna szosa, budowana przez wiele lat w bardzo trudnym terenie jest główną arterią komunikacyjną

słabo zasiedlonego południowego Chile. Przebiega przez regiony

administracyjne Los Lagos i Aysen.  Ma długość 1242 km. Łączy stolicę

regionu Los Lagos – Puerto Montt z osadą Villa O’Higgins nad jeziorem

O’Higgins w Andach, przez które przebiega granica z Argentyną.


Budowę drogi rozpoczęto w roku 1976, w

czasach prezydentury generała Augusto Pinocheta. Jej pierwszy fragment

otwarty został w roku 1988. W 1966 doprowadzono ją do przeprawy promowej

Puerto Yungay, a w cztery lata później – do obecnego punktu końcowego. Potem

– w

roku 2003 ukończono niewielkie boczne odgałęzienie do osady rybackiej Tortel.


Dokładną mapę “carretery” od Puerto Montt

do jej krańca w Villa O’Higgins możecie znaleźć

tutaj.

 

 

 


Zapłaciłem, upchnąłem jakoś moje długie

nogi w ciasnej przestrzeni minibusu i… pojechaliśmy. Na początku jeszcze

czas jakiś droga prowadziła wzdłuż brzegu fiordu:

PataSONY088.jpg


Potem otworzyły się przed nami widoki na

szerokie, kwitnące łąki z górami w tle.  Jak na naszych tatrzańskich

halach! – pomyślałem…

Jechaliśmy doliną w górę rzeki Rio Simpson. Trudno było mi fotografować

przez szybę, siedząc w ścisku we wnętrzu. Postanowiłem odłożyć

fotografowanie doliny na następny dzień…


Po 1,5 godziny jazdy wjechaliśmy w

uliczki Coihaique [koj-ajke] – największego (i chyba jedynego) miasta na

trasie “carretery”:

PataTABLCoihaique.jpg


Coihaique, capital of Aysen

Region, Chile


Ta solidna i charakterystyczna

skała dominująca nad miastem (zdjęcie powyżej) nazywa się Cerro McKay. W

nieco większej odległości od centrum leżą inne szczyty otaczające miasto ze

wszystkich stron. Czytałem, że śniegi na nich nie topnieją nawet latem i

dlatego Coihaique (spotyka się także pisownię Coyhaique) nazywane jest

poetycznie “city of the eternal snow” – “miasto wiecznych śniegów”:

PataSONY117.jpg

W Coihaique góry widać w perspektywie prawie każdej ulicy – ta ulica poniżej

zamieniona jest na miejski deptak – strefę dla pieszych. Coihaique jest

stolicą regionu Aysen i stolicą prowincji Coihaique. Nie mogą zatem dziwić

wielkomiejskie ambicje miasta.  Mieszkałem tu w małym, przytulnym

pensjonacie “Patagonia Live” plącąc 50 USD (korzystniej jest płacić w dewizach)

za pokój z łazienką i śniadaniem. Dosyć drogo, zważywszy, że w pokoju nie

było a/c i lodówki. Pokój był zlokalizowany na pięterku.  W środku dnia

słońce tak skutecznie nagrzewało dach, że mój pokoik zamieniał się w

piekarnik. Ale za to pranie schło tu błyskawicznie!   🙂

PataSONY119.jpg


Na pewno nie dodają miastu uroku całe

wiązki kabli telekomunikacyjnych i energetycznych zwieszające się nad ulicami.

Ale w tych samych ulicach znaleźć można ciekawe przykłady “alpejskiej”

architektury: 

PataSONY175.jpg


W głównej ulicy Pratt znalazłem także

przykłady starego budownictwa z czasów, gdy “Carretera Austral” nie została

jeszcze dociągnięta do Coihaique – to niewielkie drewniane domy. Mieszczą

teraz kameralne sklepiki. Wydaje mi się, że mają swój urok:

PataSONY126.jpg


Coihaique ma 53 tysiące mieszkańców i dwa

supermarkety. Tu zaopatrywałem się w żywność: kilo bananów kosztowało

800 pesos, pomidory i jabłka były po 1000, bułeczki sprzedawane na wagę – po

1200 za kilo. Dwulitrowy karton czerwonego wina Santa Helena kosztował tyle

samo, co butla coca-coli – 2300. Uznałem, że czerwone wytrawne jest zdrowsze

od koki!  🙂 

PataSONY128.jpg

Mimo moich siwych skroni miejscowi zwracali się do mnie per “caballero” –

nie protestowałem…   🙂

Przyszedł czas na zwiedzanie najbliższych okolic. Poniżej miasta w wąwozie płynie wartko rzeka Simpson. Aż się prosi, aby w

tym miejscu wybudować hotel czy chociaż motel z widokiem. Ale turystyka tu

dopiero raczkuje. Głównym problemem jest wielka odległość od reszty świata:

PataSONY133.jpg


Na razie w pobliżu kościoła funkcjonuje

biuro informacji turystycznej. Oferują mapy i broszury (prawie wszystkie

zredagowane w języku hiszpańskim). Jeden z pracowników duka trochę po

angielsku. Przekonałem się jednak, że w sprawie rozkładu jazdy autobusów nie

można na nich polegać – przekazali mi niesprawdzoną informację, że autobus z Cochrane do Villa odjeżdża codziennie, co na miejscu okazało się nieprawdą…

PataSONY135.jpg


Na planie miasta zaznaczony jest punkt

widokowy “Mirador Rio Simpson”. Poszedłem tam. Widok ze skałki zawieszonej

na urwisku nad rzeką był piękny (zdjęcie poniżej) ale przy okazji zostałem

tu niespodziewanie ugryziony przez psa. Watahy bezpańskich psów są plagą

Chile. Na szczęście grube dżinsy ochroniły skórę.


Warto zwrócić uwagę na ten

mały mostek na rzece na zdjęciu poniżej – poszedłem tam potem dla widoku…

PataSONY130.jpg

Zejście do wąskiego mostu jest bardzo strome, potem przychodzi się wspinać

ponownie na górę. Choć nocą temperatura spada do 5 stopni Celsiusa, to w

dzień sięga trzydziestu i podczas tej powrotnej wspinaczki pot ścieka z

czoła.

Ale warto! Popatrzcie jaki pocztówkowy widok otwiera się z mostu na górę
Cerro McKay:

PataSONY181.jpg

W przeciwnym kierunku – w dół rzeki otwiera sie widok na piętrzącą się nad

rzeką pionową skałkę, którą miejscowi nazywają Piedra del Indio – Kamienny

Indianin. Przyznacie, ze nazwa jest trafna, bo rzeczywiście z tej strony

kształt skały przypomina profil Indianina. Stojąc tam na górze – na punkcie

widokowym nie zdawałem sobie sprawy i robiąc zdjęcia rzeki nie zdawałem

sobie sprawy, że stoję na głowie tego “Indio”.  

 

 

 

Piękne i puste góry wokół,

wspaniała pogoda (musiałem chronić moją łysinę pod czapką przed operującym

ostro słońcem) – miałbym bardzo miłe wspomnienia z pobytu w Coihaique, gdyby

nie ten pies…

A

PataSONY183.jpg

Mój gospodarz poradził mi, aby wybrać się publicznym autobusem do wodospadów

i kaskad przy szosie prowadzącej do Puerto Aysen. W ciągu dnia odjeżdżają

one mniej więcej co godzinę z małego podwórka przy głównej ulicy. Bilet do

Aysen kosztuje 2200 pesos, ale do Salto la Virgen można dojechać za 1200.

Ten pierwszy wodospad widać z

szosy – zwróciłem na niego uwagę jadąc z promu do Coihaique. Teraz mogę go

spokojnie obejrzeć i sfotografować. Salto la Virgen – Wodospad Dziewicy (w

domyśle – Matki Bożej) ma dwa stopnie. Górny ma jakieś 15 metrów, a dolny 

– około 12. Nie jest łatwo go fotografować, bo słońce świeci akurat z

naprzeciwka.

Ten wodospad wydaje się być

główną atrakcją przyrodniczą trasy Aysen- Coihaique. To tutaj taksówkarze

przywożą pasażerów z pasażerskich statków zawijających do Puerto Chacabuco –

akurat gdy tam byłem do portu przypłynął na jeden dzień “Norwegian Sun”

 

 

Obok wodospadu jest mała,

naturalna grota z figurką “Virgen de la Cascada”  (Matki Bożej

Wodospadu), ozdobiona sztucznymi kwiatami.

 

 

 

Kilka kilometrów dalej w górę 

przepływającej obok Rio Simpson znajdziecie bystrza na tej rzece, nazywane

przez miejscowych Las Pizarras. Pomaszerowałem tam dziarsko (ruch na szosie

jest niewielki, a te nieliczne samochody, które przejeżdżały ignorowały

autostopowicza) po to by na miejscu stwierdzić, że najciekawszy odcinek

rzeki to rezerwat, że ścieżką edukacyjną, gdzie za wstęp miejscowi płacą

1000 pesos, a cudzoziemcy to nawet 3000 pesos. Oburzony taką dyskryminacją

poszedłem dalej w górę rzeki, gdzie może bystrza są mniej efektowne, ale za

to można je oglądać bez opłaty:

PataSONY155.jpg

Gdyby to była Europa, to na pewno już dawno przy takich bystrzach ktoś

przedsiębiorczy postawiłby kioski z napojami i małą gastronomią. Ale tu

jest Patagonia i nic takiego nie znajdziecie. Może to i lepiej, bo nic nie

psuje krajobrazu, ale trzeba

pamiętać, aby zabrać ze sobą z miasta odpowiedni zapas napojów i kanapki. Ja

zajadałem moje w samotności ciesząc oczy widokiem tej rwącej rzeki:

PataSONY159.jpg

Przy tej samej szosie do Aysen, odsunięty od niej zaledwie na jakieś 50

metrów znajdziecie wodospad Velo de la Novia – Welon Panny Młodej.

Rozproszona w rodzaj woalki woda spada tu z wysokości około 40 metrów.

Jednak gdy tam dotarłem wody było niewiele, więc i wrażenia też były niezbyt

silne –  popatrzcie na zdjęcie obok…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autobusem wróciłem do Coihaique,

by przygotować się na następny dzień – zamierzałem wyruszyć dalej na

południe – do kolejnego etapowego miasta – do Cochrane. Autobus tą trasą

jedzie co drugi dzień – bilety (14000 pesos) radzę kupować jak najwcześniej,

bo w chwili odjazdu pojazd był pełen. Ruszyliśmy wśród pięknych krajobrazów

– asfaltową szosą, na której ruch był raczej śladowy:

PataSONY187.jpg

Te fioletowe

kwiaty przy drodze to miejscowa odmiana dziko rosnącego łubinu. Widziałem

takie fioletowe łany w wielu miejscach. Po wyjechaniu z miasta nie było już

przystanków. Góry chwilowo oddaliły się, ale wciąż w dali widać było ich

ośnieżone wierzchołki:

PataSONY189.jpg

Wkrótce

krajobraz stał się bardziej urozmaicony. Pojawiły się odsłonięte zbocza

skalistych gór.  Na nich widać było wyraźnie kolorowe pasy

poszczególnych warstw skomponowane przez naturę. Niestety ta seria zdjęć

robiona była przez przyciemnione na brąz boczne szyby autobusu. Przepraszam

za ich zmienione barwy. Innego wyjścia nie było. W większości chilijskich

busów z przodu wozu jest zamknięta kabina kierowcy i pomocnika skutecznie

uniemożliwiająca fotografowanie i filmowanie w przód.

PataSONY193.jpg

 

Po godzinie jazdy w polu widzenia

pojawiły się strome, malownicze szczyty, ale to była dopiero uwertura do

dalszych widoków:

PataSONY197.jpg

Było lato. Śniegi w górach topniały, zasilając mniejsze i większe

strumienie. A te z kolei wpadały do górskiej rzeki – na razie jeszcze

niezbyt szerokiej:

PataSONY201.jpg

Po dwóch godzinach jazdy krajobraz stał sie jeszcze bardziej surowy.

Poniżej zboczy pojawiły sie rozległe osypiska. Zieleń przestała dominować w

krajobrazie: 

PataSONY206.jpg


Patrząc na mapę prowincji Aysen (tu

przygotowałem dla was dokładniejszą mapę, zacieniony jej fragment to

Patagonia Argentyńska) trudno było przed podróżą wyobrazić sobie krajobrazy,

które będą mi towarzyszyć. Rzeczywistość – uroda tych gór – przerosła moje

oczekiwania.

PataSONY207.jpg

 

Na razie cały czas jechaliśmy całkiem niezłym, choć wąskim asfaltem. A każdy

zakręt szosy ( a było ich wiele) odsłaniał nową panoramę:

PataSONY209.jpg

Na całej trasie do Cochrane odnotowałem tylko jeden oznaczony i

zagospodarowany punkt widokowy z małym parkingiem i barierkami

zabezpieczającymi – otwierał się z niego widok na szeroką dolinę, zamkniętą

po drugiej stronie łańcuchem górskim. To były Andy. A po ich drugiej stronie

– Argentyna:

PataSONY214.jpg


Za punktem widokowym szosa wijąc się jak

wstążka opadała w dół w dolinę. Nie wszyscy w naszym autobusie dobrze

znosili te liczne zakręty, pewnie dlatego, ze kierowca brał je z dość dużą

prędkością – do końca trasy w Cochrane wciąż było daleko:

PataSONY217.jpg
A

Kiedy zbliżyliśmy się potem do tych gór widocznych na horyzoncie można było

przyjrzeć się im z bliska i raz jeszcze zachwycić się pięknem patagońskiej

przyrody: 

PataSONY219.jpg

Wreszcie zamajaczyła przed nami ta słynna góra, o której jeszcze przed

wyjazdem z Polski czytałem w przewodnikach: Carro Castillo czyli Góra

Zamkowa ma 2675 m npm. Wyrasta ponad 2000 m ponad poziom doliny.

Rzeczywiście szeroki, rozczłonkowany szczyt przypomina wieże i baszty

wysokiego zamku: 

PataSONY0000.jpg

U stóp tej charakterystycznej

góry rozłożyła się niewielka osada Villa Cerro Castillo. Do niedawna stało

tu zaledwie kilkanaście zaniedbanych zabudowań. Ale rząd docenił turystyczne

walory okolicy i dzięki temu powstało osiedle bliźniaczych domków o

czerwonych dachach::

PataSONY228.jpg

A przed tymi nowiutkimi domkami przy szosie wciąż stoi coś bardzo

oryginalnego: przydrożna garkuchnia urządzona w dwóch zdezelowanych

autobusach. Nasz kierowca funduje nam tutaj krótki, 5-minutowy postów, tak

naprawdę wystarczający tylko dla wysadzenia pasażerów i wydania bagażu: 

PataSONY234.jpg

Wyskakuję na chwilę na zewnątrz wozu, nie tyle po to, by rozprostować nogi,

ale by nareszcie mieć możliwość zrobienia kilku zdjęć bez tej ciemnej szyby.

Zoom mojej kamery pozwala przybliżyć najbardziej efektowny fragment Cerro

Castillo: 

PataSONY245.jpg

Inne szczyty

wyrastające wokół kotliny, w której leży “Villa” też prezentują się bardzo

efektownie:

PataSONY243.jpg

 

Klakson autobusu nawołuje nas nieubłaganie. Szybko wracamy na swoje miejsca

i ruszamy dalej wśród dziewiczych krajobrazów: 

PataSONY247.jpg

Za kolejnym zakrętem pojawia się rozlewisko górskiej rzeki. Czyżby to było

Rio Baker – główna rzeka tego regionu?  Niestety nie mogę dogadać się z

moją sąsiadką – po pierwsze mówi tylko po hiszpańsku, a po drugie “rio” to

“rio” – i nic wiecej o tym “rio” nie wie…

PataSONY262.jpg

Najgorsze, że już w Cerro Castillo na dobre pożegnaliśmy asfalt. Pędzimy

teraz szutrową drogą, podnoszą tumany kurzu. A że w nawierzchni zdarzają ję

dziury i wyboje to komfort podróżowania znacznie się pogorszył…

PataSONY256.jpg

Mija czwarta godzina podróży. Po pasażerach widać już znużenie. Prawie

wszyscy to miejscowi. Dla nich te krajobrazy są codziennością. Tylko ja z

zainteresowaniem wyglądam przez okno i

odnotowuję, że rzeka prowadzi nas w kierunku tych ośnieżonych szczytów: 

PataSONY2670.jpg

Wybaczcie mi proszę przesadną być może ilość tych zdjęć, ale przygotowując

tę podróż nie znalazłem w sieci żadnej porządnej relacji z Carretery

Austral. Ta zatem będzie pierwsza. I chcę, aby była wyczerpująca… 

PataSONY284.jpg

Porządny most na rzece… Przypuszczam, że zanim powstała Carretera pojazdy

pokonywały tę rzekę w bród:

PataSONY287.jpg

Wreszcie jezioro!  I to jakie jezioro!  Patrzę na mapę – to musi być Lago General Carrera – drugie co do wielkości (po Titicaca) jezioro Ameryki

Południowej. Ma 1850 kilometrów kwadratowych powierzchni. Lustro jeziora

znajduje się na wysokości 217 m nad poziomem morza..

PataSONY297.jpg

Przez środek jeziora przebiega granica między Chile i Argentyną. A że te dwa

kraje nie bardzo się kochają, to Argentyńczycy używają zupełnie innej nazwy

tego samego jeziora – dla nich jest to Lago Buenos Aires. Widocznie nie szło się

dogadać…

PataSONY306.jpg

W małej osadzie nad jeziorem – Puerto Tranquilo mamy postój na lunch. Jest

tu mała restauracja, biuro informacji turystycznej i agencja organizująca

wycieczki do ciekawych, zalanych wodą grot na brzegu jeziora nazywanych

Cathedral de Marmol. To jest centrum osady, której właściwa, pełna nazwa

brzmi Puerto Rio Tranquilo:

PataSONY318.jpg

Mnie oczywiście szkoda było marnować te 20 minut na jedzenie –

pomaszerowałem nad jezioro podziwiać krajobraz i szukać ciekawych tematów do

zdjęć. Jezioro jest naprawdę bardzo malownicze: woda o kolorze atramentu,

liczne wyspy, no i ta wysoka ściana Andów po drugiej stronie:

PataSONY325.jpg

Na brzegu kwitły na żółto jakieś nieznane mi krzewy. Popołudniowe słońce

operowało silnie, ale od jeziora wiał wiatr, więc nie czułem upału. Tylko

głowę trzeba było nakryć – już poprzedniego dnia dostała przesadną porcję

ultrafioletu  🙂 

PataSONY327.jpg

Szary piasek na plaży nad jeziorem był gruby i przypominał raczej żwir.

Temperatura wody (spływa do jeziora z lodowców) nie zachęcała do kąpieli.

Ale miejsce było piękne i żałowałem, że nie mogę tutaj dłużej zostać:

PataSONY330.jpg

Zapowiedziane przez kierowcę 20 minut postoju przeciągnęło się do 30 minut,

ale i tak zleciało mi bardzo szybko. Wkrótce trzeba było na powrót zająć

swoje miejsce. Ruszyliśmy dalej szutrową szosą – tym razem lekko pod górkę.

Ze wzniesienia na brzegu dobrze było widać mniejsze i większe wyspy na

jeziorze:

PataSONY341.jpg

Dopiero kiedy porównać rozmiary tego domu na brzegu z rozmiarami wysp i gór

można z pełni zdać sobie sprawę z rozmiarów jeziora General Carrera czyli

Lago Buenos Aires:

PataSONY352.jpg

Nasza wąska szutrówka (widać ją na zdjęciu poniżej) wiła się wzdłuż brzegów,

wspinała się na kolejne wzniesienia… Na tym odcinku trasy zdecydowanie

lepiej siedzieć przy oknie po lewej stronie autobusu:

PataSONY354.jpg

Autobus ryczał silnikiem na stromiznach i miotał nami na zakrętach. Kierowcy

wyraźnie się spieszyło.  Jezioro znikało i na powrót pojawiało się w

krajobrazie jeszcze wiele razy:

PataSONY356.jpg

Kiedy w końcu wjechaliśmy miedzy dość wysokie góry i sądziłem, że to już

pożegnanie z tym wielkim zbiornikiem wodnym płaszczyzna atramentowej wody

pojawiła się ponownie – tym razem po prawej – to była jakaś odnoga:

PataSONY367.jpg

Trudno opisać te niezliczone zakręty, które pokonywaliśmy. Carretera Austral

jest na tym odcinku słabo oznakowana – brak znaków i tabliczek z odległością

do najbliższego osiedla, nie mówiąc już o czymś takim jak słupki

kilometrowe. Po sześciu godzinach jazdy podziwiałem bajeczny kolor

towarzyszącej nam górskiej rzeki: 

PataSONY377.jpg

Musieliśmy jechać wzdłuż tej rzeki wiele kilometrów, aby dotrzeć do

samotnego mostu, wybudowanego w zupełnym pustkowiu. Jego budowa tak daleko

od cywilizacji musiała być nie lada wyzwaniem! Nie zdążyłem go niestety

sfotografować. Rzeka nie była tutaj już taka wartka, ale rozlewała się

szerzej i wciąż była malownicza:

PataSONY379.jpg

W godzinę później, po 7,5 godzinach od wyruszenia z Coihaique dotarliśmy do

małego miasteczka Cochrane.

To nie był jeszcze koniec Carretery Austral. Ale o tym już w następnej

części mojej relacji…

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net