When
in 1987 I was in Nepal for the first time I managed not only to did famous
Everest trek, but also to reach the mountain settlement of Jomsom hidden between Dhaulagiri and Annapurnas. I knew
already at this
time that Jomsom is a gateway to the legendary Kingdom of Mustang,
located further up – near the Tibetan border. But at that time Mustang was closed to
me. It’s been many
years since then, the situation has changed, the door of Mustang is slightly
open
now. So after 27 years I went again to the world’s highest mountains to
realize one more travelers’ dream.
Kiedy w 1987 roku po raz pierwszy wyjechałem do Nepalu
udało mi się nie tylko przejść słynny Everest trek, ale także dotrzeć do
osady Jomsom, leżącej w górskiej dolinie między Dhaulagiri i masywem
Annapurny. Już wtedy wiedziałem z lektur, że Jomsom jest bramą do
legendarnego królestwa Mustangu – położonego jeszcze wyżej, przy granicy
Tybetu. Wtedy jednak cudzoziemców takich jak ja do Mustangu nie wpuszczano.
Minęły lata, sytuacja się zmieniła, drzwi Mustangu uchylono. Postanowiłem po
27 latach wrócić w najwyższe
góry świata i zrealizować moje kolejne podróżnicze marzenie.

Przez lata całe gromadziłem niezbędne informacje. Nie było to proste, gdyż
niewielu ludzi dociera do Mustangu. Okazało się, że podstawowym problemem
organizacyjnym jest znalezienie wiarygodnej agencji turystycznej w Nepalu,
która wystąpi o potrzebne zezwolenie (tzw. trekking permit) i zagwarantuje
przewodnika (zagraniczni turyści mogą przebywać w Mustangu tylko z
miejscowym przewodnikiem). Kolejnym problemem jest znalezienie partnera
wędrówki przez Mustang, bo zgodnie z przepisami najmniejsza wpuszczana grupa
to dwóch turystów i jeden przewodnik. Agencję mającą siedzibę w Pokharze (to
obniża koszty, bo bliżej Mustangu) znalazłem w internecie. A partner zgłosił
się sam po zamieszczeniu ogłoszenia w witrynie trekkingpartners.com Po
uzgodnieniu warunków poleciałem przez Delhi do Katmandu, przesiadając się
tam od razu na samolocik lecący prosto do Pokhary. Tak wyglądały Himalaje
spowite niebieską mgiełką, gdy patrzyłem na nie na nowo przez brudne i
porysowane okno małego samolotu linii “Yeti Airlines”:

from
That’s how the Himalaya looked like when I was looking at them again from
the small plane heading to Pokhara:
Pokhara jest drugim co wielkości miastem Nepalu i pozostaje w cieniu
stolicy, ale ja osobiście wolę ją od Katmandu. Bo po pierwsze nie jest tak
zatłoczona, zadymiona i zanieczyszczona jak stolica Nepalu.

Po drugie z Pokhary widać ośnieżone szczyty Himalajów, podczas gdy z Katmandu wysokich
gór nie widać. Będąc w stolicy Nepalu aby zobaczyć w dali ośnieżone szczyty
trzeba wyjechać kilkanaście kilometrów na północ, albo wyjść na trekkingową
trasę. A po trzecie Pokhara leży nad pięknym jeziorem Fewa:


Zdjęcie powyżej zostało zrobione z cokołu świątyni buddyjskiej wzniesionej
na zielonym grzbiecie 300 metrów ponad poziomem jeziora. World Peace Pagoda
(Pagoda Światowego Pokoju) została zbudowana w latach dziewięćdziesiątych przez
Japończyków. Warto wspinać się przez godzinę ścieżką poprowadzoną znad
jeziora po zielonym zalesionym stoku, nie tylko dla samej świątyni, ale
przede wszystkim dla otwierającej się od jej stóp panoramy.
World Peace Pagoda

View of Machupuchare – Fish Tail:
Przy dobrej pogodzie otwiera sie sprzed pagody wspaniały widok na szczyty
głównego pasma Himalajów. Najbliższy Pokharze jest Machupuchare – Rybi Ogon:

Nieco w lewo
od tamtego szczytu bieli się Annapurna South:

Pokhara
rozłożyła się na górskim Jeziorem Fewa. Miejscowi hodują i łowią w nim ryby,
ale największe przychody daje turystyka. Można tu wynająć (wraz z
przewoźnikiem) takie kolorowe łodzie:

jeziora przez miejscowych szkutników…


Z takim panem
za 50 rupii można popłynąć na wysepkę na jeziorze, na której znajduje się
hinduistyczna świątynia Barahi (widoczna na zdjęciu poniżej). Za nieco
dłuższy rejsik do
punktu wyjściowego szlaku do World Peace Pagoda trzeba zapłacić aż 410
rupii.

Popłynąłem do świątyni na wyspie.
Jak widać na zdjęciu poniżej sama świątyńka jest maleńka. Jej wnętrze mieści
zaledwie 2-3 osoby. I dlatego przed świątynią ustawiła się kolejka wyznawców
hinduizmu pragnących złożyć ofiary:

Ale nawet tutaj kwitnie komercja. Pielgrzymów i turystów przybywa na wyspę sporo,
więc można zarobić jakieś pieniądze. Małpka tańczy w rytm bębenka, a jej
właściciel zbiera pieniądze do miseczki:

Gdy nie ma wiatru ani zachmurzenia w
gładkich wodach jeziora przeglądają się białe szczyty. Tu – Annapurna South
– południowy wierzchołek Annapurny:

Cały turystyczny biznes Pokhary –
hoteliki różnych kategorii, agencje turystyczne, sklepy, restauracyjki
skupiają się w dzielnicy Lakeside – nad jeziorem. Główna ulica, z kilkoma
potężnymi drzewami na środku przebiega w odległości ok. 50 metrów od brzegu
jeziora:

Pokhara Lakeside – the tourist quarter (above)
Ale poza turystyczną dzielnicą nad jeziorem istnieje w Pokharze także
rozległe normalne miasto, w którym toczy się zwykłee życie. Turyści rzadko
się tam zapuszczają. A szkoda, bo to tam można podpatrzyć wiele rodzajowych
scenek i zrobić ciekawe zdjęcia pokazujące autentyczną twarz Nepalu.
Tu na przykład sklepik z ceramiką, która wcale nie jest przeznaczona dla
turystów:


Poza Lakeside niewiele jest hotelików, ale wszędzie są restauracyjki i
jadłodajnie, serwujące nepalskie, hinduskie i tybetańskie potrawy. Na
zdjęciu obok – moje ulubione tybetańskie pierożki momo nadziewane gotowanymi
warzywami lub mięsem. Porcja 10 vegetable momo kosztuje 100-180 rupii
(za jednego dolara płacili 97 rupii). Te mięsne są nieco droższe.
Za to poza
“turystycznym” Lakeside trudno jest znaleźć miejsce, gdzie wymieniają pieniądze. Liczne kantory
wymiany ulokowały się w tej głównej ulicy przebiegającej równolegle do
brzegu jeziora:


Od głównej ulicy Lakeside miałem do przejścia zaledwie 50 metrów do mojego hoteliku. W Pokharze mieszkałem w Pushpa Guesthouse, gdzie za pokój z łazienką płaci się
10 USD lub równowartość w rupiach, a za kilo bielizny do uprania – 100
rupii. Goście mogą tu korzystać z bezpłatnego połączenia wi-fi. Problemem są
jednak codzienne i długie wyłączenia prądu, przy recepcji wywieszona jest
kartka z okresami wyłączeń. Niby to oficjalne dane, ale czasami odchylenia
od tych godzin wynoszą nawet kilka kwadransów.
Niewątpliwą
zaletą tego miejsca są jego sympatyczni, uśmiechnięci gospodarze:


Organizatorem naszego trekkingu był Guru – właściciel agencji Jomsom Treks &
Expedition w Pokharze. Ma biuro w swoim prywatnym domu koło hotelu Star
Lakeside (nie ma tu adresów) i wszystko załatwia przez internet.
Zdecydowanie go polecam. Guru traktuje klientów poważnie i nie żąda żadnych
zaliczek wysyłanych przez bank. Wykłada swoje pieniądze na zakup nepalskich
biletów lotniczych, zakładając, że oddacie je po przylocie. Na co zwrócić
uwagę przy negocjacjach? Musi być jasne kto ponosi koszty dojazdu
przewodnika na/z początek trasy trekkingu (Jomsom) – jeżeli samolotem, to
będzie to spora kwota, mimo, że Nepalczycy za lotniczy bilet płacą połowę tego, co
cudzoziemcy. Warto zasugerować przewodnika z Jomsom. Radzę negocjować
wszystkie kwoty w dolarach (oni wolą euro, ale wiadomo, że to podbija
koszty). Typowy koszt przewodnika i organizacji to 25 USD za każdy dzień
trekkingu (ustalić dokładne daty!). Zawiera on noclegi i wyżywienie
przewodnika. Jeżeli chcecie, aby przewodnik wziął na siebie płacenie za
wasze noclegi i wyżywienie (co odradzam!), to doliczą kolejne 25 USD dziennie.
Koszt noclegu w bhatti (po angielsku nazywanych tea house) to 300-500 rupii, a w każdym bhatti jest
drukowane menu, z którego można wybrać mniej lub więcej i zapłacić tylko za to, co
rzeczywiście skonsumujecie…
Guru potrafił w ciągu jednego dnia załatwić dwa różne zezwolenia niezbędne dla
rozpoczęcia trekkingu. Pierwszy to żółta legitymacja umożliwiająca pobyt w “restricted
area” jakim jest wciąż Górny Mustang (Upper Mustang) – obszar na północ od
Kagbeni. Permit ten jest sprawdzany po raz pierwszy na północnych rogatkach
Kagbeni. Dzień przekroczenia tego posterunku liczy się jako pierwszy
wykorzystany dzień ważności waszego drogiego zezwolenia. Kosztuje ono
min. 500 USD od osoby (za pierwszych 10 dni pobytu w restricted area)
+ 50 USD za każdy kolejny dzień. Te 10 dni wystarcza na przejście do Lo
Manthang, jeden dzień pobytu w stolicy i powrót do Kagbeni. Ustalając tak
wysokie opłaty rząd Nepalu chce ograniczyć napływ turystów do Górnego
Mustangu.


Drugi potrzebny permit (tzw ACAP) jest już znacznie tańszy (2000 rupii).
Jego dolne odcinki są odrywane na punktach kontrolnych – zostanie wam
ten górny kupon ze zdjęciem…
Zaopatrzony w dwa zezwolenia i
bilet lotniczy Pokhara – Jomsom – Pokhara (za 110 USD w każdą stronę)
zjawiłem się o świcie na lotnisku w Pokharze. Do plecaka miałem na zewnątrz
przytroczony śpiwór pożyczony przez Guru (bezpłatnie!). Wstające słońce
pięknie złociło ośnieżony masyw Annapurny:

Z Pokhary do Jomsom lata tylko jeden 16-miejscowy samolocik linii Tara Air.
Sfatygowany twin otter. Lata tylko wcześnie rano, bo później w dolinach
Himalajów zrywają się silne wiatry, niebezpieczne dla wątłej maszyny. Lot
trwa tylko 20 minut. Zazwyczaj planowane są 3 loty dziennie. Tego dnia
pierwszy poleciał z kompletem pasażerów około 7.30. Mnie z grupą Japończyków
zarejestrowano na drugi lot. Pełni entuzjazmu z boarding-passami w rękach
czekaliśmy w poczekalni (zdjęcie poniżej). Samolocik wrócił, ale pilot
oświadczył, że wiatr w dolinie Jomsom jest zbyt silny i więcej tego dnia
lotów nie będzie. Rozczarowany wróciłem do mojego hoteliku z mocnym
postanowieniem próbowania szczęścia kolejnego poranka. Obsługa
lotniska obiecywała, że zabierze mnie – jeśli będzie lot i wolne miejsce w
twin – otterze. Ale pierwszeństwo w takich przypadkach mają jednak ci
pasażerowie, którzy mają potwierdzoną rezerwację na ten następny dzień…


t
Niestety kolejnego poranka sytuacja się powtórzyła (starajcie się o miejsce
w pierwszym rejsie o 6.45! – pilot ten pierwszy raz leci “w ciemno” i
zazwyczaj dopiero podchodząc do lądowania w Jomsom sprawdza jaka jest tam
siła wiatru).
Nie było gwarancji, że trzeciego z kolei dnia
nie będzie tak samo. Kolejka czekających pasażerów rosła… A nasze
zezwolenie na wędrówkę przez Mustang wystawione było na konkretną datę!
Zdecydowaliśmy się wyruszyć do Jomsom trudną drogą lądową. To paskudna, okrężna
trasa której pokonanie w opłakanych warunkach zabiera zwykle minimum 1,5 dnia…
Wyruszyliśmy bezzwłocznie – prosto z lotniska, przed którym zawsze czekają taksówki
Mogą zabrać pasażerów na tą trasę, ale tylko do miasteczka Beni, gdzie
kończy się utwardzona droga. Opłatę za kurs negocjował Guru – wytargował
4000 rupii za cały pojazd. Ruszyliśmy. Już na peryferiach miasta można było
fotografować Machupuchare i Annapurnę South:

Trasę Pokhara
– Beni warto przejechać dla widoków nawet wtedy, gdy nie wybieracie się na
żaden trekking. Lokalny autobus kosztuje tylko 300 rupii w każdą stronę.
Szosa wspina się “agrafkami” na grzbiet, by opaść potem do doliny rzeki Kali
Gandaki:

Jechaliśmy w
górę meandrującej rzeki, a każdy zakręt otwierał nowy widok. W końcu w
perspektywie doliny zobaczyliśmy wielki, ośnieżony szczyt – to był
Daulaghiri – jeden z himalajskich ośmiotysięczników:


Na trasie
wielokrotnie omijaliśmy wyrwy w jezdni i osypiska, ale jechaliśmy mimo to
szparko i już w południe dotarliśmy do tego niewielkiego miasteczka. Przez
solidny most na Kali Gandaki przejechaliśmy na zachodni brzeg, gdzie jest
między domami jest spory plac pełniący funkcję autobusowego terminalu. Na
szczęście dla nas na placyku czekał wypełniony już do połowy autobusik do Ghasa:


Kupiliśmy
szybko bilety – sprzedawano je w jakiejś budce obok po 1170 rupii i wkrótce ruszyliśmy w dalszą trasę
– górską,
wyboistą drogą, która oczywiście nie miała żadnej nawierzchni. Autobusik,
jak widać na zdjęciu powyżej, był rupieciem. A co najgorsze jego wysokość
nie była stosowna do wzrostu przeciętnego Europejczyka. Na moje kolana też
nie było tam miejsca, więc gdy już ruszyliśmy, to siadłem bokiem – z
kolanami w przejściu…


Ronan –
sympatyczny Irlandczyk, mój towarzysz wędrówki był w podobnej sytuacji, ale
znalazł sobie miejsce w ostatnim rzędzie, gdzie można było na środkowym
siedzeniu wyciągnąć nogi. Ale tam podwójnie odczuwa się rzucanie pojazdu…
Po lewej – Tek, Nepalczyk z Sarangkotu, przewodnik naszej dwuosobowej
ekspedycji.
Busik dzwonił
i skrzypiał na wybojach i kamieniach, a krajobrazy zapierały dech. Na
szczęście od czasu do czasu pojazd przystawał, by kogoś wysadzić lub zabrać
i wtedy mogłem wystawić aparat przez okno, by zarejestrować pejzaż:


Czasem udawało się zarejestrować
jakieś sceny z codziennego życia. Tu na przykład jeździec w tradycyjnej nepalskiej
czapeczce.
A tu kobieta dźwigająca drewno
opałowe w takim koszu w jakim Szerpowie noszą towary na szlaku do Solu
Khumbu pod Everestem. Podobnie jak u Szerpów kosz zawieszony jest na
szerokiej taśmie obciążającej czoło. Myślę, że aby w ten sposób dźwigać
ciężary trzeba mieć piekielnie mocne mięśnie karku!


Gdzieś po
drodze stanęliśmy przy blaszanej budce przypominającej toaletę – popatrzcie
na zdjęcie obok! Ale to był posterunek kontrolny. Wywołali tylko nas –
turystów. Wygramoliliśmy się z ciasnego wnętrza. Sprawdzili nasze
zezwolenia. Zapisali do grubego rejestru i… po kwadransie pojechaliśmy
dalej.
W końcu – o
16.15 docieramy do Ghasa – małej i nieciekawej wioski schowanej wśród
wysokich gór. Przypuszczałem, że będziemy musieli tu przenocować przed
wyruszeniem w dalszą drogę do Jomsom. Ale raz jeszcze dopisuje nam
szczęście: nasz autobusik wprawdzie dalej nie jedzie, ale czeka inny –
podobny, tyle że w jeszcze gorszym stanie technicznym. Za kilka minut miał
odjechać do Jomsom. Kupiliśmy bilety po 830 rupii i upchaliśmy się w środku
z nadzieją, że jeszcze przed zmrokiem dotrzemy do celu. Tymczasem opadające
coraz niżej słońce złociło wierzchołki okolicznych gór:



Daleko nie ujechaliśmy. Kilka kilometrów dalej, daleko od jakiejkolwiek wsi
nasz gruchot stanął. Na szczęście w tym miejscu był jeszcze zasięg telefonii
komórkowej i kierowca wezwał swojego kumpla – oto właśnie on nadjeżdża na
zdjęciu obok tą terenową drogą.
Górne partie gór wciąż jeszcze były dobrze oświetlone, ale ponad najwyższymi
szczytami przepływały już obłoki:


Temperatura spadała szybko.
Kobiety wsiadające po drodze zakutane były w chusty. My też pospiesznie
wyciągaliśmy z plecaków ciepłe rzeczy.
Na ośnieżonych szczytach jeszcze
przez kilka kwadransów widać było ostatnie promienie słońca. Potem zapadły
ciemności…

Telepiąc się na wybojach w mroku
minęliśmy ładną wieś Marfa, którą pamiętałem z mojej pierwszej wyprawy do
Nepalu. Przy świetle reflektorów pokonywaliśmy potem w bród kilka wartkich
strumieni. Była już godzina 20.00 gdy autobusik wtoczył się w wąskie uliczki
Jomsom. Dygotaliśmy z zimna. Zdałem sobie sprawę, że jesteśmy na wysokości
2700 metrów ponad poziomem morza – wyżej niż sięga szczyt naszych Rysów!
Zakwaterowaliśmy się w pustym i zimnym hoteliku “Dynasty”. Kręgosłup dawał
mi wyraźnie do zrozumienia, że ma dość takiego podróżowania, ale szczęśliwy
byłem, że udało nam się dotrzeć do Jomsom na czas – mimo odwołanych lotów.
Kolejnego dnia mieliśmy rozpocząć pieszą wędrówkę do Mustangu. Ale o tym
napisałem już na kolejnej stronie…
