
2012
tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © – text & photos
Returning
from the interesting expeditions I always try to write a travel report – to
share my updated knowledge and to help other travelers in their preparations to the
voyage. A lot of such reports you can already see on my website – sorry –
most of them in Polish only. New reports require work and time. Unfortunately
it is now harder and harder for me to find the time. On this page you will
see some interesting pictures from the last years. They are waiting to be
used in the coming reports. I hope to write them someday…
Po powrocie
z każdej ciekawej podróży staram się napisać ilustrowany raport, by podzielić
się moją świeżo zdobytą wiedzą i w ten sposób pomóc innym podróżnikom w ich
przygotowaniach do wyjazdów. Wiele takich raportów znajdziecie już na moich
stronach. Niestety pisanie tych raportów to praca pochłaniająca sporo
cennego czasu. Nie zawsze mogę znaleźć ten czas… Na tej stronie
znajdziecie co ciekawsze zdjęcia do tematów, które czekają na przygotowanie
raportów. Mam nadzieje, że kiedyś doczekają się one osobnych stron… Niektóre
już się doczekały…
In September 2012 I returned from the another exciting trip – to the Arctic! For a long time I dreamed
of sailing the challenging Northwest Passage. A year ago it seemed, that I
was close to the desired goal: I got a journalist space on the Russian
icebreaker “Kapitan Khlebnikov” but the sailing was cancelled. This
year I reached my goal.
The expedition started with the flight to Canada – to Calgary. From there I
took the bus to Edmonton the capital city of Alberta province.
and by small charter through the Arctic
Circle to Coppermine, where the zodiacs will take us to expedition ship
“Clipper Adventurer”. Landing on the way in the Inuit villages we will sail
through the pack ice to to Greenland. I believe that this voyage will be as
fascinating as my previous expeditions to Antarctica or Greenland.
We wrześniu 2012 wróciłem (nieco zziębnięty) z kolejnej fascynującej wyprawy – do Arktyki! Od dawna marzyła mi się żegluga przez trudno dostępny Northwest Passage
–
Przejście Północno-Zachodnie. Już rok wcześniej wydawało się, że jestem
bliski upragnionego celu: dostałem dziennikarskie miejsce na rosyjskim
lodołamaczu “Kapitan Khlebnikov” płynącym z Grenlandii na Czukotkę.
Ale wyprawa została odwołana. Tym
razem jednak się udało!.
Podróż zaczęła się od lotu do
Kanady – do Calgary. Stamtąd, wprost z lotniska autobusem dostałem się do Edmonton – stolicy
kanadyjskiej prowincji Alberta. Z Edmonton specjalnie wyczarterowany samolot przewiózł
wszystkich członków ekspedycji do Kuglugtuk – Coppermine – niewielkiej osady leżącej za kręgiem polarnym.
Tam gumowe łodzie z motorem – tzw. zodiaki dostarczyły nas na pokład ekspedycyjnego
statku “Clipper Adventurer”. Wieczorem wypłynęliśmy, po to by
następnego poranka obudzić się w niezwykłym krajobrazie. Pejzaże Arktyki
potrafią być bardzo urokliwe:

Then the great adventure began. Landing on the route in the
Inuit settlements we sailed among the islands and icebergs up to Greenland.
It seems to me that this was a journey as exciting as my previous
expeditions to Antarctica or Greenland. Though now I know that in the Arctic
you see much less animals, than in the Antarctic. But I was still
lucky enough to see four polar bears. One of them is on the right column.

We also saw walruses (photo above), arctic foxes, few whales and
musk oxen. And of course, the sea birds. Zodiacs (pictured below) has not
only allowed us to land on the beaches of deserted islands, but also allow
for rides in a maze of icebergs:
Potem rozpoczęła się wielka
przygoda. Lądując po drodze w osadach Eskimosów
płynęliśmy wśród wysp i gór lodowych aż na Grenlandię. Wydaje mi się, że była to wyprawa równie
fascynująca jak moje poprzednie ekspedycje na Antarktydę czy Grenlandię. Choć
teraz już wiem, że zwierząt ogląda się w Arktyce znacznie mniej niż na
Antarktydzie. Miałem jednak szczęście zobaczyć cztery białe miśki. Oto jeden
z nich:

Widzieliśmy także morsy (Zdjęcie
po przeciwnej stronie), arktyczne lisy, kilka wielorybów i woły piżmowe. I
oczywiście morskie ptactwo. Zodiaki (na zdjęciu poniżej) nie tylko
umożliwiały nam lądowania na plażach opuszczonych wysp, ale umożliwiały
także przejażdżki w labiryncie lodowych gór:

Among the participants of the expedition were many interesting
characters – people who saw a lot of the world and that it was nice to
listen to their experience and observations of many distant countries. Among
them was Stephen Negler – an American traveler – a passionate, who, like me,
does not travel around the world for “ticking” countries, but to know them,
to feel them, to confront with own imaginations. But when people ask, we
should say something that will assess the scale of his passion for travel.
So Stephen has only 7 countries to close the list of visited
countries-members of the United Nations. He is nice and very humble man.
Stephen joined of course our Seven Continents Club. And because he began to
travel early, he will be now at the head of the club list. See our picture
on the right column.
During this trip I was also very nice and
totally unexpected meeting. Imagine that in the most northern Canadian
village – in Grise Fiord I found a young Polish woman, who since four years
is teaching in the local elementary school! In the village where just
138 people mostly Inuit live, where eight months in the year is dark, and in
the winter the temperature drops down to minus 40-50 degrees Celsius. It’s a very
brave and extremely modest person. I hope that one day we shall meet again
in Poland:

Wśród uczestników tej ekspedycji było wiele ciekawych postaci, ludzi, którzy
widzieli kawał świata i z którymi miło było wymieniać swoje wrażenia i
obserwacje z wielu odległych krajów. Był wśród nich Stephen Negler –
amerykański podróżnik – pasjonat, który podobnie jak ja nie kursuje po
świecie dla “zaliczania” krajów ale po to by go poznać, poczuć,
skonfrontować ze swoimi wyobrażeniami. Ale kiedy ludzie pytają, to wypada
powiedzieć coś, co pozwoli ocenić skalę jego podróżniczej pasji. Wiec
Stephenowi brak jeszcze tylko 7 krajów do zamknięcia listy odwiedzonych
krajów- członków ONZ. To sympatyczny i bardzo skromny człowiek.
Stephen wstąpił oczywiście do naszego Klubu Siedmiu Kontynentów. A że
wcześnie zaczął podróżować, to znalazł się na czele klubowej listy:

Podczas tej wyprawy miałem również ogromnie miłe i zupełnie nieoczekiwane
spotkanie. Wyobraźcie sobie, że w najbardziej wysuniętej na północ
kanadyjskiej osadzie – w Grise Fiord odnalazłem młodą Polkę, która od 4 lat
uczy w tamtejszej szkole! W osadzie, gdzie mieszka zaledwie 138 ludzi,
głównie Eskimosów, gdzie przez 8 miesięcy w roku panują ciemności, a zimą
temperatura spada do minus 40-50 stopni. To bardzo dzielna i jednocześnie
niezwykle skromna osoba. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze spotkamy się w
Polsce. Nasze zdjęcie widzicie na sąsiedniej kolumnie.
Pierwsze zdjęcia z Arktyki znajdziecie już wkrótce na osobnej stronie:
NWP. Nie wiem tylko, ile
tego zdążę opracować,
In middle of May
2012 I
returned home
after another successful journey to America. It was a journey through
unknown to me so far, the vast Great Plains, which occupy the center of the
continent. In the end we also visited the small states of New England
on the Atlantic coast. It was a journey in truly American style: by hired
car we drove about 11.000 miles through 22 U.S. states.
United States is a vast country. Distances between different tourist
attractions are large. We were spending the nights in motels of the cheapest
Motel6 chain.
The most interesting part of this trip was a visit to Mt Rushmore, where
they carved in the rock faces of four U.S. presidents:

The most interesting state on our route
for me was the state of Tennessee, which has not only much of the Smoky Mountains but
also the music of Nashville and Memphis. And… the true choo-choo at
the station in the charming town of Chattanooga. I like a song about a
choo-choo. Are you too? – See the picture on the right column…
Spring in
America was as beautiful as the one in Poland. I saw the most beautiful
landscapes in the White Mountains, New Hampshire. The highest peak in this
range – Mount Washington was still snow-covered:

On our trail
there were nice waterfalls (see the Sioux Falls on the right column) and
great rock formations like Needles Mountain in South Dakota:

One of the
greatest experiences of this journey was the reunion with the American
toptrotter Kevin Hughes. I like Kevin and appreciate his
achievements. In 1997, linked by fate we sailed in one cabin on expedition
ship to Antarctica, and then to Pitcairn. In 2009 we met again on “globetrotter’s
summit” in Siberia, sailing the Lena River to Tiksi. We correspond. When
Kevin heard that I’ll be in Chicago he invited me and my companion to a lounge on the 66th floor of the famous Hancock
Center skyscraper.
We spent there several hours drinking, talking about traveling and enjoying
bird-eye views of Chicago – at sunset and at night. It was a good
opportunity to give Kevin my book with an appropriate dedication. I am
convinced that this was not our last meeting. Thanks a lot, Kevin!

Hot news from the route you will find, as always in English in my
travel log in the globosapiens.net portal. More pictures from the
USA you will already find here.
W połowie maja 2012 wróciłem z kolejnej udanej podróży do
Ameryki. Była to podróż przez nieznane mi dotychczas, rozległe Great Plains
– Wielkie Równiny, które zajmują środek kontynentu. W jej końcówce
odwiedziliśmy także małe stany Nowej Anglii na atlantyckim wybrzeżu. Była to
długa podróż w iście amerykańskim stylu: wynajętymi samochodami przejechaliśmy
około 11000 kilometrów przez 22 stany USA.
Stany
Zjednoczone to kraj wielkich przestrzeni. Odległości dzielące poszczególne
atrakcje turystyczne są duże. Nocowaliśmy w motelach najtańszego łańcucha
Motel6.
Najciekawszym
fragmentem tej podróży była niewątpliwie wizyta na Mt Rushmore, gdzie w skale wyrzeźbione
są twarze czterech prezydentów USA (zdjęcie obok).
Najciekawszym
stanem okazało się dla mnie Tennessee, które oferuje turystom nie tylko znaczną część Smoky Mountains, ale także muzykę Nashville i Memphis i… prawdziwą
choo-choo na stacji w uroczym miasteczku Chattanooga. Bardzo lubię
piosenkę o choo-choo. Czy wy także? Oto choo-choo:

Wiosna w Ameryce była równie piękna jak ta w Polsce. Wszędzie królowała
świeża zieleń. Mieliśmy wyjątkowe szczęście do pogody. Niemal każdego dnia
świeciło słońce. Omijały nas tornada. Tylko w Południowej Dakocie dopadła
nas na autostradzie gradowa burza. Grad też miał iście amerykański rozmiar:
zdarzały się kulki wielkości pingpongowej piłeczki. To zupełnie nowe i
niesamowite wrażenie, gdy słyszysz, jak coś takiego bębni po karoserii
samochodu i modlisz się w duchu, by ocalała wielka przednia szyba. Ocalała!
Ale na karoserii pozostały wgniecenia od gradowych kulek. Na szczęście
dodatkowe ubezpieczenie samochodu (ALI), które miałem, pokrywało takie
przypadki.
Najpiękniejsze
krajobrazy zobaczyłem w Górach Białych, w stanie New Hampshire, gdzie w
bardzo sympatycznej atmosferze gościli nas znajomi – Marek i Ewa . Najwyższy
szczyt w paśmie White Mountains – Mount Washington był wciąż jeszcze ośnieżony,
co widać na zdjęciu na lewej kolumnie.
Na szlaku
naszej podróży były także ciekawe wodospady (na terenie Great Smoky
Mountains, W Południowej Dakocie, North Hampshire i w Maine). Oto mała
próbka – Sioux Falls:

A na
sąsiedniej kolumnie – niezwykłe formacje skalne Needles Mountain położone w tym samym
stanie, w pobliżu Mt Rushmore.
Do największych przeżyć tej podróży zaliczam spotkanie po latach z
amerykańskim toptroterem Kevinem Hughesem. Bardzo cenię i lubię Kevina. W
1997 połączeni przez los płynęliśmy w jednej kabinie ekspedycyjnego statku
na Antarktydę, a potem na Pitcairn i Francuską Polinezję. W 2009 spotkaliśmy się ponownie na
“globtroterskim szczycie” na Syberii, by popłynąć Leną do Tiksi.
Korespondujemy. Kevin słysząc, że będę w Chicago zaprosił mnie i kolegę do
lounge na 66-te piętro słynnego wieżowca Hancock Center. Spędziliśmy tam
kilka godzin popijając, rozmawiając o podróżach i podziwiając widoki
otwierające się za
szklaną ścianą: Chicago o zachodzie słońca i w nocy. Była to dobra okazja by
podarować Kevinowi moją książkę z odpowiednią dedykacją. Jestem przekonany,
że nie było to nasze ostatnie spotkanie.
Z Chicago
polecieliśmy tanim lotem do Bostonu, Po to, by kolejnym wynajętym samochodem
wyruszyć na zwiedzanie Nowej Anglii. To była druga część podróży – z
Massatchussets przez Rhode Island – najmniejszy stan USA, Connecticut, New
Hampshire, Vermont i Maine.
Najlepsze
zdjęcia z podróży przez USA umieściłem już na osobnej stronie
USA 2012, a
notki robione “na gorąco” na trasie (w języku angielskim) są w moim
dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net.
In April 2012 I have been to Egypt. I had a chance to buy a cheap ticket Gdansk – Warsaw –
Cairo. I already knew Sinai and Nile Valley, but I haven’t been to Egyptian
Sahara.
I flew with
intention to visit Alexandria and the chain of Saharan oases. I did not know
if I can handle the entire plan. I rode earlier that there is no public
transport on the two sections of the planned route between the oases.
Hot news from the route you will find, as always in English in my
travel log in the globosapiens.net portal.
From Cairo
airport I went directly to Alexandria – in my opinion much nicer city than
the capital. Then I visited a battlefield of El Alamein:
W kwietniu 2012 odbyłem krótką, ale bardzo intensywną podróż do
Egiptu. To była okazja. Bilet powrotny na rejsowy samolot z
Gdańska przez Warszawę do Kairu za 570 złotych! Znałem z
wcześniejszych podróży Synaj i Dolinę
Nilu, ale nigdy nie byłem w oazach Egiptu. Trudno było nie wykorzystać takiej
szansy… Poleciałem z zamiarem odwiedzenia Aleksandrii i kolejnych
saharyjskich oaz. Nie wiedziałem, czy uda mi
się zrealizować cały plan. Czytałem wcześniej, że na dwóch odcinkach
zaplanowanego szlaku między
oazami nie ma żadnego publicznego transportu. Czy uda się je pokonać miało
się okazać dopiero na miejscu.
Prosto z
kairskiego lotniska pojechałem do Aleksandrii, która spodobała mi się
bardziej, niż zadymiona i zatłoczona stolica Egiptu.

Z Aleksandrii
skierowałem się do odległego o dwie godziny jazdy El Alamein, gdzie miała
miejsce słynna bitwa II wojny światowej. Są tam obecnie muzeum i cmentarze
poległych (zdjęcie po lewej).
Kolejny etap
trasy prowadził przez egipski kurort Marsa Matruh do Oazy Siwa – położonej i
głębokim interiorze zaledwie 50 km od granicy Libii. To najbardziej
odizolowana egipska oaza. Ciekawa nie tylko ze względu na historyczną
przeszłość, ale także ze względu na konserwatywny tryb życia jej
mieszkańców.
W Siwie
spotkałem sympatyczną parę z Litwy: Miglę i Viliusa (zdjęcie poniżej). Już
wcześniej, na internetowym forum ustaliliśmy, że wspólnie, wynajętym
samochodem 4WD spróbujemy pokonać kolejny trudny etap – do Oazy Bahariya.
The next stage of my route took me via
the Egyptian coastal resort of Marsa Matruh to Siwa Oasis – located inland,
just 50 km from the border of Libya. This is the most isolated Egyptian
oasis. It is interesting not only because of its historical past, but also
because of the conservative lifestyle of its inhabitants.
In Siwa Oasis I met a friendly couple from Lithuania: Migla and Vilius
(picture on the right column). Earlier, on the internet forum, we found that
we will hire together 4WD car, to beat the next difficult stage – to
the Bahariya Oasis.


Then Vilius and Migla decided that they
will go with me on and on – the next oases. The biggest hit of the landscape
on our way was a White Desert, full of interesting rock formations shaped by
the nature. Just see the picture below:
Potem Migla i
Vilius zdecydowali, że pojadą ze mną dalej i dalej – przez kolejne oazy.
Największym hitem krajobrazowym na naszym szlaku okazała się White Desert –
Biała Pustynia, pełna ciekawie ukształtowanych przez naturę skalnych form:

saharyjskich krajobrazów i w wysokich temperaturach pustyni…

Okazało się,
że choć sytuacja w
Egipcie po rewolucji jest wciąż jeszcze podgrzana to potencjalne
niebezpieczeństwa nie dotyczą samotnych trampów, którzy wędrują przez Egipt
z daleka od wielkich miast w wytartych dżinsach i z plecakiem na grzbiecie.
Jedyne problemy wynikające z sytuacji wewnętrznej, które napotkałem to
zamknięta droga z oazy Kharga do Luksoru i kilkugodzinna blokada linii
kolejowej koło Asyut przez demonstrantów.
Do Luksoru dojechałem właśnie przez Asyut, nadkładając nieco drogi. Ale plan
podróży udało się zrealizować w całości. Zapiski z tej wyprawy umieszczałem jak zwykle
(po angielsku) w moim
dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net. A więcej zdjęć i
obszerniejszy komentarz znajdziecie już teraz na osobnej stronie
More pictures from this interesting
voyage I published on the separate web page:
Oases Trail.
In March 2012 I returned from the
fascinating expedition to Namibia. Twenty-one years ago I was backpacking in Namibia, traveling
around by hitchhiking. In those days, few Poles traveled to this remote corner of
Africa. Only at the destination it became clear, that in this vast country’s
public transport is almost non-existent, roads are scarce, traffic is
minimal, and in addition, local car owners are afraid to take strangers. I
spent many hours waiting on the roads for a ride and as a result I did not
see much. Now I returned to Namibia to drive around by the small, 2WD car.
Namibia is a country of great natural beauty and amazing landscapes. I
met there interesting people (above – the lady from Himba tribe) and a lot
of wild animals – not only in the Etosha National Park, where I spent few
days driving around…

passed through the Skeleton
Coast gate (above). But the greatest time I had at the powerful Victoria
Falls, watched this time from Zambia:
W marcu 2012 wróciłem z fascynującej wyprawy do Namibii. Dwadzieścia jeden lat
wcześniej byłem w tym kraju z plecakiem, przemieszczając się
autostopem. W tamtych czasach mało kto z Polski trafiał do tego odległego zakątka
Afryki. Wtedy dopiero na miejscu okazało się, że w tym rozległym kraju publiczny
transport prawie nie istnieje, dróg jest niewiele, ruch na drogach jest
minimalny, a w dodatku miejscowi posiadacze samochodów boją się zabierać
obcych. Wiele godzin spędziłem wtedy na szosach czekając na podwiezienie i w
rezultacie niewiele wtedy zobaczyłem.
Wiedziałem, że
kiedyś wrócę do Namibii – kraju wspaniałej przyrody i niezwykłych
krajobrazów. O oto po latach przyszła ta chwila… Wynająłem najmniejszy
możliwy samochód 2WD, zabrałem z Polski namiot i wyruszyłem…
Nie obeszło
się bez przygód, ale udało się w całości zrealizować ambitny program.
Odwiedziłem wioskę Himba (zdjęcie obok) i wspinałem się przed wschodem
słońca na słynne diuny Sesriem (poniżej).

Była także
kilkudniowa wizyta w Parku Narodowym Etosha, gdzie żyją tysiące dzikich
zwierząt. Jeżdżąc drogami parku można je swobodnie fotografować nie
wysiadając z samochodu:

Namibia to
kraj wielkich przestrzeni i fascynujących krajobrazów. Przejechałem kilkaset
kilometrów wzdłuż słynnego Wybrzeża Szkieletów (na zdjęciu po lewej brama
wjazdowa na tą trasę). Udało mi się odbyć wycieczkę łodzią po delcie rzeki Okavango w sąsiedniej Botswanie. I raz jeszcze
popatrzeć na słynne Wodospady Wiktorii – tym razem od strony Zambii:

Many
thanks to those of you who have (successfully – as it turned out 🙂 ), kept
their fingers crossed for the success of this voyage! More images of
Namibia you can find on a separate page
Dziękuję
serdecznie tym spośród Was, którzy (skutecznie – jak się okazało) trzymali
kciuki za powodzenie tej wyprawy! Więcej zdjęć z Namibii znajdziecie na osobnej stronie
2011
In December 2011 I
returned from the
another interesting voyage! You know how much I like the islands, particularly those
ones in the warm climate zone. It was therefore travel to new, unknown
islands. At the beginning I flew cheaply to Malaga, Spain. There, I boarded
the ship, which with stops in Madeira and the Canary Islands sailed
across the Atlantic to the Caribbean. Mountainous and picturesque Madeira
Island was my first stop:
W grudniu 2011 wróciłem z kolejnej ciekawej podróży! Wiecie jak bardzo
lubię wyspy, szczególnie te, które położone są w strefie ciepłego klimatu. Była to zatem
podróż do nowych, nieznanych wysp. Na początek poleciałem tanio do
hiszpańskiej Malagi. Tam wsiadłem na statek, który z postojami na Maderze i
Wyspach Kanaryjskich popłynął przez Atlantyk na Karaiby. Pierwszy postój
wypadł na malowniczej, górzystej Maderze:

Then I visited Canary Islands. And for the first time I crossed Atlantic
Ocean east to west. But I was heading to the
Caribbean where new islands were waiting to be discovered. One of them was St
Croix. I had also time to learn more about Puerto Rico. At the eastern end
of Puerto Rico there lie little known Spanish Virgin Islands, easy reachable
by public ferries. They are famous of the great sandy beaches and underwater
world. I visited two of them: Vieques and Culebra. On the next picture you
can see the landscape of these islands from the plane:
Potem były Wyspy Kanaryjskie. I po raz pierwszy przepłynąłem statkiem
Atlantyk ze wschodu na zachód.
Ale zmierzałem przede wszystkim na Karaiby, gdzie czekały kolejne wyspy do odkrycia. Jedną z nich była wyspa
St. Croix. Miałem też czas, by poznać bliżej Portoryko, na którym już kiedyś
byłem. U wschodniego wybrzeża Portoryko leżą mało znane Hiszpańskie
Wyspy Dziewicze, do których tanio można dopłynąć promem. Słyną z pięknych
plaż. Odwiedziłem dwie spośród nich: Vieques i Culebrę. Na kolejnym zdjęciu
możecie zobaczyć jak wygląda krajobraz tych wysepek z lotu ptaka:

I was conscious that I will arrive to the Caribbean during the hurricane
season which lasts from November to mid-December. But I was lucky to have
only calm see on all my route. Thanks to those of you who kept the fingers
crossed for me! 🙂
In the Caribbean there are also
beautiful, mountainous islands without white beaches. One of them is charming Saba:

On one of the rarely visited islands – St. Eustatius I met a
outstanding American globetrotter – David Baskin of San Francisco.
(Picture on the right column) This is a man who has a similar travel
philosophy to my and saw a lot of the world. He already joined our
From this voyage I brought hundreds of interesting pictures and couple hours
of video recording. The best of them I already published on the new web page
Hot news from the route you can read, as always in
English in my
travel log in the globosapiens.net portal.
Zdawałem sobie
sprawę z tego, że dotrę w region Karaibów w porze huraganów nawiedzających
te ciepłe morza w listopadzie i na początku grudnia. Jednak moje morskie
przygody skończyły się szczęśliwie. Dziękuję tym spośród Was, którzy
trzymali za mnie kciuki! 🙂
Na Karaibach
są też piękne górzyste wyspy bez plaż. Jedną z takich wysp jest urocza Saba
(na zdjęciu obok).
Na jednej z rzadko odwiedzanych wysp – St. Eustatius spotkałem wybitnego
amerykańskiego globtrotera – Davida Baskina z San Francisco. To człowiek,
który ma filozofię podróżowania podobną do mojej i widział w świecie
bardzo wiele. David wstąpił już do naszego

Z podróży
przywiozłem setki ciekawych zdjęć i kilka godzin nagrań video. Najciekawsze z
nich umieściłem już na osobnej stronie: Transatlantica.
A krótkie wiadomości z tej trasy możecie znaleźć jak zwykle w moim
dzienniku podróży prowadzonym po angielsku w serwisie www.globosapiens.net .
In
October 2011 I
returned from the short, but very interesting journey to Greece.
Have
you heard about the Republic of the Monks? There is something like this – a
dependent territory of Greece. But it is governed by their own laws. They do
not tolerate the presence of women and require men to apply for a special
entry permit several months in advance. With the help of famous Greek
traveler Harry Mitsidis I was able to obtain such a permit. I flew with my
backpack to Thessaloniki, then I took a bus to Ouranoupolis – little town at
the border of the Monk’s Republic. Two days later I was already walking from
monastery to monastery.

It was a journey through the spectacular countryside and at the same
time an opportunity to meet Orthodox monks from Mt Athos who for centuries
offer to pilgrims a free hospitality in their monasteries. Of the twenty
monasteries wanted to visit the most interesting ones.

I hoped that my fitness and the weather will be good enough to meet the
challenge… It was! And I managed to implement my plan in full. On
the separate page:
ATHOS
you can see the huge amount of pictures from this trip to the Middle Ages. And here
is just a sample:
W październiku 2011 wróciłem z krótkiej, ale bardzo ciekawej podróży do
Republiki Mnichów. Czy słyszeliście o Republice Mnichów? Jest takie
terytorium – zależne od Grecji, ale rządzące się swoimi własnymi prawami. Nie
tolerują one obecności kobiet, a od mężczyzn wymagają specjalnego zezwolenia
na wjazd, o które trzeba ubiegać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.
Dzięki pomocy znanego greckiego podróżnika Harry’ego Mitsidisa udało mi się
uzyskać takie zezwolenie. Upoważnia ono do czterodniowego zaledwie pobytu w
Republice Athos. Ale i tak należy to traktować jako przywilej, bo mnisi
dziennie wpuszczają do siebie tylko 120 ortodoksyjnych pielgrzymów i 10
cudzoziemców. Ja miałem szczęście być jednym z tej dziesiątki. Poleciałem z plecakiem do Salonik, by następnie
wędrować przez kilka dni od klasztoru do klasztoru.

Była to wędrówka wśród wspaniałych krajobrazów i jednocześnie okazja do
spotkań z brodatymi ortodoksyjnymi mnichami, którzy od wieków oferują
pielgrzymom bezpłatną gościnę w swoich klasztorach. Spośród dwudziestu
klasztorów chciałem odwiedzić te najciekawsze. Każdą kolejną noc spędzałem w
innym klasztorze. Ich architektura przypomina europejskie zamki:

Wyprawa się udała. Wbrew obawom dopisały mi i kondycja i pogoda. Zrealizowałem w całości swój plan.
Była to niezwykła podróż do krainy, gdzie na każdym niemal kroku
średniowiecze miesza się z wiekiem XXI… Gdzie brodaci mnisi mieszkający w
celach oświetlanych naftową lampą używają telefonów komórkowych… Obszerną
relację z tej podróży możecie zobaczyć na osobnej stronie
ATHOS. A tutaj niewielka próbka tego, co
tam zamieściłem:

In September 2011 I returned from the solo expedition to Russia – a country whose tourist value are
still little appreciated. The route I took can be described as “two in one”:
first I went to the little-known Russian Altai Mountains, and then – via
Moscow, by low cost flight, crossing The Arctic Circle – to Murmansk.
Altai is a
land of the magnificent and unspoiled nature. I found there a snow-capped
peaks with a height of more than four thousand meters. I have been there
after the end of tourist season, which allowed me to contemplate in the
peace and silence the magnificent mountain panorama:
We wrześniu 2011 roku wróciłem z samotnej wyprawy do Rosji – kraju, którego turystyczne walory wciąż nie są
doceniane. Trasę, którą pokonałem można określić jako “dwa w jednym”: najpierw udałem się
w mało znane góry Rosyjskiego Ałtaju, a następnie – wracając przez Moskwę
– poleciałem tanią linią za krąg polarny – do Murmańska.
Ałtaj to
kraina wspaniałej i nieskażonej przyrody. Zobaczyłem tam ośnieżone szczyty o
wysokości przekraczającej cztery tysiące metrów. Znalazłem się tam już po
zakończeniu turystycznego sezonu, co pozwoliło mi w ciszy i spokoju
kontemplować wspaniałe górskie panoramy:

I drove more than a hundred miles along the picturesque
mountain river Katun (see picture below). Russian M52 highway led me almost
to the Mongolian border. The last major Russian town – Kosh Agach is known
that as the driest place in the entire Russian Federation. Until recently,
houses were built there without roofs slope, because the rain never fell
there.
Jechałem
kilkaset kilometrów wzdłuż malowniczej górskiej rzeki Katuń (zdjęcie
poniżej). Rosyjska szosa M52 doprowadziła mnie niemal do samej mongolskiej
granicy. Ostatnie większe rosyjskie miasteczko – Kosz Agacz słynie z tego,
że jest to najbardziej suche miejsce w całej Federacji Rosyjskiej. Do
niedawna budowano tam dachy bez spadu, bo deszcz tam nigdy nie padał.


Z Ałtaju
poleciałem do Moskwy, gdzie krzyżują się niemal wszystkie komunikacyjne
szlaki Rosji. Spotkałem tam innego polskiego podróżnika-pasjonata: pana
Łukasza, który śledził w internecie moją marszrutę i zaprosił mnie e-mailem
do swojego moskiewskiego domu. Miałem też czas by przypomnieć sobie stare
moskiewskie kąty. Zajrzałem m.in. na Stary Arbat do mojego ulubieńca, Bułata
Okudżawy:
From Altai Mountains I flew to Moscow, the crosspoint of
almost all transport routes of Russia. There I met another Polish
traveler-enthusiast: Mr. Luke, who has followed my itinerary on the internet
and invited me via e-mail to visit his Moscow home. I also had time to
recall the my old Moscow sites. I looked among the others on Old Arbat to my
favorite Russian poet and singer Bulat Okudzhava (photo on the right column).

In the middle of the night, low-cost airline (yes, these are already
in Russia) took me to the north across the Arctic Circle to Murmansk. I
could look there (unfortunately only from the outside) at the very
first nuclear icebreaker “Lenin”, known to me only from the textbooks
(see photo on the right column).
W środku nocy tania linia (są już
takie w Rosji) zabrała mnie na północ – do Murmańska za kręgiem polarnym.
Mogłem tam przyjrzeć się (niestety tylko z zewnątrz) zacumowanemu w porcie
pierwszemu atomowemu lodołamaczowi “Lenin”, o którym kiedyś czytałem na
lekcjach z podręcznika języka rosyjskiego. To była duma radzieckiej floty:
After
that I moved by train south – to Karelia, with the intention of getting to
the infamous Islands Solovetsky in the White Sea. I catch the last regular
boat of the season to get there. On the main island I visited the Solovki Monastery (photo below
– in the background) and the
gulag museum.


W Murmańsku wsiadłem w rosyjski pociąg, kierując się na południe – do
Karelii, gdzie na początek udało mi się ostatnim regularnym statkiem w
tegorocznym sezonie dotrzeć
na niesławne Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym (zdjęcie obok). Pogoda
niestety nie sprzyjała dłuższemu pobytowi i pieszym wędrówkom: jak to na
Morzu Białym – było zimno, wietrznie i co chwilę popadywał deszcz.
Zwiedziłem tam klasztor i muzeum gułagów.
Then another
train took me to Petrozavodsk on Lake Onega. From this city hydrofoils take
the tourists to the most famous of the 1600 islands of the lake – The Kizhi
island. Open-air museum of wooden architecture, which is located there
includes two unique orthodox churches, placed on UNESCO’s World Heritage
list.
Potem kolejny pociąg zabrał mnie do Pietrozawodska nad Jeziorem Onega. Stąd
wodoloty wożą turystów na najbardziej znaną spośród 1600 wysepek tego
jeziora – wyspę Kiżi. Skansen drewnianego budownictwa, który się tam
znajduje obejmuje między innymi dwa unikalne sobory, umieszczone na liście
World Heritage UNESCO:


The road from Petrozavodsk to Sortavala at the Finnish border is
still under construction so my journey by bus on this route took nearly 6
hours. Then I finally saw the largest lake in Europe, Lake Ladoga. On the
lake there are rocky islets. On one of them works old Valaam monastery.
Hydrofoil sails there from Sortavala with the Orthodox pilgrims. I was
sailing with them – to admire the newly renovated upper church of the
monastery:
Droga z Pietrozawodska do Sortavala przy fińskiej granicy jest w przebudowie,
toteż moja podróż autobusem na tej trasie trwała prawie 6 godzin. Potem
zobaczyłem wreszcie największe jezioro Europy: Jezioro Ładoga. Na jeziorze
są skaliste wysepki. Na jednej z nich funkcjonuje stary klasztor Valaam.
Dopłynąłem tam wodolotem z prawosławnymi pielgrzymami, by zachwycić się
świeżo odrestaurowanym górnym kościołem tego słynnego klasztoru:

The last city
on the trail on my Russian journey was well-known to me from the
previous voyages St. Petersburg. I had enough time to walk along the canals
of this “Venice of the North” before the morning flight via Riga to Gdansk.
More pictures from this journey you will find on my new web page
Altai-Karelia. You are
welcome to jump there!
Ostatnim miastem na szlaku mojej rosyjskiej wyprawy był znany mi dobrze
Sankt Petersburg. Miałem dość czasu, by pospacerować nad kanałami tej
“Wenecji Północy” zanim kolejnego poranka odleciałem przez Rygę do Gdańska.
Więcej zdjęć z
tej podróży znajdziecie już teraz na osobnej stronie
Ałtaj – Karelia. Zapraszam!


At the
beginning of April 2011 happy and satisfied I
came back from the Black Africa! It was another exotic
and adventurous solo travel to new and interesting places. Traveling
overland on the red African roads I reached Juba – the capital of a
new country – South Sudan. I met many interesting people living in this
inaccessible until recently corner of Africa. I was watching their difficult
life and the local exotic wildlife. In Uganda, I saw a nice new places where
I could not see during my first stay in this country in 2005. I managed to
return before the rainy season, which usually starts in April. Thank you for
keeping your fingers crossed. It works! 🙂
Na początku kwietnia 2011 wróciłem szczęśliwy i zadowolony z Czarnej Afryki!
To była kolejna egzotyczna i pełna przygód samotna podróż do nowych,
ciekawych miejsc. Dotarłem drogą lądową, czerwonymi afrykańskimi drogami do Juby – stolicy nowego państwa – Południowego Sudanu. Spotkałem wielu
ciekawych ludzi żyjących w tym niedostępnym do niedawna zakątku Afryki.
Podglądałem ich niełatwe życie i tamtejszą egzotyczną przyrodę. W
sympatycznej Ugandzie oglądałem nowe miejsca, których nie zdążyłem
obejrzeć podczas mojego pierwszego pobytu w tym kraju w 2005 roku. I
zdążyłem wrócić przed porą deszczową, która zwykle zaczyna się w kwietniu…


W Ugandzie, wędrując pieszo przez maleńkie wioski w których ludzie wciąż
mieszkają w tradycyjnych chatach krytych strzechą dotarłem do wielu zakątków
o niepowtarzalnej urodzie – miałem na przykład okazję podziwiać nieznane mi
wcześniej wodospady Sipi (na zdjęciu po lewej).
In Uganda,
wandering on foot through the tiny village where people still live in
traditional thatched huts came to many places of unique beauty – for
example, I had a chance to see me previously unknown Sipi Waterfalls
(pictured at left).
Okazało się, że poruszanie się po Południowym Sudanie jest bardzo utrudnione
ze względu na brak publicznego transportu, fatalny stan dróg, wybuchające
walki plemienne i istniejące wciąż pola minowe. Ale nawet podróżując tą
jedyną bezpieczna drogą od granicy do Juby można przekonać się jak wygląda
ta część Afryki – przejeżdżałem przez wiele takich wiosek, jak ta na zdjęciu
obok…
It turned out that moving around
South Sudan is very difficult because of the lack of public transport, the
terrible condition of roads, tribal fighting and still existing landmine
fields. But even when traveling the only safe route from the border to Juba,
you can see how this part of Africa looks like – I went through many
of such a villages …


Podczas tej podróży po raz kolejny stanąłem na równiku (zdjęcie obok). W
Ugandzie nie ma wprawdzie takiego monumentalnego pomnika jak w Ekwadorze,
ale za to ten skromny znak stoi w zupełnym pustkowiu, byłem tam zupełnie
sam, bez tłumu turystów – a odjechałem stamtąd autostopem…
During that
voyage once again I stood on the equator (photo on the left column). In
Uganda on the equator, there is no such a monumental statue like in Ecuador,
but it is this humble marker stands in stark wilderness, I was there all
alone, without the crowds – and I departed from there by hitch…
In the Queen Elizabeth National Park in western Uganda, I saw
African animals, among which I liked most the graceful Ugandan kob
antelope:
W Parku Narodowym Królowej Elżbiety w Zachodniej Ugandzie oglądałem
afrykańskie zwierzęta, wśród których najbardziej podobały mi się wdzięczne
ugandyjskie antylopy kob:

The
initial set of the pictures from this interesting African journey you can
see already on the separate page:
Uganda & SSudan.
Pierwsze zdjęcia z tej afrykańskiej podróży możecie już ogladać na
osobnej stronie: Uganda & SSudan.
At the beginning of March 2011 I returned from two-week journey to the Azores
Islands, located in the middle of the Atlantic Ocean. Despite the very
changeable, windy weather I managed to visit five of the nine islands of the
archipelago. I was not lucky to climb the highest peak of the Azores and
Portugal – Mt Pico due to the flights cancelled for 3 days. I saw Pico only
from the passing airplane. Don’t you think that such a view is even more
interesting? Have a look, please:
Na początku marca 2011 wróciłem z dwutygodniowej podróży przez nieznane mi
jeszcze Wyspy Azorskie, położone na
środku Atlantyku. Mimo bardzo kapryśnej, wietrznej pogody udało mi się
odwiedzić pięć spośród dziewięciu wysp archipelagu. Nie udało mi się
niestety, ze względu na odwołane przez 3 dni loty wspiąć się na wygasły
wulkan Pico – najwyższy szczyt Azorów i całej Portugalii. Mogłem na niego
popatrzeć tylko z lecącego samolotu. Ale może właśnie taki widok jest ciekawszy?
Popatrzcie:

I found on the Azores many places of the unspoiled nature. There are high
cliffs, great waterfalls and nice walking trails. In addition it was low
season so I saw very few other tourists and enjoyed the low cost of the
transport and accommodation.
Na Azorach
znalazłem nieskażoną przyrodę: wysokie klify, wspaniałe wodospady i ciekawe
szlaki turystyczne. W dodatku był to okres przed sezonem turystycznym, więc
nigdzie nie było tłumu turystów, a niskie ceny zakwaterowania pozwoliły mi
ograniczyć wydatki.


Dla mnie, miłośnika wodospadów takie widoki jak powyżej były nie lada
gratką…
But on the Azores you will find also many interesting complexes of the old
architecture including churches, convents, residences. One of such a old
cities: Angra de Heroismo on Terceira Island was qualified to be on the
UNESCO World Heritage list:
Ale na Azorach znaleźć można także ciekawe kompleksy starej architektury z
kościołami, rezydencjami, klasztorami. Jedno ze starych miast: Angra de
Heroismo na wyspie Terceira znalazło się nawet na liście World Heritage
prowadzonej przez UNESCO:

Daily notes from the trail and many practicals you can read, as always in
English in my
travel log in the globosapiens.net portal. The map of this voyage
and more pictures from this interesting voyage I will publish soon on the
separate page AZORES…
Wiadomości z trasy i wiele zanotowanych informacji praktycznych możecie
znaleźć jak zwykle w moim
dzienniku podróży prowadzonym po angielsku w serwisie globosapiens.net .
A mapkę podróży i więcej zdjęć z z Azorów zamierzam wkrótce umieścić na
osobnej stronie: AZORY
In
December I returned from the another unusual voyage. It was the voyage to the
islands of the Indian Ocean. The most important part of this journey was
almost the month long sea voyage aboard French expedition ship “Marion Dufresne” from Reunion to the subantarctic waters – to see rarely
visited, pristine French islands. I did not hear about the Poles who visited
this region. At the departure it was for me like the enigma. I was qualified
for this expedition on the special conditions – the organizers took into
account my traveler’ and journalist’ output. At the beginning I was flying
via Paris to Reunion island on the award ticket from Air France. I was on
this island before, but only for the short time. So it was opportunity
to recall he old places and to see the new ones, waiting for the ship. By
public I went to the interesting volcanic Circus of Cilaos (picture on the
right column).
On the next
day my friends from Servas organization took me by car to the Maido view
point, where at the clear weather is a chance to see another, hard available
mountain circus – Mafate (below):
On the
November 6th in the old harbor of St Denis I saw for the first time the ship
who became my house for the next 24 days. “Marion Dufresne” was built
especially to supply French bases in the deep South. On the same day we
sailed to the south.

In the group
of 15 tourists I was the only non-French member. First two days we were
sailing tropical waters, then it was colder and colder.
After five
days we reached Crozet Islands. Elephant seals and king penguins were
waiting there for us. I saw them before on South Georgia but they are so
funny that it was pleasure to see them again:
W połowie grudnia 2010 wróciłem z kolejnej niezwykłej podróży. Tym razem były
to wyspy Oceanu Indyjskiego. Najważniejszym fragmentem tej wyprawy był
trwający prawie miesiąc okrężny rejs francuskim statkiem ekspedycyjnym “Marion
Dufresne” z Reunionu na wody subantarktyczne – na rzadko odwiedzane
francuskie wyspy o dziewiczej przyrodzie. Nie słyszałem dotąd o Polakach,
którzy dotarli w ten rejon – gdy wyruszałem pozostawał on dla mnie kolejnym
wielkim i pociągającym “nieznanym” Zostałem zakwalifikowany na tą ekspedycję
na specjalnych warunkach – organizatorzy uwzględnili mój podróżniczy i
dziennikarski dorobek (również dlatego warto pisać do gazet!). Na początku,
wykorzystując przysługujący mi bilet za mile wylatane z Air France i
partnerami poleciałem przez Paryż na wyspę Reunion. Na Reunionie byłem
wprawdzie już kiedyś, ale bardzo krótko. Była zatem okazja, by czekając na
statek przypomnieć sobie stare i odwiedzić nowe zakątki tej wyspy.
Publicznym transportem dotarłem do – atrakcyjnego wulkanicznego cyrku Cilaos:
Kolejnego dnia przyjaciele z organizacji Servas zabrali mnie samochodem na
punkt widokowy Maido, skąd otwiera się wspaniały widok na inny, trudno
dostępny górski cyrk – Mafate. (na zdjęciu na lewej kolumnie).
6 listopada w
starym porcie na Reunionie zobaczyłem po raz pierwszy statek, który na 24
następne dni stał się moim domem. “Marion Dufresne” został zbudowany
specjalnie po to by zaopatrywać francuskie stacje naukowe na dalekim
południu i prowadzić badania w Subantarktyce. Widzicie go na sąsiedniej
kolumnie. Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy Reunion kierując się na
południe.

W 15-osobowej
grupie turystów na pokładzie statku byłem jedynym nie-Francuzem. Dwa
pierwsze dni żeglowaliśmy w tropiku, potem było coraz zimniej.
Po pięciu
dniach wylądowaliśmy na wyspach Crozeta. Czekały na nas słonie morskie i
królewskie pingwiny, które spotkałem wiele lat wcześniej na Południowej
Georgii:

The ocean was rough when we were sailing onward through the “roaring
forties” to the Kerguelen Archipelago. On the northern end of the
archipelago I saw Kerguelen Arch – the main landmark of this islands (see
picture on right column)
Huśtało solidnie, gdy przez
“ryczące czterdziestki” płynęliśmy potem w kierunku Archipelagu Kerguelena.
Na północnym skraju tego archipelagu znajduje się tzw. Kerguelen Arch.
Kiedyś, gdy dotarł tu słynny kapitan Cook była to skalna brama. Dziś zostały
z niej tylko dwie, wciąż spektakularne baszty, będące symbolem archipelagu:
On Kerguelen we visited French base with elephant seals playing around. In
the summer it is green around…


Podobnie jak na na Crozet poznaliśmy pracę zlokalizowanej na Kerguelenie
francuskiej bazy naukowej wokół której baraszkują morskie słonie – widzicie
ją na zdjęciu obok. Latem wokół bazy jest zielono… A młode słonie morskie
liczone na setki są wdzięcznym tematem dla fotografa:
Probably the most interesting part of our stay on Kerguelen was a visit to
the former Norwegian whaling station Port Jeanne d’Arc. French
administration works now on the restoration of this place:

The next island on our route was picturesque Saint Paul – in fact it is
extinct volcano cone with the open entrance to the crater from the ocean –
like on the famous Deception
lsland. Since it is now the Nature Reserve and the landing is forbidden we
were flying over by helicopter.

The shape of
Saint Paul reminds me Pitcairn Island – just see the picture on the right
column…
Our last destination was high Amsterdam
Island:

The main attraction of Amsterdam are albatrosses (living high on the cliffs)
and fur seals (on the right column).
From
Amsterdam Island “Marion Dufresne” sailed directly to Mauritius for the
cheap fuel. I took my chance to disembark there. During few days I spent on
Mauritius I visited places I did not see during my first stay in 1996:
residences and rum distilleries:

But the main reason of my visit to Mauritius was second island belonging to
this state: Rodrigues. I took the ship “Mauritius Pride” to get there.
Rodrigues is a little, sleepy tropical paradise with charming, little
beaches hidden in the rocky coves:

Rodrigues is hilly. Thanks that without flying over the island you can have
the great views of the lagoon:

Bodaj najciekawszym fragmentem pobytu na Kerguelenie była wizyta w
opuszczonej norweskiej bazie wielorybniczej
Port Jeanne d’Arc. (zdjęcie po lewej). Przez dziesiątki lat zabudowania bazy
się rozpadały. Dopiero ostatnio Francuzi wzięli się do konserwacji budynków.
Następną wyspą na naszym szlaku
był malowniczy Saint Paul, położony w strefie cieplejszego, umiarkowanego
klimatu. Z daleka ta niewielka wyspa przypominała mi kształtem Pitcairn:

Saint Paul jest wystającym z oceanu wygasłym i zerodowanym stożkiem
wulkanicznym. Do jego wypełnionego wodą krateru (zdjęcie obok) można wpłynąć
z otwartego oceanu, jak na Deception Island. Wysepka jest ścisłym
rezerwatem przyrody i nie wolno na niej lądować. Odbyliśmy tu tylko okrężny
lot helikopterem, ciesząc (niestety bardzo krótko) oczy wspaniałymi
widokami.
Ostatnią wyspą na szlaku “Mariona
Dufresne” był Amsterdam. To także wulkaniczna wyspa o wysokich brzegach,
które widać na zdjęciu obok. Przyrodniczą atrakcją Amsterdamu są albatrosy –
te niestety zamieszkują wysoko na klifach – oraz foki – uchatki, których
mieszkają tu setki (na zdjęciu poniżej).

Z Amsterdamu nasz statek popłynął po tanie paliwo na Mauritius. Skorzystałem
z okazji by się tam wyokrętować. Spędziłem kilka dni na tej tropikalnej
wyspie odwiedzając miejsca, do których nie dotarłem podczas pierwszego
pobytu w 1996 roku. Były wśród nich dawne rezydencje plantatorów (poniżej –
Eureka Huose) i destylarnie, gdzie produkuje się i sprzedaje wyśmienity rum
(po lewej).

Ale prawdziwym powodem wizyty na Mauritiusie była chęć odwiedzenia drugiej,
zapomnianej wyspy należącej do tego kraju – Rodrigues. Popłynąłem na
nią statkiem “Mauritius Pride” w towarzystwie sympatycznych Kreolek:

Nieznany mi dotychczas Rodrigues
okazał się prawdziwym tropikalnym rajem z czarującymi, ustronnymi plażami
ukrytymi w skalistych zatoczkach – takich jak ta na zdjęciu po lewej
kolumnie. Wyspa jest górzysta, co sprawia, że zdumiony turysta bez
korzystania z helikoptera może podziwiać wspaniałe widoki laguny, zamkniętej
srebrną nitką rafy:

More pictures from this interesting journey you can see on the
separate page, and daily notes
from the trail in my
travel log.
From the hot Rodrigues via Mauritius and Frankfurt I returned to the
frosty and snowy Poland.
I was working
few weeks to complete the reports from
Rodrigues and Mauritius –
you will find there few hundreds of my best pictures. You are welcome to see
them!
Więcej zdjęć z
osobnej stronie, a codziennie notatki z trasy możecie przeczytać w
dzienniku podróży.
Z gorącego
Rodriguesa przez Mauritius i Frankfurt wróciłem do mroźnej i zaśnieżonej
Polski…
Kilka tygodni
pracowałem nad raportami z
Rodriguesa
Mauritiusa – znajdziecie tam
kilkaset najlepszych zdjęć. Zapraszam!