
2019
tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © – text & photos
Returning
from the interesting expeditions I always try to write a travel report – to
share my updated knowledge and to help other travelers in their preparations to the
voyage. A lot of such reports you can already see on my website – sorry –
most of them in Polish only. New reports require work and time. Unfortunately
it is now harder and harder for me to find the time. On this page you will
see some interesting pictures from the last years. They are waiting to be
used in the coming reports. I hope to write them someday…
Po powrocie
z każdej ciekawej podróży staram się napisać ilustrowany raport, by podzielić
się moją świeżo zdobytą wiedzą i w ten sposób pomóc innym podróżnikom w ich
przygotowaniach do wyjazdów. Wiele takich raportów znajdziecie już na moich
stronach. Niestety pisanie tych raportów to praca pochłaniająca sporo
cennego czasu. Nie zawsze mogę znaleźć ten czas… Na tej stronie
znajdziecie co ciekawsze zdjęcia do tematów, które czekają na przygotowanie
raportów. Mam nadzieje, że kiedyś doczekają się one osobnych stron… Niektóre
już się doczekały…
In March 2019 I returned from my first voyage in 2019! Its
route led to the distant Pacific Islands, to Australia and New Zealand, and
on the way back I also visited some new, interesting places in Southeast
Asia. I have traveled many thousands of kilometers by air, ships, trains,
buses and a rented car.
Little map of the entire journey you can
see here.
W
marcu 2019 roku wróciłem z pierwszej podróży 2019 roku! Jej trasa wiodła na odległe wyspy Oceanu Spokojnego,
do Australii i Nowej Zelandii, a w drodze powrotnej odwiedziłem też
kilka nowych, ciekawych miejsc w Azji Południowo-Wschodniej. Samolotami, statkami,
pociągami, autobusami i wynajętym samochodem pokonałem wiele tysięcy kilometrów.
Mapkę tej podróży możecie zobaczyć w osobnym oknie

Początek był
bardzo trudny: linia Fiji Airways w ostatniej chwili odwołała mój lot
Singapur – Fidżi i chciała mnie zmusić, abym leciał dwa dni wcześniej, co
było niewykonalne. Nie skutkowały ani e-maile ani telefony. Dopiero pomoc
przyjaciela – Chińczyka z Singapuru pomogła mi wybrnąć z opresji. Po ponad
20 godzinach lotu wyładowałem w Nandi, by po latach ponownie spotkać
jowialnych fidżijskich grubasów 🙂
The beginning
was very difficult: the Fiji Airways airline canceled my Singapore-Fiji
flight at the last minute and wanted to force me to fly two days earlier,
which was unfeasible. No e-mails or telephones were effective. Only the help
of a friend – a Chinese from Singapore allowed me to get out of trouble. (Thank
you Stephen!) After more than 20 hours of flight, I disembarked in Nandi, and
after years of meeting Fiji’s jovial people again 🙂
I have been to
Fiji many times. This time I decided not only to refresh my memories from
the main town of Nadi, but also to take a local transport to the village of
Navala, located in the northern part of the island of Viti Levu. Navala is a
living museum – people still live here in bure – traditional huts under
thatched roofs:
Na Fidżi byłem
już wielokrotnie. Tym razem postanowiłem nie tylko odświeżyć swoje
wspomnienia z głównego miasta Nadi, ale także wybrać się lokalnym
transportem do położonej w interiorze na północy wyspy Viti Levu wioski
Navala. Navala jest żywym skansenem – ludzie wciąż mieszkają tu w bure
– tradycyjnych chatach pod strzechą:

An unpleasant
surprise was the fact that the village is fenced, and there is a fee for
admission and a guide who will show you around. The compensation for tourist
could be the beautiful landscape of the green mountains surrounding Navala:
Nieprzyjemną
niespodzianką był fakt, że wioska jest ogrodzona, a za wstęp i przewodnika,
który po niej oprowadza pobierana jest opłata. Nagrodą dla turysty są piękne
krajobrazy zielonych gór otaczających Navalę:

I found time
to visit the colorful vegetable and fruit market in Nadi, where the goods
(as shown on the picture below) sells not on weight, but on the pile, and
the landscape is dominated by black, curly hair – a sign that we are in
Melanesia:
Znalazłem
czas, by odwiedzić barwny rynek warzywno-owocowy w Nadi, gdzie towar (jak
widać na zdjęciu poniżej) sprzedaje się nie na wagę, ale na kupki, a w
krajobrazie królują czarne, kędzierzawe czupryny – to znak, że jesteśmy na
Melanezji:

From Fiji, I
flew a small propeller airplane to the Kingdom of Tonga. This is a small
island country lost somewhere in the South Pacific. It consists of three
groups of islands. Two extreme – better known – I visited in 1999, when King
Tupou IV reigned. This time I wanted to reach the third, the most isolated
one, which is called Haapai. I was lucky – after arriving in the capital, it
turned out that the next day the ferry to Haapai was leaving. The sea
journey through the rough Pacific lasted 7 hours. We passed many small
islands:
Z Fidżi
poleciałem małym śmigłowym samolotem do Królestwa Tonga. To mały wyspiarski
kraj zagubiony gdzieś na Południowym Pacyfiku. Składa się z trzech grup
wysp. Dwie skrajne – lepiej znane – odwiedziłem w 1999 roku, gdy panował
król Tupou IV. Tym razem chciałem dotrzeć do tej trzeciej, najbardziej
izolowanej, która nazywa się Haapai. Miałem szczęście – po przylocie do
stolicy okazało się, że już następnego dnia odpływa prom na Haapai. Morska
podróż po wzburzonym Pacyfiku trwała 7 godzin. Mijaliśmy wiele małych wysp,
tylko niektóre z nich były zamieszkane:

I found
accommodation in a small guesthouse on the island of Lifuka. From here I did
hiking and sailed a boat to the neighboring islands, getting to know the
wonderful landscapes and everyday life of the smiling residents. I listened
to their wonderful choral singing during Sunday services in churches and I
was invited to family celebrations. Apart from me, there was only one
tourist on the Lifuka Island, who soon left. It were great days!
Locals still wear ta’ovala – a kind of skirt made of mat wrapped around the
waist:
Znalazłem
zakwaterowanie w małym guesthouse na wyspie Lifuka. Stąd robiłem piesze
wycieczki i pływałem łodzią na sąsiednie wyspy, poznając wspaniałe
krajobrazy i codzienne życie uśmiechniętych mieszkańców. Słuchałem ich
wspaniałych śpiewów podczas niedzielnych nabożeństw w kościołach i byłem
zapraszany na rodzinne uroczystości. Oprócz mnie na wyspie Lifuka był tylko
jeden turysta, który zresztą wkrótce wyjechał. To były wspaniałe dni!
Miejscowi na współczesne stroje ubierają tu taovala – tradycyjną spódniczkę
z maty owinietej dookoła bioder:


Zaproszono mnie na uroczystość
pierwszych urodzin malca, połączoną ze śpiewami i tańcami w wykonaniu
miejscowej młodzieży. Zgodnie z miejscowa tradycja tylko pierwsze urodziny
dziecka obchodzone są tak wystawnie. Było na co popatrzeć i czego posłuchać:

On foot or by
boat, I reached beautiful and empty beaches, also on the neighboring islands.
I intend to write about a group of Haapai islands on a separate page on my
website. It is already reachable via this link:
Haapai There you will see more such beautiful places:
Pieszo lub
łodzią docierałem do pięknych i pustych plaż, także na sąsiednich wyspach.
Grupie izolowanych wysp Haapai poświęciłem osobną stronę w moim serwisie.
Jest osiągalna przez ten link: Haapai Tam pokazałem
więcej takich pięknych miejsc jak ta plaża:

From Haapai I
flew a small plane to another island of the Kingdom of Tonga, it has a very
different landscape from the other, almost flat islands of this country. Eua
is famous for its picturesque cliffs. During three days of walking, I
reached various parts of the island. And during these three days I did not
meet any other tourist.
Z Haapai
poleciałem małym samolocikiem na inną wyspę Królestwa Tonga, bardzo różniącą
się krajobrazem od pozostałych, niemal płaskich wysp tego państewka. Eua
słynie z malowniczych klifów, wypiętrzonych miliony lat temu z dna oceanu. W
ciągu trzech dni pobytu pieszo docierałem do różnych części wyspy. I w ciągu
tych trzech dni nie spotkałem żadnego innego turysty.

The height of the coastal cliffs
on the island of Eua reaches 200 meters. They were once marked tourist paths,
but today they are overgrown and neglected. In many cases, I had to look for
a path myself. The biggest natural attraction of the southern cliff is the
rock bridge, which is several dozen meters high:
Wysokość
nadbrzeżnych klifów na wyspie Eua dochodzi do 200 metrów. Poprowadzono po
nich kiedyś oznakowane ścieżki turystyczne, ale dziś są one zarośnięte i
zaniedbane. W wielu przypadkach sam musiałem na orientację szukać sobie
drogi. Największą atrakcją przyrodniczą południowego klifu jest skalny most,
mający kilkadziesiąt metrów wysokości:

The northern
cliff I visited the next day is more varied, there are numerous caves in its
wall. In addition, a wild beach lay beneath it, on which you can go down a
lot of roads. in the picture below you can also see the highest peak of the
island, growing at 312 meters above the ocean:
Północny klif,
który odwiedziłem następnego dnia jest bardziej urozmaicony, w jego ścianie
są liczne jaskinie. Ponadto rozłożyła się pod nim dzika plaża, na którą
można zejść nadkładając sporo drogi. na zdjęciu poniżej widać także
najwyższy szczyt wyspy, wyrastający na 312 metrów ponad poziom oceanu:

The people at
Eua are nice. This corpulent lady on the picture below put up the road to
give me the ride to my accommodation, when I was coming back from the
northern cliff tired burnt by the sun. However, when I arrived at the pier
on the fourth day, it turned out that there was a crowd crowing in front of
the small window of the office, and the tickets for a small ferry leaving
once a day for Nukualofa are all sold-out. However, when I introduced myself
as a journalist, one place on the deck was somehow miraculously found – it’s
worth having an ace in your sleeve! 🙂
Ludzie na Eua
są sympatyczni. Ta korpulentna pani jadąca furgonetką nadłożyła drogi, by
podwieźć mnie na kwaterę, gdy zmordowany i spalony słońcem wracałem z
północnego klifu. Gdy jednak czwartego dnia zjawiłem się na przystani
okazało się, że przed małym okienkiem kasy kłębi się tłum, a biletów na mały
prom odpływający raz dziennie do Nukualofa już nie ma (zdjęcie poniżej).
Moja gospodyni zapewniała wcześniej, że biletów nie trzeba rezerwować z
wyprzedzeniem! Gdy jednak przedstawiłem sie jako dziennikarz jedno miejsce
na decku jakimś cudem się znalazło – warto mieć zawsze jakiegoś asa w
rękawie! 🙂


I spent the
last days in the kingdom on the “capital” island of Tongatapu. I was hoping
to see gracious King Tupou VI. Unfortunately, the subjects did not know what
their ruler was doing. When I went to the office at the royal palace with
the intention of applying for a short audience, it turned out that the king
is in New Zealand and will not come back soon. Bad luck! This is what an
extended royal palace looks like:
Ostatnie dni w
królestwie spędziłem na “stołecznej” wyspie Tongatapu. Miałem nadzieję, że
uda mi się zobaczyć miłościwie panującego króla Tupou VI. Poddani niestety
nie wiedzieli, co porabia ich władca. Kiedy udałem się do biura przy
królewskim pałacu z zamiarem ubiegania się o krótką audiencję okazało się,
że król jest w Nowej Zelandii i nieprędko wróci. Pech! Tak wygląda
rozbudowany królewski pałac:

If the king is
in his country, everyone can see him during a Sunday service in the
Methodist church. I went there and before the fierce cerber forbade me to
photograph and film, I managed to take a picture of the empty royal lodge (see
the photo on the right column below):
Jeśli król
jest w swoim kraju to zwykli śmiertelnicy mogą go zobaczyć podczas
niedzielnego nabożeństwa w kościele metodystów. Poszedłem tam i zanim srogi
cerber zabronił mi fotografować i filmować udało mi się zrobić zdjęcie
pustej królewskiej loży:


Króla Tupou VI
każdy tu ogląda codziennie na banknotach i monetach, miejscowa waluta z
królem nazywa się pa’anga.
I did not
succeed with the king, but by walking and hitchhiking I managed to see
places on Tongatapu that I did not see during my first stay in 1999. The
first of them was a natural rock bridge, smaller than the one on Eua, but
also very interesting.
Z królem mi
nie wyszło, ale wędrując pieszo i autostopem udało mi się zobaczyć na
Tongatapu miejsca, których nie widziałem podczas pierwszego pobytu w 1999
roku. Pierwszym z nich był naturalny most skalny, mniejszy od tego na Eua,
ale również bardzo ciekawy.

Right next to
the rock bridge, you can see a fabulous little beach strewn with large
boulders. From the path leading to the bridge, the arrow shows a path that
descends down to that beach. What is important, on the beach there is a lot
of shade to hide from the burning sun for a moment. Only a supply of
drinking water must be brought with you:
Tuż obok
skalnego mostu otwiera się widok na bajeczną, małą plażę usiana wielkimi
głazami. Ze ścieżki prowadzącej do mostu strzałka pokazuje ścieżkę opadającą
w dół, do tej właśnie plaży. Co ważne, na plaży jest dużo cienia, by choć na
chwilę schować się przed palącym słońcem. Tylko zapas wody pitnej trzeba
przynieść ze sobą, bo miejsce jest odludne i nie ma tu żadnego sklepiku:

The second
attraction were the sea geysers (blowholes). Oceanic waves here push the
water into the channels of the coastal rock plate. Water under pressure
spurts up to the second channel opening to a height of several meters,
giving the effect of a geyser. The highest ejaculating blowholes ever I
saw on the island of Savai’i, in Samoa. But the ones on Tonga were also
spectacular that day (the spectacular effect depends on the strength of the
waves).
Drugą atrakcją
Tongatapu były morskie gejzery (ang. blowholes). Oceaniczne fale wtłaczają
tu wodę w kanały nadbrzeżnej skalnej płyty. Woda pod ciśnieniem wytryskuje
przed drugi otwór kanału na wysokość kilku metrów, dając efekt gejzeru.
Najwyżej wytryskujące blowholes widziałem kiedyś na wyspie Savaii, na Samoa.
Ale i te na Tonga były tego dnia efektowne (widowiskowy efekt zależy od siły
fal). Miejsce nazywa się Mapu ‘A
Vaea. Nie jest wcale łatwo “upolować” obiektywem aparatu taki wytrysk:

Finally, at
the end of the day, two local girls drove me to ‘Anahulu Cave, on the west
coast. Foreign tourists pay 15 pa’angass for entry here, but the locals go
for free (and I with them – too!). The cave is not big – it is only about 50
meters of the paved path. But at the end of this pavement there is a lit,
cool, little lake, to which not only local children jump on a hot day …
Unfortunately, in the twilight it is difficult to take good pictures there:
Wreszcie pod
koniec dnia dwie miejscowe dziewczyny zawiozły mnie do jaskini
ʻAnahulu Cave na
zachodnim wybrzeżu. Od zagranicznych turystów biorą tu 15 pa’anga za wstęp,
ale miejscowi wchodzą za darmo (i ja z nimi – też!). Jaskinia nie jest duża
– to zaledwie około 50 metrów chodnika. Ale na końcu tego chodnika jest
podświetlone, chłodne jeziorko, do którego z radością skaczą w upalny dzień
nie tylko miejscowe dzieci… Niestety w panującym wewnątrz półmroku trudno tam robić dobre
zdjęcia:

My stay on
Haapai and other islands of Tonga left me an unforgettable experience:
admiration for the magnificence of nature, an unusual mood of fleeting
moments – like this sunrise in Nukualofa in the picture below, joy of
everyday meetings with cordial, though completely unknown people. But it
must also be clearly stated that it was a few weeks period spent in
difficult, pioneer conditions. In a hot and humid climate, where there are
no comforts, and mosquitoes are teasing, nocturnal dogs barking do not let
you sleep at night, and the only way to reach unusual places is a long hours
of lonely wandering in unknown terrain. Once again, I was running trails for
other travelers…
Pobyt na Haapai i innych wyspach Tonga pozostawił mi niezapomniane wrażenia:
zachwyty nad wspaniałością przyrody, niezwykły nastrój ulotnych chwil – jak
ten wschód słońca w Nukualofa na zdjęciu poniżej, radość z codziennych
spotkań z serdecznymi, choć zupełnie nieznanymi ludźmi. Ale trzeba też
wyraźnie powiedzieć, że było to kilka tygodni spędzonych w trudnych,
pionierskich warunkach. W gorącym i wilgotnym klimacie, gdzie nie ma wygód,
a za to dokuczają moskity, nocą nie pozwalają spać ujadające psy, a jedyną
metodą na dotarcie do niezwykłych miejsc jest wielogodzinna samotna wędrówka
w nieznanym terenie. Po raz kolejny przecierałem szlaki dla innych
podróżników…

I flew from
the Kingdom of Tonga to Sydney, Australia, but this time only to embark “Norwegian
Jewel” passenger ship sailing towards New Zealand. We had international
company on board – it was an opportunity to make many interesting
acquaintances. We started the meeting with New Zealand from a visit to the
three fjords of the southern island. Here’s how looks the Milford Sound from
the deck of the ship:
Z Królestwa Tonga poleciałem do Sydney w Australii, ale tym razem tylko po
to, by zaokrętować się na statek pasażerski “Norwegian Jewel” płynący w
kierunku Nowej Zelandii. Na pokładzie mieliśmy międzynarodowe towarzystwo –
była to okazja do nawiązania wielu ciekawych znajomości. Spotkanie z Nową
Zelandią rozpoczęliśmy od wizyty w trzech fiordach południowej wyspy. Oto
jak prezentował się oglądany z pokładu statku Milford Sound:

It was my
third visit to New Zealand. Previously, I traveled around the country by
buses, trains, car and hitchhiking. On foot I walked through the famous
Milford Trek, ending in the fjord. And now I could admire him from the tenth
deck of our ship. Tourist boats looked at the foot of the steep rock walls
like walnut shells. It was a completely different perspective:
Była to już moja trzecia wizyta w Nowej Zelandii. Poprzednio podróżowałem po
tym kraju autobusami, pociągami, samochodem i autostopem. Pieszo przeszedłem
słynny Milford Trek, kończący się we fiordzie. A teraz mogłem podziwiać go z
wysokości dziesiątego pokładu naszego statku. Spacerowe stateczki wyglądały
u stóp stromych skalnych ścian jak łupinki orzecha. To była zupełnie inna
perspektywa:

The second
fjord we visited on our route was Doubtful Sound, 40 kilometers long. The
walls of this fjord are not as dramatically steep and high as in Milford but
they amaze the great spaces and majesty of the surrounding mountains. There
are no settlements in this fjord, but in some places dolphins appeared:
Drugim fiordem, który odwiedziliśmy na naszej trasie był Doubtful Sound,
długi na 40 kilometrów. Ściany tego fiordu nie są tak dramatycznie strome i
wysokie, jak w Milford ale zadziwiają wielkie przestrzenie i majestat
otaczających gór. W tym fiordzie nie ma żadnych osiedli, za to w kilku
miejscach pojawiły się delfiny:

Then we sailed
over a heavily swinging ocean to the entrance of Dusky Sound. Here it turned
out that the fjord is influenced by one entrance, so that after a few hours
of sailing you can sail completely different. The seals said goodbye to us –
sea lions lying on a miniature, rocky island.
Potem popłynęliśmy po mocno rozhuśtanym oceanie do wejścia Dusky Sound. Tu
okazało się, że do fiordu wpływa się jednym wejściem, po to by po kilku
godzinach żeglugi wypłynąć zupełnie innym. Żegnały nas foki – uchatki
wylegujące się na miniaturowej skalistej wysepce.



The ocean
calmed down a bit when we passed the southern cape of New Zealand. The next
morning, our ship was at Port Chalmers (picture below). This little town is
the base for trips to the historic city of Dunedin, 13 kilometers away. I
went there by a local bus paying 6 local dollars, and walked back to Port
Chalmers, enjoying the landscapes of the sea bay and the Otago peninsula
along the way.
Ocean nieco się uspokoił, gdy minęliśmy południowy przylądek Nowej Zelandii.
Następnego dnia rano nasz statek zawinął do Port Chalmers (zdjęcie poniżej).
To niewielkie miasteczko jest bazą do wycieczek do odległego o 13 kilometrów
historycznego miasta Dunedin. Pojechałem tam miejskim autobusem za 6
miejscowych dolarów, a wróciłem pieszo, ciesząc po drodze oczy krajobrazami
morskiej zatoki i półwyspu Otago.

In Dunedin you
will find a stylish train station and many other examples of Victorian
architecture. There is a large university in the city whose clock tower (pictured
below) is one of the symbols of this city.
W
Dunedin
znajdziecie stylowy dworzec kolejowy i wiele innych przykładów
wiktoriańskiej architektury. W mieście działa duży uniwersytet, którego
wieża zegarowa (na zdjęciu poniżej) jest jednym z symboli tego miasta.

The next
morning found us in the picturesque Akaroa Bay. There is no port here. Our
ship anchored in the middle of the bay, and passengers were transported to a
small pier tender – big motor boats. Akaroa Bay is surrounded by picturesque
mountains, whose height reaches 800 meters. I climbed one of such mountains
to take such a beautiful photo:
Następny
poranek zastał nas w malowniczej Zatoce Akaroa. Nie ma tu portu. Nasz statek
kotwiczył na środku zatoki, a pasażerowie byli dowożeni do niewielkiego molo
tenderami – dużymi motorówkami. Zatoka Akaroa otoczona jest malowniczymi
górami, których wysokość sięga 800 metrów. Na jedną z takich gór wdrapałem
się, by zrobić takie oto piękne zdjęcie:

Then we went
to Picton – a small port hidden in a maze of picturesque bays and canals. It
is known from here that many times during the day, ferries leave for the
North Island of New Zealand. However, our ship docked in the neighboring bay.
A train with a retro steam locomotion runs from Picton to the nearby
vineyards. But I preferred to walk to the neighboring bay for such views
that open in front of the bow of our ship:
Potem
zawinęliśmy do Picton – to mały port ukryty w labiryncie malowniczych zatok
i kanałów. Znany jest stąd, że stąd wiele razy w ciągu dnia odpływają promy
na Północną wyspę Nowej Zelandii. Nasz statek cumował jednak w sąsiedniej
zatoce. Z Picton do niedalekich winnic kursuje pociąg z parowozem w stylu
retro. Ale ja wolałem powędrować pieszo do sąsiedniej zatoki – dla takich
widoków, jakie otwierają się przed dziobem naszego statku:

It was a
cloudy and windy day when we arrived in Wellington – a city that is the
capital of New Zealand. After visiting the government district and the
interesting National Museum, I climbed the two-hundred-meter peak of Mt
Victoria, towering above the city. Despite the bad weather from the
viewpoint, an interesting panorama of the capital opened:
Był pochmurny
i wietrzny dzień, gdy dotarliśmy do Wellington – miasta, które jest stolicą
Nowej Zelandii. Po zwiedzeniu dzielnicy rządowej i ciekawego Muzeum
Narodowego wspinałem się na dwustumetrowy szczyt Mt Victoria górujący nad
miastem. Mimo kiepskiej pogody z punktu widokowego otworzyła się ciekawa
panorama stolicy:

The day after
I saw the little town of Napier, damaged by the earthquake in the
thirties, it was rebuilt later in the then fashionable Art Deco style. There
is a nice seaside promenade, many flowers and colorful houses and the
atmosphere of a holiday resort. Napier was definitely the most beautiful
town on my New Zealand trail:
Niewielkie
miasteczko Napier, które oglądałem kolejnego dnia po trzęsieniu ziemi, które
dokonało tu zniszczeń w latach trzydziestych odbudowano w modnym wówczas
stylu Art Deco. Jest tu ładna nadmorska promenada, wiele kwiatów i
kolorowych domów i atmosfera wczasowego kurortu. Napier zdecydowanie był
najładniejszym miasteczkiem na moim nowozelandzkim szlaku:

The agent with
whom I booked the cruise paid a 50-dollar bonus on my ship account. I
decided to use it to pay for an excursion to the Maori village, offered at
the Tauranga port. The native inhabitants of New Zealand live in normal
homes today, but they meet in wonderfully carving-decorated wharenui (meeting
houses) and cultivate their traditions. Some of them, such as welcoming
guests by touching their noses, were shown to us in this village:
Agent, u
którego rezerwowałem rejs wpłacił na moje statkowe konto 50-dolarowy bonus.
Postanowiłem wykorzystać go na opłacenie wycieczki do maoryskiej wioski
oferowanej w porcie Tauranga. Rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii mieszkają
dziś w normalnych domach, ale spotykają się we wspaniale zdobionych rzeźbami
wharenui (świetlicach) i pielęgnują swoje tradycje. Niektóre z nich, na
przykład witanie gości przez dotykanie się nosami pokazano nam właśnie w tej
wiosce:



I do not need
to add that the older ladies from our group with particular zeal rubbed
their noses with this muscular warrior :). In the picture below I showed a
meeting house in which Maoris talked about their culture and customs:
Nie muszę
chyba dodawać, że starsze panie z naszej grupy ze szczególnym zapałem
pocierały się nosami z tym muskularnym wojownikiem :). Na
zdjęciu poniżej pokazałem dom spotkań, w którym Maorysi opowiadali o swojej
kulturze i obyczajach:

Next to the
village there is a school in which young people, apart from standard items,
have also those related to the Maori culture. A group of young people
prepared a dance show for us, there were also singing and learning the basic
words in the Maori language:
Obok wioski
jest szkoła, w której młodzież obok standardowych przedmiotów ma także
takie, które związane są z kulturą Maorysów. Grupka tej młodzieży
przygotowała dla nas pokaz tańców, były też śpiewy i nauka podstawowych słów
w języku maoryskim. Tancerki i tancerze występowali boso:

And at the end
of the visit, we could talk to each other (of course in English) and take
souvenir photos:
A na
zakończenie wizyty mogliśmy sobie prywatnie porozmawiać (oczywiście po
angielsku) i zrobić pamiątkowe zdjęcia:



After
returning from the excursion back to Tauranga, I still had enough time to
climb Mount Maunganui, a towering the coast conical mountain. Intuition did
not disappoint me – when sweaty I reached the top, standing at an altitude
of 232 meters above the ocean level, a great view of the long chain of
beaches and coastal islands opened up for me:
Po powrocie z
wycieczki z powrotem do Taurangi miałem jeszcze wystarczająco dużo czasu,
aby wspiąć się na wznoszącą się na wybrzeżu o krok od portu stożkową górę
Mount Maunganui. Intuicja mnie nie zawiodła – gdy spocony stanąłem na
wysokości 232 metrów ponad poziomem oceanu otworzył się przede mną wspaniały
widok na długi łańcuch plaż i przybrzeżne wyspy:

Similar “picture
postcard” views open from a few more places at a comfortable but steep path
leading to the top. Here, for example, I immortalized such characteristic
for New Zealand ferntrees:
Podobne
“pocztówkowe” widoki otwierają się zresztą z kilku jeszcze miejsc przy
wygodnej, ale stromej ścieżce prowadzącej na szczyt. Tu na przykład
uwieczniłem tak charakterystyczne dla Nowej Zelandii drzewiaste paprocie:

That evening,
the ship swung solidly as we passed the northern cape of New Zealand.
In the morning we were already in Auckland, where friends met few months
earlier at the Camino de Santiago were waiting me at the port gate. Agnes
and Peter have prepared a surprise for me. They knew that I was twice in
Auckland and the city is not an attraction for me. They decided to take me
by car 70 km – to the other side of the island – to Muriwai, where in the
scenery of rock bastions and cliff tourists watch a great colony of gannets:
Wieczorem tego
dnia huśtało statkiem solidnie, gdy przechodziliśmy koło północnego
przylądka Nowej Zelandii. Rano byliśmy już w Auckland, gdzie czekali na mnie
przyjaciele poznani kilka miesięcy wcześniej na Camino de Santiago. Agnes i
Peter przygotowali dla mnie niespodziankę. Wiedzieli, że byłem w Auckland
już dwukrotnie i miasto nie jest dla mnie atrakcją. Postanowili zabrać mnie
samochodem 70 km – na drugą stronę wyspy – do Muriwai, gdzie w scenerii
skalnych baszt i klifu turyści oglądają wielką kolonię gannetów:

Gannets (here
– Australian gannets) are sea birds, feeding on fish and able to dive
perfectly. I came to the moment when the unspotted chicks were still at the
nests, carefully plucked from the down by their parents. The spectacle was
amazing, I took a lot of pictures from two viewing platforms:
Gannety (po
polsku to morus z rodziny głuptaków) to morskie ptaki, żywiące się rybami i
potrafiące doskonale nurkować. Trafiłem na moment, kiedy nieopierzone
pisklęta stały jeszcze przy gniazdach, troskliwie oskubywane z puchu przez
swoich rodziców. Widowisko oglądane z dwóch punktów obserwacyjnych było
niesamowite:

The next day
we left the port of Auckland in the middle of the day, with beautiful, sunny
weather. This moment was very spectacular – look at the picture below – such
a panorama can not be photographed either from land or from a plane! The
opportunity to take such unique shots was a great advantage of this cruise,
during which we circled New Zealand …
Następnego
dnia wychodziliśmy z portu Auckland w środku dnia, przy pięknej słonecznej
pogodzie. To wyjście było bardzo spektakularne – popatrzcie na zdjęcie
poniżej – takiej panoramy nie można sfotografować ani z lądu, ani z
samolotu! Możliwość robienia takich niepowtarzalnych ujęć była wielką zaletą
tego rejsu, podczas którego okrążyliśmy Nowej Zelandię…

Two days later, I arrived in
Sydney, Australia. This was the famous opera seen from the deck of the ship.
But this time I did not stop at Australia’s largest city. I rented the car
to the left side of the road to the west. The hardest thing was to leave the
center of the crowded city, and then it went 🙂
W dwa dni później dotarłem do
Sydney w Australii. Tak wyglądała słynna opera oglądana z pokładu statku.
Ale tym razem wcale nie zatrzymałem się w największym mieście Australii.
Wynajętym samochodem ruszyłem lewą strona drogi na zachód. Najtrudniej było
wyjechać z centrum zatłoczonego miasta, a potem już poszło 🙂

First of all,
I wanted to get to know an unknown part of the coast from Sydney to the
state of Victoria. I expected beautiful views and I was not disappointed.
After driving through the subtropical forests of the Royal National Park, I
found myself on Bald Hill, from which I can see the beaches and green
mountains reaching the ocean:
Chciałem przede wszystkim poznać
nieznany mi odcinek wybrzeża od Sydney do granicy stanu Victoria.
Oczekiwałem pięknych widoków i nie zawiodłem się. Po przejechaniu przez
podzwrotnikowe lasy Royal National Park znalazłem się na wzgórzu Bald Hill,
z którego otwiera się widok na plaże i zielone góry docierające do oceanu:

A great
surprise on my route was the Buddhist temple Nan Tien – built in 1985 and
reportedly the largest in the southern hemisphere. It consists of a
multi-storey pagoda (pictured below) and a vast temple complex. The temple
is visited by many emigrants from Asia who live in Australia:
Wielką niespodzianką na mojej
trasie była buddyjska świątynia Nan Tien – zbudowana w 1985 roku i podobno
największa na południowej półkuli. Składa się ona z wielopiętrowej pagody
(na zdjęciu poniżej) i rozległego kompleksu świątynnego. Świątynię
odwiedzają licznie zamieszkujący w Australii emigranci z Azji:

Before the
evening, I managed to see a few other beautiful and empty beaches, including
“7 Mile Beach” – actually about 10 kilometers long. There is almost no
tourist infrastructure on its entire length – people come with their own
tent or camper.
Przed wieczorem zdążyłem obejrzeć
jeszcze kilka innych, pięknych i pustych plaż, w tym “7 Mile Beach” –
rzeczywiście mającą około 10 kilometrów długości. Na całej jej długości nie
ma prawie żadnej infrastruktury turystycznej – ludzie przyjeżdżają z własnym
namiotem lub camperem.

I stayed for a
night in a modest motel in a small town Ulladulla (funny name isn’t it?),
paying 70 Australian dollars for a small room and breakfast. The route of
the second day of my drive continued along the coast – through the bridges
over the estuaries of rivers, small towns with arcades along the streets and
other beautiful and wild beaches – like the one in Tomakin:
Na nocleg zatrzymałem się w
skromnym motelu w małym miasteczku o zabawnej Ulladulla, płacąc 70 dolarów
australijskich za pokoik i śniadanie. Trasa drugiego dnia jazdy prowadziła
dalej wzdłuż wybrzeża – przez mosty przerzucone nad estuariami rzek, małe
miasteczka z podcieniami wzdłuż ulic i kolejne piękne i dzikie plaże – jak
ta w Tomakin:

A road bearing
the proud name of Princess Highway led me through the eucalyptus forests, a
former settlement of gold prospectors – Tilba-Tilba to the last town
before border of the state of Victoria, which was called Eden. In this “paradise”
I spent the next night in the “Garden of Eden” caravan park, where next to
the campsite there were also several camping houses. Nice stone church in
Bodalla – the only monument:
Szosa nosząca dumną nazwę
Princess Highway doprowadziła mnie przez eukaliptusowe lasy i dawną osadę
poszukiwaczy złota Tilba-Tilba do ostatniego miasteczka przed granicą stanu
Victoria, które nazywało się Eden. W tym “raju” spędziłem kolejną noc w
caravan parku “Garden of Eden”, gdzie obok stanowisk dla camperów było
także kilka domków. W moim “raju” musiałem pokonywać odległość ok. 50 m do
toalet, ale za to kuchenka była na miejscu 🙂

Jedyny zabytek który widziałem po
drodze – ładny kamienny kościółek w Bodalla.

Road signs
warning of kangaroos I have seen many times, but kangaroos – only from a
distance. I did not have any collision with the kangaroo, but many times I
saw kangaroo corpses on the road, especially when I left the coast and found
myself on the grassy plateau surrounding the Snowy Mountains:
Znaki drogowe ostrzegające przed
kangurami widziałem wielokrotnie, ale kangury – tylko z daleka. Nie miałem
żadnej kolizji z kangurem, natomiast wiele razy widziałem zwłoki kangurów na
szosie, szczególnie wtedy, gdy porzuciłem wybrzeże i znalazłem się na
trawiastym płaskowyżu otaczającym Snowy Mountains:

xxI was
in the Australian Snowy Mountains and Mount Kosciuszko many years ago. This
time I decided to ride the Alpine Way – mountain road running 121 km through
Kosciuszko National Park. It encircles the massif of Mount Kosciuszko
reaching the culmination of 1580 m on the Dead Horse Gap pass. I did not
have such a chance during my previous stay, because there is no public
transport on this road, The road was narrow and winding, but I was
accompanied by beautiful views:
W australijskich Górach Śnieżnych
i na Górze Kościuszki byłem już wiele lat temu. Tym razem postanowiłem
przejechać Alpine Way – wysokogórską szosę biegnącą 121 km przez Kosciuszko
National Park. Okrąża ona masyw Góry Kościuszki osiągając kulminację 1580 m
na przełęczy Dead Horse Gap. Takiej szansy nie miałem podczas poprzedniego
pobytu, bo na tej szosie nie ma żadnego publicznego transportu, Droga była
wąska i kręta, ale towarzyszyły mi piękne widoki:

That day,
through Tumbarumba, I managed to get to Wagga Wagg (I am enjoying these cool
names!). Wagga Wagga turned out to be a neat, flowered and very hot town,
where on the outskirts you will find a museum of Australian aviation. I
breathed there in an inexpensive motel, and the next day on my way back to
Sydney I stopped in Canberra, the capital of Australia. So she looks
photographed from the hill of Red Hill:
Tego dnia
przez Tumbarumba udało mi się dojechać do Wagga Wagga (bawią mnie te fajne
nazwy!). Wagga Wagga okazała się schludnym, ukwieconym i bardzo gorącym
miasteczkiem, gdzie na peryferiach znajdziecie muzeum australijskiego
lotnictwa. Odetchnąłem tam w niedrogim motelu, a następnego dnia w powrotnej
drodze do Sydney przystanąłem w Canberrze, stolicy Australii. Tak ona
wygląda fotografowana ze wzgórza Red Hill:

From Sydney I
flew cheap Air Asia planes to Singapore, where a modest ship was waiting for
me, taking week-long cruises on the Gulf of Thailand. I managed to hunt down
a good price and, as a result, I had a chance to see new places in this
region. The first of these was the island of Ko Samui. A trip around the
island allowed me to see, among others several beautiful temples and a
spectacular waterfall:
Z Sydney
poleciałem tanią linią Air Asia do Singapuru, gdzie czekał na mnie skromny
statek, odbywający tygodniowe rejsy po Zatoce Tajlandzkiej. Należał mi się
relaks po dniach intensywnej jazdy w australijskim upale,,, Udało mi się
“upolować” dobrą cenę i w efekcie zobaczyć nowe miejsca w tym regionie.
Pierwszym z nich była wyspa Ko Samui. Wycieczka dookoła wyspy pozwoliła mi
zobaczyć m.in. kilka pięknych świątyń i efektowny wodospad:


From Ko Samui
we sailed to the Thai port of Laem Chabang located near the well-known
seaside resort of Pattaya. There are beautiful beaches and lots of
attractions for tourists. Behind a narrow green line, high hotels and
apartment buildings were built here. This place is worth seeing once, but I
am not attracted to such centers of mass tourism:
Z Ko Samui
popłynęliśmy do tajskiego portu Laem Chabang położonego w pobliżu
znanego nadmorskiego kurortu Pattaya. Są tu piękne plaże i masa atrakcji dla
turystów. Za wąską linią zieleni wybudowano w tu wysokie hotele i
apartamentowce. To miejsce warto raz zobaczyć, ale mnie takie ośrodki
masowej turystyki jakoś nie pociągają:

I was there by
accident on the day, when on a wide beach in Pattaya there was a meeting of
Thai scouts. They sat in a circle on the sand and sang. Then there was an
opportunity to talk, but their knowledge of English … -I was also a scout
in my country! – they probably understood that. And then we took a picture
of ourselves:
Trafiłem
przypadkowo na dzień, gdy na szerokiej plaży w Pattaya odbywał się zlot
tajskich skautów. Siedzieli w kręgu a piasku i śpiewali przy akompaniamencie
dużego bębna. Potem była okazja do rozmów, ale ich znajomość angielskiego…
-Ja też byłem skautem w moim kraju! – to zapewne zrozumieli. A potem
zrobiliśmy sobie zdjęcie:

Then our ship
sailed to the Sikhanoukville port in Cambodia. I have not been here yet! I
went out to the port gate and saw dozens of motorbike rickshaws offering
city rides. I preferred, however, to walk – to meet nice people,
unfortunately living here among the piles of garbage, mess and dust…
Potem nasz
statek popłynął do portu Sikhanoukville w Kambodży. Tu jeszcze nie byłem!
Wyszedłem za portową bramę i zobaczyłem kilkadziesiąt motocyklowych riksz,
oferujących przejażdżki po mieście. Wolałem jednak iść pieszo – by spotkać
sympatycznych ludzi, żyjących tu niestety wśród stert śmieci, bałaganu i
kurzu…


During a
walking, multi-kilometer tour around the city, I realized that today’s
Sikhanoukville is one big construction site. Old houses are being demolished,
and 20-story hotels are being built in their place, a dozen at a time. Who
invest?… – Chinese. You can easy imagine that two years after on the
concrete promenades, crowds of Chinese tourists taken by charter planes will
stroll around here. On the main square of the city, the closed fountain of
golden lions has a Chinese hotel under construction in the background:
Podczas
pieszej, wielokilometrowej wędrówki po mieście przekonałem się, że
dzisiejsze Sikhanoukville to jeden wielki plac budowy, pełen hałasu i kurzu.
Wyburza się stare domy, a w ich miejscu powstają 20-piętrowe hotele, i to z
tuzin na raz. Inwestują… Chińczycy. Można sobie zatem wyobrazić, że za dwa
lata po betonowych promenadach będą tu się przechadzać tłumy chińskich
turystów przywiezionych czarterowymi samolotami z pobliskich prowincji Chin.
Na głównym placu miasta nieczynna fontanna złotych lwów ma w tle chiński
hotel w budowie:

However, you
can still find some monuments – including the Buddhist monastery Wat Krom. I
liked the temple erected on a small hill, but even more interesting to me
was the adjacent cemetery with chapels in various colors:
Można tu
jednak jeszcze znaleźć jakieś zabytki – między innymi buddyjski klasztor Wat
Krom. Wzniesiona na niewielkim wzgórzu świątynia mi się podobała, ale
jeszcze ciekawszy wydał mi się sąsiadujący z nią cmentarz z kapliczkami w
różnych kolorach:

After
returning to the port in Singapore, I decided immediately enter Indonesia.
And it’s through the back door 🙂 Few people know that from the Singapore
port small catamarans depart few times a day, taking tourists and locals to
the nearest Indonesian island of Batam. It’s just an hournsailing and a
ticket costs 25 Singapore dollars. A visa for Indonesia entitling you to 30
days of stay is obtained free of charge at a small terminal in Batam. There
are of course beaches on Batam, but the most interesting objects of the
island are around Nagoya Hill:
Po powrocie do
portu w Singapurze zdecydowałem niezwłocznie wjechać do Indonezji. I to
przez tylne drzwi 🙂 Mało kto wie, że z
singapurskiego portu kilka razy dziennie odpływają niewielkie pasażerskie
katamarany zabierające turystów i miejscowych na najbliższą indonezyjska
wyspę Batam. To tylko godzina żeglugi i bilet za 25 singapurskich dolarów.
Wizę Indonezji uprawniającą do 30 dni pobytu otrzymuje się bezpłatnie w
niewielkim terminalu na Batamie. Na Batamie są oczywiście plaże, ale
najciekawsze obiekty wyspy skupione są wokół Nagoya Hill:

The flag of
Indonesia is the reverse of the Polish flag. I like this country, I have
been to it several times and have very nice memories. It is a country of
kind and smiling people. I met them here every day during a journey away
from the usual routes:
Flaga
Indonezji jest odwróceniem flagi Polski. Lubię ten kraj, byłem w nim już
kilkakrotnie i mam bardzo miłe wspomnienia. To kraj ludzi życzliwych i
uśmiechniętych. Spotykałem ich tutaj codziennie podczas dwutygodniowej
wędrówki z daleka od utartych szlaków: Z


From Batam, I
went to Palembang, a city of 1.5 million people, on the largest Indonesian
island – Sumatra. Palembang is the capital of the province of South Sumatra.
Last year, the Asian Games were held here, but you will not find much of the
metropolitan splendor here. It’s just another big Indonesian city with a
maze of bazaar streets in which I was looking for bread for nothing:
Z Batamu
udałem się do Palembangu 1,5-milionowego miasta na największej
indonezyjskiej wyspie – Sumatrze. Palembang jest stolicą prowincji
Południowa Sumatra. W ubiegłym roku odbywały się tu Azjatyckie Igrzyska, ale
wielkomiejskości znajdziecie tu niewiele. To po prostu jeszcze jedno wielkie
indonezyjskie miasto z labiryntem bazarowych uliczek w których bezskutecznie
szukałem chleba:

The city lies
on the navigable river of Musi. At the red bridge shown on the postcards,
several hundred colorful boats are moored, transporting people and goods to
villages located on the river. It’s a very busy and very colorful place.
More interesting to me from many new mosques built in different points of
the city:
Miasto leży
nad żeglowną rzeką Musi. Przy czerwonym moście, pokazywanym na pocztówkach i
obowiązkowo fotografowanym przez turystów cumuje kilkaset kolorowych łodzi,
transportujących ludzi i towary do wiosek położonych nad rzeką. To bardzo
ruchliwe i bardzo kolorowe miejsce. Ciekawsze dla mnie od wielu nowych
meczetów wybudowanych wielu punktach miasta:

Behind the red
bridge, on the outskirts of Palembang, I found the final railway station of
the line running through the interior up to Sunda Sound, separating Sumatra
from Java. I spent 10 hours on this train. The cars are old, with
Asian-style toilets, but it’s clean. Co-passengers did their best to make
life easier for the only European in the train. I was, among others served
with sandwiches with nasi – boiled rice wrapped in strips of banana leaves –
you can see it in the picture on the right column:
Za czerwonym
mostem, na peryferiach Palembangu znalazłem końcową stację kolejową linii
biegnącej przez interior aż do cieśniny Sunda, oddzielającej Sumatrę od
Jawy. Spędziłem w tym pociągu 10 godzin. Wagony są stare, z azjatyckimi
toaletami, ale jest czysto. Współpasażerowie robili wszystko, aby umilić
życie jedynemu Europejczykowi. Byłem m.in. częstowany kanapkami z nasi –
gotowanym ryżem zawijanym w paski liści bananowca – widać to na zdjęciu:


It was almost
evening when, after 10 hours on the train, I got off at Tanjung Karang’s
final station. Before dark, I found a reserved small hotel. In the morning
at 5.30, I was awakened by a loud call to pray from a nearby mosque. When
the day rose, it turned out that I live at a bazaar street with many stalls.
Finding food for breakfast was not a problem:
Był już prawie
wieczór, gdy po 10 godzinach jazdy wysiadłem na końcowej stacji Tanjung
Karang. Przed zmrokiem znalazłem zarezerwowany hotelik. Rano już o 5.30
obudziło mnie donośne nawoływanie do modlitwy z pobliskiego meczetu. Gdy
wstał dzień okazało się, że mieszkam przy bazarowej ulicy z wieloma kramami.
Ze znalezieniem jedzenia na śniadanie nie było problemu:

I had to use
the motorikshaw to Rajabas terminal and then a rickety bus to reach the
Bakauheni ferry terminal. From here, ferries to Merak in Java depart every
hour. The ticket costs 15,000 rupees – just over a dollar. In the picture
below I showed such a ferry. And on the left you can see a monument in the
shape of a golden crown raised on a hill at the edge of Sumatra.
Musiałem
skorzystać z motorikszy do Rajabasa terminal i następnie rozklekotanego
autobusu aby dotrzeć do terminalu promowego
Bakauheni. Stąd co godzinę odpływają
promy do Merak na Jawie. Bilet kosztuje 15 tysięcy rupii – niewiele ponad
dolara. Na zdjęciu poniżej pokazałem taki prom. A z lewej strony widać
pomnik w kształcie złotej korony wzniesionu na wzgórzu na krańcu Sumatry.

The ferry is
dirty and heavily rusted, people sit in large, open halls on plastic benches.
Amazingly, during a 2-hour cruise, they are served by a music program
performed by a three-person band. There is a gastronomy on board: they are
selling chips in the buffet, but drinks and snacks are served on the deck,
as in the picture on the left:
Prom jest
brudny i mocno pordzewiały, ludzie siedzą w wielkich, otwartych salach na
plastykowych ławkach. O dziwo, podczas 2-godzinnego rejsu serwuje się im
program muzyczny wykonywany przez trzyosobowy zespół. Na pokładzie
funkcjonuje obnośna gastronomia: bufet, ale napoje i przekąski serwowane są
także na pokładzie – tak jak na zdjęciu po lewej:


There are a
lot of small islands in the Sunda Strait that we passed during the cruise:
W Cieśninie
Sunda jest sporo drobnych wysepek, które mijaliśmy podczas rejsu:

From the port
of Merak, where I got off the ferry, I followed the coast to Carita Beach.
This holiday park is a base for trips to Krakatau – the famous active
volcano on one of the islets in the strait. Owners of motorboats were
carrying those tourists who wanted to watch a fuming cone up until December
2018. On December 22, a volcanic explosion took place that caused tsunami
wave few meters high. The wave hit the nearest Carita, causing damage to
coastal hotels and other buildings. The psychological effect of the
explosion was even worse – tourists stopped coming to Carita. I found the
holiday resort completely empty. Nevertheless, I decided to sail to
Krakatau. XXX
Z portu Merak,
gdzie wysiadłem z promu podążyłem wzdłuż wybrzeża do Carita Beach. To
wczasowisko jest bazą dla wycieczek na Krakatau – słynny aktywny wulkan na
jednej z wysepek w cieśninie. Właściciele motorówek wozili turystów,
chcących obejrzeć z bliska dymiący stożek aż do grudnia 2018. 22 grudnia
nastąpiła eksplozja wulkanu, która wywołała fale tsunami o wysokości kilku
metrów. Fala uderzyła w najbliżej położoną Caritę, powodując zniszczenia
nadbrzeżnych hoteli i innych budowli. Jeszcze gorszy był efekt
psychologiczny wybuchu – turyści przestali przyjeżdżać do Carity.
Wczasowisko zastałem zupełnie puste. Mimo to zdecydowałem się popłynąć na
Krakatau.


I found a
motorboat and I agreed with the skipper. We sailed. At the beginning, in the
distance, one could see the cone of the Rakata island (pictured on the left
column) which is a fragment of the oldest crater. When, after 1.5 hours of
sailing, we entered this crater, I saw a cluster of islands around me –
among them Krakatau Kecil with stumps of trees burned out during the last
explosion.
Znalazłem
motorówkę i dogadałem się z szyprem. Popłynęliśmy. Na początku w dali widać
było stożek wyspy Rakata (zdj. na lewej kolumnie) będącej fragmentem
najdawniejszego krateru. Gdy po 1,5 godz. żeglugi wpłynęliśmy do tego
dawnego krateru zobaczyłem wokół siebie wianuszek takich wysp – wśród nich
Krakatau Kecil z kikutami drzew wypalonych podczas ostatniego wybuchu
(zdjęcie powyżej – nad motorówką).
In the middle
of a wreath of islands grows from the ocean “young” volcano – Anak – The Son
– as local people call him. It turned out that during the explosion on
December 22nd, 2018, a high volcanic cone fell. What is Anak today is seen
in the picture below: on the western edge of the hill, formed of mud and
cinder high on several dozen meters, is a crater that has the form of a
boiling water fountain:
W środku
wianuszka wysp wyrasta z oceanu “młody” wulkan – Anak – Synek – jak go
miejscowi nazywają. Okazało się, że podczas eksplozji 22 grudnia 2018 wysoki
wulkaniczny stożek się zapadł. To czym jest Anak dziś to widać na zdjęciu
poniżej: na zachodnim skraju wysokiego na kilkadziesiąt metrów wzgórza
uformowanego z błota i żużla jest krater mający formę wywierzyska gotującej
się wody. Szyper bał się podpłynąć bliżej:

The hot water
from the volcanic canopy is orange. The combination of the mass of this
water with the dark ocean water resembles the convergence of the Amazon and
Rio Negro waters that I once saw in Brazil upstream from Manaus.
Gorąca woda z
wulkanicznego wywierzyska ma kolor pomarańczowy. Połączenie mas tej wody z
ciemną wodą oceanu przypomina konwergencję wód Amazonki i Rio Negro, którą
widziałem kiedyś w Brazylii powyżej Manaus.

We landed for
the quarter on Anak, but on the eastern side, where there is a black beach.
I took there few photos and the time was coming to go back, because the wind
was getting stronger. I saw that my crew welcomed the decision with relief.
Because staying near a volcano, which has exploded recently, however,
contains a lot of risk …
Wylądowaliśmy
na chwilę na Anaku, ale po stronie wschodniej, gdzie jest czarna plaża,
zrobiłem tam kilka zdjęć i zdecydowałem, że pora wracać, bo wzmagał się
wiatr. Widziałem, że moja załoga powitała tę decyzję z ulgą. Bo przebywanie
w pobliżu wulkanu, który nie tak dawno eksplodował zawiera jednak spore
ryzyko… W drodze powrotnej solidnie nad wyhuśtało, motorówka skakała po
falach.

Nieco inaczej
wyobrażałem sobie to legendarne miejsce, ale wracałem z wulkanu mokry od
bryzgów ale szczęśliwy. Bo oto udało mi się odwiedzić jeszcze jedno
kultowe dla podróżników miejsce! Dziewczęta z Carity nie chciały
wierzyć: -Nie bałeś się płynąć na Krakatau?

I imagined
this legendary place a bit different, but I was coming back from the volcano
wet but happy. Because here I was able to visit one more cult place for
travelers! The girls from Carita did not want to believe: -You were not
afraid to sail to Krakatau?

Changing
the means of transport several times, I moved from Carita to the Karimunjawa
archipelago. The well-known Lonely Planet publishing house has included it
in ten of the most beautiful places in Indonesia. In a few days I was
walking around the main island of the archipelago and I have to say that it
is really a paradise. Especially before the season, when there are few
tourists.
Zmieniając
kilkakrotnie środki transportu przemieściłem sie z Carity na archipelag
Karimunjawa. Znane wydawnictwo Lonely Planet zaliczyło go do dziesięciu
najpiękniejszych miejsc w Indonezji. W ciągu kilku dni zwiedzałem pieszo
główną wyspę archipelagu i muszę powiedzieć, że to rzeczywiście rajski
zakątek. Szczególnie przed sezonem, gdy jest tam mało turystów. Mieszkańcy
wyspy żyją w takich warunkach, jak dawniej i byli dla mnie bardzo mili.

Karimunjawa
and its residents deserve a separate website. I want this to happen as part
of my cycle World of the Isles. You
can find it through this link:
The last
episode of my this year’s stay in Indonesia was the 1.5-million city of
Semarang – the capital of Central Java. I found there not only monuments
from the Dutch colonial period, but also an interesting Chinese temple:
Karimunjawa i
jej mieszkańcy zasługują na osobną stronę internetową. Powstała ona
już w ramach mojego cyklu Świat
wysp. Można ją znaleźć przez ten link:
Ostatnim
epizodem mojego tegorocznego pobytu w Indonezji było 1,5-milionowe miasto
Semarang – stolica Środkowej Jawy. Znalazłem tam nie tylko zabytki z
holenderskiego okresu kolonialnego, ale także ciekawą chińską świątynię:

For many
Indonesians, a lonely foreigner and a walking wanderer is a sensation and
attraction here. I have been asked many times to pose for joint photos. Here
– with the whole local family:
Dla wielu
Indonezyjczyków samotny obcokrajowiec i do tego wędrujący pieszo jest tu
sensacją i atrakcją. Wiele razy byłem proszony o pozowanie do wspólnych
zdjęć. Tutaj – z całą rodziną miejscowych:

Then there was only Singapore, where during the morning walk I found a new
place on the Esplanade, from which opens a sensational panorama of this
modern city (photo below). From Singapore, I flew straight to Warsaw (it was
13 hours of flight) and further – to my hometown of Gdansk…
Potem był już
tylko stopover w Singapurze, gdzie podczas porannego spaceru znalazłem nowe
miejsce na Esplanadzie, z którego otwiera się rewelacyjna panorama tego
nowoczesnego miasta (zdjęcie poniżej). Z Singapuru poleciałem prosto do
Warszawy (to było 13 godzin lotu) i dalej – do rodzinnego Gdańska…

This was another great and very varied journey, prepared over a year and
successfully completed. You can also find hot news (in English) and photos from this
voyage as always in my
travel log.
To była kolejna wielka i bardzo
urozmaicona podróż, przygotowywana przez ponad rok i zakończona pełnym
sukcesem. Pisane na
gorąco wiadomości i fotki z tej trasy znajdziecie jak zawsze w moim
At the turn of March and April 2019 I flew to Geneva. I got
an award ticket for miles flown by LOT airplanes – they had a short validity…
My Swiss friend, a great traveler, Michael invited me to stay overnight and
helped me get cheap tickets that are valid for traveling around the whole
country. Already on the first day, I was able to recall years later, how
Geneva looks like and see its famous fountain Jet d’Eau ejaculates from Lake
Geneva to a height of 140 meters:
Na
przełomie marca i kwietnia 2019 poleciałem do Genewy. Należał mi się nagrodowy
bilet za mile wylatane samolotami LOTu – miały wkrótce przepaść… Mój
szwajcarski przyjaciel – wielki podróżnik Michael zaprosił mnie na nocleg i
pomógł w zdobyciu tanich biletów ważnych na podróżowanie po całym kraju. Już
pierwszego dnia mogłem przypomnieć sobie po latach, jak wygląda Genewa i jej
słynna fontanna Jet d’Eau wytryskująca z Jeziora Genewskiego na wysokość 140
metrów:


Z Genewy pojechałem autobusem do Chamonix – to blisko, ale już we Francji.
Chciałem zobaczyć w końcu najwyższą górę Europy. Bo tak się złożyło, że choć
byłem na Kilimandżaro i Fudżijamie, to dotąd nie widziałem Mont Blanc
🙂 Biała Góra jest doskonale widoczna z Chamonix. Dzięki pomocy pana
Kacpra – mieszkającego tu sympatycznego polskiego couchsurfera (na zdjęciu
obok) uzyskałem
całodzienny skipass – nie po to, by jeździć na nartach, ale po to by bez
dodatkowych opłat korzystać ze wszystkich okolicznych kolejek linowych i
terenowych. Wykorzystałem ten pass aż na 3 kolejki!
From Geneva I went by bus to Chamonix – it’s close, but already in France. I
wanted finally see the highest mountain in Europe. Because it so happened
that although I was at the top of Kilimanjaro and Fuji, I have not seen Mont
Blanc so far 🙂 White Mountain is perfectly visible from Chamonix. Thanks to
the help of Mr. Kacper – a friendly Polish couchsurfer living here (on the
picture above) I got a day-long ski pass – not to ski, but to use all
surrounding cableways and terrain railways without any additional fees. I
used this pass for 6 different rides!


The best view of Mont Blanc (4810m -picture above) opens from the top of Mt Brevent,
which I entered by a two-stage cable car. I took the terrain railway to the
glacier flowing from Mont Blanc. From the final station you can use stairs
to descended to the glacier itself, where the ice cave was carved out:
Najlepszy widok na Mont Blanc (4810 m -zdjęcie powyżej) otwiera się ze szczytu Brevent, na który wjechałem dwuetapową kolejką linową. Natomiast kolejką
terenową dojechałem do lodowca spływającego spod Mont Blanc. Schodkami można
zejść z końcowej stacyjki aż na sam lodowiec, w którym wykuto lodową grotę:

The next day I went by train to Zermatt – a famous winter sports center. It
turned out that the town, squeezed into a narrow valley, is tightly built
with stylish pensions and you have to walk several hundred meters up the
valley to see the biggest landscape attraction, which is the lonely
Matterhorn 4478 m:
Kolejnego dnia pojechałem pociągami do Zermatt – znanego ośrodka sportów
zimowych. Okazało się że miasteczko wciśnięte w wąską dolinę jest szczelnie
zabudowane stylowymi pensjonatami i trzeba przejść kilkaset metrów w górę
doliny, aby zobaczyć największą atrakcję krajobrazową, jakim jest samotny
szczyt Matterhorn 4478 m:

The Matterhorn rock pyramid has become a tourist icon of Switzerland and one
of the most inaccessible alpine peaks. Hundreds of people died trying to
reach the summit. Many of them are buried in the cemeteries in Zermatt. I
was lucky: an hour after taking this picture, the picturesque mountain was
already completely covered by clouds:
Skalna piramida Matterhornu stała się turystyczną ikoną Szwajcarii i jednym
z najbardziej niedostępnych alpejskich szczytów. Setki ludzi zginęły
próbując go zdobyć. Wielu spośród nich spoczywa na cmentarzach w Zermatt.
Miałem szczęście: w godzinę po zrobieniu tego zdjęcia malowniczą górę
całkowicie przesłoniły chmury:

The next day I set off from my base in Geneva to Ticino – the part of
Switzerland where Italian is spoken. It is a land of beautiful mountain
lakes. Unfortunately, that day there was no more sun and it was raining.
Nevertheless, I managed to see Locarno, where the film festival takes place.
Next to Locarno you will find smaller but more romantic town of Ascona:
Kolejnego dnia wyruszyłem z mojej bazy w Genewie do Ticino – tej części
Szwajcarii, w której mówi się po włosku. To kraina pięknych górskich jezior.
Niestety tego dnia nie było już słońca i padał deszcz. Mimo to udało mi się
zobaczyć Locarno, gdzie odbywa się filmowy festiwal. Z Locarno sąsiaduje
mniejsze, ale bardziej nastrojowe miasteczko Ascona:

I liked even more the nearby Lugano, located on another, even nicer lake. On
the waterfront promenade there is a statue of Wilhelm Tell – the legendary
national hero of Switzerland, known from the literature and musical works:
Jeszcze bardziej podobało mi się pobliskie Lugano, położone nad innym,
jeszcze ładniejszym jeziorem. Na promenadzie nad wodą stoi tu pomnik
Wilhelma Tella – legendarnego bohatera narodowego Szwajcarii, znanego z
dzieł literackich i muzycznych:

Weather – nice until now, the beauty broke down for good on the last day
when I was going to St. Moritz. This time, apart from the train, I had to
use the postal bus. When it began to climb the San Bernardino pass it began
to… snow. There was more and more of it and soon we were driving behind a
snow plow. The mountain train riding through high overpasses and rock ledges
above the precipices reached St Moritz on time. It is a fashionable and
beautifully located winter sports center, where the Olympic Games were
organized twice. Unfortunately, on April 4, there was 20 cm of snow – and it
was continuously snowing… So I did not see much:
Pogoda – dotąd piękna popsuła się na dobre ostatniego dnia, gdy jechałem do
St Moritz. Tym razem oprócz pociągu musiałem skorzystać z rejsowego
autobusu. Gdy zaczął się wspinać na przełęcz San Bernardino zaczął padać…
śnieg. Było go coraz więcej i wkrótce jechaliśmy za śnieżnym pługiem. Tak
minęliśmy uwiecznioną przez naszego poetę wieś Splugen… Nie bał się opadów
górski pociąg, którym przez wysokie wiadukty i po skalnych półkach
zawieszonych nad przepaściami dotarłem do St Moritz. To modny i pięknie
położony ośrodek sportów zimowych, gdzie dwukrotnie zorganizowano igrzyska
olimpijskie. Niestety 4 kwietnia napadało tam 20 cm śniegu – i śnieg padał
dalej… Niewiele zatem zobaczyłem:


So that our conductors would smile like the one from a Swiss mountain train!
Despite the bad weather on the last day, I returned to Poland in a great
mood. This trip, although it lasted only a week, I think is very successful…
Thank you for your help, Mike. Thanks to the couchsurfing hosts!
Żeby tak nasze konduktorki uśmiechały się tak jak ta ze szwajcarskiego
górskiego pociągu! Mimo kiepskiej pogody, która dokuczyła mi ostatniego dnia
wracałem do Polski w doskonałym nastroju. Podróż tę, choć trwała tylko
tydzień uważam za bardzo udaną… Dziękuję Michaelowi i hostom z
Couchsurfingu!
In May 2019, using the Wizzair airline flight award tickets, I made a short trip to several
countries of Southern Europe. I was in those countries, of course, before,
but there were still places in them that I knew only from literature. The
journey began with a flight from Gdansk to Vienna, but the
first city I stayed in was Austrian Graz – the capital of Styria. The city
has many monuments and thanks to them it was placed on the UNESCO World
Heritage List. For me, the most-loved was Eggeberg castle, built in the nice
park:
W maju 2019, korzystając z nagrodowych biletów lotniczych
kompanii Wizzair odbyłem krótką podróż do kilku krajów Południowej Europy.
Byłem oczywiście w tych krajach już wcześniej, ale wciąż pozostawały w nich
miejsca, które znałem tylko z literatury. Zaczęło się od lotu do
Wiednia, ale pierwszym miastem, w którym
się zatrzymałem był austriacki Graz – stolica Styrii. Miasto ma wiele
zabytków i dzięki nim trafiło na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Mnie w
Grazu najbardziej podobał się zbudowany w pięknym parku zamek Eggeberg:

From Graz, I traveled for only 9 euro (by
bus) to Klagenfurt – the capital of Carinthia. This two-hour route was full
of great views. The weather was excellent, and there was still snow on the tops
of the mountains:
Z Grazu jechałem za jedne 9 euro autobusem Austriackich Kolei do Klagenfurtu
– stolicy Karyntii. Ta dwugodzinna trasa obfitowała we wspaniałe widoki.
Pogoda była słoneczna, a na szczytach gór leżał jeszcze śnieg:

Klagenfurt turned out to be a city much
smaller than Graz, but it was nicer among the low mountains. Within walking
distance of the city center (about an hour) is the big mountain lake
Worthsee. Well, the main square of Klagenfurt stands two monuments: the
legendary dragon and Empress Maria Teresa:
Klagenfurt okazał się miastem znacznie mniejszym od Grazu, ale za to ładniej
położonym wśród niewysokich gór. W zasięgu pieszego spaceru z centrum miasta
(około godziny) jest duże górskie jezioro Worthsee. No główny placu
Klagenfurtu stoją dwa pomniki: legendarnego smoka i cesarzowej Marii Teresy:

After saying goodbye to Klagenfurt, I
took two more buses to reach Zagreb – the capital of Croatia. It was a
completely different country and a different standard of living for the
residents. It is cheaper here than in Austria, more affordable hostels, and
currency exchange offices at every turn. The pride of the city is the
two-tower cathedral, whose lump grows above the red roofs of the Old Town.
The picture below was taken from the terrace near St.Catherine church.
Unfortunately, one of the towers was under renovation:
Po pożegnaniu Klagenfurtu dwoma kolejnymi autobusami przemieściłem się do
Zagrzebia – stolicy Chorwacji. To był już zupełnie inny kraj i inny poziom
życia mieszkańców. Taniej tu niż w Austrii, więcej jest niedrogich hosteli,
a kantory wymiany walut – na każdym kroku. Dumą miasta jest dwuwieżowa
katedra (wstęp bezpłatny), której bryła wyrasta ponad czerwone dachy Starego Miasta.
Zdjęcie poniżej zrobiłem z zamkowego wzgórza, gdzie przy kościele Św.
Katarzyny jest dogodny taras widokowy. Niestety
jedna z wież była w remoncie:


Stare miasto w Zagrzebiu pełne jest kawiarenek i piwiarń, w których od
wczesnego ranka przesiadują miejscowi – upodabnia to atmosferę tutejszych
ulic do miast włoskich czy greckich. Wiele jest też sklepików z pamiątkami,
gdzie oprócz zwykłej tandety oferuje się także chorwackie rękodzieło i
tradycyjne produkty spożywcze. Ta dziewczyna w ludowym stroju zachęcała
przechodniów do odwiedzenia takiego sklepu. Moja propozycja wspólnego
zdjęcia została przyjęta – jak widać – bardzo życzliwie…
The old town in Zagreb is full of cafes
and pubs, where the locals sit since the early morning – it makes the
atmosphere of the local streets like an Italian or Greek city. There are
also many souvenir shops, where apart from regular trash, Croatian
handicraft and traditional food products are also offered. This girl in a
folk outfit encouraged passers-by to visit such a store. My proposal of a
joint photo was accepted – as you can see – very kindly …
Another bus needed 5 hours to cover the
distance of 400 km from Zagreb from Split, located on the Adriatic coast.
Split has a history dating back to the times of the Roman Empire. However,
the suburbs of Split, which is today a big city, do not impress. Only when
you are under the walls of the Diocletian’s Palace (this name is a
misunderstanding, because it concerns the entire old town) you will be
delighted with the palm-lined promenade, and then a maze of old and narrow
streets filling the space inside the city walls ring:
Kolejny autobus potrzebował aż 5 godzin, by pokonać dystans 400 kilometrów dzielących Zagrzeb od Splitu, położonego na wybrzeżu Adriatyku.
Split ma historię sięgającą czasów Cesarstwa Rzymskiego. Jednak przedmieścia
Splitu, który jest dziś wielkim miastem nie zachwycają. Dopiero, gdy
znajdziecie się pod murami Pałacu Dioklecjana (ta nazwa to nieporozumienie,
bo dotyczy całego starego miasta) można się będzie zachwycić wysadzaną
palmami nadmorską promenadą, a potem labiryntem starych i wąskich uliczek
wypełniającym przestrzeń wewnątrz pierścienia miejskich murów:

The beauty of old Split can be
appreciated fully by climbing the viewpoint on the Marjan Hill. From the end
of the seaside promenade, it takes about 20 minutes to walk up the steps and
a steep street. At the lookout point there is a small restaurant and a
little terrace decorated with a cross. The view of the city, the bay and the
mountains closing the horizon is sensational:
Urodę starego Splitu można docenić w pełni wspinając się na punkt widokowy
na wzgórzu Marjan. Z krańca nadmorskiej promenady to jakieś 20 minut marszu
w górę stopniami i stromą uliczką. Na punkcie widokowym jest mała
restauracja i mały taras ozdobiony krzyżem. Widok na miasto, zatokę i góry
zamykające horyzont jest rewelacyjny:

Few of the tourists visiting Split know
that the city bus can be reached from the city to the foot of the medieval
castle Klis. The first stronghold was established here before our era. Not
so long ago, the film “Game of Thrones” was made in the ruins. Entrance to
the stronghold costs 60 kuna. The fortress is relatively narrow, but very
stretched on a mountain ridge:
Mało kto spośród turystów odwiedzających Split wie, że miejskim autobusem
można dojechać z miasta do podnóża średniowiecznego zamku Klis. Pierwsza
warownia powstała tu jeszcze przed naszą erą. Nie tak dawno w ruinach
realizowano film “Gra o Tron”. Wstęp do warowni kosztuje 60 kun. Forteca
jest stosunkowo wąska, ale bardzo rozciągnięta na górskim grzbiecie:

Ze Splitu moja droga wiodła przez Zagrzeb na północ – na Węgry. Na początku
korzystałem z autobusu, a potem z pociągu międzynarodowego, który tylko raz
na dobę przekracza granicę chorwacko – węgierską. Był późny wieczór, gdy
dotarłem do Peczu – miasta, gdzie na głównym placu zobaczyć można dawny
meczet, zmieniony po pokonaniu Turków na kościół (zdjęcie poniżej)
From Split, my road led through Zagreb to
the north – to Hungary. At the beginning I used the bus, and then the
international train, which only once a day crosses the Croatian – Hungarian
border. It was late evening, when I got to Pécs – the city, where in the
main square you can see the former mosque, changed after defeating the Turks
to the church (photo below)


I spent a nice day in Pecs staying in
lovely Green Garden appartment. It turned out that the Hungarian railways
offer seniors from the EU who have reached 65 years free travel on their
entire network. If we choose a train that has all the reserved seats, the
senior must book only a seat. So I went for free by train from Pécs to
Budapest, to remind myself again, after 15 years, what a nice city looks
like. I climbed the Gellert Hill and walked the hills of Buda up to the
Fisherman’s Bastion:
Okazało się, że węgierskie koleje oferują seniorom z UE, którzy ukończyli 65
lat bezpłatne przejazdy w całej swojej sieci. Jeśli wybierzemy pociąg,
który ma wszystkie miejsca rezerwowane, to senior musi wykupić sobie tylko
miejscówkę. Pojechałem więc za darmo koleją z Peczu do Budapesztu, by
przypomnieć sobie ponownie po 15 latach, jak wygląda to sympatyczne miasto.
Wspiąłem sie na Wzgórze Gellerta i powędrowałem wzgórzami Budy aż do
Bastionu Rybackiego:

Budapest was the last stopover of this journey.
There is a direct bus 100E (900 ft) going from the city center to the
airport. I was flying to Gdansk with a change in Stockholm Skavsta – it is a
better and cheaper connection than through Warsaw! And you had to take it
hard to work in my Wojtkówka! 🙂
Budapeszt był ostatnim punktem etapowym tej podróży. Ekspresowy autobus 100E
(900 forintów) kursuje tam z centrum miasta na lotnisko. Do Gdańska leciałem
z przesiadką w Sztokholm Skavsta – to lepsze i tańsze połączenie niż przez
Warszawę! I trzeba było wziąć się ostro do pracy w Wojtkówce! 🙂
At the beginning of September, I was invited as a
special guest to Lviv – for the first meeting in history of leading
travelers of Ukraine, who visited a hundred and more countries. Everything
was happening in the modern Futura Hub center. I had there a speech in
Russian, which was a big challenge for me. Judging from eyelids applause,
however, everything went well, and during the full-day conference dozens of
people approached me asking for a photo together.
The “congress” became an opportunity to meet interesting people, travelers –
enthusiasts. In the photo below on the right you can see Harry Mitsidis –
founder of the Nomadmania.com portal, and on the left Konstantin Liorek from
Ukraine, who visited over 150 countries.
Na początku września zaproszono mnie jako specjalnego
gościa do Lwowa – na pierwsze w historii spotkanie czołowych podróżników
Ukrainy, takich, co odwiedzili sto i więcej krajów. Wszystko działo się w
nowoczesnym centrum Futura Hub. Miałem tam wystąpienie w języku rosyjskim,
co było dla mnie dużym wyzwaniem. Sądząc z rzęsistych oklasków wszystko
jednak poszło dobrze, a w trakcie całodziennej imprezy dziesiątki ludzi
podchodziło do mnie prosząc o wspólne zdjęcie.
Zjazd stał się
okazją do spotkań z ciekawymi ludźmi, podróżnikami – pasjonatami. Na zdjęciu
poniżej po prawej Harry Mitsidis – założyciel portalu Nomadmania.com, a po
lewej Konstantin Liorek z Ukrainy, który odwiedził ponad 150 krajów.


I used the days before and after the
meeting to connect beautiful Lviv. I managed to buy online ticket to the
Lviv Opera House and spent there unforgettable evenings, admiring the beauty
of this historic theater and Lehar’s “Merry Widow” performance:
Dni przed i po zjeździe wykorzystałem na przypomnienie sobie pięknego Lwowa.
Udało mi się z wyprzedzeniem kupić online bilet do Opery Lwowskiej i
spędziłem tam niezapomniany wieczór, podziwiając urodę tego zabytkowego
teatru i przedstawienie “Wesołej Wdówki” Lehara:


I love opera and classical
operetta. I like the festive atmosphere of the musical theater, so it was
for me a great artistic experience. I will try to come back to this amazing
theater again in the future. It is only 1 hour 10 minutes low-cost flight
from my Gdańsk:
Kocham operę i klasyczną operetkę. Odpowiada mi bardzo odświętna atmosfera
muzycznego teatru, więc było to duże przeżycie artystyczne. Postaram się
wrócić jeszcze kiedyś do tego wspaniałego teatru, przecież to tylko godzina
i 10 minut lotu z mojego Gdańska:

From Lviv I took a trip by local bus to
Drohobycz. Then a Pole living here, also a traveler – Mr. Kamil
invited me to a tour of several picturesque castles erected when Western
Ukraine was a part of Poland, located a short distance from Lviv. First it
took us about an hour we went to the castle in Zolochiv, in the
courtyard of which two palace buildings were erected. They containing now
museum exhibitions:
Ze Lwowa zrobiłem sobie wycieczkę lokalnym autobusem do Drohobycza, a potem
mieszkający tu Polak, też podróżnik – pan Kamil zaprosił mnie na objazd
kilku malowniczych zamków wzniesionych w czasach Rzeczpospolitej
Szlacheckiej, położonych w niewielkiej odległości od Lwowa. Około godziny
jechaliśmy najpierw do zamku w Złoczowie, na którego dziedzińcu wzniesiono
dwa budynki pałacowe, zawierające muzealne ekspozycje:

The second object on our trail was the
Pidhirtsi Castle. It was designed by an Italian architect and as a result of
his work one of the most beautiful castles of Eastern Europe was created.
The building, though cleaned up, is in terrible condition. On the
whitewashed interior walls, copies and reproductions of paintings hang in
the rooms. Plaster falls off the outer walls. Podhorce looks best from a
distance:
Drugim
obiektem na naszym szlaku był zamek w Podhorcach. Projektował go włoski
architekt, a w wyniku jego pracy powstał jeden z najpiękniejszych zamków
Wschodniej Europy. Budowla choć wysprzątana jest w fatalnym stanie. Na
pobielonych ścianach zamkowych sal wiszą kopie i reprodukcje obrazów. Z
zewnętrznych ścian wszędzie odpadają tynki. Najlepiej zatem Podhorce
prezentują się z dystansu:

The third object of the “Golden
Horseshoe” – because this is the name of the trail is the castle in Olesko.
I was amazed to learn that it was in this castle that the future Polish king
Jan III Sobieski was born. The castle interiors now house a museum
exhibition covering furniture and equipment from previous eras and an
interesting painting gallery:
Trzeci obiekt “Złotej Podkowy” – bo tak nazywa się ten szlak to zamek w
Olesku. Ze zdumieniem dowiedziałem się, że to właśnie w tym zamku urodził
się przyszły król Jan III Sobieski. Że nie wspomnę słabowitego Michała
Korybuta Wiśniowieckiego. W zamkowych wnętrzach mieści się obecnie muzealna
ekspozycja obejmująca meble i sprzęty z ubiegłych epok oraz ciekawa galeria
malarstwa:

A dignified closing of my stay in Lviv
was dinner in an unusual inn in the basement of the historic arsenal. It is
called “Ribernia” – ribs plant. That’s because the only but delicious dish
that is served here are roasted ribs. You eat them like in the Middle Ages –
with your fingers, securing clothes with paper aprons. The feast was
excellent. And the next day, after hearing the morning singings in the
famous Saint Yur Cathedral Church (photo below) I flew to Gdansk …
Godnym zamknięciem mojego pobytu we Lwowie była kolacja w niezwykłej
karczmie w podziemiach historycznego arsenału. Nazywa się ten zakład
Ribernia czyli Żeberkownia. Bo jedynym, ale wyśmienitym daniem, które jest
tu serwowane są pieczone żeberka. Je się je jak w średniowieczu – palcami,
zabezpieczając odzież podanymi papierowymi fartuszkami. Uczta była
znakomita. A następnego dnia po wysłuchaniu porannych śpiewów w
słynnym Soborze Św. Jura (zdjęcie poniżej) odleciałem do Gdańska…
The fifth voyage of 2019 was not very long.
In mid-September 2019 I set out on a short trip to Western Europe. I have
long wanted to see the famous medieval Benedictine monastery of Mont Saint
Michel, erected on a high rock off the coast of Normandy. However, I was
always off my way – my routes usually ran away from these areas … And the
time came to see this unusual place…
Piąta podróż 2019 roku nie była zbyt długa. W połowie
września 2019 wyruszyłem w krótką podróż do Europy Zachodniej. Od dawna
chciałem zobaczyć słynny średniowieczny klasztor benedyktynów Mont Saint
Michel, wzniesiony na wysokiej skale odsuniętej od wybrzeża Normandii.
Zawsze jednak było mi nie po drodze – moje szlaki przebiegały zazwyczaj z dala od
tych okolic… No i przyszedł czas…

However, in order to rationally use the cheap airline tickets I decided to
combine the trip to the monastery with a visit to Channel Islands – islands
on the English Channel, for centuries having significant autonomy within the
British Commonwealth. The journey began with two cheap flights through
London to the island of Guernsey. Particularly picturesque is the southern
coast of this island, which I crossed on foot:
Aby jednak
racjonalnie wykorzystać bilety lotnicze tanich linii postanowiłem połączyć
wyprawę do klasztoru ze zwiedzaniem Channel Islands – wysp na Kanale La Manche, od wieków
posiadających znaczną autonomię w ramach Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.
Podróż zaczęła się od dwóch lotów tanimi liniami przez Londyn na wyspę
Guernsey. Szczególnie malownicze jest południowe wybrzeże tej wyspy,
które przemierzyłem pieszo:

During the whole trip, I lived with Couchsurfing hosts, which significantly
reduced the costs of expedition. A dark-skinned Nigerian citizen living in
the island’s capital – St Peter’s Port invited me to stay in his flat. It is
a small, flowery town with steep narrow streets in its old part. Guernsey
authorities have the right to print their own money – Guernsey pounds and to
issue their own postage stamps.
Podczas całej
tej podróży mieszkałem u hostów z organizacji Couchsurfing, co znacznie
obniżyło koszty. Na Guernsey zaprosił mnie ciemnoskóry obywatel Nigerii.
mieszkający w stolicy wyspy – St Peter’s Port. To niewielkie, ukwiecone
miasteczko o stromych wąskich uliczkach w jego starej części. Władze
Guernsey mają prawo do drukowania własnych pieniędzy – funtów Guernsey i do
wypuszczania własnych znaczków pocztowych.

From Guernsey, small ships depart several times a day to the neighboring
island of Sark. Sark is much smaller, more conservative in terms of customs
and less developed, which only adds to her charm. There is not a single car
on the island nor a single kilometer of paved roads. After arriving at Sark,
as on the famous Pitcairn, newcomers must climb the road to a cliff over 100
meters high to find themselves in the only settlement. There they find
traditional buildings from centuries ago and horse-drawn carts, with which
you can visit the island for a fee. Of course I went on foot. Well
maintained paths led me along the cliffs, opening up new panoramas. Wild
blackberries grew along these paths, which I could eat too.
Z Guernsey kilka razy dziennie
niewielkie statki odpływają na sąsiednią wyspę Sark. Sark jest znacznie
mniejsza, bardziej konserwatywna jeśli chodzi o obyczaje i mniej rozwinięta,
co tylko przydaje jej uroku. Na wyspie tej nie ma ani jednego samochodu i
ani kilometra bitych dróg. Po przybyciu na Sark, tak jak na słynnym
Pitcairnie przybysze muszą wspiąć się drogą na wyniesiony o ponad 100 metrów
klif, aby znaleźć się w jedynej osadzie. Znajdują tam tradycyjną zabudowę
sprzed wieków i konne zaprzęgi, którymi za opłatą można zwiedzać wyspę. Ja
oczywiście wyruszyłem pieszo. Dobrze utrzymane ścieżki prowadziły mnie po
klifach, otwierając coraz to nowe panoramy. Wzdłuż tych ścieżek rosły dzikie
jeżyny, którymi mogłem się przy okazji objadać.

A narrow isthmus connects Sark with Little Sark – this is one of the most
picturesque places on the island. I was returning from there to the marina
on the south cliff, which hardly anyone visits, fearing that I will make my
way back to the ship. But everything went well – I have an unforgettable
experience from this island. Returning to Guernsey, I boarded a large ferry,
which within only an hour took me to the largest of the Channel Islands –
Jersey. My nice lady-host – a Hungarian from Transylvania not only offered
me a bed,
but also took me around the island by car. We both agreed that the most
beautiful place on Jersey is the sandy bay of Beau Port, surrounded by rocks:
Wąski przesmyk łączy Sark z
Małym Sarkiem – jest to jedno z najbardziej malowniczych miejsc na wyspie.
Wracałem stamtąd do przystani południowym klifem, który rzadko kto odwiedza,
obawiając się, czy zdążę na powrotny statek. Ale wszystko poszło dobrze –
mam z tej wyspy niezapomniane wrażenia. Powróciwszy na Guernsey wsiadłem na
duży prom, który w ciągu zaledwie godziny przewiózł mnie na największą z
kanałowych wysp – na Jersey. Moja miła gospodyni – Węgierka z Transylwanii
nie tylko mnie przenocowała, ale także obwiozła samochodem po wyspie. Oboje
zgodziliśmy się co do tego, że najpiękniejszym miejscem na Jersey jest
otoczona skałkami piaszczysta zatoczka Beau Port:

That same evening I took a ferry to France. My starting point on the French
coast was the small port town of Granville, where I lived in a moody mansard
with Marie-Christine – an old lady who in her youth spent many months
hitch-hiking in the US and China.
The next day, a city bus for just 2.30 euros drove me to the Mont Saint
Michel monastery. I’ve seen him from afar. There is no other building like
Saint Michel in the world … I walked a few kilometers on foot to the
monastery gate (although there is a free bus there) to enjoy the view and
photograph the phenomenal object from different angles.
Jeszcze tego
samego wieczoru popłynąłem promem do Francji. Moją bazą
wypadową na wybrzeżu Francji stało się małe portowe miasteczko Granville
gdzie mieszkałem w nastrojowej mansardzie u Marie-Christine – starszej
już pani, która w czasach młodości spędziła wiele miesięcy na autostopowych wędrówkach
m.in. w USA i Chinach. To bardzo ciekawa osoba…
Przegadaliśmy wiele godzin… Kolejnego dnia miejski autobus za jedne 2,30 euro
zawiózł mnie do klasztoru Mont Saint Michel. Widziałem go już z daleka.
Nie ma takiej drugiej budowli na świecie… Szedłem pieszo kilka
kilometrów do klasztornej bramy (choć kursuje tam bezpłatny autobus), by
delektować się widokiem i fotografować zjawiskowy obiekt w różnych ujęciach.

Behind the defensive walls of Saint Michel is squeezed a small town – today
it is filled mainly by shops for tourists who are busy climbing up.
Admission to the ramparts of the walls and to the parish church of St. Peter
is free, but above, at the entrance to the proper monastery you have to pay
10 euros. With the brochure in hand, the trail follows via the refectory,
cloisters and crypts to the proper church, on the tower of which the gilded
figure of the archangel Michael shines. A great view opens up from the
ramparts and from the terrace in front of the church – the height above sea
level is nearly a hundred meters:
Za obronne mury
Saint Michel wciśnięte jest małe miasteczko – dziś to
głównie sklepiki dla turystów, którzy pracowicie wspinają się w górę.
Wstęp na blanki murów i do parafialnego kościoła Św. Piotra jest
bezpłatny, ale wyżej, przy wejściu do właściwego klasztoru trzeba
zapłacić 10 euro. Z broszurką w ręku przemierza się następnie szlak
poprowadzony przez refektarz, krużganki i krypty do właściwego
kościoła, na wieży którego błyszczy pozłacana figura archanioła Michała.
Wspaniały widok otwiera się murów z tarasu przed kościołem – wysokość nad
poziomem morza to blisko sto metrów:

The next stage on my route was the city of Rennes – the capital of Brittany,
which I reached using BlaBla Car. Rennes deserves the attention of the
traveler, but I was not impressed. The Brittany Parliament building seemed
to me the most representative in the city:
Kolejnym
punktem etapowym na mojej trasie było miasto Rennes – stolica Bretanii, do
którego dojechałem korzystając z BlaBla Car. Rennes zasługuje na uwagę
podróżnika, ale nie zachwyciło mnie. Najbardziej reprezentacyjny w mieście
wydał mi się budynek parlamentu Bretanii:

The last city I visited on this trip was Nantes – the historic capital of
Brittany, located on the Loire. There is a beautiful cathedral and castle of
Dukes of Normandy to visit, there are also beautiful parks, but this city
has gained popularity among nowadays tourists thanks to the cyber
elephant of supernatural size, which strolls around the Loire Square every
day at 11 am:
Ostatnim
miastem, które odwiedziłem w tej podróży było Nantes – historyczna stolica
Bretanii, położona nad Loarą. Jest tu do zwiedzania piękna katedra i zamek
książąt normańskich, sa także piękne parki, ale popularności wśród
współczesnych turystów zdobyło to miasto dzięki ponadnaturalnej wielkości
cyber-słoniowi, który codziennie o 11.00 przechadza się po placu nad Loarą:

From Nantes, I returned to Gdansk by low-cost airline via Manchester. It was
a short, but very intense and interesting journey and in addition it was
realized at very low costs. I had great weather, I met interesting people.
The most important thing is that another travel dream came true – I finally
saw this legendary Mont Saint Michel – the icon of Northern France 🙂
Z Nantes
wróciłem do Gdańska samolotami taniej linii przez Manchester. To była krótka
lecz bardzo intensywna i ciekawa podróż i w dodatku zrealizowana przy bardzo
niskich kosztach. Miałem świetną pogodę, spotkałem ciekawych ludzi.
Najważniejsze zaś, że spełniło się jeszcze jedno podróżnicze marzenie –
zobaczyłem w końcu ten legendarny Mont Saint Michel – ikonę Północnej
Francji 🙂
The route of the sixth journey
of 2019 completed at the beginning of October led me to the other side of the Caucasus. I landed in Kutaisi,
Georgia, to refresh the old memories and to see new places of this
interesting country. I also had the opportunity to meet many interesting
people: artists, clergy, travelers and random passers-by:
Trasa zakończonej na początku października szóstej
podróży roku 2019 prowadziła za Kaukaz. Wylądowałem w Kutaisi w Gruzji, aby
odświeżyć stare wspomnienia i zobaczyć nowe miejsca tego ciekawego kraju.
Miałem też okazję poznać wielu ciekawych ludzi: artystów, duchownych,
podróżników i przypadkowych przechodniów:


The old Georgian monasteries on my trail turned out to be extremely charming
– like the Gelati Monastery (pictured below). In Soviet times, these
buildings were neglected. Now many of them have been restored. Georgia
adopted Christianity as early as the 4th century.
Niezwykle urokliwe okazały się stare gruzińskie klasztory położone na moim
szlaku – jak klasztor Gelati w pobliżu Kutaisi (na zdjęciu poniżej).
Klasztor jest na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. W czasach sowieckich
budowle te były zaniedbane. Teraz wiele z nich odrestaurowano. Gruzja
przyjęła chrześcijaństwo już w IV wieku.

Georgians are very friendly and tolerant. You can visit temples, watch
ceremonies and take photographs without any restrictions. There is a special
atmosphere in the churches. Hundreds of candles are lit in front of the icons. But I
liked most religious songs I heard, both choral and solo.
Gruzini są bardzo życzliwi i tolerancyjni. Bez żadnych ograniczeń można tu
zwiedzać świątynie, przyglądać się ceremoniom i fotografować. W kościołach panuje tam
szczególny nastrój. Przed ikonami pala się setki świeczek. Ale mnie
najbardziej podobały się słuchane tam religijne śpiewy, zarówno chóralne jak i solowe.

Several times a lucky circumstance allowed me to observe and film unusual
events – such as the Georgian baptism ceremony. It turned out that at this
solemn moment the child’s legs were immersed in a gilded dish filled with
water:
Kilka razy szczęśliwy przypadek sprawił, że mogłem obserwować i filmować
niecodzienne wydarzenia – jak na przykład ceremonię chrztu w wydaniu
gruzińskim. Okazało się, że w tej uroczystej chwili nogi dziecka zanurza się
w pozłacanym naczyniu wypełnionym wodą:

Georgia is famous for its beautiful landscapes. One of such picturesque
places is the connection of the rivers next to the town of Mtskcheta –
especially spectacular, viewed from the Jvari monastery:
Gruzja słynie z pięknych krajobrazów. Jednym z takich malowniczych miejsc
jest połączenie rzek obok miasteczka Mtskcheta – szczególnie spektakularne,
patrzy się na nie ze starego i ciekawego klasztoru Jvari, będącego celem
pielgrzymek:

When, after 14 years, I reached again the capital of Georgia –
Tbilisi, it turned out that the city changed a lot at that period – modern
office buildings, hotels and public buildings appeared in its landscape.
Unfortunately, traffic on the streets and the amount of smog also increased.
But Tbilisi still has its unique charm:
Gdy po 14 latach rozklekotanym pociągiem dotarłem ponownie do stolicy Gruzji
– Tbilisi okazało się, że miasto w tym czasie bardzo się zmieniło – w jego
krajobrazie przybyły nowoczesne biurowce, hotele i budowle publiczne.
Niestety wzrósł także ruch na ulicach i stężenie smogu. Ale Tbilisi wciąż ma
swój niepowtarzalny urok, a gruzińskie wina zadowolą najbardziej wybrednych
smakoszy:

From Tbilisi, I went by minibus, commonly referred as marshrutka to the
capital of neighboring Armenia – Yerevan. Little has changed here. The gray
of post-Soviet blocks still dominates. Only after dark the city does
look more attractive. It is worth to come to the central Republic Square to
enjoy the view of the dancing fountains – this is a wonderful performance:
Z Tbilisi minibusem, nazywanym tu powszechnie marszrutką pojechałem do stolicy
sąsiedniej Armenii – Erywania. Tu niewiele się zmieniło. Dalej
dominuje szarzyzna post-sowieckich bloków. Dopiero po zmroku miasto wygląda
bardziej atrakcyjnie. Warto wtedy przyjść na centralny Plac Republiki i
nacieszyć oczy widokiem tańczących fontann – to wspaniały spektakl:

And then came the turn ofto Nagorno-Karabakh – de facto existing state with
about 140,000 citizens, but not recognized by anyone for various reasons.
The inhabitants of Karabakh are Armenians. In the suburbs of the capital of
this land – Stepanakert – stands the original monument of Mummy and Daddy.
It became a symbol of Karabakh:
A potem przyszła kolej na Górski Karabach – państewko
istniejące de facto, mające około 140 tysięcy obywateli, ale przez nikogo z
różnych powodów nie uznawane. Mieszkańcy Karabachu to Ormianie. Na
przedmieściu stolicy tej krainy – Stepanakertu – stoi oryginalny pomnik
Mamusi i Tatusia. Stał się on symbolem Karabachu:

Karabakh is more mountainous and greener than Armenia. You can find there
natural attractions: caves, mountain rivers, canyons and it’s quite not far
from the capital. I visited one of these places with a group of cheerful
Portuguese tourists and I admit that I was enchanted by the beauty of the
Hunot canyon:
Karabach jest bardziej górzysty i bardziej zielony od Armenii. Znaleźć to
można atrakcje przyrodnicze: jaskinie, górskie rzeki, kaniony i to całkiem
niedaleko od stolicy. Odwiedziłem jedno z takich miejsc wraz z grupą
wesołych portugalskich turystów i przyznam, że byłem zauroczony urodą
głębokiego kanionu Hunot:

In the cathedral in the town of Sushi I was lucky to see the marriage
ceremony. And although everyone present appeared in European costumes, this
event had for me a taste of the exotic thanks to a different scenery,
singing in an unknown language and a different ceremonial:
W katedrze w miasteczku Sushi, górującym nad Stepanakertem trafiłem
szczęśliwie na ceremonię zaślubin. I choć wszyscy obecni wystąpili w
europejskich strojach to wydarzenie to miało dla mnie posmak egzotyki dzięki
odmiennej scenerii, śpiewom w nieznanym języku i odmiennemu ceremoniałowi:

The most interesting monument of Karabakh is the 13th-century Gandzasar
Monastery built on a hill in a very picturesque area. Only one marshrutka
arrives here every day – it will bring you to the village of Vank. and from
there for the budget traveller it’s only a hike – three kilometers up a nice
road, with delicious views of the snowy peaks. Well worth it!
Najciekawszym zabytkiem Karabachu jest XIII-wieczny klasztor Gandzasar
zbudowany na wzgórzu w bardzo malowniczej okolicy. Dociera tu tylko jedna
marszrutka dziennie – dowiezie was do wioski Vank. a stamtąd dla budżetowego
podróznika to już tylko pieszo – trzy kilometry w górę niezłą drogą, z
pysznymi widokami na ośnieżone szczyty. Warto!

After few days I returned to Armenia (only Karabakh is controlling
travellers on the border). The best way to visit the peripheral attractions
of this country are cheap collective tours by small minibuses offered by
agencies operating on Republic Square in Yerevan. In this way I reached,
among others, the area of the Tatev monastery. The last five kilometers I
traveled here on the longest cable car in the world – it was an additional
attraction while visiting this interesting monastery:
Po kilku dniach wróciłem
Armenii (na granicy odbywa się tylko kontrola Karabachu). Najlepszą metodą
na zwiedzanie peryferyjnych atrakcji tego kraju są tanie zbiorowe wycieczki
małymi minibusami oferowane przez agencje urzędujące na Placu Republiki w
Erywaniu. W ten sposób dotarłem miedzy innymi w rejon klasztoru Tatev.
Ostatnie pięć kilometrów przebyłem przy tym najdłuższą kolejką linową świata
– to była dodatkowa atrakcja związana ze zwiedzaniem tego ciekawego
klasztoru:

Among the old monasteries of Armenia, the most picturesque location has in
my opinion Noravank Monastery, built on a mountain slope in a magnificent
scenery of colorful rocks. Access to the monastery in a remote area is also
an attraction in itself – the several-kilometer access route leads through
the bottom of a narrow and deep canyon. In Noravank I climbed the slope
above the monastery to take this spectacular photo:
Wśród starych klasztorów Armenii najbardziej malownicze położenie ma moim
zdaniem klasztor Noravank, wzniesiony na górskim zboczu we wspaniałej
scenerii kolorowych skał. Dojazd do położonego na odludziu klasztoru jest
także atrakcją sama w sobie – kilkukilometrowa trasa prowadzi dnem wąskiego
i głębokiego kanionu. W Noravank wdrapałem się na zbocze powyżej klasztoru
by zrobić takie oto efektowne zdjęcie:

I am a big fan of waterfalls. In Armenia, I saw only one waterfall – Shaki.
It is about 20 meters high. When we got to it in the evening there was no
good lighting. Some of the water that once fed this waterfall is used today
by a power plant. But I still found the place worth seeing:
Jestem wielkim fanem wodospadów. W Armenii udało mi sie zobaczyć jeden tylko
wodospad – Shaki. Ma on około 20 metrów wysokości. Kiedy do niego
dotarliśmy pod wieczór brakowało już dobrego oświetlenia. Część wody, która
kiedyś zasilała ten wodospad wykorzystuje dziś elektrownia, ale mimo to
uznałem, że miejsce warte jest zobaczenia:

It was an
interesting and in addition – very cheap voyage. I met many interesting and
kind people on my trail. I saw completely new, unknown places and remembered
the taste of excellent Georgian wines and the famous Armenian cognac 🙂
I think I will go back there someday !
To była ciekawa i w dodatku bardzo tania podróż. Spotkałem na moim szlaku
wielu ciekawych i życzliwych ludzi. Poznałem zupełnie nowe, nieznane miejsca
i przypomniałem sobie smak doskonałych gruzińskich win i słynnego
armeńskiego koniaku 🙂 Myślę, że jeszcze kiedyś tam wrócę!
In mid-October 2019 I flew to warmer countries again!
When I started this trip in Gdansk it was only 10 degrees Celsius, and in
Athens 26! After desembarking in the Greek capital, a bus for 6 euros took
me directly from the airport to the port of Piraeus. Do you remember “Children
of Piraeus”? Here is Piraeus:
W połowie października 2019 znów odleciałem do cieplejszych krajów!
Gdy rozpoczynałem tę podróż w Gdańsku
było zaledwie 10 stopni, a w Atenach 26! Po wylądowaniu w stolicy Grecji
autobus za 6 euro zawiózł mnie prosto z lotniska do portu w Pireusie. Czy
pamiętacie “Dzieci Pireusu”? Oto właśnie Pireus:

The key to this trip is a
cheap ticket for “second hand” ship sailing from Athens
through the Mediterranean islands to Spanish Malaga. It was a small
passenger ship – that’s what I like! Drinks were included in the price of
the cruise, the sea was calm and we could enjoy picturesque sunsets every
day:
Kluczem do tej podróży był tani bilet
na statek “second hand” płynący z Aten przez wyspy Morza Śródziemnego do
hiszpańskiej Malagi. Był to mały statek pasażerski – właśnie takie lubię!
Drinki były wliczone w cenę rejsu, morze było spokojne i codziennie
mogliśmy podziwiać malownicze zachody słońca:


The first port on our route was Chania, located in the west of Crete. I’ve
been here before, traveling by bus, but the old, full of monuments Chania
has so much charm that it was worth refreshing the memories:
Pierwszym portem na naszej trasie była Chania, położona w zachodniej części
Krety. Byłem tu już kiedyś, podróżując autobusami, ale stara, pełna zabytków
Chania ma tyle uroku, że warto było odświeżyć wspomnienia:

The next day after saying goodbye to Crete, we arrived in Malta. The capital
of this small country – La Valetta lies on a peninsula and is surrounded by
huge defensive walls. In guidebooks they emphasize that Malta has the
largest concentration of historic buildings per square kilometer in the
world. Malta has become more colorful since my last stay. An elevator was
also built, which transports tourists (for a fee of 1 euro) from the port
level to the city level:
Już następnego dnia po pożegnaniu Krety zawinęliśmy na Maltę. Stolica tego
małego kraju – La Valetta leży na półwyspie i otoczona jest potężnymi murami
obronnymi. W przewodnikach podkreślają, że Malta ma największą w świecie
koncentrację zabytkowych budowli na kilometr kwadratowy. Od czasu mojego
ostatniego pobytu Malta stała się bardziej kolorowa. Wybudowano też windę,
która wwozi turystów (za opłata 1 euro) z poziomu portu na poziom miasta,
kurs powrotny jest bezpłatny:

Little Malta is now crowded with tourists. There were no such crowds here
during my first visit. The weather during our stop in Malta changed several
times. It was foggy in the morning (picture above). But when we left the
port in the late afternoon the sky was already blue:
Mała Malta jest teraz tłumnie odwiedzana przez turystów. Poczas mojej
pierwszej wizyty nie było tu takich tłumów. Pogoda podczas naszego postoju
na Malcie zmieniała się kilkakrotnie. Rano było mglisto (zdjęcie powyżej).
Ale gdy wychodziliśmy z portu późnym popołudniem niebo było już błękitne:

After a few days of sailing, I had many friends on the ship. I met our
Captain Taras (photo below) with whom I could talk about his hometown –
Odessa. A nice and talented Russian – Sveta played and sang the most
beautiful Russian romances for me (picture on the right column):
Po kilku dniach żeglugi miałem już na statku wielu przyjaciół. Poznałem
kapitana Tarasa (zdjęcie poniżej) z którym mogłem porozmawiać o jego
rodzinnym mieście – Odessie. A sympatyczna i utalentowana Rosjanka – Swieta
grała i śpiewała dla mnie najpiękniejsze rosyjskie romanse:

Po raz pierwszy w historii moich podróży spotkałem podróżników z Tajlandii –
parę młodych ludzi z Bangkoku. Byli bardzo mili, więc nic dziwnego, że się
zaprzyjaźniliśmy:
For the first time in my travel history I met Thai travelers – a couple of
young people from Bangkok. They were very nice, so no wonder we made friends:


In Sardinia, we docked in the pretty city of Cagliari, which is located on
two levels: the old part of the city with a beautiful cathedral on the
higher, and a new, Italian-style city at sea level. The public Internet
network (as often happens) did not work. I found art gallery in the old town
with the provocative name “Ghetto” and from here I easily connected with the
world to send my news to the friends…
Na Sardynii cumowaliśmy w ładnym mieście Cagliari, które położone jest na
dwóch poziomach: stara część miasta z piękną katedrą na wyższym, a nowe,
włoskie w stylu miasto na poziomie morza. Publiczna sieć internetowa (jak to
często bywa) nie działała. Znalazłem na starym mieście galerie sztuki o
prowokującej nazwie “Ghetto” i stąd bez problemu połączyłem się ze światem,
by wysłać wieści do przyjaciół…

Cartagena, on the Spanish coast, was a completely new port for me. I have
been to Cartagena, Colombia twice, but this Cartagena was unknown to me. It
turned out that this large city has interesting monuments – among them the
Roman amphitheater, visible in the photo below. Such a photo, with a
beautiful panorama of the city and the port can be taken from the
observation terrace under the castle walls (castello). Guides also praised
the baroque church of Saint Michael, but it turned out that even such
valuable, historic temples are opened here only in the mornings and evenings:
Zupełnie nowym portem była dla mnie Cartagena, położona na wybrzeżu
Hiszpanii. Byłem wprawdzie dwukrotnie w Cartagenie w Kolumbii, ale ta była
mi nieznana. Okazało się, że to duże miasto ma ciekawe zabytki – wśród nich
rzymski amfiteatr, widoczny na zdjęciu poniżej. Takie zdjęcie z piękną
panoramą miasta i portu można zrobić z tarasu widokowego pod murami zamku (castello).
Samo castello, gdzie pobierają opłatę za wstęp nie jest zbyt ciekawe.
Przewodniki zachwalały też barokowy kościół świętego Michała, ale okazało
się, że nawet tak cenne, zabytkowe świątynie otwierane są tylko rano i
wieczorem:

When our cruise ended in Malaga, I boarded a bus to travel to the small port
of Motril, from where ferries to Africa sail, in the beautiful scenery of
the Spanish coast (photo below). A ticket for a 5-hour cruise to the
Moroccan port of Nador near Melilla cost 32 me euros.
Gdy nasz rejs zakończył się w Maladze wsiadłem w autobus, by w pięknej
scenerii hiszpańskiego wybrzeża (zdjęcie poniżej) przejechać do niewielkiego
portu Motril, skąd pływają promy do Afryki. Bilet na 5-godzinny rejs do
marokańskiego portu Nador koło Melilli kosztował 32 euro. Odpłynęliśmy o
15.00.

Nador can hardly be called an interesting city. But this was already Africa,
where, for example, it is very difficult to find booked accommodation,
because street names are unknown to the locals. Hardly anyone uses them…
The most interesting point of the city seems to be the square in front of
the small, white town hall (pictured below). Near this square there is a
stop for the grand taxi, traveling non-stop all day to the border
crossing with Melilla, about 10 km away:
Nador trudno nazwać ciekawym miastem. Ale to była Afryka, gdzie na przykład
bardzo trudno odnaleźć miejsce zarezerwowanego zakwaterowania, bo nazwy ulic
są miejscowym nieznane. Mało kto ich używa… Musiałem zwrócić się o
pomoc do policji. 🙂 Najciekawszym punktem miasta wydaje się być plac przed
małym, białym ratuszem (na zdjęciu poniżej). W pobliżu tego placu znajduje
się postój grand taxi, jeżdżących non stop przez cały dzień do
przejścia granicznego z Melillą, odległego o około 10 km:

In fact, I came to cheap Nador just to see Melilla – a small Spanish enclave
on the African coast. So I squeezed into a cramped car (2 passengers in the
front and 4 in the back), I paid 6 dirhams and we departed. On the border
the terrible queues of Arabs – you need to find a channel dedicated to EU
citizens. On the other side, a Spanish bus for 0.90 euros took me to the
center of Melilla, where the main attraction is the old fortress:
Bo tak naprawdę, to przyjechałem do taniego Nadoru tylko po to, aby zobaczyć
Melillę – niewielką hiszpańską enklawę na wybrzeżu Afryki. Wcisnąłem się
zatem do ciasnego samochodu (2 pasażerów z przodu i 4 z tyłu) zapłaciłem 6
dirhamów i pojechaliśmy. Na granicy straszne kolejki Arabów – trzeba
odnaleźć kanał wydzielony dla obywateli UE. Po drugiej stronie hiszpański
autobus nr 2 za 0,90 euro dowiózł mnie do centrum Melilli, gdzie główną atrakcją
jest stara warownia:

Melilla is famous for a large number of carefully restored buildings erected
in the style of Spanish modernism. The main streets of the city resemble
Europe from the beginning of the 20th century. Melilla is clean and tidy.
What a contrast to Nador, only a few kilometers away! The focal point of
Melilla is Plaza Espana – a concentric square with a beautiful fountain in
the middle:
Melilla słynie z dużej ilości starannie odrestaurowanych budynków
wzniesionych w stylu hiszpańskiego modernizmu i Art Deco. Tworzył tu
architekt Nieto y Nieto – konkurent Gaudiego. Główne ulice miasta
przypominają Europę z początków XX wieku. Melilla jest czysta i zadbana.
Jakiż to kontrast do odległego zaledwie o kilka kilometrów Nadoru!
Centralnym punktem Melilli jest Plaza Espana – koncentryczny plac z piękną
fontanną w środku:

But the city also has a strong African stigma – mainly due to the large
number of Arabs and Berbers living here or temporarily working. I saw such
pictures there often:
Ale miasto ma także silne piętno Afryki – głównie za sprawa dużej ilości
mieszkających tu, bądź czasowo pracujących Arabów i Berberów. Takie obrazki
widziałem tam często:


I liked Melilla more than the second Spanish enclave – Ceuta, watched in
2005. After returning the same way to Nador I got on a bus going to Al
Hoceima (I paid 55 dirhams or 5 euros for 3 hours of driving). El Hoceima is
a city very beautifully situated on a high cliff, in the place where the
Riff Mountains reach the sea. I checked: at the place where the mosque
stands, the cliff is 116 meters high:
Melilla podobała mi się bardziej od oglądanej w 2005 roku drugiej
hiszpańskiej enklawy – Ceuty. Po powrocie do Nadoru wsiadłem w autobus
jadący do Al Hoceima (zapłaciłem 55 dirhamów czyli 5 euro za 3 godziny
jazdy). El Hoceima jest miastem bardzo pięknie położonym na wysokim klifie,
w miejscu, gdzie Góry Riff docierają do morza. Sprawdziłem: w miejscu, gdzie
stoi meczet klif ma 116 metrów wysokości:

One of the prettiest views I’ve seen on the Moroccan coast opens from this
high cliff: the bay where the fishing port and beach are located, and the
mountains on which colorful urban buildings crawl:
Z wysokiego klifu otwiera się jeden z najładniejszych widoków, jakie
oglądałem na marokańskim wybrzeżu: na zatokę, w której mieszczą się rybacki
port i plaża oraz góry, na które wpełza kolorowa miejska zabudowa:

Few people know that near Al Hoceima a few hundred meters from the shore,
several dozen Spanish soldiers have resided on a small rocky island since
the 17th century – look at the photo below. I really don’t know why, because
in the 21st century the strategic importance of this micro base is close to
zero:
Mało kto wie, że koło Al Hoceima kilkaset metrów od brzegu, na małej
skalistej wysepce od XVII wieku rezyduje kilkudziesięciu hiszpańskich
żołnierzy – popatrzcie na fotografię poniżej. Doprawdy nie wiem po co, bo w
XXI wieku strategiczne znaczenie tej mikro bazy jest żadne:


In the morning it is worth to visit the busy bazaar in Al Hoceima, where I
supplied myself with fresh round bread (for such as in the picture they
demand 2 dirhams) Older women still wear traditional jelabas there, but
these younger residents of Al Hoceima dress in European style – as in the
photo below right:
Przed południem warto odwiedzić ruchliwy bazar w Al Hoceima, gdzie
zaopatrywałem się w świeże chlebowe placki (za taki jak na zdjęciu żądają 2
dirhamy) Starsze kobiety noszą tam wciąż tradycyjne dżelaby, ale te młodsze
mieszkanki Al Hoceima ubierają się już po europejsku – jak na zdjęciu
poniżej:


The next stage of my trip – to Tetuan lasted up to 6 hours and was
exceptionally rich in picturesque views. Along the way, the police not only
checked the documents, but also searched the bus – probably in search of
marijuana produced in the Riff Mountains. The road climbed two mountain
passes …
Kolejny etap mojej podróży – do Tetuanu trwał aż 6 godzin i był wyjątkowo
bogaty w malownicze widoki. Po drodze policja nie tylko sprawdzała
dokumenty, ale także przeszukiwała autobus – prawdopodobnie w poszukiwaniu
marihuany produkowanej w Górach Riffu. Szosa wspinała się na przełęcze
kolorowych gór…

…to finally drop to the shore of the blue sea in the little fishermen’s
town of Jebha. Jebha is sandwiched between steep mountains and a sea shore,
and would probably be a well-known tourist resort, if not for the difficult,
many hours of access:
…by w końcu w rybackim miasteczku Jebha opaść na brzeg błękitnego morza.
Jebha (czyt. Dżebha) jest wciśnięta między strome góry i morski brzeg i
pewnie byłaby znanym ośrodkiem turystycznym, gdyby nie trudny, wielogodzinny
dojazd:

We stood in Jebha for half an hour and it was not only a break for a meal,
but also a necessary rest for the driver after covering thousands of
mountain turns. And then the road led us over the cliffs suspended high
above the sea. You can see its fragments in the photo below. The road sank
down to the beaches for a moment, crossed dry riverbeds on the bridges to
climb the mountains again – and so – almost to Tetuan itself …
Staliśmy w Jebha pół godziny i była to nie tylko przerwa na posiłek, ale
także konieczny odpoczynek dla kierowcy po pokonaniu tysięcy górskich
zakrętów. A potem szosa powiodła nas po urwiskach zawieszonych wysoko nad
morzem. Widać jej fragmenty na zdjęciu poniżej. Opadała na moment do plaż,
przecinała na mostach koryta wyschniętych rzek, by znów wspinać się na góry
– i tak prawie do samego Tetuanu…

Tetouan is the former capital of the country and one of the royal cities of
Morocco – here the king has his closely guarded palace. The city has a
perfectly preserved old part – Medina. Where the old and the new city meet –
on Place Mechouar (photo below) there is just a royal palace (and a lot of
police guarded by barriers).
Tetuan to dawna stolica kraju i jedno z królewskich miast Maroka – tu król
ma swój pilnie strzeżony pałac. Miasto ma doskonale zachowaną starą część –
Medinę. Tam gdzie spotykają się stare i nowe miasto – na Place Mechouar
(zdjęcie poniżej) stoi właśnie królewski pałac (i dużo policji obwarowanej
barierkami). Elegancki deptak prowadzi stąd dalej przez hiszpańską część
miasta.

I chose accommodation in the maze of Medina, not realizing how difficult it
will be to find my hostel among the winding, narrow streets and covered
passages. GPS was completely stupid in these conditions – only the locals
helped me to find a stylish Arab home (photo below) – I slept here for 7
euros:
Wybrałem zakwaterowanie w labiryncie Mediny, nie zdając sobie sprawy, jak
trudno będzie odszukać wśród krętych, wąskich uliczek i krytych przejść mój
hostel. GPS zgłupiał zupełnie w tych warunkach – dopiero miejscowi pomogli
odnaleźć stylowy arabski dom (zdjęcie poniżej) – spałem tu za 7 euro:


The next
day in the afternoon I went to Tangier – the legendary city of adventurers,
swindlers and refugees, which had international status at the time when
Northern Morocco was the protectorate of Spain, and the South – France. You
can still feel this cosmopolitan climate in Tangier today:
Następnego dnia po południu pojechałem do Tangeru – legendarnego miasta
awanturników, aferzystów i uciekinierów, które miało międzynarodowy status w
czasach gdy Północne Maroko było protektoratem Hiszpanii, a Południowe –
Francji. Ten kosmopolityczny klimat czuje się zresztą w Tangerze do dziś:

For me, the most interesting part of Tangier was Medina, vibrant and
authentic. It is surrounded by old walls with stylish gates. The street
shown in the picture below climbs to the Kasbah – a defensive castle built
on the coastal hill above the Medina. Under the walls of the Kasbah in a
steep street I found the grave of the great Arab traveler Ibn Battuta – a
cult place for such enthusiasts like me.
Najciekawszą częścią Tangeru stała się dla mnie Medyna, tętniąca życiem i
autentyczna. Otoczona jest starymi murami w które wstawiono stylowe bramy.
Ulica pokazana na zdjęciu poniżej wspina się do kazby – obronnego zamku
zbudowanego na nadbrzeżnym wzgórzu powyżej Medyny. Pod murami kazby w
stromej uliczce odnalazłem grób wielkiego arabskiego podróżnika Ibn Battuty
– to dla takich jak ja pasjonatów kultowe miejsce.

The road to Kazba leads through other fortified gates, behind which I found
an interesting, isolated and colorful “city in the city” 🙂
Droga do Kazby wiedzie przez kolejne warowne bramy, za którymi znalazłem
ciekawe, izolowane i kolorowe “miasto w mieście”, gdzie funkcjonują nie
tylko muzea, ale i zwykłe sklepiki…

One of Kazba’s gates leads tourists to the terrace under its northern wall,
from where the view opens not only to the fishing port, but also to the
entire Strait of Gibraltar. I looked at the Spanish shore on the other side
and suddenly realized that in a month I would be passing this way on my sail
to South America:
Jedna z bram Kazby wyprowadza turystów na taras pod jej północnym
murem, skąd otwiera się widok nie tylko na rybacki port, ale także na całą
Cieśninę Gibraltarską. Patrzyłem na hiszpański brzeg po drugiej stronie i
nagle uświadomiłem sobie, że przecież za miesiąc będę przepływał tędy w
drodze do Ameryki Południowej:

I returned from Tangier to Gdansk by plane via Bergamo. It was a beautiful
journey to new and interesting places. New meetings, new people … You can
see the map here and you will
find short messages from this whole tour in my
travel log.
Z Tangeru przez Bergamo wróciłem samolotem do Gdańska. To była piękna podróż
do nowych, ciekawych miejsc. Nowe spotkania, nowi ludzie… Jej mapkę
możecie zobaczyć tutaj,
a krótkie
wiadomości z całej tej trasy znajdziecie jak zawsze w moim dzienniku
podróży.
From November 8th till 10th, 2019, I stayed in Rzeszów
at the annual meeting of Polish “backpackers, tramps and tourists” (OSOTT).
Such meetings have been held annually for 35 years, and I – a veteran have
already participated in them 28 times, each time showing topics that have
never been presented at this event before. This is a very interesting event
where we not only show our achievements – films and slides, but we also
exchange travel experiences. It is also an opportunity to meet old friends
who come there from different parts of Poland:
Od 8 do 10 listopada 2019 przebywałem w Rzeszowie na
corocznym spotkaniu polskich “obieżyświatów, trampów i turystów” (OSOTT).
Takie spotkania odbywają się corocznie od 35 lat, a ja – weteran
uczestniczyłem w nich już 28 razy, pokazując za każdym razem tematy, których
wcześniej nigdy nie było na tej imprezie. To bardzo ciekawe wydarzenie, na
której nie tylko pokazujemy nasz dorobek – filmy i slajdy, ale wymieniamy
także podróżnicze doświadczenia. Jest to także okazja do spotkania starych
przyjaciół, którzy zjeżdżają tam z różnych stron Polski:

In the photo from the left my old friends: Tomek Noga, who has “under
the shoe” 6 continents, Everest Trek and many high mountains. Monika
Witkowska – my the most valued lady-traveler, sailor and mountaineer, winner
of the Crown of the Earth. Then me and Anka Olej-Kobus – traveler, talented
photographer, expedition pilot, including to the Black Africa.
Na zdjęciu od
lewej moi starzy przyjaciele: Tomek Noga, który “pod butem” ma 6
kontynentów, Everest Trek i wiele wysokich gór. Monika Witkowska – najwyżej
ceniona przeze mnie podróżniczka, żeglarka i alpinistka, zdobywczyni Korony
Ziemi. Dalej ja i Anka Olej-Kobus – podróżniczka, utalentowana fotografka,
pilotka wypraw, w tym do Czarnej Afryki.
It was rainy, dark and cold November when I set off on
another long journey. My 8th voyage of 2019 consisted of two parts. To begin with, I took a
cruise ship from Marseille to Buenos Aires. The second part of the journey
was a car route around central Argentina, during which (with another Polish
traveler – Mr. Irek) we traveled over 5000 kilometers:
Był deszczowy, ciemny i zimny listopad, gdy
wyruszałem w kolejną daleką podróż. Ósma podróż 2019 roku składała się z
dwóch części. Na początek statkiem popłynąłem z Marsylii do Buenos Aires. Druga
część podróży to samochodowa trasa wokół Centralnej Argentyny podczas której (z innym polskim podróżnikiem – panem Irkiem) przemierzyliśmy ponad
5000 kilometrów:


But the great journey began with a flight from Gdansk to Marseille, where I
boarded the ship (I had a ticket award from KLM for this segment). Marseille
– as it turned out it has a Arc de Triomphe similar to that of Paris (pictured
below).
Ale wielka podróż zaczęła się od przelotu z Gdańska do Marsylii, gdzie
wsiadałem na statek (miałem na ten segment bilet-nagrodę z linii KLM).
Marsylia – jak się okazało ma Łuk Tryumfalny – podobny do tego paryskiego (na
zdjęciu poniżej).

On the next day we were already in Barcelona. It was warm and sunny day. I
was pleased to refresh memories of this nice city. I discovering another Arc
de Triomphe with something of a Moorish style:
Już następnego
dnia byliśmy w Barcelonie. Było ciepło i słonecznie. Z przyjemnością
przypomniałem sobie to sympatyczne miasto, odkrywając przy okazji kolejny
Łuk Tryumfalny, mający w sobie coś ze stylu mauretańskiego:

After leaving the Atlantic, we turned to Tenerife. The capital of the island
– Santa Cruz is very nicely located at the foot of the mountains, which I
climbed to see and to photograph the city. Can you see this hill on the left
– no, I couldn’t climb to the very top – it’s steep and there is no path!
Po wyjściu na
Atlantyk zawinęliśmy na Teneryfę. Stolica wyspy – Santa Cruz jest bardzo
ładnie położona u stóp gór, na które wspinałem się dla obejrzenia i
sfotografowania widoku miasta. Widzicie tę górkę po lewej stronie – nie, nie
udało mi się wspiąć na sam wierzchołek – tam jest stromo i nie ma żadnej
ścieżki!

In Santa Cruz I also visited for the first time a modern auditorium erected
on the sea shore, which acts as a concert hall (see photo below).
And then for six consecutive days we sailed through the empty, dark blue and
sun-drenched Atlantic – there was a time for sunbathing on open decks. You
just had to be careful not to overdo it.
W Santa Cruz
odwiedziłem też po raz pierwszy wzniesione na brzegu morza nowoczesne
audytorium, które pełni funkcje sali koncertowej (zdjęcie poniżej).
A potem przez sześć kolejnych dni płynęliśmy przez pusty, granatowy i zalany
słońcem Atlantyk – był czas na plażowanie na otwartych pokładach. Trzeba
było tylko uważać, aby z tym nie przesadzić.


After crossing the equator, the first port where we moored on the other side
of the ocean – in Brazil – was Recife. I’ve been here several times, so I
decided to look more at people than monuments. There were pre-Christmas
advertising campaigns in the city – huge puppets strolled along the
promenades:
Po przecięciu
równika pierwszym portem w którym zacumowaliśmy po drugiej stronie oceanu –
w Brazylii – było Recife. Byłem tu już kilkakrotnie, postanowiłem zatem
przyglądać się bardziej ludziom, niż zabytkom. W mieście trwały
przedświąteczne kampanie reklamowe – po deptakach przechadzały się wielkie
kukły:

And then there was Maceio – a port where literally one step away from the
port gate begins beautiful, wide beaches. Here I could finally admire
Brazilian folklore:
A potem było
Maceio – porcik, gdzie dosłownie o krok od portowej bramy zaczynają się
piękne, szerokie plaże. Tu nareszcie mogłem podziwiać brazylijski folklor:

From the shady, hot Maceio palm trees our ship sailed to Salvador, Bahia. It is a city with a very rich history – an important center of
Afro-Brazilian culture. I visited them several times – each time it was more
beautiful here. Now I finally saw the renovated cathedral, which had
undergone renovation before:
Z ocienionego palmami, gorącego
Maceio nasz statek popłynął do Salwadoru w stanie Bahia. To miasto o bardzo
bogatej historii – ważne centrum kultury afro-brazylijskiej. Odwiedziłem je
kilkakrotnie – za każdym razem było tu piękniej. Teraz zobaczyłem nareszcie
odnowioną katedrę, w której wcześniej trwał remont:

Salvador has its own specific climate, here you meet other people than in
other cities in Brazil. Here you can find interesting handicrafts and
paintings
Salwador ma swój specyficzny
klimat, tu spotyka się innych ludzi niż w innych miastach Brazylii. Tu
znaleźć można ciekawe rękodzieło i malarstwo:


When I was here for the first time 20 years ago, the city was considered
dangerous. This condition has changed, at least in the historic center of
the city. At every step you can see the presence of Policia Militar – the
officers are very friendly and helpful:
Gdy byłem tu po raz pierwszy
przed 20 laty miasto miało opinię niebezpiecznego. Ten stan się zmienił,
przynajmniej w zabytkowym centrum miasta. Na każdym kroku widać tu obecność
Policia Militar – to bardzo sympatyczni i pomocni funkcjonariusze, zarówno
mężczyźni, jak i kobiety:

Finally the day came when we
moored in Rio de Janeiro. The day was unfortunately steamy and foggy. When I
went to the famous Copacabana beach, the tip of the famous Sugarloaf was
covered by clouds:
Przyszedł w końcu dzień, gdy
zacumowaliśmy w Rio de Janeiro. Dzień był niestety parny i mglisty. Gdy
wybrałem się na słynną plażę Copacabana wierzchołek słynnej Głowy Cukru
zakryty był przez chmury:

This time in Rio I found something I had never seen before: an old tram line
running from the vicinity of the cathedral, across a high bridge resembling
an aqueduct to the district of Santa Teresa. The ride on an old-fashioned
wagon provides a real thrill:
Znalazłem tym razem w Rio coś,
czego wcześniej nie widziałem: starą linię tramwajową, biegnącą z okolic
katedry, przez wysoki most przypominający akwedukt do dzielnicy Santa
Teresa. Powrotny bilet kosztuje 20 reali. Przejażdżka staromodnym wagonikiem
dostarcza nie lada emocji:

The ocean rocked us solidly between Rio and Buenos Aires, where I got off.
That same day I found myself in the city of Cordoba, where my traveling
companion was waiting. I rented a car and immediately set off on a car route.
From Mendoza, our route led along the famous road number 40, leading along
the Andes:
Ocean wyhuśtał nas solidnie
między Rio i Buenos Aires, gdzie wysiadłem. Jeszcze tego samego dnia
znalazłem się w mieście Cordoba, gdzie czekał mój towarzysz podróży.
Wynająłem samochód i niezwłocznie wyruszyliśmy w samochodową trasę. Od
Mendozy nasza trasa prowadziła słynną drogą numer 40, prowadzącą wzdłuż
Andów na południe:

Our route did not always lead on asphalt. About 30 percent of the way we
went on difficult gravel roads, on which the passing vehicles (and us too)
raised dust clouds, and stones ringed constantly on the chassis:
Nie zawsze nasza trasa prowadziła
po asfalcie. Około 30 procent drogi przejechaliśmy po trudnych drogach
szutrowych, na których mijane pojazdy (i my też) podnosiły tumany pyłu, a
kamienie dzwoniły bez przerwy po podwoziu:

Every day we traveled from 350 to 650 kilometers, stopping at the most
interesting places. The views that accompanied us fully rewarded the effort
of this unusual journey:
Codziennie przejeżdżaliśmy od 350
do 650 kilometrów, zatrzymując się w najciekawszych miejscach. Widoki, które
nam towarzyszyły w pełni wynagradzały trud tej nietypowej podróży:

Our trail climbed very high – towards the Andean passes, to the height where
unique vegetation occurs – among others, there are picturesque araucaria
trees:
Nasza droga
wspinała się bardzo wysoko – ku andyjskim przełęczom, na wysokość, gdzie
występuje unikalna roślinność – między innymi rosną tu malownicze araukarie:

A difficult gravel road led through areas where there were snow fields. We
also passed through semi-arid areas, carefully assessing water and fuel
reserves:
Szutrowa droga
prowadziła przez tereny, gdzie występowały śniegowe pola. Przejeżdżaliśmy
także przez tereny półpustynne, rozważnie oceniając zapasy wody i paliwa:

Finally, after hours of driving in sand and dust, we stood delighted at the
first high-mountain lake, in which the snowy peaks of the Andes main ridge
mirrored:
W końcu, po
godzinach jazdy w kurzu i pyle stanęliśmy zachwyceni nad pierwszym
wysokogórskim jeziorem, w którym przeglądały się ośnieżone wierzchołki
głównego grzbietu Andów:

The next day, deep ravines and cones of extinct volcanoes appeared in the
landscape. It was hard not to stop to take pictures – all the more so as the
traffic on the road was minimal. Mountain rivers flowed at the bottom of the
canyons, but the semi-arid landscape dominated.
Kolejnego dnia
w krajobrazie pojawiły się głębokie wąwozy i stożki wygasłych wulkanów.
Trudno było nie przystanąć dla zrobienia zdjęć – tym bardziej, że ruch na
drodze był minimalny. Na dnie kanionów płynęły górskie rzeki, które
przekraczaliśmy po wąskich mostach, ale dominował
krajobraz półpustynny.

Only in San Martin de los Andes mountain slopes were covered with lush
greenery. This is where the section of Road No. 40 called the Seven Lakes
Road begins. A well-maintained road runs from lake to lake. Each of them is
different and offers different panoramas:
Dopiero w San
Martin de los Andes górskie zbocza pokryły się bujną zielenią. Tu właśnie
zaczyna się odcinek drogi nr 40 nazwany Drogą Siedmiu Jezior – Camino
de los Siete Lagos. Dobrze utrzymana droga przebiega od jeziora do jeziora.
Każde z nich jest inne i oferuje inne panoramy:

It was the beginning of summer in Argentina. The local flowers flourished,
adding a lot of charm to the landscapes being watched. Such views are not
forgotten:
W Argentynie
był początek lata. Kwitły wspaniale tutejsze kwiaty, dodając wiele uroku
oglądanym pejzażom. Takich widoków się nie zapomina:

Circling Lake Angostura, we arrived at the well-known San Carlos de
Bariloche holiday resort, where we spent the night. The exit towards Esquel
on the next morning was very spectacular. Why such views can’t be printed on
postcards:
Okrążając
Jezioro Angostura dotarliśmy do znanego wczasowiska San Carlos de Bariloche,
gdzie spędziliśmy noc. Wyjazd w kierunku na Esquel następnego poranka był
bardzo spektakularny. Toż takie widoki można drukować na pocztówkach:

Behind Esquel we had to say goodbye to scenic route 40 and turn east.
Driving through monotonous wastelands began, where human settlements meet
every few hundred kilometers. When we arrived at Paso de Indios, we breathed
a sigh of relief: it looked like the fuel was enough for us to the target:
Za Esquel
przyszło nam pożegnać malowniczą drogę numer 40 i zawrócić na wschód.
Zaczęła się jazda przez monotonne pustkowia, na których ludzkie osady
spotyka się co kilkaset kilometrów. Gdy dotarliśmy do Paso de Indios
odetchnęliśmy z ulgą: wyglądało na to, ze paliwa wystarczy nam aż do celu:

It was already evening when we reached the Atlantic coast after full day
driving. Our next destination was the national park on the Valdez Peninsula
– a UNESCO World Heritage Site. The trip to the peninsula took us all next day.
We saw guanaco, elephant seals and Magellanic penguins:
Był wieczór,
gdy po całodziennej jeździe znaleźliśmy się na wybrzeżu Atlantyku. Naszym
kolejnym celem był park narodowy na Półwyspie Valdez – UNESCO World Heritage
Site. Wycieczka na półwysep zabrała nam cały następny dzień. Widzieliśmy guanako,
słonie morskie i pingwiny Magellana:


As always, I was well prepared for the trip. I willingly shared my knowledge
with other tourists. 95 percent of them were Argentineans:
Jak zawsze
byłem do wyprawy dobrze przygotowany. Swoją wiedzą chętnie dzieliłem się z
innymi turystami. 95 procent z nich to byli Argentyńczycy:

Then began to
ride with adventures and beautiful views along the empty beaches of the
Atlantic coast. We were again on difficult, gravel roads. Until somewhere
unexpectedly in the wilderness we found ourselves in font of such a sign.
You had to turn back!
Potem zaczęła
się jazda z przygodami i pięknymi widokami wzdłuż pustych plaż atlantyckiego
wybrzeża. Droga RP1. Znów byliśmy na trudnych, szutrowych drogach. W ciągu
1,5 godziny nie spotkaliśmy żadnego innego samochodu. Aż gdzieś
niespodziewanie na pustkowiu stanęliśmy przed takim znakiem. Trzeba było
zwrócić!

Overnight was on the river Rio Negro in the little town of Viedma. On the
other side of this river, lies the much more interesting town of Carmen de
Patagones. (We were still northern Patagonia). We decided to cross the river
by motorboat to visit it. And we didn’t regret:
Nocleg wypadł
nad rzeką Rio Negro w miasteczku Viedma. Po drugiej stronie tej rzeki
pyszniło się znacznie ciekawsze miasteczko Carmen de Patagones. (Tu była
jeszcze Północna Patagonia). Postanowiliśmy przeprawić sieę przez
rzekę motorówką, by je odwiedzić. I nie żałowaliśmy:

I decided to turn back the next day and try to take the PR1 road from the
other side. And it was a good decision – first in the seaside town of El
Condor we saw a habitat of 35,000 parrots nesting in a cliff – apparently
there is no other such place in the world! What a scream was there!:
Zdecydowałem,
aby kolejnego dnia zawrócić i spróbować wjechać na drogę PR1 z drugiej
strony. I to była dobra decyzja – najpierw w nadmorskiej miejscowości
El Condor zobaczyliśmy siedlisko 35 000 papug gniazdujących w klifie –
podobno nie ma drugiego takiego miejsca w świecie! Ależ tam był
wrzask!:

30 kilometers away, near the settlement called Loberia, we could see a
colony of 4,000 sea lions having their habitat under a high cliff. Sorry,
but the widely advertised Valdez Peninsula faded very pale at this view.
There was something to look at, but you need a telephoto lens for photos:
30 kilometrów
dalej, koło osady zwanej Loberia mogliśmy oglądać kolonię 4000 lwów morskich
mających swoje siedlisko pod wysokim klifem. Przepraszam, ale szeroko
reklamowany Półwysep Valdez wypadał przy tym widoku bardzo blado. Było na co
popatrzeć, ale do zdjec trzeba mieś teleobiektyw:

Now we have to
turn north and drive through the endless areas of the Argentine pampa –
among the monotonous landscape, which is diversified by windmills pumping
water from the well for herds of cattle grazing on the pampa:
Przyszło nam
teraz zawrócić na północ i jechać przez bezkresne obszary argentyńskiej
pampy – wśród monotonnego krajobrazu, którego urozmaiceniem sa wiatraki
pompujące ze studni wodę dla stad pasącego się na pampie bydła:

After covering nearly 5,500 km, we returned our car in Cordoba. Amazingly,
there wasn’t a single scratch on it!
The domestic plane took us then to Buenos Aires, where we spent the
last two days of our trip. For me it was an opportunity to visit well-known
places again, such as the presidential palace Casa Rosada (pictured below):
Po
przejechaniu blisko 5500 km oddaliśmy nasz samochód w Cordobie. O dziwo nie
było na nim ani jednego nowego zarysowania! Krajowy samolot zabrał nas potem
do Buenos Aires, gdzie spędziliśmy ostatnie dwa dni naszej wyprawy. Dla mnie
była to okazja do ponownego odwiedzenia dobrze znanych miejsc, jak na
przykład prezydencki pałac Casa Rosada (na zdjęciu poniżej):

It was a beautiful, interesting and successful journey. If I find time, I
will put more photos from this expedition on a separate page
You’ll find short messages from this entire journey as always in my
travel log
To była piękna, ciekawa i w pełni udana podróż. Jeśli znajdę czas, to
umieszczę więcej zdjęć z tej ekspedycji na osobnej stronie
Krótkie
wiadomości z całej tej trasy znajdziecie jak zawsze w moim dzienniku
podróży.
Eight trips in one year – it was a really record year in this
respect!
Osiem
podróży w jednym roku – to był pod tym względem naprawdę rekordowy
rok!
Travel snapshots from recent years — Migawki z podróży
ostatnich lat