
2017
tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © – text & photos
Returning
from the interesting expeditions I always try to write a travel report – to
share my updated knowledge and to help other travelers in their preparations to the
voyage. A lot of such reports you can already see on my website – sorry –
most of them in Polish only. New reports require work and time. Unfortunately
it is now harder and harder for me to find the time. On this page you will
see some interesting pictures from the last years. They are waiting to be
used in the coming reports. I hope to write them someday…
Po
powrocie z każdej ciekawej podróży staram się napisać ilustrowany raport, by
podzielić się moją świeżo zdobytą wiedzą i w ten sposób pomóc innym
podróżnikom w ich przygotowaniach do wyjazdów. Wiele takich raportów
znajdziecie już na moich stronach. Niestety pisanie tych raportów to praca
pochłaniająca sporo cennego czasu. Nie zawsze mogę znaleźć ten czas… Na
tej stronie znajdziecie co ciekawsze zdjęcia do tematów, które czekają na
przygotowanie raportów. Mam nadzieje, że kiedyś doczekają się one osobnych
stron… Niektóre już się doczekały…
In April 2017 I returned
from the great voyage to Asia! I call it jokingly: “By slow boat to China” – do you remember
this cute song? It will start with the journey by bus from
Gdansk to Cologne, Germany. From there, using the award ticket – award for
my many previous flights with Star Alliance I flew up to the distant Mauritius. I
had a chance to see again wonderfully located little capital of this country
– Port Louis:
W kwietniu 2017 wróciłem szczęśliwie z kolejnej podróży do Azji! Nazwałem ją żartobliwie: “By slow boat to China” –
pamiętacie tę uroczą piosenkę? Ekspedycja rozpoczęła się od przejazdu autobusem z
Gdańska do Kolonii w Niemczech. Stamtąd, korzystając z biletu – nagrody za
poprzednie przeloty z sojuszem Star Alliance poleciałem aż na daleki Mauritius.
Miałem możliwość przypomnieć sobie jak pięknie położona jest mała stolica
kraju – Port Louis:

There – in Port Louis I will embark the
cheap ship sailing so unusual route to China. Travel experience paid off: I
was able to find a ship sailing for the renovation in the shipyard in China!
Such occasions happen really rare. The second port visited on the route was
Victoria, the capital of the Seychelles Archipelago. Mahe Island, where the
capital is located, I visited using the public transport, arriving at the
idyllic beaches (photo below) and meeting nice local people – the Creoles
(picture on the right)
W Port Louis wsiadłem na tani statek
zmierzający nietypową trasą aż do Chin. Podróżnicze doświadczenie
zaprocentowało: udało mi się znaleźć statek płynący na remont do stoczni w
Chinach! Takie okazje zdarzają się naprawdę wyjątkowo. Drugim odwiedzonym
portem na trasie była Victoria – stolica Archipelagu Szeszeli. Wyspę Mahe,
na której leży stolica zwiedzałem publicznym transportem, docierając do
idyllicznych plaż (zdjęcie po lewej) i spotykając przy okazji sympatycznych
mieszkańców:


Then it turned
out that on the main island of the Muslim Republic of Maldives, bathing is
not allowed on the public beach in our bathing suits, but only in the
clothing that completely covers the body. This applies to both women and
men:
Potem okazało się. że na głównej wyspie muzułmańskiej Republiki Malediwów,
na publicznej plaży nie wolno się kąpać w naszych kostiumach kąpielowych, a
jedynie w ubiorze całkowicie zakrywającym ciało. Dotyczy to zarówno kobiet,
jak i mężczyzn:

The Maldives’ government is building now
a long bridge, visible on the photo above, which will connect the airport to
the main island. This was not announced during my first stay yet.
The Maldives Archipelago is not far from
Sri Lanka. Here we docked in Colombo. This huge city provides an opportunity
not only for sight-seeing and visiting the temples, but also for the
observation of everyday life. See the local police on the right:
Rząd Malediwów buduje w tej chwili długi most, widoczny na zdjęciu, który połączy
lotnisko z główną wyspą. O tym podczas mojego pierwszego pobytu jeszcze
nawet nie mówiono.
Z Archipelagu
Malediwów niedaleko juz jest na Sri Lankę. Tu zawinęliśmy do Colombo. To
wielkie miasto daje okazję nie tylko do zwiedzania zabytków i świątyń, ale i
do obserwacji codziennego życia. Ciemnoskórzy policjanci chętnie pozowali do
zdjęcia:


From Colombo our old ship sailed to the
well-known Thai island of Phuket. Here, together with other travelers we
rented an open tuk-tuk – motorcycle van to visit beautiful Buddhist temples
and the southern tip of the island, famous for the views.
Z Colombo nasz stareńki statek
popłynął na znaną tajską wyspę Phuket. Tu razem z innymi podróżnikami
wynajęliśmy otwarty tuk-tuk – motocyklową furgonetkę by odwiedzić piękne
buddyjskie świątynie i słynący z widoków południowy przylądek wyspy:


Many times during our sailing we admired
the wonderful sunsets. There was no time for boredom – even during the
so-called days at the sea, when we sailed to the next port. There were many
activities on the ship: concerts and shows, dances, films and contests.
There was also a chance to meet the captain and to make a memorial photo.
See my Italian captain Gianfranco La Fauci on the right column:
Wielokrotnie podczas żeglugi podziwialiśmy wspaniałe zachody słońca. Na tym
statku nie
było czasu na nudę – nawet podczas tak zwanych dni w morzu, kiedy to
żeglowaliśmy do następnego portu. Na statku było wiele rozrywek: koncerty i
rewie, tańce, filmy i konkursy. Była też okazja do spotkania z kapitanem i
zrobienia sobie przy okazji pamiątkowego zdjęcia. To mój włoski kapitan Gianfranco La Fauci:

Sunset on the Indian Ocean

Exotic, hot and humid
Singapore surprised me again – this time
by controversial silhouette of luxury hotel “Marina Bay”, which appeared in
the representative point of the city. The lift transfer to the upper terrace
cost 20 euros, so I just took a picture from the bottom:
Egzotyczny, gorący i parny Singapur zadziwił mnie ponownie – tym razem
kontrowersyjną sylwetką luksusowego hotelu “Marina Bay”, która pojawiła się
w reprezentacyjnym punkcie miasta. Wjazd windą na górny taras kosztował 20
euro, wiec poprzestałem na zrobieniu takiego oto zdjęcia:

In Vietnam we docked at Da Nang harbor,
from where I organized a private trip to the nearby Marble Mountains. This
is very interesting place, where in the great “cathedral” inner grotto
are hidden Buddhist and Taoist temples. But the city itself is also
interesting with a bazaar, where you can buy a conical Vietnamese hat and
see how the ladies hairdresser works just on the sidewalk (right column):
W Wietnamie zawinęliśmy do portu Da Nang, skąd na własną rękę zorganizowałem
sobie wycieczkę do niedalekich Marmurowych Gór (Marble Mountains). To bardzo
ciekawe miejsce, gdzie w wielkiej jak wnętrze katedry grocie ukryte są
buddyjskie i taoistyczne świątynie. Ale ciekawe jest też samo miasto z
bazarami, na których można kupić stożkowy wietnamski kapelusz i podpatrzeć,
jak wprost na chodniku pracuje damski fryzjer:


And although in socialist Vietnam I
have not seen too many people praying in the temples, it is worth to look at
these objects even to find yourself in the mysterious world of strange
colors, sounds and statues:
I choć w socjalistycznym Wietnamie zbyt wielu ludzi modlących się w
świątyniach nie widziałem, to warto zajrzeć do tych obiektów już choćby po
to, by znaleźć się na chwilę w tajemniczym świecie dziwnych barw, dźwięków i
posągów:

It was a hot and hazy day when we
arrived in Hong Kong. Despite the limited visibility I decided once
again to reach the famous summit of Victoria Peak from which there is a
magnificent view of the city and the bay – this time by hiking. And it
turned out to be possible.
Then, after I had descended I had still enough time to look at the
double-decker toy trams. I love them – no other city in the world has such
means of transport:
Był gorący i mglisty dzień, gdy dotarliśmy do Hongkongu. Postanowiłem mimo
ograniczonej widoczności raz jeszcze dotrzeć na słynny szczyt Victoria Peak
z którego otwiera się wspaniały widok na miasto i zatokę – tym razem pieszo.
I okazało się, że jest to możliwe.
Potem po zejściu w dół starczyło mi jeszcze czasu, by ponownie po latach przyjrzeć się
piętrowym tramwajom-zabawkom. Bardzo mi się podobają – żadne inne miasto na
świecie nie ma takich środków transportu.


I visited also the Chinese temples
of Kowloon (photo above- right) and checked that the famous Chunking
Mansions hostels, where I lived during my previous visits to this unusual
city still exist. The day passed very quickly. Very spectacular was our
evening sailing out from Hong Kong harbor:
Odwiedziłem też chińskie świątynie Kowloonu (zdjęcie powyżej) i sprawdziłem,
że istnieje słynna noclegownia trampów Chunking Mansions, gdzie mieszkałem
podczas moich poprzednich wizyt w tym niezwykłym mieście. Dzień minął bardzo
szybko.
Bardzo spektakularne było nasze wieczorne wyjście z portu w Hongkongu:

The final point of my sea voyage was
China’s Shanghai – China’s rapidly growing economic capital. The skyline of
this city, precisely the Pudong quarter on the other side of the river,
is unparalleled:
Końcowym punktem trasy rejsu był chiński Szanghaj – niezwykle szybko
rozwijająca się ekonomiczna stolica Chin. Skyline tego miasta, a właściwie
położonej za rzeką dzielnicy Pudong niewiele ma sobie równych:

Then, in China, I traveled by train and
bus to new, unknown places. The first major stepping stone was the Wudangshan Mountain Range. In
its Taoist monasteries, which were placed on
the World Heritage List of UNESCO, there was once developed a martial art taichi. After a few hours of exhausting climbing I got there to the
monastery on the top of the mountain:
Potem w Chinach podróżowałem pociągami i autobusami do nowych, nieznanych
jeszcze miejsc. Pierwszym ważniejszym punktem etapowym było pasmo górskie
Wudangshan. W jego taoistycznych klasztorach, które umieszczono na liście
World Heritage UNESCO narodziła się kiedyś sztuka walki taichi. Po kilku
godzinach wyczerpującej wspinaczki dotarłem tam do klasztoru na najwyższym
szczycie pasma:

From Wudangshan, traveling by train
again, I moved to Luoyang City. The city is famous for its Buddhist
sculptures carved in the Longmen caves located on the outskirts of the city
in 5th and 6th century. There are over 2,000 grottos. The size of the
collection is over 100,000 Buddha’s images. Caverns with statues are
located on two sides of the river. Two bridges built over the river allowed
to create a loop, after which the sea of tourists is flowing around. This
unusual place is also on the UNESCO list. The greatest Buddha statue is 17
meters high:
Z Wudangshan podróżując ponownie pociągiem przemieściłem się do miasta
Luoyang. Miasto to słynie z kompleksu buddyjskich rzeźb wykutych w grotach
Longmen w V i VI wieku. Grot różnej wielkości jest ponad 2 tysiące,
wizerunków Buddy naliczono ponad 100 tysięcy. Groty z posągami rozmieszczone
są po dwóch stronach rzeki. Dwa mosty na rzece pozwoliły stworzyć pętlę, po
której przemieszcza się morze turystów. Ten niezwykły obiekt również znalazł
się na liście UNESCO. Największy posag Buddy ma 17 metrów wysokości:

I was lucky to
be in Luoyang during the annual Peony Cultural Festival. There was a lot to
see in the city gardens. Not only the flowers, but also crowds of smiling
people:
Miałem szczęście być w Luoyang podczas corocznego Festiwalu Piwonii. Było co
oglądać w miejskich parkach – nie tylko kwiaty ale także tłumy
uśmiechniętych ludzi:


Famous as the cradle of kung-fu
martial arts Shaolin monastery came to me to explore in the rain. I waited
for over an hour hoping the sky would wipe, but in vain. Maybe that’s why
this widely advertised place disappointed me. This is the fragment of the
main temple of the Shaolin complex:
Słynący jako
kolebka sztuki walki kung-fu klasztor Shaolin przyszło mi zwiedzać w
deszczu. Czekałem ponad godzinę mając nadzieje, że niebo się przetrze, ale
nadaremnie. Może dlatego ten szeroko reklamowany obiekt mnie rozczarował.
Tak wygląda fragment głównej świątyni kompleksu Shaolin:

From Shaolin, it is no longer far away
from Kaifeng, the former capital of China. There were no tourist crowd
there. The old town of Kaifeng is surrounded by a ring of walls with
fortified gates. Behind the walls are numerous temples and Iron Pagoda,
which is not built of iron:
Z Shaolin nie
jest już daleko do miasta Kaifeng – dawnej stolicy Chin. Tu juz nie było
takich tłumów turystów. Stare miasto w Kaifeng otoczone jest pierścieniem
murów z warownymi bramami. Za murami ukryte są liczne świątynie oraz Żelazna
Pagoda, która wcale nie jest zbudowana z żelaza, a z ceramiki:

Among the Kaifeng’s temples, the Temple
of the Chief Minister is the most interesting (see the pictures below). The
buildings stand there one after one. They are full of mysterious paintings
and dowries. Although the faithful come to these temples to pray, they still
charge entrance fees. I had to be careful not to leave my whole daily
allowance at the
cash registers of the temples. 🙂
Wśród świątyń Kaifengu najciekawsza jest Świątynia Pierwszego Ministra (na zdjęciach
poniżej), gdzie stojące w amfiladzie poszczególne budowle pełne są
tajemniczych malowideł i posągów. Mimo, że wierni przychodzą do tych świątyń
się modlić, to za wstęp pobierane są opłaty. Musiałem uważać, by w kasach
kolejnych świątyń nie zostawić całej mojej diety 🙂


This was another successful and
interesting voyage to the new, unknown places. I returned to Poland,
flying from Shanghai via Moscow by Aeroflot lines. Short messages from all
the route you will find as always
in my
travel log
In March 2017, I had a
presentation “50 years with a backpack” during the annual festival of
Travelers, Sailors and Mountaineers – “Kolosy” in Gdynia. So it was
coincidence – it is now exactly 50 years since my first independent trip
with a backpack – to Hungary. This was in the days of communism,
black-and-white photography, the difficulties with passports and hard
currencies. And I wanted to show that to the young audience, going then to
the next stages of my way to the world. For the first time I had such a big
audience (about 4,000 spectators). The organizers inviting me offered me for
my presentation 50
minutes of the time. Three days before the festival, it turned out that they
give me only 30 minutes. Obviously, the quality of the presentation suffered
– I had to reduce slide’s commentary, and sometimes even completely miss it.
But it
seems to me that my speech still impressed the people.
W marcu 2017 roku miałem prezentację p.t. “50 lat z
plecakiem” na dorocznym festiwalu
Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów – “Kolosy” w Gdyni. Tak się zbiegło –
upływa właśnie równe 50 lat od mojej pierwszej samotnej wyprawy z plecakiem
– na Węgry. Było to w czasach czarno-białej fotografii, trudności
paszportowych i dewizowych. I to chciałem uświadomić młodej publiczności,
przechodząc potem do kolejnych etapów mojej drogi w świat. Po raz pierwszy
miałem takie duże audytorium (około 4000 widzów). Organizatorzy zapraszając
mnie oferowali mi 50 minut czasu. Na trzy dni przed festiwalem okazało się,
że dają mi tylko 30 minut. W sposób oczywisty ucierpiała na tym jakość
prezentacji – musiałem zredukować mój komentarz do zdjęć, a czasem zupełnie
go pominąć. Wydaje mi się jednak, że moje wystąpienie i tak zrobiło
duże wrażenie. Dziesiątki ludzi podchodziło potem by uzyskać mój autograf,
kupić książkę i zrobić sobie wspólne zdjęcie.


“Kolosy” stały się także dla mnie okazją do spotkań z innymi pasjonatami
podróżowania. Spośród wyróżnionych osób najbardziej zaimponowali mi Anna i
Mateusz Emeschajmer, którzy przez 4,5 roku jechali przez świat na rowerach.
Ja bym tak nie potrafił! 🙂 Obok macie nasze wspólne
zdjęcie.
“Kolosy” gave me also become
for me an
opportunity to meet with other passionate travelers. Among the distinguished
people most impressed me Anna and Mateusz Emeschajmer who rode by 4.5 years
around the world on bicycles. I would just could not do that! 🙂 You can see
us together on the photo on the left column.
Na tegorocznych “Kolosach” spotkałem też kilku starych i cenionych
przyjaciół. Wśród nich Gdańszczanina – afrykanistę, alpinistę i
doświadczonego podróżnika Michała Kochańczyka. Bardzo go lubię za jego
poczucie humoru i życzliwość dla świata. Szanuję go także za jego
podróżniczą wiedzę, którą podobnie jak ja chętnie dzieli się z młodymi
ludźmi.
At this year’s “Kolosy” I met few old and
valued friends. Among them – Africanist, an experienced climber and traveler
Michał Kochańczyk. I like him very much for his sense of humor and his
kindness to the world. I respect him also for his experience in travel. Like
me, he is always willing to share it with young people. See our picture on
the right column.


Największą niespodziankę i radość na “Kolosach” sprawiła mi pani Ewa, która
od lat śledzi moje podróże. Podarowała mi własnoręcznie wykonaną akwarelę
przedstawiającą słynny Kanion Colca w Peru, który kiedyś odwiedziłem. Takie
wyróżnienie warte jest dla mnie więcej niż jakiekolwiek dyplomy. Bardzo
dziękuję, pani Ewo!
The biggest
surprise and during “Kolosy” made me Mrs. Eva, who for years keeps track of
my travels. He gave me personally made watercolor depicting the famous
Colca Canyon in Peru, which I visited years ago. Such a distinction is
worth to me more than any diplomas. Thank you so much, Mrs. Eva!
A
great honor met me on April 22nd 2017. The Cracovians put in their Travelers,
Explorers and Conquerors Alley a big plaque describing my traveler’s output, and to
commemorate the fact they planted behind the table the oak tree which,
I hope will grow into a mighty tree!
22 kwietnia 2017 spotkał mnie nie lada zaszczyt.
Krakowianie umieścili w swojej Alei Podróżników, Odkrywców i Zdobywców
tablicę opisującą mój podróżniczy dorobek. A za tablicą posadzili dla
upamiętnienia dąb, który mam nadzieję wyrośnie na potężne drzewo.


Aleja Podróżników to odcinek szerokiego chodnika wzdłuż ulicy Stanisława
Lema, prowadzący do krakowskiej Tauron Areny:

Moja tablica znalazła się wśród trzydziestu innych, poświęconych wybitnym
polskim podróżnikom, alpinistom i żeglarzom. To zaszczyt znaleźć się w
jednym szeregu z Ernestem Malinowskim, Jerzym Kukuczką czy Leonidem
Teligą… Odsłonięcie tablic połączone było z piknikiem dla mieszkańców
Krakowa, podczas którego opowiadałem o mojej podróżniczej pasji. Dziękuję
Królewskiemu Miastu Krakowowi i kapitule wyłaniającej kandydatów za to
wielkie wyróżnienie!
My plaque was among thirty others devoted
to outstanding Polish travelers, mountaineers and sailors. It is an honor
for me to be in one line with Ernest Malinowski, Jerzy Kukuczka or Leonid
Teliga … The unveiling of the boards was connected with a picnic for the
inhabitants of Krakow, during which I talked about my travel passion. Thank
you to the Royal City of Cracow for this great honor!
In May 2017 I happily returned from the spring voyage to
Slovakia and Ukrainian Transcarpatia! At the beginning I was flying cheaply to
Krakow, and from there I took the bus to Eastern Slovakia. There I
stayed in unknown to me city Košice. This city surprised me positively – it
has many monuments:
W maju 2017 wróciłem szczęśliwie z wiosennej podróży na Słowację i
ukraińskie Zakarpacie! Podróż zaczęła się od lotu tanią linią do Krakowa,
stamtąd autobusem jechałem na Wschodnią Słowację, gdzie zatrzymałem się w nieznanych
mi dotąd Koszycach. To miasto zaskoczyło mnie pozytywnie – ma ono wiele
zabytków:

But the main goal of this trip is the Ukrainian Transcarpathia – areas near the border with Hungary and Romania…
Two buses, with a transfer in Michalovce, took me to the border and found
myself in the border town of Uzhorod. It is an unofficial capital of
Transcarpathia, with a castle and open-air museum of rural architecture in
which I watched nice performances of local folk bands:
Ale głównym celem tego wypadu było Ukraińskie Zakarpacie –
obszary “gdzie szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa…” Dwoma
autobusami, z przesiadką w Michalovcach dotarłem do granicy, by ją sprawnie
przekroczyć i znaleźć się w granicznym miasteczku Użgorod. To nieoficjalna
stolica Zakarpacia, z zamkiem i skansenem wiejskiego budownictwa, w którym
oglądałem występy ludowych zespołów:


From Uzhgorod I took a bus to another town of Transcarpathia –
Mukhaczewe, where most of the inhabitants speak Hungarian. Over the town
dominates the silhouette of the old castle, which is worth visiting just to
hold the finger of Prince Ferenc Rakoczy (the statue of the prince stands in
the upper courtyard of the castle) – reportedly it brings happiness (picture
on the right column)
Z Użhorodu pojechałem małym autobusem do innego miasteczka Zakarpacia –
Mukhaczewe, gdzie większość mieszkańców mówi po węgiersku. Bo przez wieki
tereny te należały do Węgier. Nad miasteczkiem dominuje sylwetka starego
zamku, który warto zwiedzić już choćby dlatego, aby potrzymać za palec
księcia Franciszka Rakoczego (posąg księcia stoi na górnym dziedzińcu zamku)
– podobno przynosi to szczęście:
Mukhachewe Castle
In the next township of Transcarpathia – Berehove I was staying in
the “Golden Peacock Inn” – old and stylish institution with fancy restaurant
on the ground floor and few rooms upstairs:


Zlata Pava
Podrzędne drogi tego regionu Ukrainy okazały się fatalne: pełne dziur i
wybojów. Gdy jechałem po nich wysłużonymi minibusami strasznie trzęsło, więc
szybko zmieniłem środek transportu na kolej i korzystałem z niej wszędzie,
gdzie to było możliwe. Przejazdy koleją są przy tym na Ukrainie tańsze od
autobusów.

W kolejnym małym miasteczku Zakarpacia – Berehowe mieszkałem w
starym, stylowym zajeździe “Złoty Paw” z wyszukaną restauracją na parterze i
kilkoma pokojami hotelowymi na piętrze. Macie go na zdjęciu powyżej, po
lewej. W cenę hotelowego pokoju było
wliczone śniadanie, ale tylko z herbatą. Jeśli chciałeś kawę – trzeba było
dopłacić. Domyślacie się, jak sobie poradziłem?
In Winohradiv I found a bed in a tiny pension, run by a
Ukrainian-Italian couple. They are very nice people, and the service – like
the best hotel but also hearted: I even got warm croissants for the road!
In Winogradiv worth seeing is the romantic ruin of the medieval castle, as
well as the nice palace of the Hungarian family Perenyi, surrounded by a
park (photo below-right). Narrow gauge toy train runs three times a week to
nearby Khmelnyk, but it was 1st of May and the staff has made itself day off
– that’s how it is in Ukraine!
W Winohradiv znalazłem sobie nocleg w maleńkiej kwaterze, prowadzonej przez
ukraińsko-włoskie małżeństwo. To ogromnie sympatyczni ludzie, a obsługa –
jak w najlepszym hotelu i do tego z sercem: dostałem nawet ciepłe rogaliki
na drogę!
W Winogradiv warto zobaczyć romantyczne
ruiny średniowiecznego zamku, a także ładny pałac węgierskiego rodu Perenyi,
otoczony parkiem (zdjęcie poniżej). Wąskotorówka jeździ stąd trzy razy w
tygodniu do pobliskiego Chmielnika, ale był 1 maja i obsługa zrobiła sobie
wolne – tak to jest na Ukrainie!


Then I crossed to the other side of the Carpathians – first by train
to Solotvino, then by bus to Rahiv and again by train – to Vorokhta. This is
a very picturesque route – it led me to the foot of Czarnohora, in this
massif you will find the highest peak of Ukraine – Howerla. This year,
however, winter did not want to give up quickly. Look below how Czarnohora
looked like on May 3rd – planned climbing to the top had to be postponed:
Potem przyszło mi przejechać na drugą stronę Karpat – najpierw pociągiem do
Sołotwina, potem autobusem do Rahiv i znów pociągiem – do Worochty. To
bardzo malownicza trasa – doprowadziła mnie ona do podnóża Czarnohory, w
której masywie znajduje się najwyższy szczyt Ukrainy – Howerla. Tego roku
zima nie chciała jednak szybko ustąpić. Popatrzcie, jak wyglądała Czarnohora
3 maja – zaplanowaną wspinaczkę na szczyt trzeba było odłożyć:

Instead, I made an interesting trip to the Black Cheremosh Valley to
see the charming churches and Hutsul huts. Unfortunately, it turned out that
Huculs do not wear their traditional costumes every day, like our
highlanders from the Tatra Mts. Their cemeteries are very colorful (picture on
the right column below)
W zamian za to
zrobiłem sobie ciekawą wycieczkę Doliną Czarnego Czeremoszu, oglądając
urocze cerkiewki i huculskie chaty. Niestety okazało się, ze Huculi nie
noszą na co dzień swoich ludowych strojów, jak nasi górale z Tatr. Aby je
zobaczyć trzeba przyjechać w porze ludowego festiwalu. Bardzo kolorowe są
ich cmentarze:


Coming down – to the elegant mountain resort of Yaremche I was
planning to see the Probij waterfall on the Prut River. When I found a
waterfall it turned out that the place is very commercialized, and the
waterfall itself – rather low. IT was still worth a short hike:
Jadąc dalej –
do eleganckiej miejscowości wypoczynkowej Jaremcze planowałem oglądanie
wodospadu Probij na rzece Prut. Gdy znalazłem wodospad okazało się, że
miejsce jest bardzo skomercjalizowane, a sam wodospad – niewysoki. Mimo to
wart był krótkiej pieszej wycieczki:

In Yaremche, I was also accidentally witnessing a wedding in a Greek
Catholic church. Interesting that for such an important ceremony none of men
dresses a tie, but beautifully embroidered shirts. I have seen there many folk
elements – dressed “gaik” and bread “kolach” with several layers:
W Jaremczu
byłem też przypadkowym świadkiem ślubu w greko-katolickim kościele. Ciekawe,
że na tak ważną uroczystość nikt z panów nie ubiera tu krawata, ale pięknie
wyszywane koszule. Widziałem wiele ludowych elementów – strojne gaiki i
kilkupiętrowy kołacz:

From Yaremche I went to Kolomyia, which still retains the character
of a provincial, small town. There is an interesting ethnographic museum
describing the life and folk art of Hutsul, but the most popular among
tourists is the Pysanka Museum of eggs traditionally painted for the Easter:
Z Jaremcza pojechałem do Kołomyi, która do dziś zachowała charakter
prowincjonalnego, kresowego miasteczka. Jest tu ciekawe muzeum etnograficzne
opisujące życie i sztukę ludową Hucułów, ale największym powodzeniem wśród
turystów cieszy się Muzeum Pisanki:

The next step on my route was the city Ivano-Frankivsk – former
Polish Stanislav. I was fortunate not only for the weather, which was
excellent. On the day of my arrival the city celebrated its annual feast –
the 355th anniversary of the city charter granted by the Polish prince
Andrzej Potocki. There were numerous shows, fairs, feasts. And I was
admiring mainly a nice old architecture, eg. the church of the Virgin Mary
transformed into a museum:
Kolejnym punktem etapowym na moim szlaku stało się miasto Iwano-Frankivsk –
dawny polski Stanisław. Miałem tu szczęście nie tylko do pogody, która
była wyśmienita. W dniu mojego przybycia miasto świętowało swoje doroczne
święto – 355 rocznicę uzyskania praw miejskich, nadanych przez polskiego
hetmana Andrzeja Potockiego. Były liczne występy, kiermasze, biesiady. A ja
podziwiałem przede wszystkim ładną starą architekturę, np. kościół Marii
Panny zamieniony na muzeum:

And then, after two hours spent on the train I had again a chance,
after years of stroll down the streets of Lviv. The old part of this town is
now on the UNESCO World Heritage list. Sadly, the old city’ streets are
turning into a real rivers of vehicles, not making life easier for tourists:
A potem, po
dwóch godzinach spędzonych w pociągu mogłem ponownie, po latach pospacerować uliczkami
uroczego Lwowa, którego Starówka wpisana jest na listę World Heritage
UNESCO. Niestety przez to stare miasto przewalają się prawdziwe rzeki
pojazdów, nie ułatwiając wcale życia turystom:

Lwów jest
pełen polskich śladów. Mieszkałem bardzo blisko pięknego pomnika Adama
Mickiewicza (na zdjęciu obok), odwiedziłem Cmentarz Łyczakowski z grobami
wielu zasłużonych Polaków i Lwowskich Orląt. Zwiedzałem pięknie
odrestaurowaną katedrę i kościoły innych wyznań, uniwersytet i politechnikę.
Wdrapałem się w końcu na Wysoki Zamek, by popatrzeć na panoramę miasta.
Lviv is full of Polish traces. I lived very close to the beautiful
monument of Polish poet Adam Mickiewicz (pictured on the right column), I
visited Lyczakowski Cemetery with the graves of many well-deserved Poles and
Soldiers. I visited also beautifully restored cathedrals and churches of
other denominations, university and polytechnic. I finally climbed into the
High Castle to look at the Lviv skyline.


We Lwowie
spotkałem jednego z największych ukraińskich podróżników – Oresta Zuba i
jego uroczą żonę Martę. Przegadaliśmy razem kilka godzin, a potem okazało
się, że zarówno ja, jak i oni wybierają się jesienią tanim statkiem do
Panamy. Co za zbieg okoliczności! Orest zawiózł mnie samochodem do niezbyt
odległej, zabytkowej Żółkwi. To było bardzo miłe spotkanie z ciekawymi
ludźmi – bardzo Wam dziękuję!
In Lviv I met one of the greatest Ukrainian travelers – Orest Zub
and his charming wife Marta. We were talking few hours, and then it turned
out that both me and them are going to pick up in autumn cheap ship to
Panama. What a coincidence! Orest took me by car to the not too distant full
of monuments Zhovkva. It was a very nice meeting with interesting people –
thank you so much!
This was not so long, but successful
voyage.
I had to be back on time to sow and plant vegetables in my
Wojtkówka! 🙂 In Ukraine I saw not only beautiful scenery, but I also
met many friendly and interesting people. You can see the route map
here, and the messages from
the route I typed as always hot to my
travel log.
To byłe
niezbyt długa, ale udana podróż. Musiałem przecież wrócić na czas, by siać i
sadzić w Wojtkówce! 🙂 Na Ukrainie widziałem nie tylko piękne
krajobrazy, ale spotkałem też wielu życzliwych i ciekawych ludzi. Mapkę
trasy możecie zobaczyć tutaj,
a wiadomości z trasy wpisywałem jak zawsze na gorąco do mojego
dziennika podróży.

Summer 2017 ended when I started a new, long-awaited travel
season! I started it from a short, weekly trip to the Balkans. In Belgrade
long time ago when I was still a student, in the time of black and white
photography. I decided to refresh my memories. Already in the beginning – in
the capital of Serbia – I admired the Cathedral of St. Sava – is said to be
the largest Orthodox temple in the world:
Lato 2017 roku się kończyło, gdy ja zaczynałem nowy, od dawna
wyczekiwany sezon podróżniczy! Rozpocząłem go od krótkiej,
tygodniowej podróży na Bałkany. W Belgradzie byłem jeszcze jako student, w
czasach czarno-białej fotografii. Postanowiłem odświeżyć wspomnienia. Już na
początku – w stolicy Serbii – podziwiałem katedrę Św. Sawy – podobno
to największa prawosławna świątynia na świecie:

However, I did not intend to limit my Serbia’s visit only to Belgrade, I
wanted to visit some new interesting places scattered around Serbia. One of
such place was the capital of Vojvodina region – Novi Sad. I did a day tour
to this place from Belgrade – it took me 2 hours by public bus to get there.
Novi Sad lies on the Danube, and besides the beautiful market, boasts a
mighty fortress:
Nie zamierzałem jednak mojej wizyty w Serbii ograniczać tylko do samego
Belgradu, chciałem odwiedzić przy okazji kilka nowych, ciekawych miejsc
rozsianych po Serbii. Jednym z takich miejsc była stolica regionu Vojvodiny
– Novi Sad. Miasto może być celem jednodniowej wycieczki z Belgradu –
publiczny autobus jedzie do niego około 2 godzin. Novi Sad leży nad Dunajem,
a poza pięknym rynkiem chlubi sie także potężną twierdzą:

However, the most beautiful castle in Serbia was found at the entrance to
the Danube River Gorge. This romantic fortress is called Golubac and has
been repeatedly fought for. The famous Polish knight Zawisza Czarny was
killed here, wishing to rebound the fortress from the hands of the Turks.
Especially beautiful lighting Golubac castle has just before sunset:
Jednak
najpiękniejsze zamczysko w Serbii znalazłem u wejścia do Przełomu Dunaju. Ta
romantyczna twierdza nazywa się Golubac i wielokrotnie o nią walczono.
Słynny polski rycerz Zawisza Czarny zginął tutaj, pragnąc odbić twierdzę z
rąk Turków. Szczególnie piękne oświetlenie ma zamek Golubac tuż przed
zachodem słońca:

To Golubac I was driving from Belgrade rented car (you can have it
paying 24 euro / day). After spending the night in a private pension (it
cost about 12 euros) I went further by the highway built along the Iron
Gates – so how in the literature they call the Danube River Gorge,
stretching over 100 kilometers. On the way there were many wonderful views:
Do Golubac
dojechałem z Belgradu samochodem wypożyczonym za 24 euro/dzień. Po spędzeniu
tam nocy w prywatnej kwaterze (to koszt około 12 euro) pojechałem dalej
szosą biegnącą wzdłuż Żelaznych Wrót – tak w literaturze nazywają ciągnący
się na długości ponad 100 kilometrów Przełom Dunaju. Po drodze było wiele
wspaniałych widoków:

On the same day in the afternoon I drove over 300 kilometers to see another
Serbian natural attraction. It is not easy to find it near the border of
Kosovo. They call this place Devolja Varos or Devil’s Town. It is a group of
strongly eroded rocks – conglomerates. They are up to a dozen meters high,
and their tops are often covered with dark colored stones – like naturally
formed hats:
Jeszcze tego
samego dnia po południu przejechałem ponad 300 kilometrów by zobaczyć
jeszcze inną atrakcję przyrodniczą Serbii. Nie jest wcale łatwo odnaleźć ja
przy granicy Kosowa. Nazywają to miejsce Devolja Varos czyli Diabelskie
Miasto. Jest to grupa silnie zerodowanych skałek – zlepieńców. Maja wysokość
do kilkunastu metrów, a ich szczyty często nakryte są kamieniami o ciemnym
kolorze – jakby naturalnymi kapeluszami:


Po powrocie do Belgradu pojechałem
autobusem do Tuzli
w sąsiedniej Bośni. Tu przeżyłem szok, bo na ulicach miasteczek spacerują tu
dziewczęta w muzułmańskich strojach – popatrzcie na zdjęcie obok. Islam
pozostawi tu Turcy, ale nie jest to żadna skrajna odmiana tej religii, i
choć kilka razy dziennie słyszy się nawoływanie do muzułmańskiej modlitwy,
to miejscowe maleńkie i zgrabne meczety – takie jak na zdjęciu poniżej
świecą pustkami.
After returning to Belgrade by bus I went to Tuzla in neighboring Bosnia.
Here I was shocked, because in the streets of the townships girls walk there
in Muslim clothes – look at the picture next. Islam was left
here by the Turks, but it is not an extreme variation of this religion, and although
several times a day you hear the call to Muslim prayer, the local tiny and
neat mosques – such as on the picture below – emit emptiness.
Kluczem do tej podróży były tanie bilety lotnicze zaoferowane przez Wizzair. Żyjemy w takich czasach,
w których po kilku godzinach cierpliwego szukania w internecie
można znaleźć bilet do Serbii tańszy od biletu do Warszawy!
Leciałem z małym, kabinowym bagażem do szwedzkiego
Göteborga i stamtąd już prosto do Belgradu. Potem z Tuzli znów przez Goteborg wróciłem do Gdańska.
Pogoda
dopisała, a Serbowie i Bośniacy przyjęli mnie serdecznie… Mapkę podróży
możecie zobaczyć tutaj.
The key to this trip was the cheap airline tickets offered by Wizzair. We
live in such times, when after several hours of patient searching on the
internet, you can find a ticket to Serbia cheaper than a ticket to Warsaw! I
flew with a small cabin pack to Sweden’s Gothenburg and from there straight
to Belgrade. Then from Tuzla again through Goteborg I returned to Gdansk.
The weather was good, and Serbs and Bosnians welcomed me warmly…
Little map of this short journey you can see
here.

In September 2017 I travelled to Caucasus… The Russian Caucasus region was
fascinating me since a long time. Unfortunately, the complicated internal
situation and the ongoing unrest prevented me from going there for many
years. Now the situation improved, so I packed my backpack and set out. I
flew from Kaliningrad through Moscow to Vladikavkaz – the capital of North
Osetia. After visiting the city, where there is a lot of nice architecture
from the time of the tsars, I went to the mountains – to see among other
things the unique City of the Dead – Dargavs:
We wrześniu 2017 roku pojechałem na Kaukaz… Region rosyjskiego
Kaukazu interesował mnie od dawna. Niestety skomplikowana sytuacja
wewnętrzna i trwające tam niepokoje uniemożliwiały przez wiele lat wyjazd w
tamte strony. Teraz jest już spokojnie, od 4 lat nie było żadnych aktów
terroru, więc spakowałem plecak i
wyruszyłem w drogę. Poleciałem z Kaliningradu przez Moskwę do Władykaukazu – stolicy
Północnej Osetii. Po zwiedzeniu miasta, w którym jest sporo ładnej
architektury jeszcze z czasów caratu wybrałem się w góry – między innymi po
to by zobaczyć unikalne Miasto Umarłych – Dargavs:

Nearby
Ingushetia also has unique monuments, but they are located in a frontier
zone, where the Russians can move freely, but foreigners are required a
special permit, which requise advance application and waiting for two months
(!!). Unaware of this, and the seduced local driver drove me 80-meter into
this zone (from the bridge to the gate with the control post), it was enough
to be subjected to a lengthy investigation, also the taking of all
fingerprints and the pictures that are taken for criminal registers. Keep
this in mind! And so, in Ingushetia, I saw only the capital of the
country, built in the honest steppe – Magas:
Przyległa Inguszetia też ma unikalne zabytki, ale położone są one w strefie
nadgranicznej, gdzie Rosjanie mogą się poruszać swobodnie, ale od
cudzoziemców wymaga się specjalnego zezwolenia, na wydanie którego czeka się
do dwóch miesięcy (!!). Nieświadomy tego, a skuszony zarobkiem miejscowy
kierowca wjechał w tę strefę na 80 metrów (od mostu do bramy z
posterunkiem) i to już wystarczyło, abym był poddany długiemu przesłuchaniu,
zdejmowaniu odcisków wszystkich palców i zdjęciom, jakie robi się
kryminalistom. Miejcie to na uwadze! I tak oto
w Inguszetii widziałem tylko zbudowaną od podstaw w szczerym stepie stolicę
kraju – Magas:

After all the Caucasian route I moved by local transport – mostly by
marshrutka (micro- and minibuses) because normal size buses are rare here.
Another stopover I planned in Grozny – the capital of Chechnya – a Muslim
republic, ruled by a strong hand (and perhaps why so quiet). Grozny is
astonishing with modern architecture and … bearded policemen walking the
streets. A great mosque was erected here. From the top of the skyscraper in
the center (there is a small group of skyscrapers) you can photograph all
the glorious panorama of the city except… the president’s palace:
Po całej kaukaskiej trasie poruszałem się lokalnym transportem – najczęściej
tzw. marszrutkami (mikro- i minibusami) bo normalnej wielkości
autobusy są tu rzadkością. Kolejny stopover zaplanowałem w Groznym – stolicy
Czeczenii – muzułmańskiej republiki, rządzonej silną ręką (i może dlatego
tak spokojnej). Grozny zadziwia nowoczesna architekturą i… brodatymi
policjantami spacerującymi po ulicach. Wzniesiono tu wspaniały, wielki
meczet. Ze szczytu wieżowca w centrum (jest tu mała grupa drapaczy chmur) można fotografować całą efektowną panoramę miasta z wyjątkiem… pałacu
głowy państwa:


From Chechnya another marshrutka took me to the neighboring Dagestan. More
precisely – to the village of Kubaczi in the picturesque mountains. Kubaczi
is famous for its filigree jewelry. In the absence of any hotel I lived here
with ordinary people. Not so far from this village lie the ruins of the
capital of the former Koreish Islamic state – Kala Koreish. The ruins
located on an isolated mountain, high above the river made me call this
place Machu Picchu of Dagestan:
Z Czeczenii kolejna marszrutka dowiozła mnie do sąsiedniego Dagestanu. A
dokładniej – do wsi Kubaczi w malowniczych górach. Kubaczi słynie z
wytwarzanych tu filigranowych wyrobów jubilerskich. Z braku jakiegokolwiek
hotelu mieszkałem tu u zwykłych ludzi. Nie tak daleko od tej wsi leżą w
górach ruiny stolicy dawnego islamskiego państwa Kurejszów – Kala Koreish.
Usytuowane ruin na odosobnionej górze wysoko nad rzeką sprawiło, że nazwałem
to miejsce Machu Picchu Dagestanu:

Then I descended from the mountains to Derbent in Dagestan – a city of 2,000
years of history and is considered to be the oldest in the Russian
Federation. Derbent is located on the Caspian Sea and boasts its old
fortress Naryn – Kala. Together with other Derbent monuments, it is on the
UNESCO World Heritage list:
Potem zjechałem z gór do Derbentu w Dagestanie – miasta co ma 2000 lat
historii i uznawane jest za najstarsze na terenie Federacji Rosyjskiej,
Derbent leży nad Morzem Kaspijskim, a jego chlubą jest górująca nad miastem
stara forteca Naryn – Kala. Razem z innymi zabytkami Derbentu trafiła ona na
listę World Heritage UNESCO:

In Derbent I happily came for the celebration of the City Day and Dagestan
Unity Day. And that meant seeing many folklore performances, getting to know
the region’s handicrafts and meeting local people for whom, for lack in
sight any other foreign tourists, I was as big an attraction as they were to
me:
W Derbencie szczęśliwie trafiłem na obchody Dnia Miasta i Dnia Jedności
Dagestanu. A to oznaczało możliwość oglądania wielu folklorystycznych
występów, zapoznania się z rękodziełem regionu i spotkań z ludźmi, dla
których, z braku w polu widzenia innych zagranicznych turystów byłem
atrakcją równie dużą, jak oni dla mnie:

During the whole trip I experienced beautiful weather and high temperatures
reaching up to 32 degrees. From Derbent, another marshrutka for 200 rubles
drove me to Makhachkala, the capital of Dagestan. It is not a very
interesting city, but few people know that 95 km from the capital you can
see one of the most beautiful canyons in the world – the Salaksky canyon. I
got there by shared car. The cost was 2200 roubles per car:
Podczas całej podróży doświadczałem pięknej pogody i wysokich temperatur,
dochodzących do 32 stopni. Z Derbentu kolejna marszrutka za jedne 200 rubli
zawiozła mnie do Machaczkały – stolicy Dagestanu. Nie jest to zbyt
ciekawe miasto, ale mało kto wie, ze 95 km od niego można oglądać jeden z
najpiękniejszych kanionów świata – Kanion Sałakski. Dojechałem tam
samochodem, dzieląc koszt (2200 rubli) z innymi podróżnikami:


To była udana podróż wśród pięknych krajobrazów. Na całej trasie spotkałem
wielu ciekawych i życzliwych ludzi i nie doświadczyłem żadnych objawów
agresji czy niechęci miejscowych (z wyjątkiem wspomnianego wyżej incydentu
granicznego). Wróciłem z przeświadczeniem, że to bardzo ciekawy region,
czekający wciąż na odkrycie przez świat. Powstały tu małe, prywatne hoteliki
i hostele, ale wciąż brak jest rzetelnej i łatwo dostępnej informacji
turystycznej. Nagrodą dla wytrwałego podróżnika, który jednak zdecyduje się
tu przyjechać jest brak tłumów turystów…

It was a great trip among the beautiful landscapes. All along the route I
met many interesting and kind people and I did not experience any signs of
aggression or hostility (except for the border incident mentioned above).
From Makhachkala in Dagestan, I returned to Kaliningrad – again by air,
then I took a bus to Gdansk. Short,
hot
messages in English from the road you will find as always
in my
travel log
At the end of October 2017 I came back from a distant and
long-planned trip to unknown destinations in Central America, where I used
ships, buses, planes, and hitchhiking. For a lonely traveler it was a risky
journey, but it was completed without any dangerous adventures 🙂 On the
trail I admired nature and enjoyed meetings with interesting people and
their culture, for example on this picture – at the beginning of the journey in Las
Palmas:
W ostatnich dniach października 2017 wróciłem z dalekiej i długo przygotowywanej podróży do nieznanych miejsc w Ameryce
Centralnej, podczas której korzystałem ze statków, autobusów, samolotów, a także z autostopu. Dla samotnego podróżnika była to podróż
podwyższonego ryzyka, udało się jednak zakończyć ją bez niebezpiecznych
przygód 🙂 Na szlaku podziwiałem przyrodę i cieszyłem się ze spotkań z
ciekawymi ludźmi i ich kulturą, na przykład tu – na początku podróży w
Las Palmas:

After defeating the Atlantic, which was extremely quiet this time, I found
myself in the Caribbean, reaching the islands already known to me. Usually
on foot or hitchhiking I tried to find there new places. Here, for example,
you can see the panorama of St Kitts, or Saint Christopher:
Po pokonaniu Atlantyku, który był tym razem wyjątkowo spokojny znalazłem się
na Karaibach, docierając na znanych mi już wyspach, zazwyczaj pieszo lub
autostopem do nowych miejsc. Tu na przykład panorama wyspy St Kitts czyli
Saint Christopher:

Then in a similar way, in good weather I refreshed memories on Curacao and
Aruba. I said goodbye to my old but cheap and sympathetic ship in Colon, in
Panama. Going first to Panama City I found soon my way to the forgotten Panamanian
islands of Bocas del Toro.
It was one of the most interesting places on the
whole tour. See separate report here. There are more than a dozen larger and smaller islands. I
sailed to them by motorboat. Some of them have beautiful beaches. The coast
of the others is covered by the mangroves and thick tropical jungle:
Potem w podobny sposób, przy świetnej pogodzie przypominałem sobie Curacao i
Arubę. Mój stareńki, ale tani i sympatyczny statek pożegnałem w Colon, w
Panamie, by przez Panama City trafić na zapomniane panamskie wyspy Bocas del
Toro.
To było jedno z najciekawszych miejsc na trasie całej podróży. Ponieważ jest
mało znane opisałem je obszernie na osobnej stronie mojego serwisu –
Większych i mniejszych wysepek jest tam kilkanaście. Pływałem do nich
motorowa łodzią. Na niektórych są piękne plaże. Brzegi innych porastają
mangrowce i gęsta tropikalna dżungla:


Na rzadko odwiedzanych wyspach Bocas dziwnym zrządzeniem losu czy też
Opatrzności spotkałem rodaka – księdza Józefa, misjonarza od 8 lat
pracującego w Panamie. To było bardzo mile spotkanie – przegadaliśmy
wieczorem na werandzie kilka godzin, okazało się, że mamy wspólnych
znajomych…
On
the rarely visited Bocas island, I met a compatriot – Father Joseph, a
missionary for 8 years working in Panama, in a strange fate or providence.
It was a very nice meeting – we talked in the evening on the veranda for a
few hours, we found out that we have common friends …
I was lucky – the tourist season for Bocas has not started yet, there was a
crowd of tourists … The nicest place for me seemed to be the empty beach
of Estrella near Boca del Drago, where in the shallow water you can see the
sea starfish, and locals are catching such a shells:
Miałem szczęście – sezon turystyczny na Bocas jeszcze się nie zaczął, nie
było tłumu turystów… Najpiękniejszym zakątkiem wydała mi się pusta plaża
Estrella loło Boca del Drago, gdzie w płytkiej wodzie zobaczyć można morskie
rozgwiazdy, a miejscowi wyławiają takie oto muszle:


Z Bocas del Toro promem i lokalnymi autobusami dotarłem do stolicy Kostaryki
San Jose, a stamtąd – na kolumbijskie wyspy San Andres i Providencia, gdzie
rzadko pojawiają się światowi podróżnicy… Z San Andres małym katamaranem
dopłynąłem na maleńką wyspę Providencia, która zachwyciła mnie nie tylko
swoimi krajobrazami, ale przede wszystkim życzliwością ludzi. Znalazłem tam
ślady słynnego pirata – kapitana Morgana. Niewiele jest takich wysp na
świecie! Szczegółowy raport znajdziecie pod tym linkiem
From Bocas del Toro by ferry and local buses I reached the capital of Costa
Rica – San Jose, and from there I flew to the Colombian islands of San
Andres and Providencia, where the world travelers are rare…
From San Andres using small catamaran I reached the tiny island of
Providencia, which impressed me not only with its landscapes, but above all
with the kindness of the people. I found there traces of the famous pirate –
Captain Morgan. It is hard to find such a island in the whole world!
Detailed report in Polish is here.

Then I went back to San Andres, and after visiting this island, I flew to
mainland Colombia proceeding by bus to Santa Marta through Medellin and the
colonial town of Giron. It’s a nice town, I lived there in an old quarter
full of flowers and narrow streets. From there I also took a trip to the
nearby Tayrona National Park:
Potem wróciłem na San Andres i po zwiedzeniu tej wyspy samolotem poleciałem
do kontynentalnej Kolumbii, by przez Medellin i kolonialne miasteczko Giron
trafić autobusem do Santa Marta. To ładne miasto, mieszkałem tam w starej
dzielnicy pełnej kwiatów i wąskich uliczek. Stamtąd odbyłem również wyprawę
do pobliskiego Parku Narodowego Tayrona:

The last stop on this route was the historic city of Cartagena de Indias,
known to me from previous expeditions. From there, through Florida and
Copenhagen, I returned home.
Short
hot
messages in English from the road you will find as always
in my
travel log. Soon I’m going to put more information and photos from this
Central America.
Ostatnim przystankiem na trasie tej podróży było historyczne miasto
Cartagena de Indias, znane mi z poprzednich ekspedycji. Stamtąd przez
Florydę i Kopenhagę wróciłem do domu. Gorące informacje o tym, co się działo
na trasie znajdziecie jak zawsze w moim
dzienniku podróży. Wkrótce zamierzam umieścić więcej informacji i
zdjęć z tej trasy na osobnej stronie –
In the autumn 2017 I found a possibility to escape south
from the November cold and
December dark days in Poland. By the way also saw something new and fascinating. Initially I wanted to start this trip from the visit of
Northern Algeria. It turned out, however, that Algeria has introduced visa
impediments that without a invitation from the Algerian virtually exclude
travel. I had to find quickly another option and decided to fly with cheap
airlines to Portugal and then to use a ferry to travel to the unknown island
of Santo in the Atlantic Ocean (via Madeira). At Santo, in a post-season
period, I lived in a cheap room, from which I used to admire every day
the sunrise in various shapes:
Jesienią 2017 roku znowu udało mi się uciec na południe od listopadowych
chłodów i grudniowych ciemnych polskich dni. A przy okazji zobaczyć coś nowego i
fascynującego. Początkowo zamierzałem rozpocząć tę
podróż od wizyty w Północnej Algierii. Okazało się jednak, że Algieria
wprowadziła utrudnienia wizowe, które bez posiadania zaproszenia od
Algierczyka praktycznie wykluczają podróż. Musiałem szybko znaleźć inną
opcję i zdecydowałem polecieć tanimi liniami na Maderę i następnie promem
przeprawić się na nieznaną
mi dotąd wyspę Santo na Atlantyku. Na Santo w posezonowym okresie mieszkałem
w tanim pokoju, z którego okna codziennie podziwiałem wschód słońca i to w
różnych odsłonach:


Z Madery na Santo (właściwie to ta wyspa nazywa się Porto Santo) latają małe
samoloty, ale ja zdecydowałem się na znacznie tańszą podróż promem, który
pływa na tej trasie 6 razy w tygodniu. Powrotny bilet kosztuje 46 euro.
Przeprawa trwa tylko 2,5 godziny, a po drodze można fotografować ciekawe
panoramy obu wysp.
From Madeira to Santo (actually this island is called Porto Santo), small
planes are flying, but I decided to take much cheaper ferry that sails on
this route 6 times a week. The return ticket costs 46 euros. The crossing
takes only 2.5 hours, and on the way you can photograph interesting
panoramas of both islands.
Santo is not a big island (it’s 14 by 7 km), which makes that persistent
walker like me, can walk it on foot. The greatest landscape attraction here
are mountains and high coastal cliffs:
Santo nie jest dużą wyspą (ma 14 na 7 km), co sprawia, że taki wytrwały
piechur jak ja może przemierzać ją na piechotę. Największą atrakcją
krajobrazową są góry i wysokie nadmorskie klify:

Over the following days I climbed the highest peaks of the island. The
tourist paths leading there were almost empty, which was an additional
advantage of this episode of the expedition. Santo also has other tourist
attractions. Along the southern coast of the island stretches a 9 km long
sandy beach, which is envied by her older and richer sister – Madeira. At
its eastern end is the Portela viewpoint. I had to climb to a height of 180
meters to take this picture, you will admit that it is worth it:
W ciągu kolejnych dni wspinałem się na najwyższe szczyty wyspy. Poprowadzone
tam ścieżki turystyczne były niemal puste, co było dla mnie dodatkową zaletą
tego epizodu wyprawy. Santo ma także inne turystyczne atrakcje. Wzdłuż
południowego wybrzeża wyspy ciągnie się 9-kilometrowa piaszczysta plaża,
której zazdrości tej wyspie jej starsza i bogatsza siostra – Madera. Na jej wschodnim krańcu jest punkt
widokowy Portela. Musiałem wspiąć się tam na wysokość 180 metrów, by zrobić
to zdjęcie, przyznacie, że warto:

Wyspa Santo jest u nas mało znana dlatego stworzyłem oddzielną stronę
internetową o tej wyspie, osiągalną przez mój serwis
Świat Wysp lub rezpośrednio przez
Po kilkudniowym pobycie
na Santo wróciłem na Maderę (zdjęcie jej klifów jest umieszczone poniżej). Czekając na tani lot na
kontynent przypominałem sobie miejsca znane z poprzednich pobytów i
wynajętym samochodem wjechałem na najwyższy szczyt wyspy (doprowadzili drogę
do radaru, który tam stoi) – tego jednak dnia
padało i wiało, a chmury przesłaniały widoki…
After a few days stay at Santo I returned to Madeira (photo of its cliffs is
placed below). Waiting for a cheap flight to the continent I refreshed
places known from previous stays and rented a car to drive to the highest
peak of the island (they built the road to the radar that stands there) –
but on that day it was raining and the clouds obscured the views …

The planes of two low-cost airlines then transferred me to Barcelona, where
I boarded a cheap ship to South America with two stops in the Canary Islands.
The weather was good here. Together with new friends met on the ship on the
island of Lanzarote I reached the magnificent viewpoint Mirador del
Rio – it offers a great view of the Graciosa islet :
Samoloty dwóch tanich linii przeniosły mnie potem do Barcelony, gdzie
wsiadłem na tani statek płynący do Ameryki Południowej z dwoma przystankami
na Wyspach Kanaryjskich. Tu pogoda dopisała. Razem z nowymi przyjaciółmi
poznanymi na statku dotarłem na wyspie Lanzarote do wspaniałego punktu widokowego
Mirador del Rio – otwiera się z niego widok na wysepkę Graciosa:

In turn, during a stopover on Gran Canaria, I went by cheap city bus to the
western edge of the island to see the Maspalomas Dunes, overgrown on all
sides by hotels. It was worth it. It turned out by the way that in this
miniature desert are also small stones, from which tourists, like penguins
arrange their “beach nests”:
Z kolei podczas postoju statku na Gran Canaria pojechałem tanim, miejskim
autobusem na zachodni kraniec wyspy, by obejrzeć diuny Maspalomas,
obrośnięte ze wszystkich stron hotelami. Warto było. Okazało się przy
okazji, że na tej miniaturowej pustyni leżą także drobne kamienie, z których
turyści, jak pingwiny układają sobie gniazda:

Then we spent six days in the sea, which, however, did not get long because
of the large number of events on board – related, inter alia, to the
crossing of the equator. The ocean was calm. First port, where we docked on
the Brazilian coast was Recife, known to me from previous trips. It was a
clash with another culture, with the poverty of people sleeping in the
streets, begging. In the picture below, I photographed a street kitchen that
many people use for lunch:
Potem spędziliśmy sześć dni w morzu, które jednak wcale mi się nie dłużyły
ze względu na dużą ilość imprez na pokładzie – związanych między innymi z
przekroczeniem równika. Ocean był spokojny. Pierwszym portem, do którego
zawinęliśmy na brazylijskim wybrzeżu było znane mi już z poprzednich podróży
miasto Recife. To było zderzenie z inną kulturą, z ubóstwem ludzi śpiących na
ulicach, z żebractwem. Na zdjęciu poniżej sfotografowałem uliczną
garkuchnię, z której wielu ludzi korzysta w porze lunchu:

In the next port – Maceio is not very safe – even the tourist information
office advises against lonely trips around the city (I got to explore this
city together with Brazilian friends). But right next to the port is a
beautiful beach, and there are jangadas waiting for tourists – small
boats taking tourists on short cruises around the bay. They were just
pushing one of these boats out to the water:
W następnym porcie – Maceio jest niezbyt bezpiecznie – nawet miejscowe biuro
informacji turystycznej odradza samotne wędrówki po mieście (ja poznawałem
to miasto razem z brazylijskimi przyjaciółmi). Ale zaraz przy porcie jest
piękna plaża, a na niej czekają na turystów jangadas [dżangadas] – małe
łodzie zabierające turystów w krótkie rejsy po zatoce. Właśnie spychali
jedną z takich łodzi na wodę:

Salvador, Bahia is one of the most interesting places in Brazil. Not only
regarding the location and colonial architecture of the city, but also
regarding the Afro-American culture, which is still flourishing here. But in
the guides they write: if you get attacked or robbed in Brazil, it will most
likely happen in El Salvador. But today the situation is better, thanks to
the police, which is present in all places visited by tourists:
Salvador w stanie Bahia to jedno z najciekawszych miejsc w Brazylii. Nie
tylko jeśli chodzi o położenie i kolonialną architekturę miasta, ale także
jeśli chodzi o afro-amerykańską kulturę, która tu wciąż kwitnie. Ale w
przewodnikach piszą: jeśli w Brazylii zostaniesz napadnięty lub okradziony
wydarzy się to najprawdopodobniej w Salwadorze. Ale na dziś sytuacja jest
już lepsza, a to dzięki policji, która jest obecna we wszystkich miejscach
odwiedzanych prze turystów:

Every day, on the cobbled streets of old El Salvador, performances by local
bands of dancers and drummers take place. A groups goes through the old city
and raises such a noise that it is difficult not to notice them. This is an
interesting spectacle, so it is worth noting on the pictures:
Codziennie na brukowanych kocimi łbami ulicach starego Salwadoru odbywają
się popisy miejscowych zespołów tancerzy i bębniarzy. Idzie taka grupa prze
stare miasto i podnosi taki hałas, ze trudno ich nie zauważyć. Jest to
ciekawe widowisko, więc warto je odnotować na zdjęciach:


From El Salvador, we sailed to the port of Ilheus, known to all the
Brazilians, thanks to the fact that there lived and wrote Jorge Amado – the
most outstanding Brazilian writer. In his former home, next to a pedestrian
street located in the city center, there is a modest museum. The writer’s
monument stands on the sidewalk in front of the entrance.
But I remember Ilheus most of the dancers who were welcoming the passengers
on the port wharf. The ship was big, the passengers spilled out of it for
over an hour, and they were still dancing and dancing. And how they dance!
Z Salwadoru popłynęliśmy do portu Ilheus, znanego wszystkim Brazylijczykom
dzięki temu, ze tam mieszkał i tworzył Jorge Amado – najwybitniejszy
brazylijski pisarz. W jego dawnym domu przy zamkniętym dla ruchu deptaku w
centrum miasta mieści się skromne muzeum. Pomnik pisarza stoi na chodniku
przed wejściem (zdjęcie poniżej).
Ale ja z
Ilheus wspominam najchętniej tancerki, które powitały na portowym nabrzeżu
schodzących ze statku pasażerów. Statek był duży, pasażerowie wysypywali się
z niego przez ponad godzinę, a one wciąż tańczyły. I to jak!


Finally, we reached the legendary Rio de Janeiro. I was in Rio before
already twice so it was pointless to go to Corcovado once again. I used the
day for a long walk along the Ipanema and Leblon beaches – with a view of
the Two Brothers Mountain (picture above)
The next day, I said goodbye to my ship in the port of Santos – the largest
port of South America. Through this city, Brazilian coffee flows into the
world. The most famous building in the city is here the former coffee exchange (now a
coffee museum – in the picture below). Santos is not the most interesting
place on earth, but you had to go there to find it out.
Wreszcie
dotarliśmy do legendarnego Rio de Janeiro. Byłem w Rio wcześniej już dwa
razy wiec nie było sensu po raz kolejny wjeżdżać na Corcovado. Wykorzystałem
dzień na długi spacer wzdłuż plaż Ipanema i Leblon – z widokiem na górę
Dwóch Braci (zdjęcie powyżej)
Następnego
dnia pożegnałem mój statek w porcie Santos – największym porcie Południowej
Ameryki. Przez to miasto płynie w świat brazylijska kawa. Najbardziej znanym
budynkiem jest tu dawna giełda kawy (obecnie muzeum kawy – na zdjęciu
poniżej). Santos nie jest najciekawszym miejscem na ziemi, ale trzeba było
tam pojechać, aby to stwierdzić.

It took me 13,5 hours on overnight bus to get from Santos to the Island of
St. Catherine. This is a beautiful place and it is much calmer than in other
states of Brazil. The island is connected by a bridge with the mainland. Its
most important asset is the beautiful nature – thousands of Brazilians,
Argentines and Uruguayans come here to enjoy beautiful (and strongly advertised)
beaches:
13,5 godziny
trwała moja nocna podróż autobusem z Santos na Wyspę Św. Katarzyny. To
piękne miejsce i jest to znacznie spokojniej niż w pozostałych stanach
Brazylii. Wyspa połączona jest mostem z kontynentem. Jej najważniejszym
atutem jest piękna przyroda – tysiące Brazylijczyków, Argentyńczyków,
Urugwajczyków przyjeżdża tu dla pięknych (i rozreklamowanych szeroko w
Ameryce Południowej) plaż:

Stanta Catarina is 54 by 18 kilometers wide. You can get to most places on
the island by public buses paying 3.90 real for a ride with transfer. But it
takes time. I decided that it is not worth to rent a car for a trip around
the island, since they offer such a trip on the deck of a double-decker bus
for 100 reals. Our bus took us to the most beautiful beach on the island –
Praia Joaquina. Big boulders border here with white, clean sand, like La
Digue on Seychelles:
Stanta
Catarina ma wymiary 54 na 18 kilometrów. Do większości miejsc na wyspie
można dojechać publicznymi autobusami płacąc 3,90 reala za kurs z
przesiadką. Ale to wymaga czasu. Uznałem, że nie warto wynajmować samochodu
na wycieczkę wokół wyspy, skoro oferują taka wycieczkę na pokładzie
piętrowego autobusu za jedne 100 reali. Nasz autobus zawiózł nas między
innymi do najpiękniejszej plaży na wyspie – Praia Joaquina. Wielkie głazy
graniczą tu z białym, czystym piaskiem, jak na La Digue na Szeszelach:

The second most interesting town on the island’s atfer its capital –
Florianopolis is San Antonio, where I found some examples of nice colonial
architecture:
Drugim
najciekawszym miasteczkiem po stolicy wyspy – Florianopolis jest San
Antonio, gdzie znalazłem kilka przykładów ładnej kolonialnej architektury:

By public bus I reached the fortress of San Jose, built by the Portuguese
in the sixteenth century to defend against the attack of the Spaniards. The
fortress is open to visitors at a cost of 8 real (about $ 2). North-western
rocky cape of the island where it was built is a very picturesque and cozy
place. There is also a secluded beach right next to it:
Publicznym
autobusem dotarłem do fortecy San Jose, zbudowanej przez Portugalczyków w
XVI wieku dla obrony przed atakiem Hiszpanów. Forteca jest udostępniona jest
do zwiedzania na opłatą 8 reali (około 2 dolarów). Północno – zachodni
skalisty przylądek wyspy na którym ją zbudowano jest bardzo malowniczym
zakątkiem. Tuż obok jest także ustronna plaża:

And this was the farthest point of this trip. From the island of St.
Catherine via Sao Paulo I flew to Casablanca. Here I had a forced stop due
to the Moroccan airlines who changed their flight schedule. However, I
managed to enforce free accommodation and meals during my stay in the city.
It was also an opportunity to refresh memories of Casablanca. once again, I
went to the magnificent Hassan II mosque, which has the highest minaret in
the world (210 m):
I to był
najdalszy punkt tej podróży. Z wyspy Św. Katarzyny przez Sao Paulo
poleciałem do Casablanki. Tu miałem przymusowy postój z winy marokańskich
linii lotniczych, które zmieniły rozkład swoich lotów. Udało mi się jednak
wyegzekwować bezpłatne noclegi i wyżywienie podczas podczas pobytu w
mieście. Była to także okazja, by przypomnieć sobie Casablankę. raz
jeszcze powędrowałem do okazałego meczetu Hassana II, który ma najwyższy
minaret na świecie (210 m):

It takes only a little over an hour by train from Casablanca to the capital
of Morocco – Rabat. I was the last time in Rabat 37 (!) years ago The sunny
weather was favorable for wandering and thanks to that before sunset I could
not only visit the old kasbah, but also photograph the mounted guardsmen in
front of the mausoleum of King Mohammed V. It was a very good day:
Z Casablanki
jedzie się pociągiem tylko niewiele ponad godzinę do stolicy Maroka – Rabatu,
gdzie byłem ostatni raz 37 (!) lat temu. Słoneczna pogoda sprzyjała
wędrówkom i dzięki temu jeszcze przed zachodem słońca mogłem nie tylko
odwiedzić stara kazbę, ale także fotografować konnych gwardzistów
przed mauzoleum króla Mohammeda V. To był bardzo udany dzień:

And then – in the morning, three consecutive planes were to move me to
Gdansk. The first flight arrived in Barcelona on time. The second – had an
hour of delay in Warsaw and thanks to that I lost the connection to Gdańsk.
I had to spend three additional hours at Okęcie Airport. Nothing! It
is important that the next big trip was successful! Thank you for keeping your fingers crossed,
dear friends!
Short
hot
messages in English from the road you will find, as always
in my
travel log and the map of the whole voyage is here
A potem – rano
trzy kolejne samoloty miały mnie przenieść do Gdańska. Pierwszy – do
Barcelony przyleciał o czasie. Drugi – do Warszawy miał już godzinę
opóźnienia i dzięki temu straciłem połączenie do Gdańska. Musiałem
spędzić na Okęciu trzy dodatkowe godziny. Nic to! Ważne, ze kolejna wielka
podróż zakończyła się pomyślnie! Dziękuję wam za trzymanie za mnie kciuków,
drodzy Przyjaciele!
Mapkę trasy tej podróży możecie zobaczyć
Gorące informacje o tym, co się działo na trasie znajdziecie jak zawsze w
moim
dzienniku podróży,
I met New Year 2018 in Moscow. This has not been yet!
Moscow is not far away from Gdansk: an experienced traveler gets on a bus in
Gdansk and after 4 hours he is already in Kaliningrad. Then another 1 hour
40 minutes of domestic flight and he is already in one of Moscow airports.
The New Year is in Russia the second most important holiday next to Victory
Day. The city, despite the lack of snow (here they also suffer from the
climate change!) looked great, decorated with garlands of lights, specially
built decorations and hundreds of huge Christmas trees:
Nowy Rok 2018 powitałem w Moskwie. Tego jeszcze nie
było! Ale przecież do tej Moskwy nie jest z Gdańska wcale tak daleko: doświadczony podróżnik
wsiada w Gdańsku w autobus i po 4 godzinach jest w Kaliningradzie. Potem
jeszcze 1 godzina 40 minut krajowego lotu i jest już wśród “Przyjaciół
Moskali”. Nowy Rok to w Rosji drugie obok Dnia Zwycięstwa najważniejsze
święto. Miasto, mimo braku śniegu (tu też następują zmiany klimatyczne!)
wyglądało wspaniale, ozdobione girlandami świateł, specjalnie zbudowanymi
dekoracjami i setkami wielkich choinek. Ten rozmach miał świadczyć, o tym że
jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej 🙂

On New Year’s Eve I went early to Red Square, warned by friends that
in case of a large number of people coming, access to the square may be
limited. When before 6 pm I got to the first police cordon it turned out
that something was happening, which I did not foresee in my optimism: the
largest square in Moscow is already swept out of people. Police announced
that visitors will be admitted (after a detailed inspection) from 6 pm, but
only those who have invitations. Black despair! – I thought looking
helplessly at the waiting crowd. My knowledge of Russian helped me: Dima had
an invitation for a friend who did not come from distant Rostow. He handed
it to me with a smile: -Podarok for you, for the coming new year! The square
and the buildings around it were magnificently illuminated:
Zamieszkałem w skromnym hostelu w dzielnicy Basmannyj.
W Sylwestrowy wieczór wcześnie wyruszyłem na Plac Czerwony, uprzedzony przez
przyjaciół, że w przypadku dużej ilości chętnych dostęp do placu może być
ograniczony. Gdy przed 18.00 dotarłem do pierwszego policyjnego kordonu
okazało się, że dzieje się coś, czego w swoim optymizmie nie przewidziałem:
największy plac Moskwy jest już wymieciony z przechodniów, wpuszczać będą po
szczegółowej kontroli od godziny 18.00, ale tylko tych, którzy mają
zaproszenia. Czarna rozpacz! – bezradnie patrzyłem na czekający tłum.
Pomogła mi znajomość rosyjskiego: Dima miał w plecaku zaproszenie dla
przyjaciela, który nie dojechał z odległego Rostowa. Wręczył mi je z
uśmiechem: -Eto podarok dlia was, z nastupajuszczim nowym godom! Plac i
budowle wokół niego były wspaniale iluminowane:

In addition to the Kremlin, the “fairy-tale” Vasyla Blagennovo
church (photo below) and the GUM building – the former Main
Department Store, where once I stood in a long queue for “kofiemolka”,
were magnificently illuminated. Currently, GUM is
turned into a real commercial palace (photo on the right column)
Poza Kremlem wspaniale iluminowane były: “bajkowy” sobór Vasyla Błażennowo
(zdjęcie na lewej kolumnie) i gmach GUM – dawnego Głównego Domu Towarowego,
gdzie niegdyś stałem w długiej kolejce po “kofiemołkę”, bo akurat je
rzucili. Obecnie GUM zamieniony jest w prawdziwy handlowy pałac:


A przy okazji, czy wiecie, że z dziejami burzliwych stosunków rosyjsko –
polskich związany jest pomnik, który widać przed soborem? Mało kto z
zagranicznych turystów wie kto to i dlaczego tutaj stoi…
More and more visitors were arriving to the square. Loud music were around –
not Russian folk songs, but American
Christmas songs. Among the people there were several Grandfathers Frosts
ready selflessly (!) pose for photos. And then the great show began on the big
hi-tech stage, transmitted by the first program of Russian television. The
best performers of Russia performed, great ballet, amazing special effects
and changing scenography:
Gości na placu przybywało, przez potężne głośniki płynęły nie rosyjskie
piosenki ludowe ale amerykańskie przeboje bożonarodzeniowe. Wśród ludzi
pojawiło się kilku Dziadków Mrozów gotowych bezinteresownie (!) pozować do
zdjęć. A potem zaczęło się widowisko na wielkiej estradzie hi-tech,
transmitowane przez pierwszy program rosyjskiej telewizji. Występowali
najlepsi artyści estradowi Rosji, świetny balet, zadziwiały efekty specjalne
i zmieniająca się scenografia:


The crowd gathered in front of the stage was bouncing and waving
rhythmically. There were no drunks or incidents. People were happy, they
made spontaneous conversations and acquaintances. And it was obvious that
they were ordinary people, not any elite of the society.
Zgromadzony przed estradą tłum podrygiwał i falował rytmicznie. Nie było
osób pijanych ani żadnych incydentów. Może także dlatego, że wszystko
przebiegało pod okiem licznych policjantów. Ludzie cieszyli się, nawiązywali
spontaniczne rozmowy i znajomości. I widać było, że są to zwykli ludzie, a
nie jakaś wybrana elita.

Muzyka grzmiała, światła oślepiały, a ja weseliłem się razem z nimi:

And then, after 3 hours of performances and fun, a surprise met us. The
announcers said “thank you all”, the lights of the stage were switched off,
and the police, professionally and politely asked us to leave the square.
This is how it happens in Russia … I went with the crowd around government
buildings to the low hills of the Zaradje Park, from which the Kremlin’s
walls and churches are perfectly visible.
A potem, po 3 godzinach występów i wspólnej zabawy spotkała nas
niespodzianka. Konferansjerzy podziękowali, światła estrady zgasły, a
policja, posuwając się ławą grzecznie wyprosiła nas z placu. Tak to w Rosji
bywa… Popłynąłem z tłumem wokół budynków rządowych na niewysokie wzgórza
nowego parku Zaradje, skąd doskonale widać mury i sobory Kremla. Tam
doczekaliśmy do północy, by obejrzeć pokaz sztucznych ogni i złożyć sobie
noworoczne życzenia:

I used my stay in Moscow also to meet friends – the members of international
organizations. I particularly remember the tea party in the apartment of
Katarina and Igor. This was a chance to see and to listen to know, how the
average people of Russia live:
Pobyt w Moskwie wykorzystałem także na spotkania z przyjaciółmi – członkami
międzynarodowych organizacji. Szczególnie mile wspominam herbatkę w
mieszkaniu Katariny i Igora, którzy ugościli mnie “czym chata bogata”
(zdjęcie na lewej kolumnie).


Happy New Year from Moscow!

Seven voyages in one year. It was really good year!
Siedem podróży w jednym roku. To był dobry rok!
