Snapshots from the last years – Wojciech Dabrowski – Migawki z podróży ostatnich lat (Migawki_plen2017.htm)

 

2017

tekst i zdjęcia: Wojciech

Dąbrowski © – text & photos

 





R
eturning

from the interesting expeditions I always try to write a travel report – to

share my updated knowledge and to help other travelers in their preparations to the

voyage. A lot of such reports you can already see on my website – sorry –

most of them in Polish only.  New reports require work and time. Unfortunately

it is now harder and harder for me to find the time.  On this page you will

see some interesting pictures from the last years. They are waiting to be

used in the coming reports. I hope to write them someday…    

Po

powrocie z każdej ciekawej podróży staram się napisać ilustrowany raport, by

podzielić się moją świeżo zdobytą wiedzą i w ten sposób pomóc innym

podróżnikom w ich przygotowaniach do wyjazdów. Wiele takich raportów

znajdziecie już na moich stronach. Niestety pisanie tych raportów to praca

pochłaniająca sporo cennego czasu. Nie zawsze mogę znaleźć ten czas… Na

tej stronie znajdziecie co ciekawsze zdjęcia do tematów, które czekają na

przygotowanie raportów. Mam nadzieje, że kiedyś doczekają się one osobnych

stron… Niektóre już się doczekały…  


In April 2017 I returned

from the great voyage to Asia! I call it jokingly: “By slow boat to China” – do you remember

this cute song?   It will start with the journey by bus from

Gdansk to Cologne, Germany. From there, using the award ticket – award for

my many previous flights with Star Alliance I flew up to the distant Mauritius. I

had a chance to see again wonderfully located little capital of this country

– Port Louis: 


W kwietniu 2017 wróciłem szczęśliwie  z kolejnej podróży do Azji! Nazwałem ją żartobliwie: “By slow boat to China” –

pamiętacie tę uroczą piosenkę?  Ekspedycja rozpoczęła się od przejazdu autobusem z

Gdańska do Kolonii w Niemczech. Stamtąd, korzystając z biletu – nagrody za

poprzednie przeloty z sojuszem Star Alliance poleciałem aż na daleki Mauritius.

Miałem możliwość przypomnieć sobie jak pięknie położona jest mała stolica

kraju – Port Louis:

xPort%20Louis.jpg


There – in Port Louis I will embark the

cheap ship sailing so unusual route to China. Travel experience paid off: I

was able to find a ship sailing for the renovation in the shipyard in China!

Such occasions happen really rare. The second port visited on the route was

Victoria, the capital of the Seychelles Archipelago. Mahe Island, where the

capital is located, I visited using the public transport, arriving at the

idyllic beaches (photo below) and meeting nice local people – the Creoles

(picture on the right)

W Port Louis wsiadłem na tani statek

zmierzający nietypową trasą aż do Chin. Podróżnicze doświadczenie

zaprocentowało: udało mi się znaleźć statek płynący na remont do stoczni w

Chinach! Takie okazje zdarzają się naprawdę wyjątkowo. Drugim odwiedzonym

portem na trasie była Victoria – stolica Archipelagu Szeszeli. Wyspę Mahe,

na której leży stolica zwiedzałem publicznym transportem, docierając do

idyllicznych plaż (zdjęcie po lewej) i spotykając przy okazji sympatycznych

mieszkańców:

xSzeszele.jpg
xSzeszeleCreol.jpg

Then it turned

out that on the main island of the Muslim Republic of Maldives, bathing is

not allowed on the public beach in our bathing suits, but only in the

clothing that completely covers the body. This applies to both women and

men:

Potem okazało się. że na głównej wyspie muzułmańskiej Republiki Malediwów,

na publicznej plaży nie wolno się kąpać w naszych kostiumach kąpielowych, a

jedynie w ubiorze całkowicie zakrywającym ciało. Dotyczy to zarówno kobiet,

jak i mężczyzn:

xMaleBeach.jpg


The Maldives’ government is building now

a long bridge, visible on the photo above, which will connect the airport to

the main island. This was not announced during my first stay yet.


The Maldives Archipelago is not far from

Sri Lanka. Here we docked in Colombo. This huge city provides an opportunity

not only for sight-seeing and visiting the temples, but also for the

observation of everyday life. See the local police on the right:

Rząd Malediwów buduje w tej chwili długi most, widoczny na zdjęciu, który połączy

lotnisko z główną wyspą. O tym podczas mojego pierwszego pobytu jeszcze

nawet nie mówiono.

Z Archipelagu

Malediwów niedaleko juz jest na Sri Lankę. Tu zawinęliśmy do Colombo. To

wielkie miasto daje okazję nie tylko do zwiedzania zabytków i świątyń, ale i

do obserwacji codziennego życia. Ciemnoskórzy policjanci chętnie pozowali do

zdjęcia:

xCMBbuddy.jpg
xCMBpolice.jpg


From Colombo our old ship sailed to the

well-known Thai island of Phuket. Here, together with other travelers we

rented an open tuk-tuk – motorcycle van to visit beautiful Buddhist temples

and  the southern tip of the island, famous for the views.

Z Colombo nasz stareńki statek

popłynął na znaną tajską wyspę Phuket. Tu razem z innymi podróżnikami

wynajęliśmy otwarty tuk-tuk – motocyklową furgonetkę by odwiedzić piękne

buddyjskie świątynie i słynący z widoków południowy przylądek wyspy:

xThaiTempl.jpg
xPhuketCap.jpg


Many times during our sailing we admired

the wonderful sunsets. There was no time for boredom – even during the

so-called days at the sea, when we sailed to the next port. There were many

activities on the ship: concerts and shows, dances, films and contests.

There was also a chance to meet the captain and to make a memorial photo.

See my Italian captain Gianfranco La Fauci on the right column: 

Wielokrotnie podczas żeglugi podziwialiśmy wspaniałe zachody słońca. Na tym

statku nie

było czasu na nudę – nawet podczas tak zwanych dni w morzu, kiedy to

żeglowaliśmy do następnego portu. Na statku było wiele rozrywek: koncerty i

rewie, tańce, filmy i konkursy. Była też okazja do spotkania z kapitanem i

zrobienia sobie przy okazji pamiątkowego zdjęcia. To mój włoski kapitan Gianfranco La Fauci:

 


Sunset on the Indian Ocean 


Exotic, hot and humid

Singapore surprised me again – this time

by controversial silhouette of luxury hotel “Marina Bay”, which appeared in

the representative point of the city. The lift transfer to the upper terrace

cost 20 euros, so I just took a picture from the bottom: 

Egzotyczny, gorący i parny Singapur zadziwił mnie ponownie – tym razem

kontrowersyjną sylwetką luksusowego hotelu “Marina Bay”, która pojawiła się

w reprezentacyjnym punkcie miasta. Wjazd windą na górny taras kosztował 20

euro, wiec poprzestałem na zrobieniu takiego oto zdjęcia:

xSinga.jpg


In Vietnam we docked at Da Nang harbor,

from where I organized a private trip to the nearby Marble Mountains. This

is very interesting place, where in the great “cathedral” inner grotto 

are hidden Buddhist and Taoist temples. But the city itself is also

interesting with a bazaar, where you can buy a conical Vietnamese hat and

see how the ladies hairdresser works just on the sidewalk (right column): 

W Wietnamie zawinęliśmy do portu Da Nang, skąd na własną rękę zorganizowałem

sobie wycieczkę do niedalekich Marmurowych Gór (Marble Mountains). To bardzo

ciekawe miejsce, gdzie w wielkiej jak wnętrze katedry grocie ukryte są

buddyjskie i taoistyczne świątynie. Ale ciekawe jest też samo miasto z

bazarami, na których można kupić stożkowy wietnamski kapelusz i podpatrzeć,

jak wprost na chodniku pracuje damski fryzjer:

xJaVietnam2.jpg
xDaNang.jpg


And although in socialist Vietnam  I

have not seen too many people praying in the temples, it is worth to look at

these objects even to find yourself in the mysterious world of strange

colors, sounds and statues:

I choć w socjalistycznym Wietnamie zbyt wielu ludzi modlących się w

świątyniach nie widziałem, to warto zajrzeć do tych obiektów już choćby po

to, by znaleźć się na chwilę w tajemniczym świecie dziwnych barw, dźwięków i

posągów:

xVietBudda.jpg


It was a hot and hazy day when we

arrived in Hong Kong. Despite the limited visibility I decided  once

again to reach the famous summit of Victoria Peak from which there is a

magnificent view of the city and the bay – this time by hiking. And it

turned out to be possible.

            


Then, after I had descended I had still enough time to look at the

double-decker toy trams. I love them – no other city in the world has such

means of transport:

Był gorący i mglisty dzień, gdy dotarliśmy do Hongkongu. Postanowiłem mimo

ograniczonej widoczności raz jeszcze dotrzeć na słynny szczyt Victoria Peak

z którego otwiera się wspaniały widok na miasto i zatokę – tym razem pieszo.

I okazało się, że jest to możliwe.

           

Potem po zejściu w dół starczyło mi jeszcze czasu, by ponownie po latach przyjrzeć się

piętrowym tramwajom-zabawkom. Bardzo mi się podobają – żadne inne miasto na

świecie nie ma takich środków transportu.

xHKGtram.jpg
xHKGaltar.jpg


I  visited also the Chinese temples

of Kowloon (photo above- right) and checked that the famous Chunking

Mansions hostels, where I lived during my previous visits to this unusual

city still exist. The day passed very quickly. Very spectacular was our

evening sailing out from Hong Kong harbor:

Odwiedziłem też chińskie świątynie Kowloonu (zdjęcie powyżej) i sprawdziłem,

że istnieje słynna noclegownia trampów Chunking Mansions, gdzie mieszkałem

podczas moich poprzednich wizyt w tym niezwykłym mieście. Dzień minął bardzo

szybko.

Bardzo spektakularne było nasze wieczorne wyjście z portu w Hongkongu:

xHKGnight.jpg


The final point of my sea voyage was

China’s Shanghai – China’s rapidly growing economic capital. The skyline of

this city, precisely the Pudong quarter on the other side of the river,

is unparalleled:

Końcowym punktem trasy rejsu był chiński Szanghaj – niezwykle szybko

rozwijająca się ekonomiczna stolica Chin. Skyline tego miasta, a właściwie

położonej za rzeką dzielnicy Pudong niewiele ma sobie równych:

xPudong.jpg

             


Then, in China, I traveled by train and

bus to new, unknown places. The first major stepping stone was the Wudangshan Mountain Range. In

its Taoist monasteries, which were placed on

the World Heritage List of UNESCO, there was once developed a martial art taichi. After a few hours of exhausting climbing I got there to the

monastery on the top of the mountain:

Potem w Chinach podróżowałem pociągami i autobusami do nowych, nieznanych

jeszcze miejsc. Pierwszym ważniejszym punktem etapowym było pasmo górskie

Wudangshan. W jego taoistycznych klasztorach, które umieszczono na liście

World Heritage UNESCO narodziła się kiedyś sztuka walki taichi. Po kilku

godzinach wyczerpującej wspinaczki dotarłem tam do klasztoru na najwyższym

szczycie pasma:

xWudangsh.jpg


From Wudangshan, traveling by train

again, I moved to Luoyang City. The city is famous for its Buddhist

sculptures carved in the Longmen caves located on the outskirts of the city

in 5th and 6th century. There are over 2,000 grottos. The size of the

collection is  over 100,000 Buddha’s images. Caverns with statues are

located on two sides of the river. Two bridges built over the river allowed

to create a loop, after which the sea of tourists is flowing around. This

unusual place is also on the UNESCO list. The greatest Buddha statue is 17

meters high: 

Z Wudangshan podróżując ponownie pociągiem przemieściłem się do miasta

Luoyang. Miasto to słynie z kompleksu buddyjskich rzeźb wykutych w grotach

Longmen w V i VI wieku. Grot różnej wielkości jest ponad 2 tysiące,

wizerunków Buddy naliczono ponad 100 tysięcy. Groty z posągami rozmieszczone

są po dwóch stronach rzeki. Dwa mosty na rzece pozwoliły stworzyć pętlę, po

której przemieszcza się morze turystów. Ten niezwykły obiekt również znalazł

się na liście UNESCO. Największy posag Buddy ma 17 metrów wysokości:

xLuoyang.jpg


 
I was lucky to

be in Luoyang during the annual Peony Cultural Festival. There was a lot to

see in the city gardens. Not only the flowers, but also crowds of smiling

people:

Miałem szczęście być w Luoyang podczas corocznego Festiwalu Piwonii. Było co

oglądać w miejskich parkach – nie tylko kwiaty ale także tłumy

uśmiechniętych ludzi:

xPeony.jpg
xPeony2.jpg


Famous as the cradle of  kung-fu

martial arts Shaolin monastery came to me to explore in the rain. I waited

for over an hour hoping the sky would wipe, but in vain. Maybe that’s why

this widely advertised place disappointed me. This is the fragment of the

main temple of the Shaolin complex:

Słynący jako

kolebka sztuki walki kung-fu klasztor Shaolin przyszło mi zwiedzać w

deszczu. Czekałem ponad godzinę mając nadzieje, że niebo się przetrze, ale

nadaremnie. Może dlatego ten szeroko reklamowany obiekt mnie rozczarował.

Tak wygląda fragment głównej świątyni kompleksu Shaolin:

xShaolin.jpg


From Shaolin, it is no longer far away

from Kaifeng, the former capital of China. There were no tourist crowd

there. The old town of Kaifeng is surrounded by a ring of walls with

fortified gates. Behind the walls are numerous temples and Iron Pagoda,

which is not built of iron:

Z Shaolin nie

jest już daleko do miasta Kaifeng – dawnej stolicy Chin. Tu juz nie było

takich tłumów turystów. Stare miasto w Kaifeng otoczone jest pierścieniem

murów z warownymi bramami. Za murami ukryte są liczne świątynie oraz Żelazna

Pagoda, która wcale nie jest zbudowana z żelaza, a z ceramiki:

xKaifengPAG.jpg


Among the Kaifeng’s temples, the Temple

of the Chief Minister is the most interesting (see the pictures below). The

buildings stand there one after one. They are full of mysterious paintings

and dowries. Although the faithful come to these temples to pray, they still

charge entrance fees. I had to be careful not to leave my whole daily

allowance at the

cash registers of the temples.  🙂

Wśród świątyń Kaifengu najciekawsza jest Świątynia Pierwszego Ministra (na zdjęciach

poniżej), gdzie stojące w amfiladzie poszczególne budowle pełne są

tajemniczych malowideł i posągów. Mimo, że wierni przychodzą do tych świątyń

się modlić, to za wstęp pobierane są opłaty. Musiałem uważać, by w kasach

kolejnych świątyń nie zostawić całej mojej diety  🙂

xKaifenSw.jpg
xKaifBog.jpg


This was another successful and

interesting voyage to the new, unknown places.  I returned to Poland,

flying from Shanghai via Moscow by Aeroflot lines. Short messages from all

the route you will find as always

in my

travel log

To była kolejna udana i ciekawa podróż do nowych, nieznanych miejsc. Do

Polski wróciłem samolotami przez Szanghaj i Moskwę rosyjskimi liniami Aerofłot.

Krótkie wiadomości z całej trasy znajdziecie jak zawsze w moim

dzienniku podróży


In March 2017, I had a

presentation “50 years with a backpack” during the annual festival of

Travelers, Sailors and Mountaineers – “Kolosy” in Gdynia. So it was

coincidence – it is now exactly 50 years since my first independent trip

with a backpack – to Hungary. This was in the days of communism,

black-and-white photography, the difficulties with passports and hard

currencies. And I wanted to show that to the young audience, going then to

the next stages of my way to the world. For the first time I had such a big

audience (about 4,000 spectators). The organizers inviting me offered me for

my presentation 50

minutes of the time. Three days before the festival, it turned out that they

give me only 30 minutes. Obviously, the quality of the presentation suffered 

– I had to reduce slide’s commentary, and sometimes even completely miss it.

But it

seems to me that my speech still impressed the people.

W marcu 2017 roku miałem prezentację p.t. “50 lat z

plecakiem” na dorocznym festiwalu

Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów – “Kolosy” w Gdyni. Tak się zbiegło –

upływa właśnie równe 50 lat od mojej pierwszej samotnej wyprawy z plecakiem

– na Węgry. Było to w czasach czarno-białej fotografii, trudności

paszportowych i dewizowych. I to chciałem uświadomić młodej publiczności,

przechodząc potem do kolejnych etapów mojej drogi w świat. Po raz pierwszy

miałem takie duże audytorium (około 4000 widzów). Organizatorzy zapraszając

mnie oferowali mi 50 minut czasu. Na trzy dni przed festiwalem okazało się,

że dają mi tylko 30 minut. W sposób oczywisty ucierpiała na tym jakość

prezentacji – musiałem zredukować mój komentarz do zdjęć, a czasem zupełnie

go pominąć.  Wydaje mi się jednak, że moje wystąpienie i tak zrobiło

duże wrażenie. Dziesiątki ludzi podchodziło potem by uzyskać mój autograf,

kupić książkę i zrobić sobie wspólne zdjęcie.

xKOLOSY2017.jpg

“Kolosy” stały się także dla mnie okazją do spotkań z innymi pasjonatami

podróżowania. Spośród wyróżnionych osób najbardziej zaimponowali mi Anna i

Mateusz Emeschajmer, którzy przez 4,5 roku jechali przez świat na rowerach.

Ja bym tak nie potrafił!  🙂   Obok macie nasze wspólne

zdjęcie.


“Kolosy” gave me also become

for me an

opportunity to meet with other passionate travelers. Among the distinguished

people most impressed me Anna and Mateusz Emeschajmer who rode by 4.5 years

around the world on bicycles. I would just could not do that! 🙂 You can see

us together on the photo on the left column.

Na tegorocznych “Kolosach” spotkałem też kilku starych i cenionych

przyjaciół. Wśród nich Gdańszczanina – afrykanistę, alpinistę i

doświadczonego podróżnika Michała Kochańczyka. Bardzo go lubię za jego

poczucie humoru i życzliwość dla świata. Szanuję go także za jego

podróżniczą wiedzę, którą podobnie jak ja chętnie dzieli się z młodymi

ludźmi.


At this year’s “Kolosy” I met few old and

valued friends. Among them – Africanist, an experienced climber and traveler

Michał Kochańczyk. I like him very much for his sense of humor and his

kindness to the world. I respect him also for his experience in travel. Like

me, he is always willing to share it with young people. See our picture on

the right column.

Największą niespodziankę i radość na “Kolosach” sprawiła mi pani Ewa, która

od lat śledzi moje podróże. Podarowała mi własnoręcznie wykonaną akwarelę

przedstawiającą słynny Kanion Colca w Peru, który kiedyś odwiedziłem. Takie

wyróżnienie warte jest dla mnie więcej niż jakiekolwiek dyplomy. Bardzo

dziękuję, pani Ewo!

The biggest

surprise and during “Kolosy” made me Mrs. Eva, who for years keeps track of

my travels. He gave me personally made  watercolor depicting the famous

Colca Canyon in Peru, which  I visited years ago. Such a distinction is

worth to me more than any diplomas. Thank you so much, Mrs. Eva!


A

great honor met me on April 22nd 2017. The Cracovians put in their Travelers,

Explorers and Conquerors Alley a big plaque describing my traveler’s output, and to

commemorate the fact they planted behind the table  the oak tree which,

I hope will grow into a mighty tree! 


22 kwietnia 2017 spotkał mnie nie lada zaszczyt.

Krakowianie umieścili w swojej Alei  Podróżników, Odkrywców i Zdobywców

tablicę opisującą mój podróżniczy dorobek. A za tablicą posadzili dla

upamiętnienia dąb, który mam nadzieję wyrośnie na potężne drzewo.

Aleja Podróżników to odcinek szerokiego chodnika wzdłuż ulicy Stanisława

Lema, prowadzący do krakowskiej Tauron Areny: 

Moja tablica znalazła się wśród trzydziestu innych, poświęconych wybitnym

polskim podróżnikom, alpinistom i żeglarzom. To zaszczyt znaleźć się w

jednym szeregu z Ernestem Malinowskim, Jerzym Kukuczką czy Leonidem

Teligą… Odsłonięcie tablic połączone było z piknikiem dla mieszkańców

Krakowa, podczas którego opowiadałem o mojej podróżniczej pasji. Dziękuję

Królewskiemu Miastu Krakowowi i kapitule wyłaniającej kandydatów za to

wielkie wyróżnienie!


My plaque was among thirty others devoted

to outstanding Polish travelers, mountaineers and sailors. It is an honor

for me to be in one line with Ernest Malinowski, Jerzy Kukuczka or Leonid

Teliga … The unveiling of the boards was connected with a picnic for the

inhabitants of Krakow, during which I talked about my travel passion. Thank

you to the Royal City of Cracow for this great honor!


In May 2017 I happily returned from the spring voyage to

Slovakia and Ukrainian Transcarpatia!  At the beginning I was flying cheaply to

Krakow, and from there I took the bus to Eastern Slovakia. There I

stayed in unknown to me city Košice. This city surprised me positively – it

has many monuments:


W maju 2017 wróciłem szczęśliwie z wiosennej podróży na Słowację i

ukraińskie Zakarpacie!  Podróż zaczęła się od lotu tanią linią do Krakowa, 

stamtąd autobusem jechałem na Wschodnią Słowację, gdzie zatrzymałem się w nieznanych

mi dotąd Koszycach. To miasto zaskoczyło mnie pozytywnie – ma ono wiele

zabytków:

xKoszyce.jpg

But the main goal of this trip is the Ukrainian Transcarpathia – areas near the border with Hungary and Romania…

Two buses, with a transfer in Michalovce, took me to the border and found

myself in the border town of Uzhorod. It is an unofficial capital of

Transcarpathia, with a castle and open-air museum of rural architecture in

which I watched nice performances of local folk bands:

Ale głównym celem tego wypadu było Ukraińskie Zakarpacie –

obszary “gdzie szum Prutu, Czeremoszu Hucułom przygrywa…” Dwoma

autobusami, z przesiadką w Michalovcach dotarłem do granicy, by ją sprawnie

przekroczyć i znaleźć się w granicznym miasteczku Użgorod. To nieoficjalna

stolica Zakarpacia, z zamkiem i skansenem wiejskiego budownictwa, w którym

oglądałem występy ludowych zespołów:

xUzgorodFol.jpg
xUzhorodFolk.jpg

From Uzhgorod I took a bus to another town of Transcarpathia –

Mukhaczewe, where most of the inhabitants speak Hungarian. Over the town

dominates the silhouette of the old castle, which is worth visiting just to

hold the finger of Prince Ferenc Rakoczy (the statue of the prince stands in

the upper courtyard of the castle) – reportedly it brings happiness (picture

on the right column) 

Z Użhorodu pojechałem małym autobusem do innego miasteczka Zakarpacia –

Mukhaczewe, gdzie większość mieszkańców mówi po węgiersku. Bo przez wieki

tereny te należały do Węgier. Nad miasteczkiem dominuje sylwetka starego

zamku, który warto zwiedzić już choćby dlatego, aby potrzymać za palec

księcia Franciszka Rakoczego (posąg księcia stoi na górnym dziedzińcu zamku)

– podobno przynosi to szczęście: 


Mukhachewe Castle

 

 

In the next township of Transcarpathia – Berehove I was staying in

the “Golden Peacock Inn” – old and stylish institution with fancy restaurant

on the ground floor and few rooms upstairs: 

Zlata Pava

 

Podrzędne drogi tego regionu Ukrainy okazały się fatalne: pełne dziur i

wybojów. Gdy jechałem po nich wysłużonymi minibusami strasznie trzęsło, więc

szybko zmieniłem środek transportu na kolej i korzystałem z niej wszędzie,

gdzie to było możliwe. Przejazdy koleją są przy tym na Ukrainie tańsze od

autobusów.

W kolejnym małym miasteczku Zakarpacia – Berehowe mieszkałem w

starym, stylowym zajeździe “Złoty Paw” z wyszukaną restauracją na parterze i

kilkoma pokojami hotelowymi na piętrze. Macie go na zdjęciu powyżej, po

lewej. W cenę hotelowego pokoju było

wliczone śniadanie, ale tylko z herbatą. Jeśli chciałeś kawę – trzeba było

dopłacić. Domyślacie się, jak sobie poradziłem?

In Winohradiv I found a bed in a tiny pension, run by a

Ukrainian-Italian couple. They are very nice people, and the service – like

the best hotel but also hearted: I even got warm croissants for the road!

In Winogradiv worth seeing is the romantic ruin of the medieval castle, as

well as the nice palace of the Hungarian family Perenyi, surrounded by a

park (photo below-right). Narrow gauge toy train runs three times a week to

nearby Khmelnyk, but it was 1st of May and the staff has made itself day off

– that’s how it is in Ukraine!

W Winohradiv znalazłem sobie nocleg w maleńkiej kwaterze, prowadzonej przez

ukraińsko-włoskie małżeństwo. To ogromnie sympatyczni ludzie, a obsługa –

jak w najlepszym hotelu i do tego z sercem: dostałem nawet ciepłe rogaliki

na drogę!


W Winogradiv warto zobaczyć romantyczne

ruiny średniowiecznego zamku, a także ładny pałac węgierskiego rodu Perenyi,

otoczony parkiem (zdjęcie poniżej). Wąskotorówka jeździ stąd trzy razy w

tygodniu do pobliskiego Chmielnika, ale był 1 maja i obsługa zrobiła sobie

wolne – tak to jest na Ukrainie!

xVinohradiv.jpg
xVinohradivPal.jpg

Then I crossed to the other side of the Carpathians – first by train

to Solotvino, then by bus to Rahiv and again by train – to Vorokhta. This is

a very picturesque route – it led me to the foot of Czarnohora, in this

massif you will find the highest peak of Ukraine – Howerla. This year,

however, winter did not want to give up quickly. Look below how Czarnohora

looked like on May 3rd – planned climbing to the top had to be postponed:

Potem przyszło mi przejechać na drugą stronę Karpat – najpierw pociągiem do

Sołotwina, potem autobusem do Rahiv i znów pociągiem – do Worochty. To

bardzo malownicza trasa – doprowadziła mnie ona do podnóża Czarnohory, w

której masywie znajduje się najwyższy szczyt Ukrainy – Howerla. Tego roku

zima nie chciała jednak szybko ustąpić. Popatrzcie, jak wyglądała Czarnohora

3 maja – zaplanowaną wspinaczkę na szczyt trzeba było odłożyć:

xCzarnohora.jpg

Instead, I made an interesting trip to the Black Cheremosh Valley to

see the charming churches and Hutsul huts. Unfortunately, it turned out that

Huculs do not wear their traditional costumes every day, like our

highlanders from the Tatra Mts. Their cemeteries are very colorful (picture on

the right column below)

W zamian za to

zrobiłem sobie ciekawą wycieczkę Doliną Czarnego Czeremoszu, oglądając

urocze cerkiewki i huculskie chaty. Niestety okazało się, ze Huculi nie

noszą na co dzień swoich ludowych strojów, jak nasi górale z Tatr. Aby je

zobaczyć trzeba przyjechać w porze ludowego festiwalu. Bardzo kolorowe są

ich cmentarze:

xWerhowyna.jpg
xHuculCm.jpg

Coming down – to the elegant mountain resort of Yaremche I was

planning to see the Probij waterfall on the Prut River. When I found a

waterfall it turned out that the place is very commercialized, and the

waterfall itself – rather low. IT was still worth a short hike:

Jadąc dalej –

do eleganckiej miejscowości wypoczynkowej Jaremcze planowałem oglądanie

wodospadu Probij na rzece Prut. Gdy znalazłem wodospad okazało się, że

miejsce jest bardzo skomercjalizowane, a sam wodospad – niewysoki. Mimo to

wart był krótkiej pieszej wycieczki: 

xProbij.jpg

In Yaremche, I was also accidentally witnessing a wedding in a Greek

Catholic church. Interesting that for such an important ceremony none of men

dresses a tie, but beautifully embroidered shirts. I have seen there many folk

elements – dressed “gaik” and bread “kolach” with several layers:

W Jaremczu

byłem też przypadkowym świadkiem ślubu w greko-katolickim kościele. Ciekawe,

że na tak ważną uroczystość nikt z panów nie ubiera tu krawata, ale pięknie

wyszywane koszule. Widziałem wiele ludowych elementów – strojne gaiki i

kilkupiętrowy kołacz: 

xJaremczeWEDDING.jpg

From Yaremche I went to Kolomyia, which still retains the character

of a provincial, small town. There is an interesting ethnographic museum

describing the life and folk art of Hutsul, but the most popular among

tourists is the Pysanka Museum of eggs traditionally painted for the Easter:

Z Jaremcza pojechałem do Kołomyi, która do dziś zachowała charakter

prowincjonalnego, kresowego miasteczka. Jest tu ciekawe muzeum etnograficzne

opisujące życie i sztukę ludową Hucułów, ale największym powodzeniem wśród

turystów cieszy się Muzeum Pisanki:

xpisankimus.jpg

The next step on my route was the city Ivano-Frankivsk – former

Polish Stanislav. I was fortunate not only for the weather, which was

excellent. On the day of my arrival the city celebrated its annual feast –

the 355th anniversary of the city charter granted by the Polish prince

Andrzej Potocki. There were numerous shows, fairs, feasts. And I was

admiring mainly a nice old architecture, eg. the church of the Virgin Mary

transformed into a museum: 

Kolejnym punktem etapowym na moim szlaku stało się miasto Iwano-Frankivsk –

dawny polski Stanisław. Miałem tu szczęście nie tylko do pogody, która

była wyśmienita. W dniu mojego przybycia miasto świętowało swoje doroczne

święto – 355 rocznicę uzyskania praw miejskich, nadanych przez polskiego

hetmana Andrzeja Potockiego. Były liczne występy, kiermasze, biesiady. A ja

podziwiałem przede wszystkim ładną starą architekturę, np. kościół Marii

Panny zamieniony na muzeum:

xStanislawow.jpg

And then, after two hours spent on the train I had again a chance,

after years of stroll down the streets of Lviv. The old part of this town is

now on the UNESCO World Heritage list. Sadly, the old city’ streets are

turning into a real rivers of vehicles, not making life easier for tourists:

A potem, po

dwóch godzinach spędzonych w pociągu mogłem ponownie, po latach pospacerować uliczkami

uroczego Lwowa, którego Starówka wpisana jest na listę World Heritage

UNESCO. Niestety przez to stare miasto przewalają się prawdziwe rzeki

pojazdów, nie ułatwiając wcale życia turystom:

xLvov.jpg

 

 

Lwów jest

pełen polskich śladów. Mieszkałem bardzo blisko pięknego pomnika Adama

Mickiewicza (na zdjęciu obok), odwiedziłem Cmentarz Łyczakowski z grobami

wielu zasłużonych Polaków i Lwowskich Orląt. Zwiedzałem pięknie

odrestaurowaną katedrę i kościoły innych wyznań, uniwersytet i politechnikę.

Wdrapałem się w końcu na Wysoki Zamek, by popatrzeć na panoramę miasta.

 

 

Lviv is full of Polish traces. I lived very close to the beautiful

monument of Polish poet Adam Mickiewicz (pictured on the right column), I

visited Lyczakowski Cemetery with the graves of many well-deserved Poles and

Soldiers. I visited also beautifully restored cathedrals and churches of

other denominations, university and polytechnic. I finally climbed into the

High Castle to look at the Lviv skyline.

 

 

We Lwowie

spotkałem jednego z największych ukraińskich podróżników – Oresta Zuba i

jego uroczą żonę Martę. Przegadaliśmy razem kilka godzin, a potem okazało

się, że zarówno ja, jak i oni wybierają się jesienią tanim statkiem do

Panamy. Co za zbieg okoliczności! Orest zawiózł mnie samochodem do niezbyt

odległej, zabytkowej Żółkwi. To było bardzo miłe spotkanie z ciekawymi

ludźmi – bardzo Wam dziękuję! 

In Lviv I met one of the greatest Ukrainian travelers – Orest Zub

and his charming wife Marta. We were talking few hours, and then it turned

out that both me and them are going to pick up in autumn cheap ship to

Panama. What a coincidence! Orest took me by car to the not too distant full

of monuments Zhovkva. It was a very nice meeting with interesting people –

thank you so much! 


This was not so long, but successful

voyage.

I had to be back on time to sow and plant vegetables in my

Wojtkówka!  🙂 In Ukraine I saw not only beautiful scenery, but I also

met many friendly and interesting people. You can see the route map

here, and the messages from

the route I typed as always hot to my

travel log.

To byłe

niezbyt długa, ale udana podróż. Musiałem przecież wrócić na czas, by siać i

sadzić w Wojtkówce!  🙂 Na Ukrainie widziałem nie tylko piękne

krajobrazy, ale spotkałem też wielu życzliwych i ciekawych ludzi. Mapkę

trasy możecie zobaczyć tutaj,

a wiadomości z trasy wpisywałem jak zawsze na gorąco do mojego

dziennika podróży.

xJa%20i%20Huculy.jpg


Summer 2017 ended when I started a new, long-awaited travel

season! I started it from a short, weekly trip to the Balkans. In Belgrade

long time ago when I was still a student, in the time of black and white

photography. I decided to refresh my memories. Already in the beginning – in

the capital of Serbia – I admired the Cathedral of St. Sava – is said to be

the largest Orthodox temple in the world:


Lato 2017 roku się kończyło, gdy ja zaczynałem nowy, od dawna

wyczekiwany sezon podróżniczy!   Rozpocząłem go od krótkiej,

tygodniowej podróży na Bałkany. W Belgradzie byłem jeszcze jako student, w

czasach czarno-białej fotografii. Postanowiłem odświeżyć wspomnienia. Już na

początku – w stolicy Serbii – podziwiałem katedrę Św. Sawy –  podobno

to największa prawosławna świątynia na świecie:

xSERBSvetiSawa.jpg

However, I did not intend to limit my Serbia’s visit only to Belgrade, I

wanted to visit some new interesting places scattered around Serbia. One of

such place was the capital of Vojvodina region – Novi Sad. I did a day tour

to this place from Belgrade – it took me 2 hours by public bus to get there.

Novi Sad lies on the Danube, and besides the beautiful market, boasts a

mighty fortress:

Nie zamierzałem jednak mojej wizyty w Serbii ograniczać tylko do samego

Belgradu, chciałem odwiedzić przy okazji kilka nowych, ciekawych miejsc

rozsianych po Serbii. Jednym z takich miejsc była stolica regionu Vojvodiny

– Novi Sad. Miasto może być celem jednodniowej wycieczki z Belgradu –

publiczny autobus jedzie do niego około 2 godzin. Novi Sad leży nad Dunajem,

a poza pięknym rynkiem chlubi sie także potężną twierdzą:

xSERBNiviSad.jpg

However, the most beautiful castle in Serbia was found at the entrance to

the Danube River Gorge. This romantic fortress is called Golubac and has

been repeatedly fought for. The famous Polish knight Zawisza Czarny was

killed here, wishing to rebound the fortress from the hands of the Turks.

Especially beautiful lighting Golubac castle has just before sunset:

Jednak

najpiękniejsze zamczysko w Serbii znalazłem u wejścia do Przełomu Dunaju. Ta

romantyczna twierdza nazywa się Golubac i wielokrotnie o nią walczono.

Słynny polski rycerz Zawisza Czarny zginął tutaj, pragnąc odbić twierdzę z

rąk Turków. Szczególnie piękne oświetlenie ma zamek Golubac tuż przed

zachodem słońca:

xSERBGulubac.jpg

To Golubac I was driving from Belgrade rented car (you can have it

paying 24 euro / day). After spending the night in a private pension (it

cost about 12 euros) I went further by the highway built along the Iron

Gates – so how in the literature they call the Danube River Gorge,

stretching over 100 kilometers. On the way there were many wonderful views:

Do Golubac

dojechałem z Belgradu samochodem wypożyczonym za 24 euro/dzień. Po spędzeniu

tam nocy w prywatnej kwaterze (to koszt około 12 euro) pojechałem dalej

szosą biegnącą wzdłuż Żelaznych Wrót – tak w literaturze nazywają ciągnący

się na długości ponad 100 kilometrów Przełom Dunaju. Po drodze było wiele

wspaniałych widoków: 

xSERBzelWrota.jpg

On the same day in the afternoon I drove over 300 kilometers to see another

Serbian natural attraction. It is not easy to find it near the border of

Kosovo. They call this place Devolja Varos or Devil’s Town. It is a group of

strongly eroded rocks – conglomerates. They are up to a dozen meters high,

and their tops are often covered with dark colored stones – like naturally

formed hats:

Jeszcze tego

samego dnia po południu przejechałem ponad 300 kilometrów by zobaczyć

jeszcze inną atrakcję przyrodniczą Serbii. Nie jest wcale łatwo odnaleźć ja

przy granicy Kosowa. Nazywają to miejsce Devolja Varos czyli Diabelskie

Miasto. Jest to grupa silnie zerodowanych skałek – zlepieńców. Maja wysokość

do kilkunastu metrów, a ich szczyty często nakryte są kamieniami o ciemnym

kolorze – jakby naturalnymi kapeluszami:

xSERBdevilsTown.jpg

 

 

 

Po powrocie do Belgradu  pojechałem

autobusem do Tuzli

w sąsiedniej Bośni. Tu przeżyłem szok, bo na ulicach miasteczek spacerują tu

dziewczęta w muzułmańskich strojach – popatrzcie na zdjęcie obok. Islam

pozostawi tu Turcy, ale nie jest to żadna skrajna odmiana tej religii, i

choć kilka razy dziennie słyszy się nawoływanie do muzułmańskiej modlitwy,

to miejscowe maleńkie i zgrabne meczety – takie jak na zdjęciu poniżej

świecą pustkami.

 

 

After returning to Belgrade by bus I went to Tuzla in neighboring Bosnia.

Here I was shocked, because in the streets of the townships girls walk there

in Muslim clothes – look at the picture next. Islam was left

here by the Turks, but it is not an extreme variation of this religion, and although

several times a day you hear the call to Muslim prayer, the local tiny and

neat mosques – such as on the picture below – emit emptiness.

Kluczem do tej podróży były tanie bilety lotnicze zaoferowane przez Wizzair. Żyjemy w takich czasach,

w których po kilku godzinach cierpliwego szukania w internecie

można znaleźć bilet do Serbii tańszy od biletu do Warszawy! 

Leciałem z małym, kabinowym bagażem do szwedzkiego

Göteborga i stamtąd już prosto do Belgradu.  Potem z Tuzli znów przez Goteborg wróciłem do Gdańska.

Pogoda

dopisała, a Serbowie i Bośniacy przyjęli mnie serdecznie… Mapkę podróży

możecie zobaczyć tutaj.

The key to this trip was the cheap airline tickets offered by Wizzair. We

live in such times, when after several hours of patient searching on the

internet, you can find a ticket to Serbia cheaper than a ticket to Warsaw! I

flew with a small cabin pack to Sweden’s Gothenburg and from there straight

to Belgrade. Then from Tuzla again through Goteborg I returned to Gdansk.

The weather was good, and Serbs and Bosnians welcomed me warmly… 

Little map of this short journey you can see

here.


In September 2017 I travelled to Caucasus… The Russian Caucasus region was

fascinating me since a long time. Unfortunately, the complicated internal

situation and the ongoing unrest prevented me from going there for many

years. Now the situation improved, so I packed my backpack and set out. I

flew from Kaliningrad through Moscow to Vladikavkaz – the capital of North

Osetia. After visiting the city, where there is a lot of nice architecture

from the time of the tsars, I went to the mountains – to see among other

things the unique City of the Dead – Dargavs:


We wrześniu 2017 roku pojechałem na Kaukaz… Region rosyjskiego

Kaukazu interesował mnie od dawna. Niestety skomplikowana sytuacja

wewnętrzna i trwające tam niepokoje uniemożliwiały przez wiele lat wyjazd w

tamte strony. Teraz jest już spokojnie, od 4 lat nie było żadnych aktów

terroru, więc spakowałem plecak i

wyruszyłem w drogę. Poleciałem z Kaliningradu przez Moskwę do Władykaukazu – stolicy

Północnej Osetii. Po zwiedzeniu miasta, w którym jest sporo ładnej

architektury jeszcze z czasów caratu wybrałem się w góry – między innymi po

to by zobaczyć unikalne Miasto Umarłych – Dargavs: 

xKaukaz%20DARGAVS.jpg

Nearby

Ingushetia also has unique monuments, but they are located in a frontier

zone, where the Russians can move freely, but foreigners are required a

special permit, which requise advance application and waiting for two months

(!!). Unaware of this, and the seduced local driver drove me 80-meter into

this zone (from the bridge to the gate with the control post), it was enough

to be subjected to a lengthy investigation, also the taking  of all

fingerprints and the pictures that are taken for criminal registers. Keep

this in mind!  And so, in Ingushetia, I saw only the capital of the

country, built in the honest steppe – Magas: 

Przyległa Inguszetia też ma unikalne zabytki, ale położone są one w strefie

nadgranicznej, gdzie Rosjanie mogą się poruszać  swobodnie, ale od

cudzoziemców wymaga się specjalnego zezwolenia, na wydanie którego czeka się

do dwóch miesięcy (!!). Nieświadomy tego, a skuszony zarobkiem miejscowy

kierowca wjechał  w tę strefę na 80 metrów (od mostu do bramy z

posterunkiem) i to już wystarczyło, abym był poddany długiemu przesłuchaniu,

zdejmowaniu odcisków wszystkich palców i zdjęciom, jakie robi się

kryminalistom.   Miejcie to na uwadze!    I tak oto

w Inguszetii widziałem tylko zbudowaną od podstaw w szczerym stepie stolicę

kraju – Magas: 

xKaukaz_Magas.jpg

After all the Caucasian route I moved by local transport – mostly by

marshrutka (micro- and minibuses) because normal size buses are rare here.

Another stopover I planned in Grozny – the capital of Chechnya – a Muslim

republic, ruled by a strong hand (and perhaps why so quiet). Grozny is

astonishing with modern architecture and … bearded policemen walking the

streets. A great mosque was erected here. From the top of the skyscraper in

the center (there is a small group of skyscrapers) you can photograph all

the glorious panorama of the city except… the president’s palace: 

Po całej kaukaskiej trasie poruszałem się lokalnym transportem – najczęściej

tzw. marszrutkami (mikro- i  minibusami) bo normalnej wielkości

autobusy są tu rzadkością. Kolejny stopover zaplanowałem w Groznym – stolicy

Czeczenii – muzułmańskiej republiki, rządzonej silną ręką (i może dlatego

tak spokojnej).  Grozny zadziwia nowoczesna architekturą i… brodatymi

policjantami spacerującymi po ulicach. Wzniesiono tu wspaniały, wielki

meczet. Ze szczytu wieżowca w centrum (jest tu mała grupa drapaczy chmur) można fotografować całą efektowną panoramę miasta z wyjątkiem… pałacu

głowy państwa:

xKaukaz_GroznyMsq.jpg
xKaukaz_Grozny.jpg

From Chechnya another marshrutka took me to the neighboring Dagestan. More

precisely – to the village of Kubaczi in the picturesque mountains. Kubaczi

is famous for its filigree jewelry. In the absence of any hotel I lived here

with ordinary people. Not so far from this village lie the ruins of the

capital of the former Koreish Islamic state – Kala Koreish. The ruins

located on an isolated mountain, high above the river made me call this

place Machu Picchu of Dagestan:

Z Czeczenii kolejna marszrutka dowiozła mnie do sąsiedniego Dagestanu. A

dokładniej – do wsi Kubaczi w malowniczych górach. Kubaczi słynie z

wytwarzanych tu filigranowych wyrobów jubilerskich. Z braku jakiegokolwiek

hotelu mieszkałem tu u zwykłych ludzi. Nie tak daleko od tej wsi leżą w

górach ruiny stolicy dawnego islamskiego państwa Kurejszów – Kala Koreish.

Usytuowane ruin na odosobnionej górze wysoko nad rzeką sprawiło, że nazwałem

to miejsce Machu Picchu Dagestanu:

xKaukaz_KKoreish.jpg

Then I descended from the mountains to Derbent in Dagestan – a city of 2,000

years of history and is considered to be the oldest in the Russian

Federation. Derbent is located on the Caspian Sea and boasts its old

fortress Naryn – Kala. Together with other Derbent monuments, it is on the

UNESCO World Heritage list:

Potem zjechałem z gór do Derbentu w  Dagestanie – miasta co ma 2000 lat

historii i uznawane jest za najstarsze na terenie Federacji Rosyjskiej,

Derbent leży nad Morzem Kaspijskim, a jego chlubą jest górująca nad miastem

stara forteca Naryn – Kala. Razem z innymi zabytkami Derbentu trafiła ona na

listę World Heritage UNESCO:

xKaukaz_Derbent.jpg

In Derbent I happily came for the celebration of the City Day and Dagestan

Unity Day. And that meant seeing many folklore performances, getting to know

the region’s handicrafts and meeting local people for whom, for lack in

sight any other foreign tourists, I was as big an attraction as they were to

me:

W Derbencie szczęśliwie trafiłem na obchody Dnia Miasta i Dnia Jedności

Dagestanu. A to oznaczało możliwość oglądania wielu folklorystycznych

występów, zapoznania się z rękodziełem regionu i spotkań z ludźmi, dla

których, z braku w polu widzenia innych zagranicznych turystów byłem

atrakcją równie dużą, jak oni dla mnie:

xKaukaz_Derbent2.jpg

During the whole trip I experienced beautiful weather and high temperatures

reaching up to 32 degrees. From Derbent, another marshrutka for 200 rubles

drove me to Makhachkala, the capital of Dagestan. It is not a very

interesting city, but few people know that 95 km from the capital you can

see one of the most beautiful canyons in the world – the Salaksky canyon. I

got there by shared car. The cost was 2200 roubles per car: 

Podczas całej podróży doświadczałem pięknej pogody i wysokich temperatur,

dochodzących do 32 stopni. Z Derbentu kolejna marszrutka za jedne 200 rubli

zawiozła mnie do Machaczkały – stolicy Dagestanu. Nie jest to zbyt

ciekawe miasto, ale mało kto wie, ze 95 km od niego można oglądać jeden z

najpiękniejszych kanionów świata – Kanion Sałakski. Dojechałem tam

samochodem, dzieląc koszt (2200 rubli) z innymi podróżnikami: 

xKaulazSalak.jpg

To była udana podróż wśród pięknych krajobrazów. Na całej trasie spotkałem

wielu ciekawych i życzliwych ludzi i nie doświadczyłem żadnych objawów

agresji czy niechęci miejscowych (z wyjątkiem wspomnianego wyżej incydentu

granicznego). Wróciłem z przeświadczeniem, że to bardzo ciekawy region,

czekający wciąż na odkrycie przez świat. Powstały tu małe, prywatne hoteliki

i hostele, ale wciąż brak jest rzetelnej i łatwo dostępnej informacji

turystycznej. Nagrodą dla wytrwałego podróżnika, który jednak zdecyduje się

tu przyjechać jest brak tłumów turystów…


It was a great trip among the beautiful landscapes. All along the route I

met many interesting and kind people and I did not experience any signs of

aggression or hostility (except for the border incident mentioned above).

From Makhachkala in Dagestan,  I returned to Kaliningrad – again by air,

then I took a bus to Gdansk. Short,

hot

messages in English from the road you will find as always

in my

travel log

Z Machaczkały ponownie samolotem wróciłem do Kaliningradu, a następnie

autobusem do Gdańska.  Notatki opublikowane “na gorąco” na trasie znajdziecie jak zawsze w moim

dzienniku podróży


At the end of October 2017 I came back from a distant and

long-planned trip to unknown destinations in Central America, where I used

ships, buses, planes, and hitchhiking. For a lonely traveler it was a risky

journey, but it was completed without any dangerous adventures 🙂 On the

trail I admired nature and enjoyed meetings with interesting people and

their culture, for example on this picture – at the beginning of the journey in Las

Palmas:


W ostatnich dniach października 2017 wróciłem z dalekiej i długo przygotowywanej podróży do nieznanych miejsc w Ameryce

Centralnej, podczas której korzystałem ze statków, autobusów, samolotów, a także z autostopu. Dla samotnego podróżnika była to podróż

podwyższonego ryzyka, udało się jednak zakończyć ją bez niebezpiecznych

przygód 🙂  Na szlaku podziwiałem przyrodę i cieszyłem się ze spotkań z

ciekawymi ludźmi i ich kulturą, na przykład tu  – na początku podróży w

Las Palmas: 

xLasPalmasOrk.jpg

After defeating the Atlantic, which was extremely quiet this time, I found

myself in the Caribbean, reaching the islands already known to me. Usually

on foot or hitchhiking I tried to find there new places. Here, for example,

you can see the panorama of St Kitts, or Saint Christopher:

Po pokonaniu Atlantyku, który był tym razem wyjątkowo spokojny znalazłem się

na Karaibach, docierając na znanych mi już wyspach, zazwyczaj pieszo lub

autostopem do nowych miejsc. Tu na przykład panorama wyspy St Kitts czyli

Saint Christopher:

xStKitts.jpg

Then in a similar way, in good weather I refreshed memories on Curacao and

Aruba. I said goodbye to my old but cheap and sympathetic ship in Colon, in

Panama. Going first to Panama City I found soon my way to the forgotten Panamanian

islands of Bocas del Toro.

It was one of the most interesting places on the

whole tour. See separate report here. There are more than a dozen larger and smaller islands.  I

sailed to them by motorboat. Some of them have beautiful beaches. The coast

of the others is covered by the mangroves and thick tropical jungle:

Potem w podobny sposób, przy świetnej pogodzie przypominałem sobie Curacao i

Arubę. Mój stareńki, ale tani i sympatyczny statek pożegnałem w Colon, w

Panamie, by przez Panama City trafić na zapomniane panamskie wyspy Bocas del

Toro.

To było jedno z najciekawszych miejsc na trasie całej podróży. Ponieważ jest

mało znane opisałem je obszernie na osobnej stronie mojego serwisu –

Bocas.

Większych i mniejszych wysepek jest tam kilkanaście. Pływałem do nich

motorowa łodzią. Na niektórych są piękne plaże. Brzegi innych porastają

mangrowce i gęsta tropikalna dżungla: 

xBocasBoat.jpg

Na rzadko odwiedzanych wyspach Bocas dziwnym zrządzeniem losu czy też

Opatrzności spotkałem rodaka – księdza Józefa, misjonarza od 8 lat

pracującego w Panamie. To było bardzo mile spotkanie – przegadaliśmy

wieczorem na werandzie kilka godzin, okazało się, że mamy wspólnych

znajomych… 

On

the rarely visited Bocas island, I met a compatriot – Father Joseph, a

missionary for 8 years working in Panama, in a strange fate or providence.

It was a very nice meeting – we talked in the evening on the veranda for a

few hours, we found out that we have common friends …

I was lucky – the tourist season for Bocas has not started yet, there was a

crowd of tourists … The nicest place for me seemed to be the empty beach

of Estrella near Boca del Drago, where in the shallow water you can see the

sea starfish, and locals are catching such a shells:

Miałem szczęście – sezon turystyczny na Bocas jeszcze się nie zaczął, nie

było tłumu turystów… Najpiękniejszym zakątkiem wydała mi się pusta plaża

Estrella loło Boca del Drago, gdzie w płytkiej wodzie zobaczyć można morskie

rozgwiazdy, a miejscowi wyławiają takie oto muszle:

xBocasShell.jpg

 

 

 

Z Bocas del Toro promem i lokalnymi autobusami dotarłem do stolicy Kostaryki

San Jose, a stamtąd – na kolumbijskie wyspy San Andres i Providencia, gdzie

rzadko pojawiają się światowi podróżnicy… Z San Andres małym katamaranem

dopłynąłem na maleńką wyspę Providencia, która zachwyciła mnie nie tylko

swoimi krajobrazami, ale przede wszystkim życzliwością ludzi. Znalazłem tam

ślady słynnego pirata – kapitana Morgana. Niewiele jest takich wysp na

świecie! Szczegółowy raport znajdziecie pod tym linkiem

Old Providence.

From Bocas del Toro by ferry and local buses I reached the capital of Costa

Rica  – San Jose, and from there I flew to the Colombian islands of San

Andres and Providencia, where  the world travelers are rare… 

From San Andres using small catamaran I reached the tiny island of

Providencia, which impressed me not only with its landscapes, but above all

with the kindness of the people. I found there traces of the famous pirate –

Captain Morgan. It is hard to find such a island in the whole world! 

Detailed report in Polish is here.

 

xProvidenciaPan.jpg

Then I went back to San Andres, and after visiting this island, I flew to

mainland Colombia proceeding by bus to Santa Marta through Medellin and the

colonial town of Giron. It’s a nice town, I lived there in an old quarter

full of flowers and narrow streets. From there I also took a trip to the

nearby Tayrona National Park:

Potem wróciłem na San Andres i po zwiedzeniu tej wyspy samolotem poleciałem

do kontynentalnej Kolumbii, by przez Medellin i kolonialne miasteczko Giron

trafić autobusem do Santa Marta. To ładne miasto, mieszkałem tam w starej

dzielnicy pełnej kwiatów i wąskich uliczek. Stamtąd odbyłem również wyprawę

do pobliskiego Parku Narodowego Tayrona:

xTayronaView.jpg

The last stop on this route was the historic city of Cartagena de Indias,

known to me from previous expeditions. From there, through Florida and

Copenhagen, I returned home.

Short

hot

messages in English from the road you will find as always

in my

travel log. Soon I’m going to put more information and photos from this

tour on a separate page –

Central America.

Ostatnim przystankiem na trasie tej podróży było historyczne miasto

Cartagena de Indias, znane mi z poprzednich ekspedycji. Stamtąd przez

Florydę i Kopenhagę wróciłem do domu. Gorące informacje o tym, co się działo

na trasie znajdziecie jak zawsze w moim

dzienniku podróży.  Wkrótce zamierzam umieścić więcej informacji i

zdjęć z tej trasy na osobnej stronie –

Central America


In the autumn 2017 I found a possibility  to escape south

from the November cold and

December dark days in Poland. By the way also saw something new and fascinating. Initially I wanted to start this trip from the visit of 

Northern Algeria. It turned out, however, that Algeria has introduced visa

impediments that without a invitation from the Algerian virtually exclude

travel. I had to find quickly another option and decided to fly with cheap

airlines to Portugal and then to use a ferry to travel to the unknown island

of Santo in the Atlantic Ocean (via Madeira). At Santo, in a post-season

period, I lived in a cheap room, from which I used to admire  every day

the sunrise in various shapes:


Jesienią 2017 roku znowu udało mi się uciec na południe od listopadowych

chłodów i grudniowych ciemnych polskich dni. A przy okazji zobaczyć coś nowego i

fascynującego. Początkowo zamierzałem rozpocząć tę

podróż od wizyty w Północnej Algierii. Okazało się jednak, że Algieria

wprowadziła utrudnienia wizowe, które bez posiadania zaproszenia od

Algierczyka praktycznie wykluczają podróż. Musiałem szybko znaleźć inną

opcję i zdecydowałem polecieć tanimi liniami na Maderę i następnie promem

przeprawić się na nieznaną

mi dotąd wyspę Santo na Atlantyku. Na Santo w posezonowym okresie mieszkałem

w tanim pokoju, z którego okna codziennie podziwiałem wschód słońca i to w

różnych odsłonach:

xbBrazSantoSun.jpg

 


 

Z Madery na Santo (właściwie to ta wyspa nazywa się Porto Santo) latają małe

samoloty, ale ja zdecydowałem się na znacznie tańszą podróż promem, który

pływa na tej trasie 6 razy w tygodniu. Powrotny bilet kosztuje 46 euro.

Przeprawa trwa tylko 2,5 godziny, a po drodze można fotografować ciekawe

panoramy obu wysp. 

From Madeira to Santo (actually this island is called Porto Santo), small

planes are flying, but I decided to take much cheaper ferry that sails on

this route 6 times a week. The return ticket costs 46 euros. The crossing

takes only 2.5 hours, and on the way you can photograph interesting

panoramas of both islands.

Santo is not a big island (it’s 14 by 7 km), which makes that persistent

walker like me, can walk it on foot. The greatest landscape attraction here

are mountains and high coastal cliffs:

Santo nie jest dużą wyspą (ma 14 na 7 km), co sprawia, że taki wytrwały

piechur jak ja może przemierzać ją na piechotę. Największą atrakcją

krajobrazową są góry i wysokie nadmorskie klify:

xbBrazSantoMtn.jpg

Over the following days I climbed the highest peaks of the island. The

tourist paths leading there were almost empty, which was an additional

advantage of this episode of the expedition. Santo also has other tourist

attractions. Along the southern coast of the island stretches a 9 km long

sandy beach, which is envied by her older and richer sister – Madeira. At

its eastern end is the Portela viewpoint. I had to climb to a height of 180

meters to take this picture, you will admit that it is worth it:

W ciągu kolejnych dni wspinałem się na najwyższe szczyty wyspy. Poprowadzone

tam ścieżki turystyczne były niemal puste, co było dla mnie dodatkową zaletą

tego epizodu wyprawy. Santo ma także inne turystyczne atrakcje. Wzdłuż

południowego wybrzeża wyspy ciągnie się 9-kilometrowa piaszczysta plaża,

której zazdrości tej wyspie jej starsza i bogatsza siostra – Madera. Na jej wschodnim krańcu jest punkt

widokowy Portela. Musiałem wspiąć się tam na wysokość 180 metrów, by zrobić

to zdjęcie, przyznacie, że warto:

xbBrazSantoBeach.jpg

 

Detailed report from Santo Island you can read

here.

 

Wyspa Santo jest u nas mało znana dlatego stworzyłem oddzielną stronę

internetową o tej wyspie, osiągalną przez mój serwis

Świat Wysp lub rezpośrednio przez

ten link.

     Po kilkudniowym pobycie

na Santo wróciłem na Maderę (zdjęcie jej klifów jest umieszczone poniżej). Czekając na tani lot na

kontynent przypominałem sobie miejsca znane z poprzednich pobytów i

wynajętym samochodem wjechałem na najwyższy szczyt wyspy (doprowadzili drogę

do radaru, który tam stoi) – tego jednak dnia

padało i wiało, a chmury przesłaniały widoki…

After a few days stay at Santo I returned to Madeira (photo of its cliffs is

placed below). Waiting for a cheap flight to the continent I refreshed

places known from previous stays and rented a car to drive to the highest

peak of the island (they built the road to the radar that stands there) –

but on that day it was raining and the clouds obscured the views …

xbBrazMadera.jpg

The planes of two low-cost airlines then transferred me to Barcelona, where

I boarded a cheap ship to South America with two stops in the Canary Islands.

The weather was good here. Together with new friends met on the ship on the

island of Lanzarote  I reached the magnificent viewpoint Mirador del

Rio – it offers a great view of the Graciosa islet :

Samoloty dwóch tanich linii przeniosły mnie potem do Barcelony, gdzie

wsiadłem na tani statek płynący do Ameryki Południowej z dwoma przystankami

na Wyspach Kanaryjskich. Tu pogoda dopisała. Razem z nowymi przyjaciółmi

poznanymi na statku dotarłem na wyspie Lanzarote do wspaniałego punktu widokowego

Mirador del Rio – otwiera się z niego widok na wysepkę Graciosa:

xbBrazLanzarot.jpg

In turn, during a stopover on Gran Canaria, I went by cheap city bus to the

western edge of the island to see the Maspalomas Dunes, overgrown on all

sides by hotels. It was worth it. It turned out by the way that in this

miniature desert are also small stones, from which tourists, like penguins

arrange their “beach nests”:

Z kolei podczas postoju statku na Gran Canaria pojechałem tanim, miejskim

autobusem na zachodni kraniec wyspy, by obejrzeć diuny Maspalomas,

obrośnięte ze wszystkich stron hotelami. Warto było. Okazało się przy

okazji, że na tej miniaturowej pustyni leżą także drobne kamienie, z których

turyści, jak pingwiny układają sobie gniazda: 

xbBrazMaspalomas.jpg

Then we spent six days in the sea, which, however, did not get long because

of the large number of events on board – related, inter alia, to the

crossing of the equator. The ocean was calm. First port, where we docked on

the Brazilian coast was Recife, known to me from previous trips. It was a

clash with another culture, with the poverty of people sleeping in the

streets, begging. In the picture below, I photographed a street kitchen that

many people use for lunch:

Potem spędziliśmy sześć dni w morzu, które jednak wcale mi się nie dłużyły

ze względu na dużą ilość imprez na pokładzie – związanych między innymi z

przekroczeniem równika. Ocean był spokojny. Pierwszym portem, do którego

zawinęliśmy na brazylijskim wybrzeżu było znane mi już z poprzednich podróży

miasto Recife. To było zderzenie z inną kulturą, z ubóstwem ludzi śpiących na

ulicach, z żebractwem. Na zdjęciu poniżej sfotografowałem uliczną

garkuchnię, z której wielu ludzi korzysta w porze lunchu:  

xbBrazRecifeKitchen.jpg

In the next port – Maceio is not very safe – even the tourist information

office advises against lonely trips around the city (I got to explore this

city together with Brazilian friends). But right next to the port is a

beautiful beach, and there are jangadas waiting for tourists – small

boats taking tourists on short cruises around the bay. They were just

pushing one of these boats out to the water:

W następnym porcie – Maceio jest niezbyt bezpiecznie – nawet miejscowe biuro

informacji turystycznej odradza samotne wędrówki po mieście (ja poznawałem

to miasto razem z brazylijskimi przyjaciółmi). Ale zaraz przy porcie jest

piękna plaża, a na niej czekają na turystów jangadas [dżangadas] – małe

łodzie zabierające turystów w krótkie rejsy po zatoce. Właśnie spychali

jedną z takich łodzi na wodę:

xbBrazMaceio.jpg

Salvador, Bahia is one of the most interesting places in Brazil. Not only

regarding the location and colonial architecture of the city, but also

regarding the Afro-American culture, which is still flourishing here. But in

the guides they write: if you get attacked or robbed in Brazil, it will most

likely happen in El Salvador. But today the situation is better, thanks to

the police, which is present in all places visited by tourists:

Salvador w stanie Bahia to jedno z najciekawszych miejsc w Brazylii. Nie

tylko jeśli chodzi o położenie i kolonialną architekturę miasta, ale także

jeśli chodzi o afro-amerykańską kulturę, która tu wciąż kwitnie. Ale w

przewodnikach piszą: jeśli w Brazylii zostaniesz napadnięty lub okradziony

wydarzy się to najprawdopodobniej w Salwadorze. Ale na dziś sytuacja jest

już lepsza, a to dzięki policji, która jest obecna we wszystkich miejscach

odwiedzanych prze turystów:

xbBrazSalvadpolice.jpg

Every day, on the cobbled streets of old El Salvador, performances by local

bands of dancers and drummers take place. A groups goes through the old city

and raises such a noise that it is difficult not to notice them. This is an

interesting spectacle, so it is worth noting on the pictures:

Codziennie na brukowanych kocimi łbami ulicach starego Salwadoru odbywają

się popisy miejscowych zespołów tancerzy i bębniarzy. Idzie taka grupa prze

stare miasto i podnosi taki hałas, ze trudno ich  nie zauważyć. Jest to

ciekawe widowisko, więc warto je odnotować na zdjęciach:

xbBrazSlvadorDrums.jpg

From El Salvador, we sailed to the port of Ilheus, known to all the

Brazilians, thanks to the fact that there lived and wrote Jorge Amado – the

most outstanding Brazilian writer. In his former home, next to a pedestrian

street located in the city center, there is a modest museum. The writer’s

monument stands on the sidewalk in front of the entrance.

But I remember Ilheus most of the dancers who were welcoming the passengers

on the port wharf. The ship was big, the passengers spilled out of it for

over an hour, and they were still dancing and dancing. And how they dance!

Z Salwadoru popłynęliśmy do portu Ilheus, znanego wszystkim Brazylijczykom

dzięki temu, ze tam mieszkał i tworzył Jorge Amado – najwybitniejszy

brazylijski pisarz. W jego dawnym domu przy zamkniętym dla ruchu deptaku w

centrum miasta mieści się skromne muzeum. Pomnik pisarza stoi na chodniku

przed wejściem (zdjęcie poniżej).

Ale ja z

Ilheus wspominam najchętniej tancerki, które powitały na portowym nabrzeżu

schodzących ze statku pasażerów. Statek był duży, pasażerowie wysypywali się

z niego przez ponad godzinę, a one wciąż tańczyły. I to jak!

 

xbBrazRio.jpg

Finally, we reached the legendary Rio de Janeiro. I was in Rio before

already twice so it was pointless to go to Corcovado once again. I used the

day for a long walk along the Ipanema and Leblon beaches – with a view of

the Two Brothers Mountain (picture above)

The next day, I said goodbye to my ship in the port of Santos – the largest

port of South America. Through this city, Brazilian coffee flows into the

world. The most famous building in the city is here the former coffee exchange (now a

coffee museum – in the picture below). Santos is not the most interesting

place on earth, but you had to go there to find it out.

Wreszcie

dotarliśmy do legendarnego Rio de Janeiro. Byłem w Rio wcześniej już dwa

razy wiec nie było sensu po raz kolejny wjeżdżać na Corcovado. Wykorzystałem

dzień na długi spacer wzdłuż plaż Ipanema i Leblon – z widokiem na górę

Dwóch Braci (zdjęcie powyżej)

Następnego

dnia pożegnałem mój statek w porcie Santos – największym porcie Południowej

Ameryki. Przez to miasto płynie w świat brazylijska kawa. Najbardziej znanym

budynkiem jest tu dawna giełda kawy (obecnie muzeum kawy – na zdjęciu

poniżej). Santos nie jest najciekawszym miejscem na ziemi, ale trzeba było

tam pojechać, aby to stwierdzić.

xbBrazSantos.jpg

It took me 13,5 hours on overnight bus to get from Santos to the Island of

St. Catherine. This is a beautiful place and it is much calmer than in other

states of Brazil. The island is connected by a bridge with the mainland. Its

most important asset is the beautiful nature – thousands of Brazilians,

Argentines and Uruguayans come here to enjoy beautiful (and strongly advertised)

beaches:

13,5 godziny

trwała moja nocna podróż autobusem z Santos na Wyspę Św. Katarzyny. To

piękne miejsce i jest to znacznie spokojniej niż w pozostałych stanach

Brazylii. Wyspa połączona jest mostem z kontynentem. Jej najważniejszym

atutem jest piękna przyroda – tysiące Brazylijczyków, Argentyńczyków,

Urugwajczyków przyjeżdża tu dla pięknych (i rozreklamowanych szeroko w

Ameryce Południowej) plaż:

xbBrazKatariAntonB.jpg

Stanta Catarina is 54 by 18 kilometers wide. You can get to most places on

the island by public buses paying 3.90 real for a ride with transfer. But it

takes time. I decided that it is not worth to rent a car for a trip around

the island, since they offer such a trip on the deck of a double-decker bus

for 100 reals. Our bus took us to the most beautiful beach on the island –

Praia Joaquina. Big boulders border here with white, clean sand, like La

Digue on Seychelles:

Stanta

Catarina ma wymiary 54 na 18 kilometrów. Do większości miejsc na wyspie

można dojechać publicznymi autobusami płacąc 3,90 reala za kurs z

przesiadką. Ale to wymaga czasu. Uznałem, że nie warto wynajmować samochodu

na wycieczkę wokół wyspy, skoro oferują taka wycieczkę na pokładzie

piętrowego autobusu za jedne 100 reali. Nasz autobus zawiózł nas między

innymi do najpiękniejszej plaży na wyspie – Praia Joaquina. Wielkie głazy

graniczą tu z białym, czystym piaskiem, jak na La Digue na Szeszelach:

xbBrazKatariBeach.jpg

The second most interesting town on the island’s atfer its capital –

Florianopolis is San Antonio, where I found some examples of nice colonial

architecture:

Drugim

najciekawszym miasteczkiem po stolicy wyspy – Florianopolis jest San

Antonio, gdzie znalazłem kilka przykładów ładnej kolonialnej architektury:  

xbBrazKatariAnton.jpg

By public bus I reached the fortress of San Jose, built by the Portuguese

in the sixteenth century to defend against the attack of the Spaniards. The

fortress is open to visitors at a cost of 8 real (about $ 2). North-western

rocky cape of the island where it was built is a very picturesque and cozy

place. There is also a secluded beach right next to it:

Publicznym

autobusem dotarłem do fortecy San Jose, zbudowanej przez Portugalczyków w

XVI wieku dla obrony przed atakiem Hiszpanów. Forteca jest udostępniona jest

do zwiedzania na opłatą 8 reali (około 2 dolarów). Północno – zachodni

skalisty przylądek wyspy na którym ją zbudowano jest bardzo malowniczym

zakątkiem. Tuż obok jest także ustronna plaża:

xbBrazKatariFort.jpg

And this was the farthest point of this trip. From the island of St.

Catherine via Sao Paulo I flew to Casablanca. Here I had a forced stop due

to the Moroccan airlines who changed their flight schedule. However, I

managed to enforce free accommodation and meals during my stay in the city.

It was also an opportunity to refresh memories of Casablanca. once again, I

went to the magnificent Hassan II mosque, which has the highest minaret in

the world (210 m):

I to był

najdalszy punkt tej podróży. Z wyspy Św. Katarzyny przez Sao Paulo

poleciałem do Casablanki. Tu miałem przymusowy postój z winy marokańskich

linii lotniczych, które zmieniły rozkład swoich lotów. Udało mi się jednak

wyegzekwować bezpłatne noclegi i wyżywienie podczas podczas pobytu w

mieście. Była to także okazja, by przypomnieć sobie Casablankę.  raz

jeszcze powędrowałem do okazałego meczetu Hassana II, który ma najwyższy

minaret na świecie (210 m):

xbBrazCasa.jpg

It takes only a little over an hour by train from Casablanca to the capital

of Morocco – Rabat. I was the last time in Rabat 37 (!) years ago The sunny

weather was favorable for wandering and thanks to that before sunset I could

not only visit the old kasbah, but also photograph the mounted guardsmen in

front of the mausoleum of King Mohammed V. It was a very good day:

Z Casablanki

jedzie się pociągiem tylko niewiele ponad godzinę do  stolicy Maroka – Rabatu,

gdzie byłem ostatni raz 37 (!) lat temu. Słoneczna pogoda sprzyjała

wędrówkom i dzięki temu jeszcze przed zachodem słońca mogłem nie tylko

odwiedzić stara kazbę, ale także  fotografować konnych gwardzistów

przed mauzoleum króla Mohammeda V. To był bardzo udany dzień:

xbBrazRabat.jpg

And then – in the morning, three consecutive planes were to move me to

Gdansk. The first flight arrived in Barcelona on time. The second – had an

hour of delay in Warsaw and thanks to that I lost the connection to Gdańsk.

I had to spend three additional hours at Okęcie Airport. Nothing!  It

is important that the next big trip was successful! Thank you for keeping your fingers crossed,

dear friends!

Short

hot

messages in English from the road you will find, as always

in my

travel log and the map of the whole voyage is  here

A potem – rano

trzy kolejne samoloty miały mnie przenieść do Gdańska. Pierwszy – do

Barcelony przyleciał o czasie. Drugi – do Warszawy miał już godzinę

opóźnienia i dzięki temu straciłem połączenie do Gdańska.  Musiałem

spędzić na Okęciu trzy dodatkowe godziny. Nic to! Ważne, ze kolejna wielka

podróż zakończyła się pomyślnie! Dziękuję wam za trzymanie za mnie kciuków,

drodzy Przyjaciele!

Mapkę trasy tej podróży możecie zobaczyć

tutaj.

Gorące informacje o tym, co się działo na trasie znajdziecie jak zawsze w

moim

dzienniku podróży,


I met New Year 2018 in Moscow. This has not been yet! 

Moscow is not far away from Gdansk: an experienced traveler gets on a bus in

Gdansk and after 4 hours he is already in Kaliningrad. Then another 1 hour

40 minutes of domestic flight and he is already in one of Moscow airports.

The New Year is in Russia the second most important holiday next to Victory

Day. The city, despite the lack of snow (here they also suffer from the

climate change!) looked great, decorated with garlands of lights, specially

built decorations and hundreds of huge Christmas trees:


Nowy Rok 2018 powitałem w Moskwie. Tego jeszcze nie

było! Ale przecież do tej Moskwy nie jest z Gdańska wcale tak daleko: doświadczony podróżnik

wsiada w Gdańsku w autobus i po 4 godzinach jest w Kaliningradzie. Potem

jeszcze 1 godzina 40 minut krajowego lotu i jest już wśród “Przyjaciół

Moskali”. Nowy Rok to w Rosji drugie obok Dnia Zwycięstwa najważniejsze

święto. Miasto, mimo braku śniegu (tu też następują zmiany klimatyczne!)

wyglądało wspaniale, ozdobione girlandami świateł, specjalnie zbudowanymi

dekoracjami i setkami wielkich choinek. Ten rozmach miał świadczyć, o tym że

jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej  🙂 

xMoskwa217.jpg

On New Year’s Eve  I went early to Red Square, warned by friends that

in case of a large number of people coming, access to the square may be

limited. When before 6 pm I got to the first police cordon it turned out

that something was happening, which I did not foresee in my optimism: the

largest square in Moscow is already swept out of people. Police announced

that visitors will be admitted (after a detailed inspection) from 6 pm, but

only those who have invitations. Black despair! – I thought looking

helplessly at the waiting crowd. My knowledge of Russian helped me: Dima had

an invitation for a friend who did not come from distant Rostow. He handed

it to me with a smile: -Podarok for you, for the coming new year! The square

and the buildings around it were magnificently illuminated:

Zamieszkałem w skromnym hostelu w dzielnicy Basmannyj.

W Sylwestrowy wieczór wcześnie wyruszyłem na Plac Czerwony, uprzedzony przez

przyjaciół, że w przypadku dużej ilości chętnych dostęp do placu może być

ograniczony. Gdy przed 18.00 dotarłem do pierwszego policyjnego kordonu

okazało się, że dzieje się coś, czego w swoim optymizmie nie przewidziałem:

największy plac Moskwy jest już wymieciony z przechodniów, wpuszczać będą po

szczegółowej kontroli od godziny 18.00, ale tylko tych, którzy mają

zaproszenia. Czarna rozpacz! – bezradnie patrzyłem na czekający tłum.

Pomogła mi znajomość rosyjskiego: Dima miał w plecaku zaproszenie dla

przyjaciela, który nie dojechał z odległego Rostowa. Wręczył mi je z

uśmiechem: -Eto podarok dlia was, z nastupajuszczim nowym godom!  Plac i

budowle wokół niego były wspaniale iluminowane:

xMoskwa015.jpg

In addition to the Kremlin, the “fairy-tale” Vasyla Blagennovo

church  (photo below) and the GUM building – the former Main

Department Store, where once I stood in a long queue for “kofiemolka”,

were magnificently illuminated. Currently, GUM is

turned into a real commercial palace (photo on the right column)

Poza Kremlem wspaniale iluminowane były: “bajkowy” sobór Vasyla Błażennowo

(zdjęcie na lewej kolumnie) i gmach GUM – dawnego Głównego Domu Towarowego,

gdzie niegdyś stałem w długiej kolejce po “kofiemołkę”, bo akurat je

rzucili. Obecnie GUM zamieniony jest w prawdziwy handlowy pałac:

 

A przy okazji, czy wiecie, że z dziejami burzliwych stosunków rosyjsko –

polskich związany jest pomnik, który widać przed soborem? Mało kto z

zagranicznych turystów wie kto to i dlaczego tutaj stoi…

More and more visitors were arriving to the square. Loud music were around –

not Russian folk songs, but American

Christmas songs. Among the people there were several Grandfathers Frosts

ready selflessly (!) pose for photos. And then the great show began on the big

hi-tech stage, transmitted by the first program of Russian television. The

best performers of Russia performed, great ballet, amazing special effects

and changing scenography:

Gości na placu przybywało, przez potężne głośniki płynęły nie rosyjskie

piosenki ludowe ale amerykańskie przeboje bożonarodzeniowe. Wśród ludzi

pojawiło się kilku Dziadków Mrozów gotowych bezinteresownie (!) pozować do

zdjęć.  A potem zaczęło się widowisko na wielkiej estradzie hi-tech,

transmitowane przez pierwszy program rosyjskiej telewizji. Występowali

najlepsi artyści estradowi Rosji, świetny balet, zadziwiały efekty specjalne

i zmieniająca się scenografia:

xMoskwa531.jpg
xMoskwa231.jpg

The crowd gathered in front of the stage was bouncing and waving

rhythmically. There were no drunks or incidents. People were happy, they

made spontaneous conversations and acquaintances. And it was obvious that

they were ordinary people, not any elite of the society.

Zgromadzony przed estradą tłum podrygiwał i falował rytmicznie. Nie było

osób pijanych ani żadnych incydentów. Może także dlatego, że wszystko

przebiegało pod okiem licznych policjantów.  Ludzie cieszyli się, nawiązywali

spontaniczne rozmowy i znajomości. I widać było, że są to zwykli ludzie, a

nie jakaś wybrana elita.

Muzyka grzmiała, światła oślepiały, a ja weseliłem się razem z nimi:

And then, after 3 hours of performances and fun, a surprise met us. The

announcers said “thank you all”, the lights of the stage were switched off,

and the police, professionally and politely asked us to leave the square.

This is how it happens in Russia … I went with the crowd around government

buildings to the low hills of the Zaradje Park, from which the Kremlin’s

walls and churches are perfectly visible.

A potem, po 3 godzinach występów i wspólnej zabawy spotkała nas

niespodzianka. Konferansjerzy podziękowali, światła estrady zgasły, a

policja, posuwając się ławą grzecznie wyprosiła nas z placu. Tak to w Rosji

bywa… Popłynąłem z tłumem wokół budynków rządowych na niewysokie wzgórza

nowego parku Zaradje, skąd doskonale widać mury i sobory Kremla. Tam

doczekaliśmy do północy, by obejrzeć pokaz sztucznych ogni i złożyć sobie

noworoczne życzenia:

xMoscow330.jpg

I used my stay in Moscow also to meet friends – the members of international

organizations. I particularly remember the tea party in the apartment of

Katarina and Igor. This was a chance to see and to listen to know, how the

average people of Russia live:

Pobyt w Moskwie wykorzystałem także na spotkania z przyjaciółmi – członkami

międzynarodowych organizacji. Szczególnie mile wspominam herbatkę w

mieszkaniu Katariny i Igora, którzy ugościli mnie “czym chata bogata”

(zdjęcie na lewej kolumnie).

 

Happy New Year from Moscow!

xMoskwa439.jpg

Seven voyages in one year. It was really good year!

Siedem podróży w jednym roku. To był dobry rok!

 

 


To my “travel snapshots” from the previous years
                                   


 

 


Przejście do migawek z podróży wcześniejszych lat 


 

Travel snapshots from recent years — Migawki z podróży

ostatnich lat


2019


2018


2017


2016


2015


2014


2013

2010-2012