Snapshots from the last years – Wojciech Dabrowski – Migawki z podróży ostatnich lat-2015 (Migawki_plen2015.htm)

 

2015

tekst i zdjęcia: Wojciech

Dąbrowski © – text & photos

 



Returning

from the interesting expeditions I always try to write a travel report – to

share my updated knowledge and to help other travelers in their preparations to the

voyage. A lot of such reports you can already see on my website – sorry –

most of them in Polish only.  New reports require work and time. Unfortunately

it is now harder and harder for me to find the time.  On this page you will

see some interesting pictures from the last years. They are waiting to be

used in the coming reports. I hope to write them someday…    

Po powrocie

z każdej ciekawej podróży staram się napisać ilustrowany raport, by podzielić

się moją świeżo zdobytą wiedzą i w ten sposób pomóc innym podróżnikom w ich

przygotowaniach do wyjazdów. Wiele takich raportów znajdziecie już na moich

stronach. Niestety pisanie tych raportów to praca pochłaniająca sporo

cennego czasu. Nie zawsze mogę znaleźć ten czas… Na tej stronie

znajdziecie co ciekawsze zdjęcia do tematów, które czekają na przygotowanie

raportów. Mam nadzieje, że kiedyś doczekają się one osobnych stron… Niektóre

już się doczekały…  


At the end of April 2015 I happily returned from another great voyage! 

I managed to to circle the globe for twelfth time! Often I was asked about the my favorite region of the world and the

countries to which I would like to return. The answer was always the same:

the small islands of the South Pacific. And that’s where I spent most of

time during this expedition. But the first stopover on my route was in Sri

Lanka. On Sri Lanka I wanted to visit Jaffna province, which was closed

during my first visit to Ceylon due to the civil war. Now I was able to

visit both the north cape of the big island – Point Pedro, as well as the

most important temple of Jaffna – Nallur Kandaswamy:


Pod koniec kwietnia

2015 wróciłem szczęśliwie z kolejnej wielkiej podróży! Po raz dwunasty udało mi

się okrążyć nasz glob. Gdzie byłem tym razem?  Ile razy

pytano mnie o ulubiony region świata, o kraje do których chciałbym wrócić

odpowiedź zawsze była taka sama: małe wyspy Południowego Pacyfiku. I właśnie

tam spędziłem większość czasu podczas tej najnowszej ekspedycji. Ale pierwszym

liczącym się stopoverem na trasie była Sri Lanka. Na Sri Lance zamierzałem

przede wszystkim odwiedzić

prowincję Jaffna, która podczas mojej pierwszej wizyty w tym kraju była

niedostępna ze względu na toczące się tam walki. Teraz mogłem odwiedzić

zarówno północny przylądek wielkiej wyspy – Point Pedro, jak i najważniejszą świątynię Jaffny

– Nallur Kandaswamy: 

xJaffnaBIG.jpg

Wandering alone through Sri

Lanka I admired the wonderful nature of the former Ceylon (for example,

beautiful waterfalls) and I had many opportunities to meet the people from

different social strata, representing different beliefs and different views:


Wędrując samotnie przez Sri Lankę

podziwiałem wspaniałą przyrodę dawnego Cejlonu (na przykład piękne

wodospady) i miałem wiele okazji do spotkań z ludźmi z różnych warstw

społecznych, reprezentujących różne wyznania i różne poglądy: 

In the south of the island I have visited many

Buddhist temples:


Przemierzyłem kraj od północnego

przylądka Point Pedro do latarni morskiej Dendra najbardziej

wysuniętej na południe. W rybackiej wiosce Weligama próbowałem pomagać

sprzedawać ryby z nocnego połowu:


Na południu wyspy odwiedziłem wiele

buddyjskich świątyń:

xSriLBuddy.jpg

Another

longer stop I planned in Sydney, Australia. This was not only an opportunity

to refresh memories of the beautifully located city, but also to meet the

outstanding adventurer Michael Kozok and his friendly family. Together we

wandered the picturesque coastal route far behind the Bondi Beach:


Kolejny dłuższy postój zaplanowałem w

Sydney, w Australii. Była to nie tylko okazja do przypomnienia sobie tego

pięknie położonego miasta, ale także do spotkania z wybitnym podróżnikiem

Michałem Kozokiem i jego sympatyczną rodziną. Wspólnie wędrowaliśmy tam

malowniczym nadbrzeżnym szlakiem aż za Bondi Beach:

xSydCoast.jpg


And then I embarked the beautiful white

ship docking in Central Sydney next to the famous Harbor Bridge, to sail to

the islands of Melanesia. Contrary to appearances, the cost of reaching to

several consecutive bays and ports by the ship is lower than traveling to

the same places by land and air:


A potem zaokrętowałem się na piękny biały

statek cumujący w centrum Sydney obok słynnego Harbor Bridge, by popłynąć nim na wyspy

Melanezji. Wbrew pozorom koszt dotarcia statkiem do kilku kolejnych zatok i

portów jest niższy niż podróż do tych samych miejsc lądem i powietrzem:

xSYDcru.jpg


From Australia I was sailing to the

islands of Vanuatu and New Caledonia, returning to Sydney. As always I

visited these islands on my own – by foot, but also taking advantage of

hitchhiking – where this was possible.

On Vanuatu I found very

interesting folklore, and on the Isle of Pines belonging to New Caledonia –

the most interesting landscapes of this episode of my route:


Ten biały statek płynął z Australii na

wyspy Vanuatu i Nowej Kaledonii, a następnie wracał do Sydney. Jak zawsze

zwiedzałem te wyspy na własną rękę – pieszo, ale korzystając także z

autostopu – tam gdzie było to możliwe.


Na Vanuatu znalazłem ciekawy folklor, zaś na

Wyspie Pinii należącej do Nowej Kaledonii – najciekawsze krajobrazy tego

odcinka mojej trasy:

xIlPines.jpg


But the longest period of stay (almost 2

months) I dedicated

to Polynesia, using small freighters supplying little islands to access them

from the sea. On the picture below you can see the first of these ships,

which took me to the atolls of the Tuamotu Archipelago:


Ale najwięcej czasu – blisko 2 miesiące

spędziłem na Polinezji. Wykorzystałem tam kolejno trzy małe frachtowce,

pływające z  zaopatrzeniem, aby dotrzeć do małych i rzadko

odwiedzanych przez turystów atoli i wysokich wysp. Tak wyglądał pierwszy z

tych stateczków, który zabrał mnie na atole archipelagu Tuamotu:

xSXavier.jpg

It was a fascinating journey

from island to island. Each one was different and interesting in its own way.

Many of these islands deserves to describe them thoroughly on separate

websites and include to my site “The World of Islands”. I will try to do it

in the future.


To była fascynująca podróż od wyspy do

wyspy. Każda z nich była inna i na swój sposób ciekawa. Wiele tych wysp

zasługuje na to, by opisać je dokładnie na osobnych stronach internetowych i

włączyć do mojego serwisu “Świat Wysp”. Postaram się to zrobić w miarę

wolnego czasu…  🙂

xManihi.jpg

 


Przywiozłem z tej podróży 

kilkanaście godzin nagrań video i kilka tysięcy zdjęć. Ludzie i przyroda –

to dwa tematy, które mnie najbardziej interesują gdy podążam swoim szlakiem.

Ludzie na Polinezji są ogromnie sympatyczni, szczególnie dzieci są

wdzięcznymi modelami – popatrzcie tylko na zdjęcie obok…

 

 

I brought from this journey

several hours of video recordings and few thousand of photographs. People

and the nature – are the two topics that interested me the most when I

follow my trail. Polynesian people are extremely friendly, especially the

children are lovely models – just look at the picture on the left …

I was most

impressed me very rarely visited by travelers Austral Islands (Les Iles

Australes), located south of Tahiti. There I climbed to the summits of

mountains to admire the landscape from the top. Below you can see the island

of Rurutu:


Największe wrażenie zrobiły na mnie

bardzo rzadko odwiedzane przez podróżników Wyspy Południowe (Les Iles

Australes) leżące na południe od Tahiti. Wdrapywałem się tam na szczyty gór,

by z wysoka podziwiać krajobraz. Tak prezentowała się wyspa Rurutu:

xRurutu.jpg

A to kolorowa laguna i motus wyspy

Raivavae:

Many times in greeting and farewell friendly

islanders, according to the tradition founded around my neck necklaces of

flowers and shells. It’s very nice custom (see the picture on the right

column)


Wielokrotnie na powitanie i pożegnanie

życzliwi wyspiarze zgodnie z tradycją zakładali mi na szyję naszyjniki z

kwiatów i muszelek. To ogromnie miły zwyczaj:


For

the

Easter, I managed to get to Easter Island, where I was already once a long

time ago – in the times when ORWO photo products were in use – these

pictures already lost their colors. It was therefore an opportunity to

refresh memories, make new digital pictures, and of course to see how they

celebrate Easter on Easter Island. On Holy Saturday Easter  I prepared

painted eggs to tell the locals about our tradition of painting eggs for

Easter:


Na Wielkanoc udało mi się dotrzeć na Wyspę

Wielkanocną, na której byłem już kiedyś dawno temu – jeszcze w epoce filmów ORWO,

które już dawno straciły kolory. Była więc okazja aby odświeżyć wspomnienia,

zrobić nowe, cyfrowe zdjęcia i oczywiście zobaczyć, jak obchodzą Wielkanoc

na Wyspie Wielkanocnej. W Wielką Sobotę przygotowałem okolicznościowe

pisanki, by opowiedzieć tubylcom o nieznanej im tradycji malowania jajek:

The only Catholic priest on the

island – Padre Bernardo during Easter worship performed in a beautiful

headdress and necklace with feathers. This unique outfit alluded to the

folklore of the island, considered to be the easternmost portion of

Polynesia.


Jedyny katolicki ksiądz na wyspie – padre

Bernardo podczas wielkanocnych nabożeństw występował w pięknym pióropuszu i

naszyjniku z piór. Ten niezwykły strój nawiązywał do folkloru wyspy,

uważanej za najbardziej wysunięty na wschód fragment Polinezji. Padre

Bernardo zaskoczony był obecnością Polaka na nabożeństwach. Powiedział mi,

że w 2016 roku z grupą młodzieży wybiera się do Krakowa. To z kolei mnie

bardzo przyjemnie zaskoczyło…

I visited of

course famous Moais statues set on ahu platforms in the different

parts of Island. Here is Ahu Nau Nau near Anakena Beach:


Odwiedziłem oczywiście słynne posągi

moais ustawione na podestach ahu w różnych częściach wyspy. Oto ahu Nau Nau

koło plaży Anakena:

xAhuNauNau.jpg

But equally

impressive are  for backpackers abandoned moais statues in the crater

of Rano Raraku quarry. Few of the tourists enter inside the crater, although

it is not forbiden. Here, the statues can be approached close and you can

fully appreciate their enormous proportions and mysterious beauty (the

picture below, on the right column).


Ale równie wielkie wrażenie robią na

podróżnikach posągi moais porzucone w kamieniołomie krateru Rano Raraku.

Mało kto z turystów wchodzi do środka krateru, choć nie jest to wcale zabronione.

Tu do posągów można podejść blisko i w pełni docenić ich gigantyczne

rozmiary i tajemniczą urodę:

Ahu Tahai at sunset:


Wieczorem turyści gromadzą się przed Ahu

Tahai na peryferiach Hanga Roa – jedynej osady na wyspie, by fotografować

stojące tu moais na tle zachodzącego słońca.


Wstęp do Parku Narodowego, gdzie stoją

moais kosztuje aż 50 dolarów. Ale gdy tam byłem trwała akcja protestacyjna

mieszkańców wyspy i opłat nie pobierano  🙂

Unexpected

discovery for me was the view, which opens from the eastern edge of the

crater of Rano Kao (picture below). To get in there you have to go around

the crater by poorly sawn path. It’s quite a long hike and few of the

visitors venture into a bluff. It is a pity, because the great view is

definitely worth the effort:


Niespodziewanym odkryciem był dla mnie

widok, który otwiera się ze wschodniego krańca krateru Rano Kao (zdjęcie

poniżej). Aby tam się znaleźć trzeba okrążyć krater słabo przetartą ścieżką.

To dość długi marsz i mało kto z odwiedzających zapuszcza się na to strome urwisko. A

szkoda, bo na pewno warto tam się znaleźć dla takiego widoku:

xRanoKao.jpg


After 5-hours flight I landed on the

continent of South America. In Central Chile I  wanted

to explore the waterfalls and picturesque lakes of this region. Among them

Laja Fall – the best known waterfall of Chile:


Potem po pięciu godzinach lotu znalazłem

się na kontynencie Południowej Ameryki. W środkowej części Chile chciałem

zobaczyć wodospady i jeziora. Wśród nich był najbardziej znany wodospad tego

kraju Salto de Laja: 

xLajaFall.jpg

 


Driving rented

car through the volcano country I reached Huerquehue National Park at

the border with Argentina to hike to the beautiful mountain lakes: Chico,

Verde and Toro. There were great views from the path – you can see Villarica

Volcano in the background:


Jadąc z Concepcion wypożyczonym chińskim samochodem

przez Krainę Wulkanów dotarłem w końcu do Parku Narodowego Huerquehue przy

argentyńskiej granicy – po to by powędrować turystycznym szlakiem do pięknych

górskich jezior: Chico, Verde i Toro. Ze ścieżki otwierały się piękne widoki

– na zdjęciu poniżej widać w dali wulkan Villarica:

xChileLake.jpg

Andes are

beautiful and almost empty mountains, stretched for hundreds of kilometers.

I left them with the conviction that it is worth to come back someday. The

more that I do not know yet Aisen region in the south of Chile.

 


Trasa mojej

podróży wiodła dalej do Rio de Janeiro. 30 lat minęło od od mojej pierwszej

wizyty w mieście samby. Mogłem przekonać się, że przez te lata niewiele sie

tu zmieniło. Owszem, poprawił się stan bezpieczeństwa na ulicach. Pojechałem

oczywiście na szczyt Corcovado, by od stóp gigantycznego posągu Chrystusa

popatrzeć na najpiękniej położone miasto Południowej Ameryki:


Andy to bardzo piękne i niemal puste

góry, rozciągnięte na setki kilometrów. Opuszczałem je z przekonaniem, że

warto jeszcze do nich wrócić. Tym bardziej, że nie znam jeszcze regionu Aisen położonego na południu Chile.

In front of the statue of Christ

Redemptor on Corcovado mountain.

Kolejnego dnia

po raz pierwszy w życiu wjechałem dwuetapową kolejką linową na słynną Głowę

Cukru – Pao de Azucar – stromą skałę wyrastającą w linii najpiękniejszych

tutejszych plaż. Bilet kosztuje 20 dolarów (dla nas te dolary nie mają już

takiej astronomicznej wartości jak 30 lat temu!) a seniorzy mają dodatkowo

50% zniżki. Widok ze szczytu jest niezrównany.

On the next

day, for the first time in my life I hit a two-stage cable car to the famous

Sugarloaf – Pao de Azucar – steep rock overlooking the most beautiful local

beaches. The ticket costs $ 20 (for me these dollars do not have now such

astronomical value like 30 years ago!) And seniors have an additional 50%

discount. The view from the top is incomparable.

xCopacabana.jpg

I was of

course also on the famous beaches of Rio – the photo above is taken on

Copacabana – with full sun and a temperature of 34 degrees … Sorry, I did

not have time for sunbathing  – the day of return to Europe was

approaching inevitably. Four successive flights via Madrid, London and

Berlin took me home. When I landed in Gdansk captain announced four degrees

Celsius…

And so, after

93 days on the trail  another great trip ended happily. I managed to

fully realize the ambitious plan with many unknowns at the beginning. You will find the short

messages from the expedition (enriched by many practical information)

as always in my

travellog on 

globosapiens.net website. The map of the jouney and more pictures I published on 12RTW page

(sorry for Polish comment, but you can use internet translator).


Byłem oczywiście także na słynnych

plażach Rio – na zdjęciu powyżej to Copacabana przy pełnym słońcu i

temperaturze 34 stopni… Czasu na plażowanie nie miałem – nieuchronnie

zbliżał się  dzień

powrotu do Europy. Trasa czterech kolejnych lotów prowadziła przez Madryt,

Londyn i Berlin. Gdy lądowałem w Gdańsku kapitan zapowiedział cztery stopnie

Celsjusza…

I tak po 93 dniach na szlaku

szczęśliwie zakończyła się kolejna wielka podróż. Udało się w całości

zrealizować ambitny plan zawierający na początku wiele niewiadomych.  Krótkie wiadomości z trasy

(po angielsku) znajdziecie  jak

zawsze w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net  A mapkę trasy i

więcej zdjęć i praktycznych informacji zamieściłem na

osobnej stronie 12RTW  

In October 2015 I came back from another exciting trip!

This time my route took me to the mountains of Central Asia and to Western

Siberia. Many times flying over snow-capped peaks of the Pamir on the way to

the Southeast Asia I promised myself that someday I will look closely at

these lofty mountains! This time finally came. I flew by Russia to Dushanbe

– Tajikistan’s capital. I’ve been in this town many years ago – I saw there

there many new buildings, but in the streets and the bazaar you can still

find many elements of local folklore:

W

październiku 2015 wróciłem z kolejnej

ciekawej podróży! Tym razem moja trasa prowadziła w góry Centralnej Azji i

do Zachodniej Syberii. Ileż to razy przelatując nad ośnieżonymi

szczytami Pamiru w drodze do Płd. – Wschodniej Azji obiecywałem sobie, że

kiedyś popatrzę z bliska na te wyniosłe góry! No i przyszedł ten czas.

Poleciałem

przez Rosję do Duszanbe – stolicy Tadżykistanu. Byłem w tym mieście wiele

lat temu – mogłem stwierdzić, że choć od tego czasu przybyło wiele nowych

budynków to na ulicach i na bazarze znaleźć wciąż można wiele elementów

lokalnego folkloru:

xPamirSib292big.jpg

In Dushanbe you had to get special permission to drive through adjacent to

the border with Afghanistan Gorno-Badakhshan Autonomous Region. They do not

issue it “on the spot”. The waiting period I used to visit places of

interest – including a ancient Hissar fortress built on the leg of Silk

Road, 25 kilometers from today’s Dushanbe. The locals newlyweds come to

Hissar to be photographed  – I had a chance to  make interesting

pictures: 

W Duszanbe trzeba było uzyskać

specjalne zezwolenie na przejazd przez przylegający do granicy z

Afganistanem Górski Badachszan. Nie wydaje się go “od ręki”. Okres

oczekiwania wykorzystałem na zwiedzanie – między innymi dawnej twierdzy

Hissar (miejscowi mówią: Hisor) zbudowanej na odnodze Jedwabnego Szlaku, w

odległości 25 kilometrów od dzisiejszego Duszanbe. Do Hissar przyjeżdżają fotografować się tutejsi nowożeńcy – trafiłem na taki

moment i dzięki temu mogłem zrobić ciekawe zdjęcia:  

xPamirSib%204434big.jpg


Finally we obtained our permission and

that same day we went by the rented off-road car with a local driver to the

picturesque Fann Mountains. After the first ten kilometers were opened

before us the panorama announcing a real feast for the eyes:

Zezwolenie w

końcu uzyskaliśmy i jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy  wynajętym

terenowym samochodem z lokalnym kierowcą w malownicze Góry Fańskie. Już po

pierwszych dziesięciu  kilometrach otworzyły się przed nami panoramy

zapowiadające nie lada ucztę dla oczu:

xPamirSib510big.JPG

Soon decent asphalt ended and we began the arduous climb to the Anzob Pass –

at the height of 3400 m above sea level. For many years Tajiks build a

tunnel under the pass and probably that’s why they do not invest in this

road.  It was driving through clouds of dust, potholes, and often the

road was blocked our route herd of goats and sheep:

Wkrótce

przyzwoity asfalt się skończył i rozpoczęła się mozolna wspinaczka na

przełęcz Anzob – na wysokość 3400 m npm. Od wielu lat Tadżycy budują tunel

pod przełęczą i pewnie dlatego w tę drogę nie inwestują. To była jazda przez tumany kurzu,

po wybojach, a trasę nierzadko tarasowały nam  stada kóz i owiec:

xPamirSib532big.jpg

It was late afternoon when we got to the big mountain lake Iskanderkul,

which took its name from Alexander the Great, who years ago went through

here with his army. It was worth the detour from the main road, because the

view was really unique. The lake lies at an altitude of almost 2200 meters,

that’s why the blue haze covers the mountain panorama: 

Było późne popołudnie, gdy

dotarliśmy do dużego górskiego jeziora Iskanderkul, które wzięło swoją nazwę

od Aleksandra Wielkiego, który przed laty ciągnął tędy ze swoją armią. Warto

było zboczyć do niego z głównej trasy, bo widok był niepowtarzalny. Jezioro

leży na wysokości prawie 2200 metrów, stąd ta niebieska mgiełka spowijająca

górską panoramę: 

xPamirSib633big.jpg

Jeszcze

tego samego wieczora dotarliśmy (niestety już w mroku) do Doliny Szingu,

zwanej popularnie Doliną Siedmiu Jezior. Ubodzy mieszkańcy doliny

uzupełniają domowe budżety udostępniając swoje domy na noclegi nielicznym na

razie turystom. Zatrzymaliśmy się na dwie noce w jednym z takich gospodarstw

nad czwartym jeziorem, na wysokości naszego Giewontu. Jedliśmy chleb

upieczony na naszych oczach w kopulastym piecu przez żonę gospodarza (na

zdjęciu obok).  Miejscowe kobiety ubierają się kolorowo, ale nie

pozwalają się fotografować. To zdjęcie to wyjątek…

The same evening we reached Shing Valley or Seven Lakes Valley, where we

spent next two nights, living in the homestay and enjoying the lakes.

Rano

wyruszyliśmy w górę doliny, podziwiając kolejne, kaskadowo położone jeziora.

Kiepska droga, dostępna tylko dla pojazdów terenowych prowadziła czasami

wąską półką zawieszoną wysoko nad jeziorem (zdjęcie poniżej). Samochód

dowiózł nas nad szóste jezioro – Marguzor. Do siódmego jeziora – położonego

najwyżej, na wysokości 2450 metrów wspinaliśmy się już pieszo i był to

całkiem niezły trekking.

xPamirSib743big.jpg

After three days in the Fann Mountains we returned to Dushanbe to start on

the next morning for one of the top running highways of the world – Pamir

Highway. On the first day we found ourselves in a deep canyon of mountain

river, on its opposite side was already Afghanistan:

Po trzech dniach pobytu w Górach

Fańskich wróciliśmy do Duszanbe, by kolejnego poranka wyruszyć dalej jedną z

najwyżej przebiegających szos świata – Pamir Highway. Już pierwszego dnia

znaleźliśmy się w głębokim kanionie górskiej rzeki, po jej przeciwnej

stronie był już Afganistan:

xPamirSib2256big.jpg

Pamir amazed us with its majesty and its beauty. We visited the hot springs

used by the inhabitants of the mountains as a natural baths. Hot water

leaking from the rocks contains high concentrations of calcium and other

elements for centuries formed the original infiltration. One such place is

Garmchashma – the place assigned to the biggest tourist attractions of

Tajikistan, located at an altitude of about 2300 meters above sea level:

Pamir zadziwiał nas swoim

majestatem i swoim pięknem. Odwiedzaliśmy gorące źródła wykorzystywane przez

mieszkańców gór jako naturalne łaźnie. Wyciekające ze skalnych szczelin

gorąca woda, zawierająca w dużym stężeniu wapń i inne pierwiastki przez

wieki uformowała oryginalne nacieki. Jednym z takich miejsc jest Garmchashma

– miejsce zaliczone do największych atrakcji turystycznych Tadżykistanu,

położone na wysokości około 2300 metrów npm:

xPamirSib2545big.jpg

The next three days we moved along the Afghan border following the trail for

centuries used as one of the branches of the Silk Road. For the protection

of the trail local rulers built fortresses in strategic locations. We

visited the picturesque ruins of a few fortresses, as Yamchun from the

twelfth century (pictured below). Snow-capped peaks on the right is already

the Hindukush Mountains:

Doliną, w której przez trzy

kolejne dni poruszaliśmy się wzdłuż afgańskiej granicy przed wiekami

przebiegała jedna z gałęzi Jedwabnego Szlaku. Dla jego ochrony lokalni

władcy budowali w strategicznych miejscach twierdze. Odwiedzaliśmy

malownicze ruiny tych twierdz, jak Yamchun z XII wieku (na zdjęciu poniżej).

Ośnieżone szczyty po prawej to już Hindukusz:

xPamirSib1219big.jpg

After the night spent in the village of Nangar we came to say goodbye to the

border – started to climb the high passes of the Pamir. The first one was

Khargush Pass at an altitude of 4344 m. The pass is almost flat and marked

only by the stone cairns arranged by tourists. Several salty lakes are

around. On the left side of the lake on this photo you can see poorly sawn

road – it was our route:

Po nocy

spędzonej w wiosce Langar przyszło nam pożegnać granicę – zaczęliśmy się

wspinać na wysokie przełęcze Pamiru. Pierwszą z nich była Khargush Pass na

wysokości 4344 m. Przełęcz jest prawie płaska i zaznaczona tylko kamiennymi

kopczykami ułożonymi przez  turystów. Sąsiaduje z kilkoma słonymi

jeziorkami. Po lewej stronie jeziora na tym zdjęciu widać słabo przetartą

drogę – to była nasza trasa: 

xPamirSib3756big.jpg

After the night spet  in the township of Murgab driving in a fairly

bleak scenery we found ourselves on the highest  pass of the Pamir

Highway – Ak – Bajtal – 4655 meters above sea level. It was cold, empty and

inhospitably there. I remembered how a few years earlier I crossed the

Khunjerab Pass (4693 m) – the highest pass on the famous Karakoram Highway.

There, there was a similar void, but there was a sign. Here the marker was

set few hundred meters under the pass. Such a view of the peaks and glaciers

opens from the pass to the north:

Po nocy

spędzonej w miasteczku Murgab jadąc w dość ponurej scenerii znaleźliśmy się

na najwyższej przełęczy Pamir Highway – Ak – Bajtał – 4655 metrów nad

poziomem morza. Było zimno, pusto i niegościnnie. Przypomniałem sobie, jak

kilka lat wcześniej przekraczałem Khunjerab Pass (4693 m) – najwyższą

przełęcz na słynnej Karakoram Highway. Tam też panowała podobna pustka, ale

był ustawiony znak. Tutaj znak ustawiony był kilkaset metrów pod przełęczą.

Taki widok na szczyty i lodowce otwierał się za przełęczą w kierunku

północnym:

xPamirSib423big.jpg

From the pass we went down to the vast lake of Karakol, which looks like a

mirror for covered with glaciers highest peaks of the Pamir. Somewhere among

them there are Lenin Peak and Peak Communism, but our driver could not

accurately identify them:

Z przełęczy

zjechaliśmy nad rozległe jezioro Karakol, w którym przeglądały się pokryte

lodowcami najwyższe szczyty Pamiru. Gdzieś tam wśród nich musiały się

wznosić Pik Lenina i Pik Komunizmu, ale nasz kierowca nie potrafił ich

dokładnie zidentyfikować:

xPamirSib618big.jpg

But that was not the end of the great panoramas watched on that day. On the

next pass at which we find ourselves: Kizył-Art 4282 m above sea level there

is the border of Tajikistan and Kyrgyzstan. Checkpoints (where you can not

take pictures) on both sides are just below the pass. And on the proper pass

you do not have any soldiers and you can easily pull out the camera. You

should, because the snow here seem to be almost at your hand:

Ale to nie był koniec wspaniałych

panoram oglądanych tego dnia. Przez następną przełęcz na której się

znaleźliśmy: Kizył-Art 4282 m npm przebiega granica Tadżykistanu i

Kirgistanu.  Posterunki kontrolne (gdzie nie wolno fotografować) są po

obu stronach nieco poniżej przełęczy. A na samym “pieriewale” nie ma żywej

duszy i można swobodnie wyciągnąć kamery. Warto, bo śniegi wydają się tu być

na wyciągniecie ręki:

xPamirSib656big.jpg

Just one more pass and then we went downhill to the city of Osh in

Kyrgyzstan, where  Pamir Highway – one of the top running highways of

the world ends. Here, I said goodbye to our driver and  after one day

of rest I flew to Novosibirsk in Russia, to continue my journey through

unknown to me regions of Western Siberia and the Urals. The first stop was

in Tomsk, where I admired the old wooden architecture of Siberia:

Jeszcze jedna

przełęcz i potem zjazd do miasta Osz w Kirgistanie, gdzie umownie kończy się

Pamir Highway – jedną z najwyżej przebiegających szos świata. Tu pożegnałem

naszego kierowcę i po jednodniowym odpoczynku poleciałem do Nowosybirska w

Rosji, by kontynuować podróż przez nieznane mi obszary Zachodniej Syberii i

Uralu. Pierwszy postój wypadł w Tomsku, gdzie podziwiałem starą, drewnianą

architekturę Syberii:   

xPamirSib2705big.jpg

Tomsk was also the first Siberian city where I lived with the local,

friendly people. Alyona and Zhenya on the picture below they are on the

river Tom). They proved to be very cordial hosts. I learned many from them

about their city and their daily live. Long and pleasantly’ll remember them

Tomsk był

także pierwszym syberyjskim miastem, gdzie mieszkałem u miejscowych,

życzliwych ludzi. Alyona i Żenia (na zdjęciu poniżej to właśnie oni nad

rzeką Tom) okazali się bardzo serdecznymi gospodarzami. Wiele się od nich

dowiedziałem o ich mieście i ich codziennym życiu. Długo i mile będę ich

wspominać…

xPamirSib5404big.jpg

Tomsk,

nazywany czasem Oksfordem Syberii jest dużym ośrodkiem uniwersyteckim. Co

mnie tu zadziwiło lub zaskoczyło?  Wdzięczny pomnik Św. Tatiany –

patronki studentów, postawiony w eksponowanym miejscu na placu przed

uniwersytetem (popatrzcie na zdjęcie obok).

Tomsk, sometimes called Oxford of Siberia, is a big university center. What

impressed me here or surprised? A charming monument of St.Tatiana – the

patron saint of students, placed in a conspicuous place on the square in

front of the university (look at the picture on the left column).

Druga

ciekawostka to popularne kioski z syberyjskimi blinami stojące w wieku

punktach miasta. Korzystałem, owszem, także po to aby się po prostu ogrzać

od czasu do czasu, bo Syberia powitała mnie zimną, deszczową pogodą:

My next stop was the Siberian city of Novosibirsk – the third largest city

in present-day Russia, I already know Novosibirsk from previous trips. But

for the first time I met here on the street Siberian bear – see the picture

on the right column 🙂

Then I

continued through the great spaces of Siberia traveling the Trans-Siberian

railway. These were the long hours of watching through the dusty window such

landscapes:

Kolejnym moim

syberyjskim przystankiem był Nowosybirsk – trzecie co wielkości miasto

obecnej Rosji, znane mi już z poprzednich podróży. Ale po raz pierwszy

spotkałem tu na ulicy syberyjskiego niedźwiedzia:

Kaplica (czasownia)

Św. Mikołaja (na zdjęciu obok) stojąca w centrum Nowosybirska wyznacza

podobno geograficzny środek Rosji.

Dalej przez

wielkie przestrzenie Syberii podróżowałem już transsyberyjską koleją. To

były długie godziny podczas których za zakurzonym oknem wagonu przesuwały

się takie oto krajobrazy:

xPamirSib562big.jpg

W pobliżu Omska odwiedziłem

Klasztor Aczairski, na terenie którego kiedyś funkcjonował gułag:

Next stopover was in Omsk – with a side trip to the Achairsky Monastery –

once a Gulag camp.

Kolejnym

przystankiem na syberyjskim szlaku był Omsk nad rzeką Irtysz – miasto

odbudowanych soborów:

W tych soborach na nowo błyszcza

złoceniami wspaniale malowane ikonostasy. Ich renowacja, a nawet budowa od

podstaw odbywa się z dotacji państwa. Wierni nie są w stanie zebrać takiej

ilości pieniędzy: 

xPamirSib580big.jpg

Then I was positively surprised by Tyumen – large town situated on the river

Tura. The city has many historical monuments and I liked it more than Omsk.

From the jetty built near pedestrian Lover’s bridge tourist boats depart. It

was a beautiful, sunny day and I enjoyed trees in autumn colors along the

river:

Zaskoczył mnie

potem pozytywnie Tiumień – duże miasto położone nad rzeką Turą. Miasto ma

wiele zabytków i może się podobać bardziej niż Omsk. Z przystani przy

zbudowanym tylko dla pieszych Moście Zakochanych odpływają spacerowe statki.

Był piękny, słoneczny dzień i drzewa w kolorach jesieni przeglądały się w

wodach Tury:

xPamirSib652big.jpg

In Tyumen’  I stayed again with sympathetic Russian family – with Lena

and Andrei. Andrei lives in Tyumen since birth and has a great knowledge of

the city. In the evening he drove me to the elegant coastal promenade, which

can be the pride of the city. No other Siberian city has such a promenade:

W Tiumieniu

ponownie mieszkałem u sympatycznej rosyjskiej rodziny – u Leny i Andrieja.

Andriej mieszka w Tiumieniu od urodzenia i ma ogromną wiedze o tym mieście.

Wieczorem zawiózł mnie na elegancką nadbrzeżną promenadę, która może być

dumą miasta. Żadne inne syberyjskie miasto nie może się pochwalić takim

deptakiem:

xPamirSib090big.jpg

The most beautiful building of Tyumen’ is located on the high bank of the

river Troitsky Monastery (see picture below). Admission to all churches is

free and they are open all day for the faithful. In Tyumen  I visited

also the beautifully reconstructed Catholic Church – once built from the

contributions of Polish exiles. Polish priest and nun from Slovakia take

care of him now.

Najpiękniejszą

sakralną budowla Tiumienia jest usytuowany na wysokim brzegu rzeki Klasztor

Troicki (zdjęcie poniżej). Do wszystkich cerkwi i soborów wstęp jest

bezpłatny i są one otwarte przez cały dzień dla wiernych. W Tiumieniu

odwiedziłem także pięknie odbudowany kościół katolicki – zbudowany kiedyś ze

składek polskich zesłańców. Opiekują się nim teraz polski ksiądz i słowacka

siostra zakonna.

xPamirSib643big.jpg

Then I took the train to Tobolsk – city famous for its sumptuous Kremlin

erected on a hill above the Irtysh River:

Wiorsta

rosyjska to około 1070 metrów. Zatem to pamiątkowe zdjęcie zostało zrobione

ponad 2000 kilometrów na wschód od Moskwy:

I znów w transsyberyjskim

pociągu. Bilety są tu imienne. Przed wpuszczeniem do wagonu konduktorki

skrupulatnie sprawdzały, czy nazwisko w paszporcie pokrywa się z tym na

bilecie. Nie chciały się niestety fotografować   🙂    

I tak dojechałem do  Tobolska – pierwszej stolicy Syberii. Miasto

słynie ze wspaniałego kremla wzniesionego na wzgórzu nad Irtyszem:

xPamirSib2136big.jpg

Up close Kremlin’ structures present even more impressive. On the left the

former Gostinnyj Dwor, and on the right –  Uspieńsko-Sofijsky Sobor,

within which I was impressed by the high iconostasis:

Z bliska

budowle tobolskiego kremla prezentują się jeszcze bardziej okazale. Po lewej

dawny Gostinnyj Dwor, a po prawej – Sobór Uspieńsko-Sofijski, wewnątrz

którego zachwyca wysoki ikonostas:

xPamirSib5513big.jpg

In Tobolsk – learning from Alla how to make bliny

W

Tobolsku mieszkałem u Ałły i jej syna Artioma. Ałła nie tylko pokazała mi

miasto, ale także nauczyła smażyć rosyjskie bliny, którymi wszyscy się

zajadaliśmy, degustując także miedowuchę – rodzaj rosyjskiego pitnego miodu,

produkowanego domowym sposobem.

I choć Tobolsk

leży w bok od głównego szlaku transsyberyjskiej kolei, to warto tu zboczyć,

bo jest tu co oglądać. Poza soborami i cerkwiami jest odbudowany polski

kościół (niestety był zamknięty – prawdopodobnie ze względu na niewielką

aktualnie liczbę katolików w tym stutysięcznym mieście). W mieście urodził

się i pracował Dymitr Mendelejew (ten od okresowego układu pierwiastków). Tu

tworzył także bajkopisarz Jerszow – twórca Konika Garbuska – stoi on razem

ze swoimi postaciami przy wejściu na kreml.

Ale i w

okolicy jest co zwiedzać – Ałła zabrała mnie do odległego klasztoru Abałak,

gdzie przechowywana jest legendarna ikona Matki Bożej. Po drodze

fotografowałem na tle syberyjskiej tajgi jeszcze jeden mniejszy klasztor:

Joanno-Wwiedeński – jak się okazało, jest to monastyr żeński: 

xPamirSib325big.jpg

My host – Alla took me out of Tobolsk to see monasteries in the countryside:
Ioanno-Wwiedensky (above)

and Abalak (below)

Za murem

klasztoru Abałak znajdziecie aż trzy świątynie. Cudowna ikona Bogomatierii

znajduje się w górnym kościele pierwszej budowli po prawej stronie:

xPamirSib760big.jpg

 

Ałła (to my na

zdjęciu obok) była tu juz nie jeden raz. Wiedziała, że poza soborami jest tu

jeszcze coś więcej do obejrzenia – poszliśmy wzdłuż klasztornego muru w

kierunku stylizowanego na Starą Ruś hotelu i oto odsłoniła się przed nami

wspaniała panorama zakola rzeki Irtysz. Macie ja na zdjęciu poniżej. Długie

(i bardzo sfatygowane) drewniane schody umożliwiają zejście na łąki pod klif

– nad rzekę. Ale stamtąd widać już tylko wieże klasztornych cerkwi…


The view of Irtysh River from Abalak

Monastery:

xPamirSib773big.jpg


Ekaterinburg – Church on The Blood, built

on the site where the last tsar and his family was murdered.

 

W Tobolsku

przetrzymywany był w latach 1917-18 ostatni car Rosji – Mikołaj II wraz z

najbliższą rodziną. Widziałem ten skromny dom. W dawnym pałacu namiestnika

odtworzono jego gabinet. Potem bolszewicy przewieźli całą rodzinę do

Jakaterinburga na Uralu, gdzie została ona zgładzona.

Przypadkiem i

ja udałem się z Tobolska prosto do Jekaterinburga.  Dom, w którym

zastrzelono cara i jego najbliższych już nie istnieje. Na jego miejscu

wybudowano wielką Cerkiew na Krwi (zdjęcie obok). W stylu bizantyjskim, a

nie rosyjskim. Kościół prawosławny uznał całą rodzinę za męczenników i

świętych.

Bolszewicy

wywieźli i ukryli ciała w odległym kamieniołomie w miejscowości Ganina Jama,

gdzie leżały aż do czasów pieriestrojki.

Ganina Jama to

dziś zupełnie nowy klasztor, gdzie czci się pamięć świętych Romanowów, a

przybywajacy tu prawosławni pielgrzymi modlą się nad zapadliskiem “szachty

no.7”, w którym przez kilkadziesiąt lat spoczywały zwłoki. Elena – moja miła

znajoma, podróżniczka z Jekaterinburga pojechała tam razem ze mną. Zwierzyła

mi się, że sama jeszcze nie widziała tego miejsca. Tak wygląda brama

wejściowa do kompleksu wzniesionego w sosnowym lesie:


 Ganina Yama – where the family of

tsar was buried:

A na zdjęciu

obok macie pomnik zamordowanych carskich dzieci – Romanowowie mieli cztery

córki i syna.

Błyszczą

złotem niezliczone kopułki. Ścieżki prowadzą przez las do poszczególnych

cerkwi, których jest tam kilka. Pielgrzymi zapalają przed ikonami świeczki,

modlą się. Kupują pamiątki. Pani w przedsionku zwróciła się do mnie, gdy

chciałem po prostu wsadzić kupione pocztówki do kieszeni: -Tylko włożę wam

te otkrytki do torebki, bo to poświęcone!…

A przywódca

bolszewików, którzy zamordowali Romanowów wciąż ma pomniki stojące w

większości rosyjskich miast.  Trudno czasem zrozumieć tą dzisiejszą

Rosję… 

xPamirSib794big.jpg


The last city on my route through Russia

was Kazan – the capital of the Autonomous Republic of Tatarstan. This “tatarity”

of Kazan is manifested by the fact that in many parts of the city you will

see mosques. The grandest one was built quite recently (in 2005) in the

local kremlin. Mosque in the Kremlin… Take a look:

Ostatnim

miastem na moim szlaku wiodącym przez Rosję był Kazań – stolica

Autonomicznej Republiki Tatarskiej. Ta “tatarskość” Kazania przejawia się

tym, że w wielu punktach miasta widzi się meczety. Najbardziej okazały

zbudowano zupełnie niedawno (w 2005 roku) na tutejszym bardzo ładnym kremlu.

Meczet na kremlu… Popatrzcie:

xPamirSib897big.jpg

It is me – In Tatar cap. More pictures from this trip I will publish on the

separate page –
here.

Podczas

całodziennej wędrówki po mieście szukałem śladów tatarskiego folkloru.

Widziałem tylko jednego pana w tradycyjnej zielonej tatarskiej czapeczce. A

właściwie… dwóch! Tego drugiego macie na zdjęciu obok  🙂  

Odnalazłem w

Kazaniu kościół w którym wystawiona jest ikona Matki Bożej Kazańskiej oraz

pomnik Fiodora Szalapina, jednego z największych śpiewaków operowych

wszechczasów, który urodził się pod Kazaniem. Kazań leży nad Wołgą. Nad

rzeką wybudowano wspaniały dworzec pasażerski, ale w październiku nie było w

nim żadnych śladów życia.

Gdy rano

pojawiłem się na lotnisku zaczął prószyć pierwszy w tym sezonie śnieg – moja

podróż kończyła się we właściwym momencie! Samolotem przez Moskwę wróciłem

do Kaliningradu, a stamtąd autobusem do Gdańska.

Przepraszam

moich Czytelników za to przydługie sprawozdanie, ale ta ciekawa podróż

zasługuje nawet na bardziej dokładną relację. Zamierzam ją zamieścić

tutaj – juz teraz znajdziecie

tam nieco więcej zdjęć i informacji.

In mid-December 2015 I returned from a successful trip to

the USA and the Caribbean. Yes, it was the escape to the warmth from the

cold, dark and short November days in Europe. Low-cost, but pretty decent

airline Norwegian was launched flights in that direction. I took advantage

that they fly also to Gdansk and on the onward leg I landed in Orlando,

Florida – colorful town known for the fact that Disney World is located

here. I visited this institution in 1981 during my first trip to the United

States. Now I just rented a car to rush on. I found Orlando  even more

colorful than in the past:

W połowie

grudnia 2015 wróciłem z udanej podróży do USA i na Karaiby. Nie ukrywam, ze była

to ucieczka do ciepła od chłodnych, ciemnych i krótkich listopadowych dni.

Tania, ale całkiem przyzwoita linia lotnicza Norwegian właśnie uruchomiła

loty w tamtym kierunku. Skorzystałem i wylądowałem w Orlando na Florydzie –

kolorowym miasteczku znanym z tego, że to tu zlokalizowany jest kombinat

rozrywki Disney World. Odwiedziłem go w 1981 roku podczas mojej pierwszej

podróży do USA. Teraz miałem tylko wypożyczyć samochód, by pognać dalej.

Orlando znalazłem jeszcze bardziej kolorowe niż przed laty: 

xOrlando.jpg

I wanted to drive a rented car through several south – eastern states of the

USA. Once before, many years ago I was traveling that way, by Greyhound

buses. However, this did not give the opportunity to visit all the

interesting places. The first such place was this time the old town of St

Augustine. They write about in guidebooks that this is the oldest settlement

on the North American continent. It was founded by the Spaniards in 1565.

Today, you can visit here the old fort and the old prison:

Zamierzałem

przejechać wynajętym samochodem przez kilka południowo – wschodnich stanów

USA. Już kiedyś, wiele lat temu tamtędy jechałem, podróżując autobusami Greyhounda.

Nie dawało to jednak możliwości odwiedzenia wszystkich ciekawych miejsc.

Pierwszym takim miejscem było tym razem stare miasteczko St Augustine, o

którym piszą w przewodnikach, że to najstarsza osada na kontynencie

północnoamerykańskim. Założyli ją Hiszpanie w 1565 roku. Dziś można tu

zwiedzać stary fort i dawne więzienie:

xStAugustinFort.jpg

In the main street of the old town are well preserved old wooden houses, one

of which housed the oldest school building in the United States:

W głównej uliczce starego miasta

zachowały się stare drewniane domy, jeden z nich mieści najstarszy w USA

budynek szkolny:

xStAugust.jpg

Po zwiedzeniu St Augustine

pojechałem do Savannah w stanie Georgia, nad rzeką o tej samej nazwie.

Kursują po niej z turystami parowce stylizowane na te z XIX wieku (zdjęcie

obok).  Szukałem tam także pamiątek po Kazimierzu Pułaskim, który zmarł

z ran odniesionych w bitwie pod Savannah. 

After visiting St. Augustine I went to Savannah, Georgia, on the river of

the same name. Stylized steamers sail the river with tourists. I was also

looking there for memorabilia of our hero Casimir Pulaski, who died of

wounds received during the Battle of Savannah.

Potem był Charleston – port w

Południowej Karolinie, gdzie w latach dwudziestych XX wieku narodził się

taniec charleston. W starej części miasta położonej na półwyspie znaleźć

można wiele stylowych rezydencji z dawnych czasów.

Then there was the Charleston on my route – significant port in South

Carolina, where in the twenties of the twentieth century, was born

Charleston dance. In the old part of the city situated on the peninsula you

can find many stylish residences of past.

W Karolinie Północnej odwiedziłem

największe miasto tego stanu: Charlotte. Jego centrum jest bardzo zwarte i

oprócz błyszczących wieżowców ma także wiele pomników i kompozycji

plastycznych: 

Charlotte downtown

Then I turned back to the south – to Alabama. I was able to visit there a

small town of Montgomery, the capital of this state. The pride of Montgomery

is white Capitol Building – the seat of state government:

Potem zawróciłem na południe – do

Alabamy. Udało mi się tam odwiedzić niewielkie miasteczko Montgomery, będące

stolicą tego stanu. Ozdobą Montgomery jest biały budynek kapitolu – siedziba

stanowych władz:

xMontgomery.jpg

Mobile, Alabama  and Emerald Coast (below):

Po kilku godzinach jazdy na

południe dotarłem do najbardziej chyba znanego (choć nie największego)

miasta Alabamy – portu Mobile. Największą atrakcja miasta jest zamieniony na

muzeum i udostępniony do zwiedzania pancernik “Alabama” z czasów drugiej

wojny światowej. Jest też stara dzielnica, gdzie leciwe budowle sąsiadują z

wieżowcami.

Na wschód od

Mobile, tuż za granicą stanu Floryda zaczyna się tzw. Emerald Coast –

Szmaragdowe Wybrzeże. to wiele kilometrów szerokich, białych plaż,

dziesiątki małych miejscowości wypoczynkowych, do których nie dotarły

jeszcze tłumy turystów. Wysokie hotele i apartamentowce też są, ale tylko w

niektórych punktach wybrzeża:

xEmeraldCoa.jpg

But behind the belt of the beaches there were also much to admire – large

areas of pine forests, thickets of feathery palms. I finally got to the old

lighthouse of St Mark’s. In Poland wandering with my finger on the map I

wondered how it is located in the middle of nowhere and if I could reach

this lighhouse. Well, and here it is:

Ale za pasem

plaż też było co podziwiać – wielkie obszary piniowych lasów, zagajniki

pierzastych palm. W końcu dotarłem do starej latarni morskiej St Mark’s.

Błądząc jeszcze w kraju palcem po mapie zastanawiałem się jak jest

usytuowana na tym odludziu i czy uda mi się do niej dotrzeć. No i proszę,

oto ona:

xStMarks.jpg

On the seventh day of the solo car rally  I got up before sunrise. Still

a few hundred miles separated me from the ship on board which in the

afternoon I have to sail from Port Canaveral. I was afraid if I will be

there on

time. Unexpected traffic jams on the highway could stop me for many hours.

(There’s been such, but fortunately on opposing lanes). Returning the car

I find out that within 7 days I drove 3300 km. About 13.30 free Avis shuttle

delivered me to the ship. I could finally breathe a sigh and relax in my

cabin: 

Siódmego dnia

samotnego samochodowego rajdu wstałem przed wschodem słońca. Wciąż kilkaset

mil dzieliło mnie od statku, na pokładzie którego po południu miałem

odpłynąć z Port Canaveral. Bałem się, czy zdążę na czas. Niespodziewanie

mogły mnie zatrzymać wielogodzinne korki na autostradzie. (Zdarzył się taki,

ale na szczęście na przeciwnych pasmach ruchu). Gdy zwracałem samochód

okazało się, że w ciągu 7 dni przejechałem 3300 kilometrów. O 13.30 firmowy

shuttle bus odwiózł mnie pod statek. Nareszcie mogłem odetchnąć:

xCarnivalSunsh.jpg

All the islands on the route of our cruise through the Eastern Caribbean I

knew from previous trips. But on many of them I have found new places to

see. On the other islands I was happy to refresh memories from 20 years or

more. Here, here for example, are The Baths on Virgin Gorda:

Wszystkie

wyspy na trasie naszego rejsu przez Wschodnie Karaiby znałem z poprzednich

podróży. Ale na wielu z nich znalazłem nowe miejsca do zobaczenia. Na innych

z przyjemnością odświeżyłem wspomnienia sprzed 20 i więcej lat. Tu na

przykład The Baths na Virgin Gorda:

xBaths.jpg


The most beautifull views of Caribbean

island are from the air. On many of them I climbed on foot the hills to make

impressive panoramic photos. Here, for example, Tortola:

Bardzo pięknie

prezentują się karaibskie wyspy z lotu ptaka. Na wielu z nich wspinałem się

pieszo na wzniesienia, by zrobić efektowne panoramiczne zdjęcia. Tutaj na

przykład Tortola:

xTortola.jpg

Nie

korzystając z oferowanych przez linię żeglugową drogich wycieczek starałem

się dyskretnie podglądać codzienne życie ciemnoskórych mieszkańców

karaibskich wysp. W ogrodzie botanicznym na Dominice udało mi się

sfotografować pannę młodą. Jej partner chwilowo gdzieś się zawieruszył

(zdjęcie obok).

 

I did not use the expensive excursions offered by the shipping line trying

to watch discreetly  the daily life dark-skinned inhabitants of the

Caribbean islands. In the botanical garden in Dominica, I was able to

photograph the local bride. Her partner temporarily misplaced somewhere

(photo on the left column).

 

 

Już w drugim

dniu rejsu poznałem podróżującą na tym samym statku parę sympatycznych

Polaków z południa Polski: Izę i Czarka. Na Dominice wybraliśmy się wspólnie

lokalnym mikrobusem, by zobaczyć nowe miejsce: rybacką wioskę Scotts Heads.

Miejsce, rzadko odwiedzane przez turystów, okazało się bardzo malownicze:

Scotts Heads, Dominica:

xScottsHeads.jpg

A completely new place that I saw on the island of St. Croix in the US

Virgin Islands group was the cape called Point Udall – officially it is the

easternmost portion of the United States territory. To emphasize this fact

the original monument was erected there:

Nowym miejscem, które zobaczyłem

na wyspie St. Croix w grupie Amerykańskich Wysp Dziewiczych był przylądek Point

Udall – oficjalnie jest to najbardziej wysunięty na wschód fragment

terytorium USA. Dla podkreślenia tego faktu wzniesiono tam oryginalny

pomnik:

xUdallCroix.jpg

On the same Caribbean island together with Iza and Czarek we reached by

rental car the landing site of Christopher Columbus in Salt River Bay. Here,

however, there was no monument. But the place was worth to see for that

enchant landscape:

Na tej samej karaibskiej wyspie

razem z Izą i Czarkiem dojechaliśmy wypożyczonym samochodem do miejsca

lądowania Krzysztofa Kolumba w Salt River Bay. Tu jednak żadnego pomnika nie

było. Mógł za to zachwycić krajobraz:

xCroixColum.jpg

After completing a cruise I spent a few days on the island of Puerto Rico

living for little money in old San Juan, where there was already

pre-Christmas atmosphere. In the Plaza de Armas I enjoyed  and

delighted beautifully illuminated Christmas tree, (picture below) and last

night we admired the parade of over 50 beautifully lit ships gliding on the

waters of the bay. Even at night the temperature did not fall below 25

degrees Celsius. When on the next day I landed in Oslo there was minus 9 deg.

Po zakończeniu

rejsu spędziłem jeszcze kilka dni na wyspie Puerto Rico mieszkając za

niewielkie pieniądze w starym San Juan, gdzie panowała już przedświąteczna

atmosfera. Na Plaza de Armas zachwycała pięknie iluminowana choinka, a

ostatniego wieczoru  podziwialiśmy paradę ponad 50 pięknie oświetlonych

statków sunących po wodach zatoki. Temperatura nawet nocą nie spadała

poniżej 25 stopni. Gdy następnego dnia lądowałem w Oslo było tam minus 9.

Short internet

messages from the route you will find in my new

travel log (globosapiens.net

site was broken).


San Juan Puerto Rico just before

Christmas

Krótkie

wiadomości z trasy podróży zamieszczałem w nowym, własnym serwisie

tutaj, bo

stary na dobre się popsuł 🙂 

the route of

last journey – trasa

ostatniej podróży:

 

********************************************

14 listopada

2015 ponownie zaprosiło mnie do swojego studio Radio Gdańsk. Przez blisko dwie

godziny opowiadałem “na żywo” o moich ostatnich podróżach: o Pamirze,

Syberii i Polinezji.

On November 14th they  invited me again to the studio of Radio Gdansk.

For nearly two hours I was talking “live” on my recent travels: about Pamir

Mountains, Siberia and Polynesia – see the picture on the right column…

Z nadsyłanych

do radiowego studio SMSów wnioskuję, że audycja podobała się słuchaczom.

Czuję jednak po tej audycji pewien niedosyt, bo jakże tu w tak krótkim

czasie opowiedzieć o tylu ciekawych miejscach?

 

 

 


To my “travel snapshots” from

2014
                                     

Przejście do migawek z podróży

roku  2014