Mexico 2009- El Paso-Chihuahua- Wojtek Dąbrowski (Mexico1.htm)

This was  my third travel to Mexico. This time I

wanted to see the famous Barranca del Cobre Canyon and Mexican Pacific

Coast. Taking the advantage of  three-day autumn promotion of one of

Europe’s airlines I bought a cheap ticket from Gdansk to Dallas, Texas. And

ten it was already not far to El Paso, where the land border crossing point

to Mexico is located. 

Just  look

at the map below:

To była

moja trzecia podróż do Meksyku. Tym razem zamierzałem zobaczyć słynny kanion

Barranca del Cobre i wybrzeże Pacyfiku. Korzystając z trzydniowej jesiennej

promocji jednej z europejskich linii lotniczych kupiłem tani bilet z Gdańska

do Dallas w Teksasie. A stamtąd było już bardzo blisko do El Paso, gdzie

jest lądowe przejście graniczne z USA do Meksyku.

Takie rozwiązanie pozwoliło mi

zaoszczędzić na kosztach przelotów. Dla jego wdrożenia potrzebna jest oczywiście wiza USA. Na

szczęście moja amerykańska wiza była wciąż jeszcze ważna.

Władze Meksyku

nie wymagają już od Polaków posiadania wizy. Przy przekraczaniu lądowych

granic nie wnosi się już żadnych opłat… 

El Paso jest niewielkim

miasteczkiem położonym u stóp brązowych wzgórz… Przyjechałem wieczorem i

postanowiłem spędzić noc w hostelu. Wybrany “Gardner Hostel” mieści się w

historycznym budynku z archaiczną windą, budką telefoniczną sprzed stu lat i

innymi bibelotami z ubiegłych epok. W suterenie jest salka telewizyjna i

kuchnia, gdzie goście mogą sobie bezpłatnie pitrasić. Nocleg w hostelu można

zarezerwować przez www.hostelworld.com

I spent a night in the Gardner hostel in El Paso – the hostel is

located in the heart of the town in the nice, old building. It is worth to try

here almost century-old lift…

 



W El Paso nie ma wiele do

zwiedzania: kilka budynków w stylu kolonialnym – jak ten po prawej, muzeum i

biblioteka, gdzie można skorzystać z internetu.

 In the

morning I put my backpack on and walked like a mile to the land border

crossing from the USA to Juarez – Mexico. Remember to find US immigration

post for the formalities – it is not easy…

 

Rano wyruszyłem pieszo w kierunku

przejścia granicznego odległego od hostelu o jakieś 1,5 km. Graniczna rzeka

Rio Grande to dzisiaj tylko mały strumyk płynący w betonowym korycie. 

Tak wygląda bezpośrednie sąsiedztwo granicy:

Mx148big.jpg

Okazało się, że w EL Paso są dwa

przejścia graniczne. Teoretycznie można przekroczyć granicę w obu miejscach

(przygotujcie 50 centów na opłatę za przejście przez most). Ale są pewne

problemy: trzeba znaleźć US Immigration by oddać im odcinek karty wjazdowej

(Amerykanie wcale nie pilnują swojego kierunku wylotowego) a potem – już po

drugiej stronie –

budyneczek Kontroli Paszportowej Meksyku, by wypełnić formularz i dostać

stempel wjazdowy Meksyku – do tego przejścia doprowadzi was z USA Stanton

Street. Stempel trzeba mieć. Będą go sprawdzać na dworcu autobusowym i

na rogatkach miasta. 

Mogłem za kilka dolarów

przejechać granicę busem kursującym miedzy terminalami autobusowymi

granicznych miast, ale chciałem po tamtej stronie zobaczyć jak wygląda

centrum meksykańskiego granicznego miasta Juarez. Najciekawszą budowlą Juarez jest

katedra, do której przylega stary, biały kościółek historycznej misji:  

Mx154big.jpg

Juarez has the

very bad opinion to be the high-crime town. Drugs, smuggling…  So I

took only few pictures of the old mission and the much younger cathedral and

went by junk city bus /6 pesos/ to the camionera. What is camionera? In

Mexico they almost never say -bus station- they call it camionera… Long

distance bus to Chihuahua cost 310 pesos. One dollar was worth 12,90 pesos.

Juarez ma złą opinię miasta o

bardzo wysokiej przestępczości (przemyt, narkotyki…)  toteż po

zrobieniu kilku zdjęć (obok ciekawa fontanna na Plaza de Armas) wsiadłem w

rozklekotany miejski autobus i za 6 pesos  pojechałem na kamionerę czyli dworzec autobusowy położony daleko na peryferiach. Bilet do

Chihuahua kosztował 310 pesos. Za dolara w Juarez płacili w kantorze czyli

Casa de Cambio 12,90 peso – to był najwyższy kurs, jaki widziałem w

Meksyku…

Mx157.jpg

 

After 5.5 hours drive through the picturesque half-desert I

disembarked in Chihuahua – the capital of the Chihuahua State.

 Tak wyglądał półpustynny krajobraz północnego Meksyku oglądany przez

przyciemnioną szybę autobusu. Po 5,5 godzinach jazdy wysiadłem na dużym

terminalu w mieście Chihuahua – nieopodal pomnika Jana Pawła II.

Chihuahua (znana z piosenki Ah!

Chihuahua…) jest stolicą stanu.

Miasto jest rozłożone wokół stromej góry “ozdobionej” masztami anten. W

pałacu rządowym (zdjęcie poniżej) znajdziecie m.in. dobrze zorganizowane

biuro informacji turystycznej.

Mx162big.jpg

Government Palace and Angel of

Liberty Monument

 

Obok pałacu na wysokiej kolumnie

stoi Anioł Wolności…

 

 

Chihuahua robi

na przybyszu bardzo miłe wrażenie. Znalazłem zakwaterowanie w sąsiedztwie

katedry w sympatycznym, wartym polecenia rodzinnym hoteliku El Jardin del

Centro. To właściwie luksusowa instytucja jak dla trampa, ale można się

potargować i spędzić tu noc w nieco lepszych niż zwykle warunkach. 

Zapłaciłem 280 pesos za dwuosobowy pokój. Niestety napięcie w gniazdkach 110

V, a gniazdka amerykańskie. Moja 700-watowa grzałka (220V) na zagotowanie

kubka wody potrzebowała aż 20 minut – ale ważne, że herbata była!

Dla

podróżujących Meksykanów Chihuahua to przede wszystkim miasto, gdzie w

dawnym domu Pancho Villa mieści się Muzeum Meksykańskiej Rewolucji:

Museum of the Mexican Revolution. (Former house of Pancho Villa)

Sam Pancho to

bardzo kontrowersyjna postać: bandyta, kobieciarz i rewolucjonista w jednej

osobie. Został zastrzelony w 1923 roku podczas zamachu. W samochodzie, który jak

relikwia eksponowany jest w muzeum (na zdjęciu obok). Sprawcy i motywy

zamachu do dziś nie są znane.

W podcieniach

dziedzińca zobaczyć tu można freski gloryfikujące postać awanturnika. A

całym obiektem opiekuje się meksykańska armia… Bo to przecież dom narodowego

bohatera!  Warto zobaczyć – wstęp kosztuje tylko 10 pesos.

Był już

wieczór, gdy mijałem jeden z

ładniejszych kościołów w Chihuahua – Sagrado Corazon – ładnie iluminowany

po zmroku.

 

 

Ceny z

supermarketu (tam najtaniej): banany 8 peso za kilo, papaja: 12, duży chleb:

8,50, margaryna 125g- 6, popularny serek Philadelphia 160g -22. Nad

Pacyfikiem będzie nieco drożej!

Chihuahua leży

na wysokości 1450 metrów nad poziomem morza. Kiedy przed szóstą rano

jechałem na stację autobusów było chłodno – stąd ta kurtka. Przy okazji

widać, jak wygląda mój pełny ekwipunek: 30-litrowy plecak ważący około 16

kilogramów i torba na kamery, papiery i butelkę z wodą. Każda następna rzecz

w rękach to znaczne utrudnienie i… ułatwianie pracy złodziejom.

 

Podróżowałem w

towarzystwie miejscowych – jako jedyny gringo w całym autobusie. W czapce z

gdańskim herbem. Panowie w Meksyku najczęściej noszą takie kapelusze jak ten

na zdjęciu. No i oczywiście wąsy…

 

Celem tego

etapu podróży był najwyższy wodospad Meksyku. Wiecie, że jestem fanem

wodospadów. Ten odległy był zaledwie o 5,5 godziny jazdy autobusem. Jak

mogłem przepuścić taką okazję? Przy sprzedaży biletu w kasie zawsze proszą o

podanie nazwiska podróżnego: -Su nombre?. Dobrze mieć przygotowany kartonik

z wydrukowanym imieniem i nazwiskiem, do wielokrotnego użytku, bo

usłyszawszy polskie nazwisko seniority nie bardzo wiedzą, jak je wpisać…

Prowadziła nas cały czas szosa

numer 16. Na początku wygodna i prawie prosta – jak na zdjęciu, ale później

wąska, trudna i kręta. Autobus kompanii Estrella Blanca jechał do Sonory

(odjeżdża z Chihuahua o 7 i 11). Za bilet zapłaciłem 246 pesos.

Wysiadłem tam,

gdzie od szosy 16 odchodzi lokalna droga prowadząca przez niewielką

miejscowość Basaseachi (spotyka się także pisownię Basaseachic). Ze względu

na wodospad miejscowość ta ma ambicje kurortu, ale realia są raczej smutne –

to na razie tylko kilka sklepów i zaimprowizowanych małych pensjonatów

rozłożonych wzdłuż ulicy, na której właśnie zmieniają nawierzchnię na

lepszą. Sytuację ratują trochę malownicze skałki piętrzące się nad wioską.

Zero informacji… -A gdzie wodospad?- pytam miejscowych. -A prosto, prosto

drogą! -Ile kilometrów?  Może jeden, a może trzy…

 Zostawiam

plecak w sklepie i ruszam pieszo… Za wsią rogatka parku narodowego.

Szutrowa droga przez iglasty las… Po około 45 minutach marszu osiągam mały

parking obrośnięty sklepikami. Stąd dobrze utrzymana, betonowana ścieżka

prowadzi do wodospadu przez wiszący most (na zdjęciu obok). Nie wiem

jeszcze, że to właśnie ta mizerna rzeczka płynąca pod mostem zasila

wodospad…

Mx202big.jpg

W końcu, po

około 20 minutach marszu ścieżką otwiera się widok na głęboki kanion.

Barierki wyznaczają efektowny punkt widokowy. Tylko że słońce świeci z

naprzeciwka uniemożliwiając zrobienie dobrych zdjęć…

A gdzie ten

Basaseachi Fall – najwyższy wodospad Meksyku? Przy kompletnym braku

rzetelnej informacji dopiero teraz orientuję się, że szlak doprowadził mnie

nie do podnóża, ale na próg wodospadu. Wszystko, co można stąd zobaczyć

wychylając się poza barierkę widzicie na zdjęciu obok. Kończenie wędrówki w

tym miejscu jest oczywiście nieporozumieniem.  Dokąd zatem dalej iść,

by zobaczyć wodospad w całej okazałości?

Okazało się,

że są 3 opcje: po przekroczeniu metalowego mostka przerzuconego nad

kamiennym korytem rzeki ścieżka prowadzi dalej:

– na sąsiednie wzgórze i dalej

w dół – do punktu widokowego Ventana mniej więcej w połowie wysokości zbocza

kanionu

– przez Ventanę dalej w dół do

jeziorka u stóp wodospadu

– do punktu widokowego San

Lorenzo wysoko na grani (altanka widoczna w lewym górnym rogu poprzedniego

zdjęcia)

View from the “mouth”

of the waterfall (above) and a path heading to Ventana view point (right

column):

 

 

 

Postanowiłem

zacząć od Ventany. Za mostkiem betonowana ścieżka szybko się skończyła. Gdy

pocąc się solidnie wdrapałem się na małe wzgórze butelka z wodą była już w

połowie pusta… Potem ścieżka jak na zdjęciu obok zaczęła opadać zygzakami

w głąb kanionu. W tym kierunku szło się zupełnie nieźle i nie myślałem o

tym, jakiego wysiłku będzie wymagał marsz w przeciwnym kierunku. Po dwóch

kwadransach szybkiego marszu znalazłem się na skalnym grzebieniu – i dopiero

tutaj otworzył się widok na niewidoczny wcześniej wodospad, i to było to, po

co tu jechałem:

Mx217big.jpg

Basaseachi Fall – 246 m high from Ventana Lookout… Highest

waterfall in Mexico in a dry season.

Pierwsze

skojarzenie: Basaseachi Fall przypomniał mi jako żywo Angela – najwyższy

wodospad świata, który też spada z takiej stromej skalnej ściany (tepui).

Basaseachi  ma tylko 246 metrów wysokości – jest zatem czterokrotnie

niższy od Angela, ale podobieństwo wydaje mi się oczywiste. 

Kąt obiektywu mojej kamery nie

był dostatecznie szeroki, aby zmieścić w nim cały wodospad. Popatrzcie zatem

na jego dolną część i niewielkie jeziorko uformowane u podnóża skalnej

ściany… Kolejny fragment ścieżki prowadzi w dół, nad to jeziorko. Ale ja

musiałem kontrolować czas – to kolejne pół godziny schodzenia i potem ponad

godzina powrotnej wspinaczki do mostka. A przecież trzeba zdążyć na autobus

odjeżdżający przed zmrokiem… 

 

 

 

Dla

ścisłości wypada tu napisać, że Basaseachi Fall jest najwyższym wodospadem

Meksyku w porze suchej. W porze deszczowej ten tytuł odbiera mu Cascada de

Piedra Volada – znacznie wyższy okresowy wodospad położony w odległości

zaledwie 7 kilometrów od Basaseachi. W porze suchej nie ma co go szukać.

Jeśli ktoś z Was zobaczy jak wygląda w porze deszczowej, to wdzięczny będę

za relację.

Po powrocie na wzgórze, skąd

odgałęzia się ścieżka do San Lorenzo view point oceniłem, że mam pół godziny

rezerwy czasu i mimo braku wody zdecydowałem ruszyć tą ścieżką, by zobaczyć

wodospad z nieco innej perspektywy. I udało się: widok otworzył się mniej

więcej z połowy drogi na grań – popatrzcie na zdjęcie na sąsiedniej

kolumnie. Podobny widok otwiera się z Mirador San Lorenzo – tyle, że

wodospad jest na nim jeszcze mniejszy, bo wzrasta odległość – dla dobrych

zdjęć trzeba przywieźć tu solidny superzoom!

 

 

 

Oglądałem Basaseachi podczas pory

suchej, przy stosunkowo niewielkim wypływie wody.

Tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=S25WGABK6o4
 możecie zobaczyć film

pokazujący ten sam wodospad w porze deszczowej – większość pokazanych tam

zdjęć wykonano właśnie z San Lorenzo view point.

 

Another

purpose of my Mexico expedition was the famous Canyon Barranca del Cobre

(Copper Canyon). I wanted to went down the canyon to Los Mochis on the coast

of the Pacific taking El Chepe train riding one of the most spectacular

railway lines of the world. The route began in Chihuahua, but to not repeat

a sizable portion of the way from the waterfall and to avoid waking up in

the middle of the night (train departs Chihuahua at 6 am) I decided to spend

the night in the small town Cuauthemoc.  El Chepe timetable and fares

can usually be found here:

http://www.chepe.com.mx/ing_html/  

and general railway info here:

http://www.mexonline.com/chihuahua/coppercanyon-train.htm

Kolejnym celem

mojej ekspedycji był słynny kanion Barranca del Cobre, którym chciałem

zjechać do Los Mochis nad Pacyfikiem. Zjechać pociągiem El Chepe, jedną z

najbardziej efektownych linii kolejowych świata.     

Trasa zaczynała się w Chihuahua, ale aby nie powtarzać sporego odcinka trasy

wracając od wodospadu i uniknąć wstawania w środku nocy (pociąg odjeżdża z

Chihuahua o 6 rano) zdecydowałem przenocować w małym miasteczku Cuauthemoc.

Rozkład jazdy El Chepe i taryfy znaleźć można zwykle tutaj:

http://www.chepe.com.mx/ing_html/

A ogólne

informacje o tej wyjątkowej linii kolejowej tutaj:

http://www.mexonline.com/chihuahua/coppercanyon-train.htm

 

Ferrocarril

Chihuahua al Pacífico – tak oficjalnie nazywa się ta linia kolejowa ma

661 kilometrów

długości. Jej budowę rozpoczęto w 1880 roku, ale zakończono dopiero w 1961.

Codziennie na jej trasę wyruszają po dwa pociągi: primera express jako

pierwszy, a segunda clase w godzinę po nim. Primera jest dwa razy droższy,

ale zdecydowałem się nim jechać, bo przy kierunku jazdy w kierunku oceanu

tylko on daje szansę zobaczenia najciekawszej części kanionu w świetle dnia.

Pokonuje trasę w ciągu 13 godzin. Segunda wyrusza godzinę później i wlecze

się 15-16 godzin…

Kasa na maleńkiej stacyjce

Cuauthemoc była zamknięta, gdy przyszedłem, ale na szczęście bilet można

kupić także w pociągu. Przyjechał o czasie: wagon restauracyjny, barowy i

dwa wagony dla pasażerów bez podziału na przedziały. Gwizdek i…

ruszyliśmy.  Po drodze piękne krajobrazy i małe wioski. W niektórych z

nich biedne kościółki wzniesione dawno temu przez Jezuitów.

Sam kanion zaczyna się właściwie

dopiero w miasteczku Creel (na zdjęciu obok) będący bazą dla tych turystów,

którzy mają więcej czasu i chcą pieszo wędrować do różnych miejsc na jego

krawędzi  

Creel

 Barranca

del Cobre is not a single canyon. It’s a series of more than 20 spectacular

canyons. “Cobre” is one of them, but the name was adopted for all system.
The best

viewing of the canyons is at Divisadero station. EL chepe stops at

Divisadero for 20 minutes to allow easy canyon viewing. It is here:

 Barranca del Cobre nie jest

pojedynczym kanionem, ale całym systemem połączonych ze sobą około 20

mniejszych i większych kanionów. Niegdyś tylko jeden z nich nazywał się “Cobre”

– Miedziany. Dziś tą nazwą określa się cały ciąg. Najlepszy widok kanionów

otwiera się ze stacyjki Divisadero. El Chepe staje tu specjalnie na 20

minut:

Mx280big.jpg

From the train

to the lookout is just 20 m. The view from the Divisadero terrace is just

magnificent:

Od pociągu do widokowego

tarasu jest dosłownie 20 metrów. A z tarasu otwiera się naprawdę rewelacyjny

widok:

Mx271bigv.jpg
Mx270bigv.jpg
Dla tych, co chcą się tu

zatrzymać na urwisku koło tarasu zbudowano widoczny powyżej hotel. Niestety

jest drogi!

 

Pociąg

oblegany jest przez kobiety z plemienia Tarahumara oferujące na sprzedaż

rękodzieło – głównie wyroby plecionkarskie. 

Indianie

Tarahumara mają własny język. Ich liczebność ocenia się na 70 tysięcy.

Zamieszkują w wioskach na dnie kanionu. To stamtąd kolorowo ubrane smagłe

kobiety przychodzą na stacyjki, by oferować swoje wyroby.

Kupiłem…

Nie, nie te plecionki, ale worek czerwonych jabłek za 15 pesos – to

niewiele ponad dolara. Było tego ze dwa kilogramy – zanim dotarliśmy do

celu podróży zostały tylko dwa jabłuszka bo po pierwsze bardzo lubię

jabłka, a ceny posiłków w wagonie restauracyjnym wykraczały poza mój

dzienny budżet trampa. 

Po spotkaniu

z Indiankami zaczął się emocjonujący zjazd w dół kanionu. Na szlaku

pokonaliśmy łącznie 37 różnych mostów i 86 tuneli…


The tracks pass over 37 bridges and

through 86 tunnels, rising as high as 2,400 m (7,900 ft). Traveling

through pine forests, next to towering canyon walls, incredible vistas,

sheer drop-offs, flowing little waterfalls, it’s no wonder this train

journey has been referred as the “train ride in the sky”.

Na trasie dwukrotnie tory kolejowe biegną na wysokości powyżej 2400

m nad poziomem morza: w Ojitos i San Juanito. Górne odcinki trasy prowadzą

przez iglaste lasy. Niżej szlak wiedzie ścianami wąwozów u stóp

piętrzących się nad nimi szczytów. W kilku miejscach mijaliśmy małe

wodospady. Linia kolejowa w górnej części trasy przebiega na wysokości

naszych Rysów. Nic dziwnego, że w przewodnikowej literaturze ta podróż

nazywana jest  czasem poetycznie “kolejową przejażdżką w niebie”. 

Jak wygląda

ta efektowna trasa kolejowa w porównaniu ze słynną koleją andyjską

zaprojektowaną przez naszego rodaka Ernesta Malinowskiego, którą opisałem

w mojej książce i na mojej

internetowej stronie ?

Mx297big.jpg

Meksykańska kolej jest dłuższa.

Peruwiańska wspina się za to znacznie wyżej i krajobraz w którym przebiega

jest bardziej dramatyczny. Nie ma w nim prawie zieleni. Na samym szlaku

występują wielokrotnie zmiany kierunku jazdy, bo i teren jest trudniejszy.

Głosuję na kolej Malinowskiego! 

W miarę, jak mijały godziny i opadaliśmy w dół cienie stawały się

coraz dłuższe… Stojąc w otwartych do połowy drzwiach wagonów

(przewidziano taką opcję z myślą o fotografujących turystach)

fotografowałem piętrzące się nad kanionem szczyty.    

 


Finally we left the canyon. Just one more

glance at the picturesque mountain which lags behind…

 

W końcu opuściliśmy kanion.

Jeszcze tylko rzut oka na pozostające w tyle malownicze pasmo górskie…

Mx320big.jpg


And suddenly the next bend of the track opens up before

us a view of the mountain lake!  In fact, this is apparently artificial

lake, but what does it matter? On the banks do not see any traces of human

activity … It’s really a beautiful spot…

 

… i oto niespodziewanie otwiera

się przed nami górskie jezioro! Tak naprawę, to jest to podobno sztuczny

zalew, ale jakie to ma znaczenie?  Na brzegach nie widać żadnych śladów

działalności człowieka… To naprawdę piękny zakątek… 

 

Mx321big.jpg

 


It was 9.30 pm and completely dark when

we reached the final station Los Mochis.  The station is located on the

outskirts of the town. In the late evening there is no public transport to

the center. The shared taxi to Fenix Hotel cost me 40 pesos…

 

Była 21.30 i już kompletnie

ciemno gdy nasz “primera express” dotarł do końcowej stacji Los Mochis. Stacja

położona jest niestety na peryferiach miasta. Publiczny transport o tej

porze już nie

funkcjonuje i przyszło mi targować się z czekającymi na zdobycz

taksówkarzami. Za 40 pesos/osobę wraz z czwórką innych pasażerów dojechałem

w końcu do

hotelu “Fenix”. Byłem nad Pacyfikiem!  Prawie…