Wojtek Dabrowski – Mauritius 2010 część 2 – prowincja (Mauritius2.htm)


I
n

November 2010 I was sailing aboard French expedition ship “Marion Dufresne”

to the French Southern Lands – Terres Australes. The complete route Reunion

to Reunion exceeded 8000 km. Hot news from my journey (in English) you can

find in my

travellog. After visiting Crozet and Kerguelen we set sails to the

islands of Saint Paul and Amsterdam… I disembarked on Mauritius. i have

been to Mauritius before, but only very short time…


W listopadzie 2010 płynąłem na  francuskim statku

ekspedycyjnym “Marion Dufresne” do Francuskich Terytoriów Południowych –

Terres Australes.

Po odwiedzeniu zimnych i wietrznych archipelagów Crozeta i Kerguelena oraz

nieco cieplejszego Amsterdamu nasz statek wrócił do tropików. Pożegnałem go

na wyspie Mauritius. Znałem tę wyspę z poprzednich podróży, kiedyś ją

zwiedzałem, ale był to bardzo krótki pobyt. Korzystając z nadarzającej się

okazji postanowiłem przyjrzeć się Mauritiusowi bliżej, a przy okazji poznać

drugą wyspę wchodzącą w skład wyspiarskiego państwa: Rodrigues.

 

Pierwsze dni po zejściu na ląd spędziłem na zwiedzaniu stolicy Mauritiusa

Port Louis.

 Potem, korzystając z transportu publicznego postanowiłem zwiedzić

mniejsze miejscowości i turystyczne ciekawostki wyspy. Najtaniej można to

zrealizować korzystając z państwowych autobusów kompanii UBS. Niektóre z

nich mają tył ozdobiony dość wymownym apelem. Widać korupcja jest poważnym

problemem nawet w tym małym, wyspiarskim kraju!

Publiczne autobusy są tanie: z

Port Louis do Eureki płaci się 20 rupii, do Pamplemousses – 23, do

Flic-en-Flac – 25, ale wloką się niemiłosiernie, często stając po drodze.

Ale może to być również ich zaleta, pozwalająca na obserwację codziennego

życia.

 

Natomiast podróżując w małej

grupie warto rozważyć wynajęcie samochodu osobowego z kierowcą na cały dzień

– kosztuje to około 3000 rupii (czyli około 100 USD)

 

Port Louis – stolica wyspy –

położona jest na

zachodnim wybrzeżu. Ale do najładniejszych plaż przy których zbudowano

ośrodki wypoczynkowe dla turystów jest stąd daleko. Turyści przybywający na

Mauritius w ramach grup organizowanych przez wielkie biura podróży z reguły

zabierani są z lotniska nie do stolicy wyspy, ale do ośrodków wczasowych na

wybrzeżu.

 

Stolica wyspy jest za to dogodnym

węzłem komunikacyjnym, z którego wyruszają autobusy publicznego transportu.

Rozkłady jazdy nie są nigdzie

oficjalnie wywieszone, ale po przyjściu na terminal można zapytać dowolnego

kierowcę busu, a ten wskaże właściwy pojazd.  

Wnętrze typowego autobusu to

twarde ławki obite ceratą i po pięć siedzeń w rzędzie. Bilety kupuje się w

autobusie od konduktora, który drukuje je na archaicznej maszynce:

Mauritius’

public bus:

Mauri013big.jpg

 

Pojazdy nie mają klimatyzacji. Przez lekko uchylone okienka do środka

dostaje się strumień powietrza, który trochę chłodzi pasażerów, ale i tak

jest gorąco. Więc takie obrazki na dłuższych trasach nie należą do

rzadkości:

Mauri017big.jpg
I

.

 

Ale taka podróż przez wyspę stwarza okazję do podziwiania krajobrazu.  Z

płaskowyżu na którym dominują płaskie i zielone plantacje trzciny cukrowej

wyrastają wzniesienia – często o bardzo urozmaiconych kształtach. 

W takim krajobrazie jechałem

na moja pierwszą pozamiejską wycieczkę – do Eureka Plantation House.

 

Mauri987Big.jpg

 

Aby znaleźć sie na dawnej plantacji trzeba wysiąść z autobusu w Moka i

cofnąć sie szosa około 400 metrów. U stóp malowniczego szczytu znajdziecie

tam dawną rezydencję plantatorów zamieniona obecnie na muzeum (za wstęp

pobierają 180 rupii)

Mauri005Big.jpg
Y

 

Odwiedzający,

podzieleni na małe grupy (czasem trzeba trochę poczekać) oprowadzani są po

poszczególnych pomieszczeniach przez przewodniczkę:

Mauri990big.jpg
Mauri992Big.jpg

Eureka

Plantation House

Jadalnia, salon, sypialnie… We

wszystkich pokojach zachowały się oryginalne sprzęty i bibeloty – głównie z

epoki wiktoriańskiej.

Mauri002Big.jpg

 

 


W pokoju muzycznym jest nawet mały

fortepian… Wszystko to oddaje warunki, w których żyły rodziny zamożnych

plantatorów. Eureka na pewno warta jest odwiedzenia.

 

 

 

Jeszcze tego samego poranka

dotarłem autobusem do nadmorskiej miejscowości o zabawnej nazwie

Flic-en-Flac. To małe miasteczko o ciasnych uliczkach na południe od Port

Louis ma wybitnie wczasowy charakter. Jest kilka pensjonatów i dwa

niewielkie plażowe hoteliki. Wieżowców jeszcze nie wybudowano:

Mauri045big.jpg
W przelotowej ulicy

przebiegającej równolegle do wybrzeża czekają sklepiki z pamiątkami i

kafejki.

 

Sama plaża na południe od

miasteczka nie jest zbyt efektowna (jak widać na zdjęciu poniżej) ale ma w

tle malowniczą górę Le Morne Brabant, która wg podań była schronieniem

zbiegłych z plantacji niewolników:

Mauri031Big.jpg

Zajrzałem do plażowych hotelików

Flic-en-Flac. Oględziny wypadły całkiem nieźle: zadbane, jednopiętrowe

bungalowy rozrzucone są wśród tropikalnego ogrodu. Tu mieszkają grupy

zagranicznych turystów z Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii:

Mauri024big.jpg

 

I mimo, że hotelik stoi przy

plaży jest tu mały basen, w którym mozna się ochłodzić w skwarny, tropikalny

dzień:

Mauri027Big.jpg

Dla chętnych na plaży przed

hotelem przygotowano leżaki pod parasolami. To raj dla takich, którzy chcą

wypocząć z daleka od tłumu, ale nie jest to miejsce dla takich, którzy chcą

wieczorem poszaleć na dyskotece:

 

Mauri032Big.jpg
Drugi hotelik jest nieci większy.

Można przed nim zagrać w siatkówkę. Tylko chętnych jakoś niewielu – kto w

tym wilgotnym upale znajdzie jeszcze tyle energii by biegać po piasku?

Mauri035big.jpg

Flic-en-Flac.

Architektura tego drugiego hotelu już tak nie zachwyca, ale jak widać

wszystkie pokoje maja tu balkoniki z widokiem na ocean:

Mauri036.jpg

Na północ od “strefy hotelowej”

ciągnie się kawałek tamaryszkowego lasu i tu jest plaża publiczna, na która

przyjeżdżają obywatele Mauritiusa zamieszkujący w głębi wyspy:

Mauri040Big.jpg
Parkingów tu jeszcze nie

przygotowano, więc zostawiają samochody pod tamaryszkami i biegną do

kąpieli. Biały pas rafy koralowej widać w odległości jakichś 100 metrów od

brzegu, ale wchodząc po białym piasku do wody też trzeba uważać, bo tu i

ówdzie wystają z niego koralowe skałki:

Mauri043big.jpg

W pobliżu Flic-en-Flac,

u stóp malowniczej góry Mt Rempart kilka lat temu otwarto Casela Nature &

Leisure Park.

Od głównej szosy to około 300 metrów pieszo w kierunku wzgórz. 

Mauri052Big.jpg
Port

Casela to typowy safari park dla

turystów. Oferuje przejażdzkę wśród afrykańskich zwierząt (zebry, antylopy,

strusie…) Karmienie małych zwierząt, łowienie ryb – tilapii. Sztandarową

atrakcja (dla bogatych jest spacer z oswojonymi lwami (2300 rupii) i zdjęcie

z drapieżnym kotem (lwem lub gepardem) za 500. Ubodzy turyści mogą popatrzeć

na lwy z platformy za 100. Do tego dochodzi opłata za wejście do parku: 300

(płacimy prawie dwa razy drożej od tubylców). Może bym się skusił na samo

wejście, ale była już godzina 16, a o 17 zamykali.  Widziałem wszystkie

te zwierzęta wielokrotnie na wolności, ale zgodzę się, że dla początkujących

podróżników może to być atrakcja.

Popatrzyłem zatem na pięknie

kwitnące drzewa i wróciłem na szosę

Mauri055big.jpg
 v

Przyszło mi poczekać dobre pół

godziny w otoczeniu tej tropikalnej roślinności zanim nadjechał autobus.

Dobrze, że nadjechał. Ostrzegano mnie, że po 17.00 publiczny transport

międzymiastowy niemal całkowicie tu zamiera. 

Mauri058big.jpg

 

 

N

 

Kolejnego dnia wybrałem sie

publicznym autobusem z Port Louis do ogrodu botanicznego Pamplemousses.

Koronkowa brama wejściowa jest bardzo reprezentacyjna. zaraz za nią trzeba

zapłacić 100 MUR (nieco ponad 3 dolary) za wstęp:

Mauri076big.jpg

Ogród założony został w czasach,

gdy na Mauritiusie panowali Francuzi. W 1767 posadzono tu warzywa, drzewa

owocowe i krzewy z całego świata. Między innymi słynne victoria regia

o lisciach jak wielkie płaskie talerze, sprowadzone z Amazonii: 

 

Mauri080big.jpg

W ogrodzie Pamplemouses zobaczyć

można wspaniałą kolekcję 80 różnych gatunków palm, sprowadzonych z różnych

zakątków świata. Jest tu między innymi piękna aleja palm królewskich (na

zdjęciu obok).

D


 

 

Spośród tych najbardziej

niezwykłych i najrzadszych drzew na pewno zwróci waszą uwagę talipot

palm (na zdjęciu obok).


Ta gigantyczna palma zakwita tylko raz,

po 60-70 latach życia i potem obumiera.

Mauri085big.jpg

W osobnym stawie kwitną

wodne lilie i kwiaty lotosu. Przyznacie, że są bardzo fotogeniczne:

Mauri084big.jpg

Trzeba tylko mieć odpowiedni

teleobiektyw (zoom) do aparatu fotograficznego:

 

Mauri088Big.jpg

W obrebie ogrodu jst także “spice

corner” – kącik z drzewami korzennymi takimi jak goździki lub gałka

muszkatołowa.

Natomiast ci spośród

odwiedzających, którzy wcześniej nie widzieli drzew banianowych maja tu

okazję sfotografować wielki okaz: 

Mauri091big.jpg

W północnym kącie ogrodu stoi zabytkowy

pawilon nazywany Chateau de Mon Plaisir. W kilku salach na parterze

zorganizowana jest wystawa czarno-białych fotografii przedstawiających

najnowszą historię Mauritiusa.

Mauri089big.jpg

Z ciekawostek zobaczyć tu można

model prasy do wyciskania soku z trzciny cukrowej i wielkie żeliwne kotły w

których warzono karmel:

Mauri092big.jpg
Do Port Louis wróciłem jak zawsze

publicznym busem.

Dla tych podróżników, którzy

przybywają na Mauritius samolotem i nie chcą mieszkać w hałaśliwej i

zadymionej stolicy państwa dobrym rozwiązaniem może być wybranie na swoją

bazę Mahebourga – małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu, położonego w

bezpośrednim sąsiedztwie portu lotniczego – taksówkarze biorą 10 dolarów za

kurs z lotniska do hotelików w Mahebourgu. Ja też wybrałem taka opcję, gdy

po powrocie z siostrzanej wyspy Rodrigues zamierzałem poświęcić jeszcze

kolejne dwa dni na zwiedzanie Mauritiusa.

 


Tutaj możecie otworzyć i

wydrukować nieco dokładniejszą mapę wyspy, pokazującą niemal wszystkie

drogi. 

Nie znając dokladnie Mahebourga i

jego taniej bazy hotelowej

zarezerwowałem przez internet dość drogi pokój ze śniadaniem w ładnie

położonym na samym wybrzeżu “Auberge Aquarella” Tu niestety musiałem

zapłacić aż 55 euro za noc. Za to mogłem tam korzystać z internetu i małego

basenu, a z balkonu miałem taki oto piękny widok:

 

Mauri752big.jpg
A to jeden z dwóch pawilonów

mojej “Aquarelli”:

Mauri758Big.jpg

 

 

 

Już na miejscu zorientowałem się,

że dla trampa znacznie korzystniejsze ceny oferuje Orient Guest House (na

zdjęciu obok), Tu można dostać pokój już za 700 rupii, a jeśli ktoś życzy

sobie śniadanie, to dopłaca jeszcze kolejne sto.

Adres:

Holandais Street,  Mahebourg

e-mail:

orient@intnet.mu

 

 

 

 

 

Mahebourg jest

cichym miasteczkiem ukrytym wśród tropikalnej roślinności, które z

powodzeniem można zwiedzać na piechotę:

Mauri761Big.jpg

I tutaj również trwał sezon

zbiorów owoców liczi (lychee). Całe ich wiązki oferowano w wielu ulicznych

kramach. Te dorodne sprzedawali po 2 rupie za sztukę czyli za jedno euro

dostawałem kiść 20 owoców.

 

 

 

 

 

 

 

W poniedziałki w Mahebourgu

odbywa cotygodniowy Grand Marche czyli targ. Pomaszerowałem tam wcześnie,

ale okazało się, że mogłem spokojnie dłużej pospać, bo przekupnie zjeżdżają

się dopiero po 8.00:

Mauri808big.jpg

Wśród handlarzy dominowali

Hindusi. W ich kramach można było kupić między innymi paczkowane

przyprawy…

Mauri810Big.jpg

… ale także pęczki egzotycznej

dla nas wanilii, która uprawiana jest na tej wyspie. Te większe pęczki

sprzedają po 700 rupii. Z braku turystycznych pamiątek można taką wanilię

zabrać do Polski i obdarować całą rodzinę!

Mauri811big.jpg

Jest także wybór różnych

tekstyliów – miedzi innymi wzorzyste kilimy, dywaniki, makatki:

Mauri814big.jpg
A z takich materiałów

sprzedawanych “na metry” szyje się na Mauritiusie nie tylko zasłony, ale

także kobiece sari…

Mauri815big.jpg

 

Na północ od miasteczka rozsiadła

się na wybrzeżu Lwia Góra – Lion Mountain lub Mt du Lion. Najlepiej ja

oglądać z pomostu na Pointe des Regates:

Mauri765big.jpg

Naprzeciw miejskiej przystani

leży niewielka wysepka, do której można dopłynąć łodzią lub motorówką. Na

zasobnych w gotówkę smakoszy czeka tam restauracja:

Mauri762Big.jpg
Mało kto z turystów wie, że

właśnie tutaj, w okolicach dzisiejszego Mahebuorga zaczęła się kolonizacja

Mauritiusa. jako pierwsi w roku 1598 wylądowali tu Holendrzy, nazywając

wyspę Mauritius od imienia księcia Maurycego de Nassau. Upamietnia to

tablica wmurowana na wybrzeżu.


Potem wyspę opanowali Francuzi,

zmieniając jej nazwę na Ile de France. W okresie wojen napoleońskich, w roku

1810 Anglicy próbowani zająć Mauritius.  W zatoce Bay of Grand Port

rozegrała się wtedy bitwa morska, w której zwyciężyła eskadra francuska.

Upamiętnia tę bitwę obelisk ustawiony na nabrzeżu:

 

Mauri769BIG.jpg

W cztery lata później Anglicy bez

żadnych strat zajęli wyspę, przywracając jej pierwotną nazwę  –

Mauritius. Z tamtych czasów pozostała w Mahebourgu tylko mała wieża obronna:

 

Mauri774big.jpg

Po zniesieniu niewolnictwa w

połowie XIX wieku do pracy na wyspie sprowadzono z Indii tysiące Hindusów. A

oni przywieźli ze sobą buddyzm. Nie dziwi zatem obecność okazałego posągu

Buddy przy przystani Mahebourga:

 

Mauri768big.jpg

W zatoce Bay of Grand Port leży

kilka małych wysp. Jedną z nich – Ile aux Aigrettes widziałem z okna mojego

hotelu:

Mauri755Big.jpg

Ta sama wysepka fotografowana wczesnym rankiem, przy dobrym

nasłonecznecznieniu prezentuje się znacznie ciekawiej, ale nie ma tam plaż.

Mówiono mi, ze na wyspie jest rezerwat morskiego ptactwa:

 

Mauri783Big.jpg


 f

 

Kolejna

wyspa leży już nieco dalej – w łańcuchu rafy koralowej otaczającej

Mauritius. Jest tam (słabo widoczna na zdjęciu) latarnia morska.

Właściciele motorówek oferują wycieczki na wysepki zatoki. Ale trzeba

zebrać minimum 4 osoby i wtedy koszt wynosi 1500 MUR na osobę…

Mauri786big.jpg

Korzystając z

publicznego autobusu postanowiłem wybrać się z Mahebourga publicznym

autobusem za jedne 18 rupii do odległej o 6 kilometrów i bardzo wychwalanej

w przewodnikach Blue Bay – Błękitnej Zatoki:

 

Mauri792big.jpg

 

.

Okazało się, ze w Blue Bay jest

ładna, publiczna i bezpłatna plaża na która w świąteczny dzień (była

właśnie niedziela) ściągają całe hinduskie rodziny z prowiantami, zapasem

napojów itd…

Mauri793Big.jpg

 

 t

 

Siadają na rozłożonych płachtach i… jedzą, piją… Do wody biegają w

zasadzie tylko dzieci. Być może dlatego, że hinduska obyczajowość nie

pozwala kobiecie publicznie odsłaniać ciała.

 

Mauri795big.jpg

 

Tutejsze wyrostki popijają piwo

(szybko uderza do głowy w panującym upale), grają na bębnach i

podśpiewują…

Mauri794big.jpg

N

W Blue Bay jest jeden niewielki

hotelik, można wypożyczyć motorówkę by pływać po zatoce lub po prostu

odpocząć pod parasolem patrząc na bajeczne kolory wód zatoki. Bo słońce w

środku dnia jest bardzo dokuczliwe.

Mauri799Big.jpg
Próbowałem potem wracać do

Mahebourga brzegiem zatoki, ale okazło sie to niewykonalne. Wzdłuż brzegu

wybudowano tu liczne wille, a te ogrodzone są wysokimi murami, łącznie z

odcinkami plaży – musiałem wrócić na drogę i wobec braku autobusu

pomaszerować pieszo.

Mauri800big.jpg

 

In

Dało mi to okazje do podziwiania

tutejszej roślinności, na przykład wspaniale kwitnących krzewów frangipani:

Mauri801big.jpg

Te z kolei kwiaty widywałem w

strefie tropikalnej bardzo często, ale do dziś nie jestem pewien ich nazwy.

Kiedyś jakiś krajowiec mówił o nich “alamond flowers”. Może wy wiecie, jaka

jest ich poprawna nazwa?

Mauri802big.jpg

 

Na Mauritiusie rośnie wiele

kokosowych palm, ale sadzi się je tutaj jako drzewa dekoracyjne. Bo komu by

się chciało wspinać na nie, by odcinać orzechy. Albo wydłubywać koprę? To

nie Pacyfik, gdzie sprzedaż kopry jest często jedynym źródłem dochodu

mieszkańców malej wysepki!

Mauri803big.jpg

Kolejnego dnia postanowiłem

wynająć na cały dzień samochód z kierowcą, by dotrzeć do tych miejsc na

wyspie do których trudno dojechać publicznym transportem, bo na przykład

jada tam tylko dwa autobusy na dzień i to nie z Mahebourga, a z Port Louis.

Z kierowca skontaktował mnie właściciel hoteliku. Wytargowałem cenę: 2500

rupii, z grubsza omówiłem trasę (potem okazało się, że lepiej by było

zapisać ją na papierze, bo kierowcy pod koniec dnia pogorszyła się pamięć) 

i pojechaliśmy – najpierw kierując się z Mahebourga wzdłuż wybrzeża na

północ:

 

Mauri757big.jpg

 

Za Mahebourgiem w polu widzenia

pokazały się plantacje trzciny cukrowej: 

Mauri818big.jpg

 

J

 

Odbilismy wsród tej trzciny nieco w głąb lądu, by odwiedzić reklamowane w

prospektach Domaine de Chasser albo Kestrel Valley. Nie bardzo wiedziałem

czego tam oczekiwać.  U stóp zalesionego wzgórza była brama, przy

której trzeba było zostawić samochód, zapłacić 180 MUR za wstęp i dalej

terenowy wóz właścicieli powiózł mnie na szczyt wzgórza, gdzie zbudowali

restaurację pod strzechą. 

Mauri825Big2.jpg

Widok na morze (zdjęcie powyżej)

z tarasu obok restauracji nie był wcale rewelacyjny i dlatego uważam, że

instytucja jest przereklamowana i zbyt droga. Ja o tym nie wiedziałem, wy

wiecie i sami zdecydujecie czy warto tu poświęcić czas i pieniądze… 

Jedyne, co mnie zaciekawiło, to spojrzenie na Lwia Górę z przeciwnej strony

– wcale nie przypominała leżącego lwa:

Mauri826Big2.jpg

Po powrocie na wybrzeże

przejeżdżaliśmy przez małe rybackie wioski ocienione palmami, w których

toczyło się leniwe życie… To mniej znana twarz Mauritiusa: 

Mauri831Big2.jpg

Warto przystanąć na cyplu, z

którego francuska bateria ostrzeliwała angielskie okręty podczas pamiętnej

bitwy morskiej w 1810 roku. Armaty wciąż u stoją, wycelowane w ocean:

Mauri834Big2.jpg

Zielone góry w wielu miejscach

dotykają tu morskiego brzegu. Ten odcinek wybrzeża jest bardzo malowniczy i

chyba nie ma innego, podobnego na całym Mauritiusie. Niestety przy robieniu

zdjęć przeszkadzała mi spływająca z gór niebieska mgiełka:

Mauri842big.jpg
Za tymi stromymi i groźnie

wyglądającymi klifami wzgórza opadają ku morzu i krajobraz staje się

bardziej przyjazny. W małych zatokach pojawiają się plaże, a przy nich

hotele i bungalowy. Warto zatrzymać się dla zdjęć w miasteczku Trou d’Eau

Douce  naprzeciwko którego leży malownicza wysepka z idyllicznymi

plażami: Ile aux Cerfs:

Mauri842BIG2.jpg
W samym miasteczku, tuż przy

plaży znajdziecie pozostałości małego fortu wzniesionego z kamienia. Warto

wspiąć się na te mury dla widoku wybrzeża.

Mauri843big.jpg

W dali majaczą górskie szczyty o

fantazyjnych niekiedy kształtach:

Mauri844big.jpg
A samą plaże w Trou… choć jest

raczej wąska ja bym na pewno umieścił na liście “The best of Mauritius”. To

właśnie takie plaże śnią się marzycielom w krajach pokrytych śniegiem i

nękanych zimnym wiatrem.

Mauri846Big2.jpg

Przy drodze, wąskiej, ale na

całej długości pokrytej asfaltem coraz częściej pojawiały się flamboyanty –

the flame trees – jak nazywają je Anglosasi. Rzeczywiście – gdy całe takie

drzewo pokryte jest czerwono-pomarańczowymi kwiatami to przypomina ognisty

parasol.

 

Kazałem zboczyć kierowcy z

szosy w kierunku Constance, gdzie na małej wysepce Hindusi zbudowali

niewielka, ale bardzo fotogeniczną świątynię Shiv Mandir:

Mauri865Big2.jpg

Ponad świątynią powiewają

czerwone flagi, co u niektórych może budzić niemiłe skojarzenia:

Mauri854big.jpg

W świątyni było zupełnie pusto. I

choć Mauritius stał się już bardzo turystycznym krajem to na szczęście nikt

tu jeszcze nie wpadł na pomysł, by pobierać opłaty za wstęp.

Mauri856Big2.jpg

Przy schodach zobaczycie posąg

byka – to podobno byk jest symbolem boga Sziwy.

A to, jak mi się wydaje posąg

strażnika świątyni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Naprzeciw świątyni, po drugiej

stronie zatoki pod palmami ukryty jest luksusowy ośrodek wypoczynkowy.

Mauri861Big2.jpg

Jadąc dalej szosą na północ przystanęliśmy na moją prośbę w wiosce Poudre

d’Or. Ponad polem trzciny cukrowej zauważyłem otoczony palmami kościół,

który przypomniał mi oglądany kiedyś na wybrzeżu Tanzanii misyjny kościół w Bagamojo:

Mauri868Big2.jpg
Ten katolicki kościółek Marie –

Reine (Marii Królowej) okazał się  bardzo skromny, ale mimo południa

był otwarty… Zbudowano go w 1847 roku.

Mauri871big2.jpg

Na wybrzeżu w tej samej wiosce stoi skromny pomnik poświecony ofiarom

katastrofy okrętu, która w XIX wieku miała miejsce w pobliżu. W oparciu o

relacje z tej katastrofy powstała powieść o dwojgu kochanków, którzy byli na

pokładzie” Paul et Virginie” Te postaci są na Mauritiusie dobrze znane…

 

Kilka kilometrów dalej w

miasteczku Goodlands zatrzymaliśmy sie przy typowej hinduskiej świątyni,

której wieża, zgodnie z tradycja dekorowana była tysiącami kiczowatych

figurynek.

 

W Indiach ogladanie budowli w

takim stylu to codzienność podróżnika. Bodaj największe i najbardziej

ozdobne oglądałem kiedyś w Madurai.

Mauri882Big.jpg

W czasach kolonialnych do

wyciskania soku z trzciny cukrowej wykorzystywano prasy napędzane siłą

wiatraków. Niewiele tych budowli przetrwało do dzisiaj. Czasem tylko w

wioskach zobaczyć można zrujnowane kamienne wieże – to właśnie te dawne “sugar

mills”.

Widząc przy szosie  takiego

pięknego, rozłożystego flamboyanta trudno nie przystanąć i nie zrobić

zdjęcia.

 

 

Była godzina

14.00 gdy dotarliśmy na Cap Malhereux – przylądek będący północnym krańcem

Mauritiusa:

Mauri895Big2.jpg
Naprzeciwko przylądka leży wyspa

Ile Plate – Płaska Wyspa, a za nię jeszcze kilka innych – drobniejszych. Tak

Ile Plate wygląda w zbliżeniu – jest na pierwszy rzut oka niegościnna i

wcale nie taka płaska, przynajmniej na lewym, zachodnim krańcu. Można na nią

popłynąć wynajętą motorówką:

Mauri896Big2.jpg

Cap Malhereuse – Przylądek

Nieszczęśliwy porastają kwitnące flamboyanty. Jak już zapewne zauważyliście

– mimo, że językiem urzędowym na Mauritiusie jest angielski to większość

geograficznych nazw to nazwy francuskie. Obiektom geograficznym nadawano

nazwy w okresie francuskiego panowania kolonialnego i potem ich już nie

zmieniono. Dlaczego przetrwały w takiej wersji?  Pewnie dlatego, że

ludność wyspy od lat z uporem mówi na co dzień nie po angielsku, ale

kreolskim dialektem bardzo zbliżonym do francuskiego.

Mauri903bigCard.jpg
Na przylądku zbudowano mały

katolicki kościółek, a właściwie kaplicę Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

Stoi ona obok plaży w bardzo pięknej scenerii, wśród kwitnących drzew. To

jedno z moich najładniejszych miejsc na Mauritiusie:

Mauri908BIG2.jpg
Niestety czas naglił, bo chciałem

tego samego dnia zobaczyć miejsca na południu wyspy.  Przecisnęliśmy

się zatem uliczkami Grand Baie – najbardziej turystycznego miasta na

Mauritiusie, z licznymi restauracjami, hotelikami, sklepikami i zatoką pełna

jachtów. Potem zupełnie niezła droga szybkiego ruchu przeniosła nas na

południe.

Mauri916big.jpg

Tego podczas mojego pierwszego

pobytu na Mauritiusie jeszcze nie było!  Przy szosie koło Grand Bassin

powitał mnie gigantyczny posąg młodego boga Sziwy. Ma chyba jakieś 15 metrów

wysokości. Czegoś takiego nie widziałem nawet podczas moich czterech podróży

do Indii!

Po hindusku to miejsce nazywa się

Ganga Talao i jest dla Hindusów najświętszym miejscem na Mauritiusie –

mającym miejscowym wyznawcom hinduizmu zastąpić świętą rzekę Ganges.

Świątynny kompleks rozłożył

sie nad małym jeziorkiem. Wprowadza do niego taka oto brama:

Mauri924BIG2.jpg
Monumentalnej bramy też nie

pamiętam. Musiała zatem powstać nie tak dawno. Można zatem wnioskować, że

Hindusi, dominujący w społeczeństwie wyspy liczebnie nie są wcale biedni –

skoro stać ich na takie sakralne budowle.

Mauri925big2.jpg
Świątynne pawilony przeglądają

się w wodach jeziorka. Wygodne schody prowadza od bramy widocznej w górnej

części zdjęcia w dół – nad wodę, gdzie odbywają się religijne ceremonie:

Mauri928big2.jpg

Szczęśliwy przypadek

sprawił, że trafiłem właśnie na taką ceremonię i to z udziałem sporej grupy

hinduskich niewiast ubranych, jak każe tradycja w różnobarwne sari:

Mauri937BIG.jpg

Udało i sie dyskretnie uchwycić w

kilku kadrach co ładniejsze dziewczyny…  🙂  Nie śmiałem jednak

ich zaczepiać, aby zrozumieć o co tu chodzi. Czy to nabożeństwo ku czci…

czy w intencji… czy dla przebłagania boga, który coś ostatnio słabo zrasza

deszczem  trzcinowe plantacje?

 

 

 

 

Panowie, owszem, też byli

obecni, ale w roli mistrzów ceremonii, czy też kapłanów… Na głowach

trzymają lingamy, które jak wiadomo symbolizują siły witalne natury.

Niestety te spojrzenia, które posyłają fotografowi nie są zbyt przyjazne…

Mauri938Big.jpg

 

Potem nieśli te lingamy w

procesji, a gdy w końcu ustawili je na brzegu jeziorka, to panie zaczęły je

polewać rozmaitymi napojami  🙂 oraz posypywać płatkami kwiatów… 

obserwowałem to wszystko jako jedyny białas w okolicy i starałem się nie

przeszkadzać. Powiadam wam: pełna egzotyka!

 

 

 

 

Potem niewiasty przeszły pod

posagi bogów ustawione na brzegu jeziorka i zapalały przed posągami

trociczki. Próbowałem rozpoznawać: ten niebieski z prawej to Sziwa, w środku

dobrotliwy Ganesz z głową słonia, a ten z lewej to chyba Wisznu (ale nie

jestem pewien):

Mauri942BIG2.jpg

Raz jeszcze Sziwa. Wszystkie

posagi są ponadnaturalnej wielkości. To znaczy….hmmm… Są wyższe od

przeciętnego człowieka…

Takie ładne i takie smutne…

Próbowałem poczekać chwilę – z nadzieją, że któraś z nich się w końcu

uśmiechnie. Bez skutku! Okrutny to musi być bóg, który zabrania im w

świątyni się uśmiechać!

 

 

 

Było to ciekawe miejsce i

bardzo pouczająca wizyta.

 

Potem kierowca oświadczył, że

jest już zmęczony i kategorycznie odmówił jazdy do Wodospadów Rochester.

Pisanego kontraktu nie było – co mu mogłem zrobić?   Wśród

plantacji herbaty wróciliśmy do hotelu przy lotnisku… Słońce chyliło się

ku zachodowi…

Mauri943BIG.jpg

After my visit

on the proper Mauritius island I sailed to the second island of the Mauritius

State – The Rodrigues. My report from Rodrgues you can read

here.

Po zwiedzeniu macierzystej wyspy Mauritius popłynąłem na drugą co wielkości

wyspę tego państwa – Rodrigues. Relację z tej wyspy możecie przeczytać

tutaj.

RodrigTyt.gif

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net