In
November 2010 I was sailing aboard French expedition ship “Marion Dufresne”
to the French Southern Lands – Terres Australes. The complete route Reunion
to Reunion exceeded 8000 km. Hot news from my journey (in English) you can
find in my
travellog. After visiting Crozet and Kerguelen we set sails to the
islands of Saint Paul and Amsterdam… I disembarked on Mauritius. i have
been to Mauritius before, but only very short time…
W listopadzie 2010 płynąłem na francuskim statku
ekspedycyjnym “Marion Dufresne” do Francuskich Terytoriów Południowych –
Terres Australes.
Po odwiedzeniu zimnych i wietrznych archipelagów Crozeta i Kerguelena oraz
nieco cieplejszego Amsterdamu nasz statek wrócił do tropików. Pożegnałem go
na wyspie Mauritius. Znałem tę wyspę z poprzednich podróży, kiedyś ją
zwiedzałem, ale był to bardzo krótki pobyt. Korzystając z nadarzającej się
okazji postanowiłem przyjrzeć się Mauritiusowi bliżej, a przy okazji poznać
drugą wyspę wchodzącą w skład wyspiarskiego państwa: Rodrigues.

Pierwsze dni po zejściu na ląd spędziłem na zwiedzaniu stolicy Mauritiusa
Potem, korzystając z transportu publicznego postanowiłem zwiedzić
mniejsze miejscowości i turystyczne ciekawostki wyspy. Najtaniej można to
zrealizować korzystając z państwowych autobusów kompanii UBS. Niektóre z
nich mają tył ozdobiony dość wymownym apelem. Widać korupcja jest poważnym
problemem nawet w tym małym, wyspiarskim kraju!
Publiczne autobusy są tanie: z
Port Louis do Eureki płaci się 20 rupii, do Pamplemousses – 23, do
Flic-en-Flac – 25, ale wloką się niemiłosiernie, często stając po drodze.
Ale może to być również ich zaleta, pozwalająca na obserwację codziennego
życia.
Natomiast podróżując w małej
grupie warto rozważyć wynajęcie samochodu osobowego z kierowcą na cały dzień
– kosztuje to około 3000 rupii (czyli około 100 USD)

Port Louis – stolica wyspy –
położona jest na
zachodnim wybrzeżu. Ale do najładniejszych plaż przy których zbudowano
ośrodki wypoczynkowe dla turystów jest stąd daleko. Turyści przybywający na
Mauritius w ramach grup organizowanych przez wielkie biura podróży z reguły
zabierani są z lotniska nie do stolicy wyspy, ale do ośrodków wczasowych na
wybrzeżu.
Stolica wyspy jest za to dogodnym
węzłem komunikacyjnym, z którego wyruszają autobusy publicznego transportu.
Rozkłady jazdy nie są nigdzie
oficjalnie wywieszone, ale po przyjściu na terminal można zapytać dowolnego
kierowcę busu, a ten wskaże właściwy pojazd.
Wnętrze typowego autobusu to
twarde ławki obite ceratą i po pięć siedzeń w rzędzie. Bilety kupuje się w
autobusie od konduktora, który drukuje je na archaicznej maszynce:
public bus:

Pojazdy nie mają klimatyzacji. Przez lekko uchylone okienka do środka
dostaje się strumień powietrza, który trochę chłodzi pasażerów, ale i tak
jest gorąco. Więc takie obrazki na dłuższych trasach nie należą do
rzadkości:

.

Ale taka podróż przez wyspę stwarza okazję do podziwiania krajobrazu. Z
płaskowyżu na którym dominują płaskie i zielone plantacje trzciny cukrowej
wyrastają wzniesienia – często o bardzo urozmaiconych kształtach.
W takim krajobrazie jechałem
na moja pierwszą pozamiejską wycieczkę – do Eureka Plantation House.

Aby znaleźć sie na dawnej plantacji trzeba wysiąść z autobusu w Moka i
cofnąć sie szosa około 400 metrów. U stóp malowniczego szczytu znajdziecie
tam dawną rezydencję plantatorów zamieniona obecnie na muzeum (za wstęp
pobierają 180 rupii)

Odwiedzający,
podzieleni na małe grupy (czasem trzeba trochę poczekać) oprowadzani są po
poszczególnych pomieszczeniach przez przewodniczkę:


Eureka
Plantation House
wszystkich pokojach zachowały się oryginalne sprzęty i bibeloty – głównie z
epoki wiktoriańskiej.


W pokoju muzycznym jest nawet mały
fortepian… Wszystko to oddaje warunki, w których żyły rodziny zamożnych
plantatorów. Eureka na pewno warta jest odwiedzenia.
Jeszcze tego samego poranka
dotarłem autobusem do nadmorskiej miejscowości o zabawnej nazwie
Flic-en-Flac. To małe miasteczko o ciasnych uliczkach na południe od Port
Louis ma wybitnie wczasowy charakter. Jest kilka pensjonatów i dwa
niewielkie plażowe hoteliki. Wieżowców jeszcze nie wybudowano:

przebiegającej równolegle do wybrzeża czekają sklepiki z pamiątkami i
kafejki.
Sama plaża na południe od
miasteczka nie jest zbyt efektowna (jak widać na zdjęciu poniżej) ale ma w
tle malowniczą górę Le Morne Brabant, która wg podań była schronieniem
zbiegłych z plantacji niewolników:


Zajrzałem do plażowych hotelików
Flic-en-Flac. Oględziny wypadły całkiem nieźle: zadbane, jednopiętrowe
bungalowy rozrzucone są wśród tropikalnego ogrodu. Tu mieszkają grupy
zagranicznych turystów z Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii:

I mimo, że hotelik stoi przy
plaży jest tu mały basen, w którym mozna się ochłodzić w skwarny, tropikalny
dzień:

Dla chętnych na plaży przed
hotelem przygotowano leżaki pod parasolami. To raj dla takich, którzy chcą
wypocząć z daleka od tłumu, ale nie jest to miejsce dla takich, którzy chcą
wieczorem poszaleć na dyskotece:

Można przed nim zagrać w siatkówkę. Tylko chętnych jakoś niewielu – kto w
tym wilgotnym upale znajdzie jeszcze tyle energii by biegać po piasku?

Flic-en-Flac.
Architektura tego drugiego hotelu już tak nie zachwyca, ale jak widać
wszystkie pokoje maja tu balkoniki z widokiem na ocean:

Na północ od “strefy hotelowej”
ciągnie się kawałek tamaryszkowego lasu i tu jest plaża publiczna, na która
przyjeżdżają obywatele Mauritiusa zamieszkujący w głębi wyspy:

przygotowano, więc zostawiają samochody pod tamaryszkami i biegną do
kąpieli. Biały pas rafy koralowej widać w odległości jakichś 100 metrów od
brzegu, ale wchodząc po białym piasku do wody też trzeba uważać, bo tu i
ówdzie wystają z niego koralowe skałki:

W pobliżu Flic-en-Flac,
u stóp malowniczej góry Mt Rempart kilka lat temu otwarto Casela Nature &
Leisure Park.
Od głównej szosy to około 300 metrów pieszo w kierunku wzgórz.


turystów. Oferuje przejażdzkę wśród afrykańskich zwierząt (zebry, antylopy,
strusie…) Karmienie małych zwierząt, łowienie ryb – tilapii. Sztandarową
atrakcja (dla bogatych jest spacer z oswojonymi lwami (2300 rupii) i zdjęcie
z drapieżnym kotem (lwem lub gepardem) za 500. Ubodzy turyści mogą popatrzeć
na lwy z platformy za 100. Do tego dochodzi opłata za wejście do parku: 300
(płacimy prawie dwa razy drożej od tubylców). Może bym się skusił na samo
wejście, ale była już godzina 16, a o 17 zamykali. Widziałem wszystkie
te zwierzęta wielokrotnie na wolności, ale zgodzę się, że dla początkujących
podróżników może to być atrakcja.
Popatrzyłem zatem na pięknie
kwitnące drzewa i wróciłem na szosę

Przyszło mi poczekać dobre pół
godziny w otoczeniu tej tropikalnej roślinności zanim nadjechał autobus.
Dobrze, że nadjechał. Ostrzegano mnie, że po 17.00 publiczny transport
międzymiastowy niemal całkowicie tu zamiera.

N
Kolejnego dnia wybrałem sie
publicznym autobusem z Port Louis do ogrodu botanicznego Pamplemousses.
Koronkowa brama wejściowa jest bardzo reprezentacyjna. zaraz za nią trzeba
zapłacić 100 MUR (nieco ponad 3 dolary) za wstęp:

Ogród założony został w czasach,
gdy na Mauritiusie panowali Francuzi. W 1767 posadzono tu warzywa, drzewa
owocowe i krzewy z całego świata. Między innymi słynne victoria regia
o lisciach jak wielkie płaskie talerze, sprowadzone z Amazonii:

W ogrodzie Pamplemouses zobaczyć
można wspaniałą kolekcję 80 różnych gatunków palm, sprowadzonych z różnych
zakątków świata. Jest tu między innymi piękna aleja palm królewskich (na
zdjęciu obok).
D


niezwykłych i najrzadszych drzew na pewno zwróci waszą uwagę talipot
palm (na zdjęciu obok).
Ta gigantyczna palma zakwita tylko raz,
po 60-70 latach życia i potem obumiera.

W osobnym stawie kwitną
wodne lilie i kwiaty lotosu. Przyznacie, że są bardzo fotogeniczne:

Trzeba tylko mieć odpowiedni
teleobiektyw (zoom) do aparatu fotograficznego:

W obrebie ogrodu jst także “spice
corner” – kącik z drzewami korzennymi takimi jak goździki lub gałka
muszkatołowa.
Natomiast ci spośród
odwiedzających, którzy wcześniej nie widzieli drzew banianowych maja tu
okazję sfotografować wielki okaz:

W północnym kącie ogrodu stoi zabytkowy
pawilon nazywany Chateau de Mon Plaisir. W kilku salach na parterze
zorganizowana jest wystawa czarno-białych fotografii przedstawiających
najnowszą historię Mauritiusa.

Z ciekawostek zobaczyć tu można
model prasy do wyciskania soku z trzciny cukrowej i wielkie żeliwne kotły w
których warzono karmel:

publicznym busem.

Dla tych podróżników, którzy
przybywają na Mauritius samolotem i nie chcą mieszkać w hałaśliwej i
zadymionej stolicy państwa dobrym rozwiązaniem może być wybranie na swoją
bazę Mahebourga – małego miasteczka na wschodnim wybrzeżu, położonego w
bezpośrednim sąsiedztwie portu lotniczego – taksówkarze biorą 10 dolarów za
kurs z lotniska do hotelików w Mahebourgu. Ja też wybrałem taka opcję, gdy
po powrocie z siostrzanej wyspy Rodrigues zamierzałem poświęcić jeszcze
kolejne dwa dni na zwiedzanie Mauritiusa.
Tutaj możecie otworzyć i
wydrukować nieco dokładniejszą mapę wyspy, pokazującą niemal wszystkie
drogi.
Nie znając dokladnie Mahebourga i
jego taniej bazy hotelowej
zarezerwowałem przez internet dość drogi pokój ze śniadaniem w ładnie
położonym na samym wybrzeżu “Auberge Aquarella” Tu niestety musiałem
zapłacić aż 55 euro za noc. Za to mogłem tam korzystać z internetu i małego
basenu, a z balkonu miałem taki oto piękny widok:

mojej “Aquarelli”:


Już na miejscu zorientowałem się,
że dla trampa znacznie korzystniejsze ceny oferuje Orient Guest House (na
zdjęciu obok), Tu można dostać pokój już za 700 rupii, a jeśli ktoś życzy
sobie śniadanie, to dopłaca jeszcze kolejne sto.
Adres:
Holandais Street, Mahebourg
e-mail:
Mahebourg jest
cichym miasteczkiem ukrytym wśród tropikalnej roślinności, które z
powodzeniem można zwiedzać na piechotę:


zbiorów owoców liczi (lychee). Całe ich wiązki oferowano w wielu ulicznych
kramach. Te dorodne sprzedawali po 2 rupie za sztukę czyli za jedno euro
dostawałem kiść 20 owoców.
W poniedziałki w Mahebourgu
odbywa cotygodniowy Grand Marche czyli targ. Pomaszerowałem tam wcześnie,
ale okazało się, że mogłem spokojnie dłużej pospać, bo przekupnie zjeżdżają
się dopiero po 8.00:

Wśród handlarzy dominowali
Hindusi. W ich kramach można było kupić między innymi paczkowane
przyprawy…

… ale także pęczki egzotycznej
dla nas wanilii, która uprawiana jest na tej wyspie. Te większe pęczki
sprzedają po 700 rupii. Z braku turystycznych pamiątek można taką wanilię
zabrać do Polski i obdarować całą rodzinę!

Jest także wybór różnych
tekstyliów – miedzi innymi wzorzyste kilimy, dywaniki, makatki:

sprzedawanych “na metry” szyje się na Mauritiusie nie tylko zasłony, ale
także kobiece sari…

Na północ od miasteczka rozsiadła
się na wybrzeżu Lwia Góra – Lion Mountain lub Mt du Lion. Najlepiej ja
oglądać z pomostu na Pointe des Regates:

Naprzeciw miejskiej przystani
leży niewielka wysepka, do której można dopłynąć łodzią lub motorówką. Na
zasobnych w gotówkę smakoszy czeka tam restauracja:

właśnie tutaj, w okolicach dzisiejszego Mahebuorga zaczęła się kolonizacja
Mauritiusa. jako pierwsi w roku 1598 wylądowali tu Holendrzy, nazywając
wyspę Mauritius od imienia księcia Maurycego de Nassau. Upamietnia to
tablica wmurowana na wybrzeżu.
Potem wyspę opanowali Francuzi,
zmieniając jej nazwę na Ile de France. W okresie wojen napoleońskich, w roku
1810 Anglicy próbowani zająć Mauritius. W zatoce Bay of Grand Port
rozegrała się wtedy bitwa morska, w której zwyciężyła eskadra francuska.
Upamiętnia tę bitwę obelisk ustawiony na nabrzeżu:


W cztery lata później Anglicy bez
żadnych strat zajęli wyspę, przywracając jej pierwotną nazwę –
Mauritius. Z tamtych czasów pozostała w Mahebourgu tylko mała wieża obronna:

Po zniesieniu niewolnictwa w
połowie XIX wieku do pracy na wyspie sprowadzono z Indii tysiące Hindusów. A
oni przywieźli ze sobą buddyzm. Nie dziwi zatem obecność okazałego posągu
Buddy przy przystani Mahebourga:

W zatoce Bay of Grand Port leży
kilka małych wysp. Jedną z nich – Ile aux Aigrettes widziałem z okna mojego
hotelu:

Ta sama wysepka fotografowana wczesnym rankiem, przy dobrym
nasłonecznecznieniu prezentuje się znacznie ciekawiej, ale nie ma tam plaż.
Mówiono mi, ze na wyspie jest rezerwat morskiego ptactwa:

f
Kolejna
wyspa leży już nieco dalej – w łańcuchu rafy koralowej otaczającej
Mauritius. Jest tam (słabo widoczna na zdjęciu) latarnia morska.
Właściciele motorówek oferują wycieczki na wysepki zatoki. Ale trzeba
zebrać minimum 4 osoby i wtedy koszt wynosi 1500 MUR na osobę…

Korzystając z
publicznego autobusu postanowiłem wybrać się z Mahebourga publicznym
autobusem za jedne 18 rupii do odległej o 6 kilometrów i bardzo wychwalanej
w przewodnikach Blue Bay – Błękitnej Zatoki:

.
Okazało się, ze w Blue Bay jest
ładna, publiczna i bezpłatna plaża na która w świąteczny dzień (była
właśnie niedziela) ściągają całe hinduskie rodziny z prowiantami, zapasem
napojów itd…

t
Siadają na rozłożonych płachtach i… jedzą, piją… Do wody biegają w
zasadzie tylko dzieci. Być może dlatego, że hinduska obyczajowość nie
pozwala kobiecie publicznie odsłaniać ciała.

Tutejsze wyrostki popijają piwo
(szybko uderza do głowy w panującym upale), grają na bębnach i
podśpiewują…

N
W Blue Bay jest jeden niewielki
hotelik, można wypożyczyć motorówkę by pływać po zatoce lub po prostu
odpocząć pod parasolem patrząc na bajeczne kolory wód zatoki. Bo słońce w
środku dnia jest bardzo dokuczliwe.

Mahebourga brzegiem zatoki, ale okazło sie to niewykonalne. Wzdłuż brzegu
wybudowano tu liczne wille, a te ogrodzone są wysokimi murami, łącznie z
odcinkami plaży – musiałem wrócić na drogę i wobec braku autobusu
pomaszerować pieszo.

In
Dało mi to okazje do podziwiania
tutejszej roślinności, na przykład wspaniale kwitnących krzewów frangipani:

Te z kolei kwiaty widywałem w
strefie tropikalnej bardzo często, ale do dziś nie jestem pewien ich nazwy.
Kiedyś jakiś krajowiec mówił o nich “alamond flowers”. Może wy wiecie, jaka
jest ich poprawna nazwa?

Na Mauritiusie rośnie wiele
kokosowych palm, ale sadzi się je tutaj jako drzewa dekoracyjne. Bo komu by
się chciało wspinać na nie, by odcinać orzechy. Albo wydłubywać koprę? To
nie Pacyfik, gdzie sprzedaż kopry jest często jedynym źródłem dochodu
mieszkańców malej wysepki!

Kolejnego dnia postanowiłem
wynająć na cały dzień samochód z kierowcą, by dotrzeć do tych miejsc na
wyspie do których trudno dojechać publicznym transportem, bo na przykład
jada tam tylko dwa autobusy na dzień i to nie z Mahebourga, a z Port Louis.
Z kierowca skontaktował mnie właściciel hoteliku. Wytargowałem cenę: 2500
rupii, z grubsza omówiłem trasę (potem okazało się, że lepiej by było
zapisać ją na papierze, bo kierowcy pod koniec dnia pogorszyła się pamięć)
i pojechaliśmy – najpierw kierując się z Mahebourga wzdłuż wybrzeża na
północ:

Za Mahebourgiem w polu widzenia
pokazały się plantacje trzciny cukrowej:

J
Odbilismy wsród tej trzciny nieco w głąb lądu, by odwiedzić reklamowane w
prospektach Domaine de Chasser albo Kestrel Valley. Nie bardzo wiedziałem
czego tam oczekiwać. U stóp zalesionego wzgórza była brama, przy
której trzeba było zostawić samochód, zapłacić 180 MUR za wstęp i dalej
terenowy wóz właścicieli powiózł mnie na szczyt wzgórza, gdzie zbudowali
restaurację pod strzechą.

Widok na morze (zdjęcie powyżej)
z tarasu obok restauracji nie był wcale rewelacyjny i dlatego uważam, że
instytucja jest przereklamowana i zbyt droga. Ja o tym nie wiedziałem, wy
wiecie i sami zdecydujecie czy warto tu poświęcić czas i pieniądze…
Jedyne, co mnie zaciekawiło, to spojrzenie na Lwia Górę z przeciwnej strony
– wcale nie przypominała leżącego lwa:

Po powrocie na wybrzeże
przejeżdżaliśmy przez małe rybackie wioski ocienione palmami, w których
toczyło się leniwe życie… To mniej znana twarz Mauritiusa:

Warto przystanąć na cyplu, z
którego francuska bateria ostrzeliwała angielskie okręty podczas pamiętnej
bitwy morskiej w 1810 roku. Armaty wciąż u stoją, wycelowane w ocean:

Zielone góry w wielu miejscach
dotykają tu morskiego brzegu. Ten odcinek wybrzeża jest bardzo malowniczy i
chyba nie ma innego, podobnego na całym Mauritiusie. Niestety przy robieniu
zdjęć przeszkadzała mi spływająca z gór niebieska mgiełka:

wyglądającymi klifami wzgórza opadają ku morzu i krajobraz staje się
bardziej przyjazny. W małych zatokach pojawiają się plaże, a przy nich
hotele i bungalowy. Warto zatrzymać się dla zdjęć w miasteczku Trou d’Eau
Douce naprzeciwko którego leży malownicza wysepka z idyllicznymi
plażami: Ile aux Cerfs:

plaży znajdziecie pozostałości małego fortu wzniesionego z kamienia. Warto
wspiąć się na te mury dla widoku wybrzeża.

W dali majaczą górskie szczyty o
fantazyjnych niekiedy kształtach:

raczej wąska ja bym na pewno umieścił na liście “The best of Mauritius”. To
właśnie takie plaże śnią się marzycielom w krajach pokrytych śniegiem i
nękanych zimnym wiatrem.


całej długości pokrytej asfaltem coraz częściej pojawiały się flamboyanty –
the flame trees – jak nazywają je Anglosasi. Rzeczywiście – gdy całe takie
drzewo pokryte jest czerwono-pomarańczowymi kwiatami to przypomina ognisty
parasol.
Kazałem zboczyć kierowcy z
szosy w kierunku Constance, gdzie na małej wysepce Hindusi zbudowali
niewielka, ale bardzo fotogeniczną świątynię Shiv Mandir:

Ponad świątynią powiewają
czerwone flagi, co u niektórych może budzić niemiłe skojarzenia:

W świątyni było zupełnie pusto. I
choć Mauritius stał się już bardzo turystycznym krajem to na szczęście nikt
tu jeszcze nie wpadł na pomysł, by pobierać opłaty za wstęp.


byka – to podobno byk jest symbolem boga Sziwy.
A to, jak mi się wydaje posąg
strażnika świątyni.

stronie zatoki pod palmami ukryty jest luksusowy ośrodek wypoczynkowy.

Jadąc dalej szosą na północ przystanęliśmy na moją prośbę w wiosce Poudre
d’Or. Ponad polem trzciny cukrowej zauważyłem otoczony palmami kościół,
który przypomniał mi oglądany kiedyś na wybrzeżu Tanzanii misyjny kościół w Bagamojo:

Reine (Marii Królowej) okazał się bardzo skromny, ale mimo południa
był otwarty… Zbudowano go w 1847 roku.


Na wybrzeżu w tej samej wiosce stoi skromny pomnik poświecony ofiarom
katastrofy okrętu, która w XIX wieku miała miejsce w pobliżu. W oparciu o
relacje z tej katastrofy powstała powieść o dwojgu kochanków, którzy byli na
pokładzie” Paul et Virginie” Te postaci są na Mauritiusie dobrze znane…
Kilka kilometrów dalej w
miasteczku Goodlands zatrzymaliśmy sie przy typowej hinduskiej świątyni,
której wieża, zgodnie z tradycja dekorowana była tysiącami kiczowatych
figurynek.
W Indiach ogladanie budowli w
takim stylu to codzienność podróżnika. Bodaj największe i najbardziej
ozdobne oglądałem kiedyś w Madurai.



wyciskania soku z trzciny cukrowej wykorzystywano prasy napędzane siłą
wiatraków. Niewiele tych budowli przetrwało do dzisiaj. Czasem tylko w
wioskach zobaczyć można zrujnowane kamienne wieże – to właśnie te dawne “sugar
mills”.
Widząc przy szosie takiego
pięknego, rozłożystego flamboyanta trudno nie przystanąć i nie zrobić
zdjęcia.
Była godzina
14.00 gdy dotarliśmy na Cap Malhereux – przylądek będący północnym krańcem
Mauritiusa:


Ile Plate – Płaska Wyspa, a za nię jeszcze kilka innych – drobniejszych. Tak
Ile Plate wygląda w zbliżeniu – jest na pierwszy rzut oka niegościnna i
wcale nie taka płaska, przynajmniej na lewym, zachodnim krańcu. Można na nią
popłynąć wynajętą motorówką:

Cap Malhereuse – Przylądek
Nieszczęśliwy porastają kwitnące flamboyanty. Jak już zapewne zauważyliście
– mimo, że językiem urzędowym na Mauritiusie jest angielski to większość
geograficznych nazw to nazwy francuskie. Obiektom geograficznym nadawano
nazwy w okresie francuskiego panowania kolonialnego i potem ich już nie
zmieniono. Dlaczego przetrwały w takiej wersji? Pewnie dlatego, że
ludność wyspy od lat z uporem mówi na co dzień nie po angielsku, ale
kreolskim dialektem bardzo zbliżonym do francuskiego.

katolicki kościółek, a właściwie kaplicę Matki Bożej Nieustającej Pomocy.
Stoi ona obok plaży w bardzo pięknej scenerii, wśród kwitnących drzew. To
jedno z moich najładniejszych miejsc na Mauritiusie:

tego samego dnia zobaczyć miejsca na południu wyspy. Przecisnęliśmy
się zatem uliczkami Grand Baie – najbardziej turystycznego miasta na
Mauritiusie, z licznymi restauracjami, hotelikami, sklepikami i zatoką pełna
jachtów. Potem zupełnie niezła droga szybkiego ruchu przeniosła nas na
południe.

Tego podczas mojego pierwszego
pobytu na Mauritiusie jeszcze nie było! Przy szosie koło Grand Bassin
powitał mnie gigantyczny posąg młodego boga Sziwy. Ma chyba jakieś 15 metrów
wysokości. Czegoś takiego nie widziałem nawet podczas moich czterech podróży
do Indii!


Ganga Talao i jest dla Hindusów najświętszym miejscem na Mauritiusie –
mającym miejscowym wyznawcom hinduizmu zastąpić świętą rzekę Ganges.
Świątynny kompleks rozłożył
sie nad małym jeziorkiem. Wprowadza do niego taka oto brama:

pamiętam. Musiała zatem powstać nie tak dawno. Można zatem wnioskować, że
Hindusi, dominujący w społeczeństwie wyspy liczebnie nie są wcale biedni –
skoro stać ich na takie sakralne budowle.

się w wodach jeziorka. Wygodne schody prowadza od bramy widocznej w górnej
części zdjęcia w dół – nad wodę, gdzie odbywają się religijne ceremonie:

Szczęśliwy przypadek
sprawił, że trafiłem właśnie na taką ceremonię i to z udziałem sporej grupy
hinduskich niewiast ubranych, jak każe tradycja w różnobarwne sari:


kilku kadrach co ładniejsze dziewczyny… 🙂 Nie śmiałem jednak
ich zaczepiać, aby zrozumieć o co tu chodzi. Czy to nabożeństwo ku czci…
czy w intencji… czy dla przebłagania boga, który coś ostatnio słabo zrasza
deszczem trzcinowe plantacje?
Panowie, owszem, też byli
obecni, ale w roli mistrzów ceremonii, czy też kapłanów… Na głowach
trzymają lingamy, które jak wiadomo symbolizują siły witalne natury.
Niestety te spojrzenia, które posyłają fotografowi nie są zbyt przyjazne…

Potem nieśli te lingamy w
procesji, a gdy w końcu ustawili je na brzegu jeziorka, to panie zaczęły je
polewać rozmaitymi napojami 🙂 oraz posypywać płatkami kwiatów…
obserwowałem to wszystko jako jedyny białas w okolicy i starałem się nie
przeszkadzać. Powiadam wam: pełna egzotyka!
Potem niewiasty przeszły pod
posagi bogów ustawione na brzegu jeziorka i zapalały przed posągami
trociczki. Próbowałem rozpoznawać: ten niebieski z prawej to Sziwa, w środku
dobrotliwy Ganesz z głową słonia, a ten z lewej to chyba Wisznu (ale nie
jestem pewien):


Raz jeszcze Sziwa. Wszystkie
posagi są ponadnaturalnej wielkości. To znaczy….hmmm… Są wyższe od
przeciętnego człowieka…


Próbowałem poczekać chwilę – z nadzieją, że któraś z nich się w końcu
uśmiechnie. Bez skutku! Okrutny to musi być bóg, który zabrania im w
świątyni się uśmiechać!
Było to ciekawe miejsce i
bardzo pouczająca wizyta.
Potem kierowca oświadczył, że
jest już zmęczony i kategorycznie odmówił jazdy do Wodospadów Rochester.
Pisanego kontraktu nie było – co mu mogłem zrobić? Wśród
plantacji herbaty wróciliśmy do hotelu przy lotnisku… Słońce chyliło się
ku zachodowi…

After my visit
on the proper Mauritius island I sailed to the second island of the Mauritius
State – The Rodrigues. My report from Rodrgues you can read
Po zwiedzeniu macierzystej wyspy Mauritius popłynąłem na drugą co wielkości
wyspę tego państwa – Rodrigues. Relację z tej wyspy możecie przeczytać
