Wyprawa na Kilimandżaro cz.2 – Wojciech Dšbrowski (Kilim2_pl.htm)

Kilm_tyt.jpg (24611 bytes)

 tekst i

zdjęcia:  Wojciech Dšbrowski Š

text  &  photos

Częœć  druga

        *****      Part  

two

kil_landscape.jpg

Między Kibo i Mawenzi

Po kolejnej

nocy, spędzonej tym razem na twardych deskach podłogi starego schroniska w Horombo

długo rozcierałem zbolałe członki. Mycie w lodowatej wodzie strzšsa z nas resztki

snu. Pogodny poranek odsłonił piękny widok na oba szczyty: piętrzšcy się ponad

schroniskiem skalisty Mawenzi, który przypomina ruiny jakiegoœ potężnego zamczyska i

wcišż odległy, oœnieżony Kibo. Ruszamy na

trasę…

Po trzech

kwadransach marszu zatrzymuję się przy tablicy “Last water”. Ostatnia woda, trzeba

tu się zaopatrzyć w zapas, który wystarczy aż do powrotu do tego

miejsca. Kilkulitrowy plastykowy baniak wędruje do plecaka. Czeka mnie teraz trudna

wspinaczka na siodło pod Mawenzi. Wieje chłodny, przenikliwy wiatr, przekroczyłem już

granicę czterech tysięcy metrów i coraz trudniej oddychać.

kil lastwater.jpg (28313 bytes)

kil Mawenzi.jpg (38418 bytes)

Przystaję

na kwadrans przy drogowskazie pod stromš œcianš Mawenzi. Nikła œcieżka

odgałęziajšca się w prawo prowadzi stšd na wierzchołek “góry duchów”. Wczoraj

w Horombo Ndugu opowiadał, że według murzyńskich wierzeń na Kibo spotykajš się

dusze zmarłych mężczyzn, a na Mawenzi – kobiet. Podobno nocami między skalnymi

filarami wierzchołka słychać jakieœ jęki i szepty. – To kołaczš się dusze

niewiernych żon, sam byłem i słyszałem! – zapewniał Ndugu.

kil kibo.jpg (16693 bytes)

Kibo

Na przełęczy zastałem Jima, który wyszedł wczeœniej i teraz

odpoczywał tu ze swoim tragarzem. Kiedy fotografuję ich na tle oœnieżonego szczytu

Murzyn rzuca się w moim kierunku z wycišgniętš rękš: – Kumi szylingi! Dziesięć

szylingów! Zbywamy go œmiechem.

Po przekroczeniu przełęczy zaczyna się

łagodne zejœcie w dół. Piękny widok: cały Kibo jak na dłoni, widać krętš nitkę

œcieżki i trzecie schronisko. Dzieli nas od niego kilka kilometrów pustynnej, nieco

nachylonej równiny, która tylko miejscami usiana jest pojedynczymi kamieniami.

Leżšce na przeciwległym stoku schronisko

zdaje się być o wycišgnięcie ręki. – To złudzenie, czeka nas jeszcze 2,5 godziny

marszu! – prostuje czarny chłopak. Idziemy – ja pierwszy, dalej Jim, wreszcie tragarz ze

swoim bagażem na głowie. Kiedyœ od jakiegoœ turysty dostał zupełnie porzšdny

plecak. Tradycja jest jednak silniejsza – nosi go na głowie razem z wišzkš chrustu.

Pionierki miękko grzęznš w żółtym pyle

pokrywajšcym płaskowyż. Żółta pustynia całkowicie pozbawiona roœlinnoœci mimo

woli kojarzy się z idealnym lšdowiskiem dla samolotów. Nachylenie stoku na podejœciu

do schroniska nie jest duże, ale idzie się coraz trudniej. Krótki oddech, piekielny

ból głowy i łomot w skroniach. Nogi odmawiajš posłuszeństwa, każdy ruch zaczyna

wymagać kolosalnego wysiłku woli i mięœni. Stopka za stopkš – nigdy w życiu tak się

nie wlokłem…

kil desert.jpg (9419 bytes)

Trzecie schronisko nazywa się Kibo Hut i leży

na wysokoœci prawie pięciu tysięcy metrów. Marzeń o goršcej herbacie niestety długo

nie daje się ty zrealizować; benzynowy “juwel”, wierny towarzysz moich wędrówek

nie chce już na tej wysokoœci pracować. Ratuje nas tragarz ze swojš wišzkš chrustu.

   Przygotowujemy posłania w nie wykończonym baraku nowego schroniska

(dotychczas był tu tylko szałasy z falistej blachy). Nie ma mowy o jakimkolwiek posiłku

– organizm nic nie przyjmuje. Na kolację herbata i potrójna porcja przeciwbólowych

proszków. Karen i Russ przychodzš dopiero o pištej.

Kilim%20map.jpg

Atakujemy nocš

Wštpię, czy ktokolwiek z nas spał tej

trzeciej nocy. Ndugu wycišga nas ze œpiworów już o pierwszej. Dygoczemy z zimna.

Ogrzewamy zgrabiałe dłonie o kubki z herbatš i w drogę. Mimo pełni księżyca

niewiele można zobaczyć – przed nami stromizna pokryta żwirem i drobnymi kamieniami. Po

niej zakosami biegnie coœ, co dyrekcja KNP na pewno chciałaby nazwa㠜cieżkš. Bez

przerwy osuwamy się po tym rumowisku. Dwa kroki w górę, zjazd w dół i znów od

poczštku. Wbijam czuby pionierek w osypisko jak w œnieg – trochę pomaga.   W

œwietle słabej latarki widzę migajšce przede mnš kalosze tragarza. W idealnej,

panujšcej wokół ciszy każde stšpnięcie i chrzęst kamieni daje efekt równy niemal

grzmotowi. Mało tlenu, szeroko otwarte usta łapczywie chwytajš lodowate powietrze.

Idziemy w trójkę; Ndugu i Amerykanie zostali gdzieœ w dole.

W połowie drogi odpoczywamy przez chwilę pod skalnym nawisem tzw.

Groty Meyera. Nosi ona imię niemieckiego podróżnika, który w 1889 roku pierwszy

stanšł na szczycie.  Przytulony do towarzyszy zastanawiam się dlaczego wszyscy wchodzš

na Kibo nocš. Przypuszczalnie dlatego by do minimum ograniczyć okres przebywania w

niekorzystnych dla organizmu, wysokoœciowych warunkach, gdzie nie ma mowy o normalnym

odżywianiu się i wypoczynku (następnego dnia schodzi się od razu aż do Horombo). Ale

być może również dlatego, aby nie widzieć przed sobš kilkuset metrów tego

piekielnego osypiska. Idšc w nocy turysta ma nadzieję, że ta œciana płaczu lada

moment się skończy. W dzień nie ma takich złudzeń.

kil gillman.jpg (25685 bytes)

Gillman’s  Point

  (w drodze powrotnej)

W

rzeczywistoœci żwirowisko kończy się dopiero pod samš krawędziš krateru. Między

dużymi głazami dostrzegam tu pierwsze, białe języki œniegu. O 4.30 lawirujšc wœród

skał osišgamy Gillman’s Point – najniższy punkt położony na krawędzi krateru.

Stanowczo za wczeœnie! Dzwonię zębami i przeklinam w myœlach przewodnika. Jak on to

obliczył?  Księżyc wprawdzie zaszedł, ale do œwitu jeszcze półtorej godziny!

Jest zbyt zimno, aby tu czekać na słońce. Idziemy wyżej – na Uhuru –

najwyższš kulminację, która jest akurat po

przeciwnej stronie krateru…

kil crater.jpg (11336 bytes)

Przeciœnięcie

się przez skalne szczeliny między głazami wymaga czasami wyczynów wręcz

akrobatycznych. A trudno być akrobatš jeœli jest się przemarzniętym do szpiku koœci.

Skostniali z zimna poruszamy się na zesztywniałych nogach jak manekiny. Na szczęœcie

wkrótce wychodzimy na lekko nachylony, odkryty grzbiet. Podłoże pod stopami ugina się

miękko – to wulkaniczne popioły.

kil sunrise.JPG (7969 bytes)

Mawenzi  

fotografowane z Kibo przed wschodem słońca

Tracę rachubę czasu. Zataczajšc się, powoli

brniemy dalej. Niebo jaœnieje na wschodzie gdy stajemy obok kopczyka kamieni, w którym

zatkniętych jest kilka postrzępionych proporczyków. Więc to już tutaj? Œciskamy

sobie dłonie. Tragarz wyjmuje z blaszanej skrzynki jakiœ zeszyt, do którego

zgrabiałymi palcami wpisujemy swoje nazwiska.

Czekajšc na

słońce przeżywam kolejny zawód – woda w plastykowej butelce, którš niosłem pod

skafandrem zamieniła się w bryłę lodu. Trzeba opanować pragnienie…

kil glaciers.jpg (14352 bytes)

Z trudem dociera do mojej œwiadomoœci, że jesteœmy

przecież

na Uhuru Peak – na najwyższej kulminacji Afryki wyrastajšcej na: 5895 metrów

ponad poziom morza. Wstajšcy dzień odsłania

elementy fantastycznego krajobrazu. Owalne zagłębienie dawnego krateru ma 200, może 300

metrów głębokoœci, na jego dnie stojš przedziwne, wyostrzone formy powstałe z

topniejšcego lodu. Na zewnštrz zaœ krateru trzaskajšce i osuwajšce się z hukiem gigantyczne lodowce.

ChodŸcie już, zdjęcia zrobicie po drodze – trzeŸwo myœlšcy Murzyn nakłania nas do

powrotu. Schodzimy. Po drodze Jim robi to jedno jedyne pamištkowe zdjęcie.  

Przychodzi w końcu moment, kiedy czerwona tarcza słońca wystrzela nagle ponad potężnym masywem

Mawenzi. Kilkudziesięciometrowe œciany lodowców zapalajš się czerwono-złotym

blaskiem. To jest właœnie to miejsce i ta chwila!   I po to warto tu było

przyjœć…

                                                  

Wojciech Dšbrowski

kil landscape.jpg (17144 bytes)

Powyższy

tekst został opublikowany po raz pierwszy  w magazynie “IMT Œwiatowid” w

maju 1977 roku…

 

Z relacji innych polskich trampów,

którzy ostatnio wchodzili na Kilimandżaro wynika, że warunki wspinaczki niewiele

się zmieniły – wzrosły jedynie opłaty…