
część V – UNION ISLAND
tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski ©
– text & photos

Każda wyspa w archipelagu
Grenadyn jest inna. Union Island oglądana z daleka (na zdjęciu powyżej zrobionym z
Tobago Cays) wyróżnia się wysokimi i stromymi, nieregularnymi
szczytami. Union Island leży w połowie drogi miedzy Saint Vincent i Grenadą.
i choć pierwsze ślady osadnictwa na Union pochodzą z roku 5400 pne to pisana
historia wyspy zaczyna się z przybyciem pierwszych Europejczyków w 1750
roku… Pierwszymi osadnikami byli dwaj Francuzi: Jean Augier i Antoine
Renaud i 350 czarnych niewolników. Po nich na wyspie pojawił się angielski
handlarz niewolników Samuel Span, który uzyskał tytuł własności wyspy.
Kroniki z roku 1778 odnotowały obecność na wyspie 10 Francuzów, 6 Anglików i
430 afrykańskich niewolników pracujących głównie na plantacjach bawełny. Po
zniesieniu niewolnictwa w 1834 roku wyspę sprzedawano jeszcze kilkakrotnie.
Ostatni właściciel: Korona Brytyjska podzieliła ja w 1910 roku na parcele i
na korzystnych warunkach udostępniła mieszkańcom.


swojego nowego kościółka wybudował równie okazały dom parafialny a w nim
urządził 2 pokoje gościnne udostępniane turystom. Budynek stoi około 1 km za
portowym miasteczkiem Clifton, przy drodze do Ashton, na zboczu.
Tanio dla trampa to tu nie jest (35 USD za
pokój z dwoma łóżkami, wiatrakiem i łazienką- nie ma zniżek dla Europy
Wschodniej i rodaków papieża) ale z balkonu roztacza się wspaniały widok na
morze i sąsiednie wyspy: Palm i Cariacou. Do dyspozycji jest kuchnia i
lodówka, a father Andrew chętnie pomoże w zorganizowaniu (odpłatnego)
zwiedzania okolicy. Mile go wspominam, tylko ta cena…

turyści trafiają na Union przez portowe miasteczko Clifton. Główne
instytucje skupiły się w nim na dwustu metrach jednej, centralnej
ulicy. Jest tu jachtowa przystań, drogie restauracje dla zamożnych
żeglarzy z karaibską muzyką i girlandami lampek (a jedna nawet dodatkowo z
rekinami pluskającymi się w basenie). Tuż przy przystani alternatywny,
hałaśliwy Clifton Beach Hotel z najtańszymi pokojami od 25 USD. Są też
supermarkety prowadzone głównie przez Francuzów (wybór win i serów, bagietki
po 5 EC$ – najdroższe jakie w życiu jadłem). Niewielki warzywny bazar
w centrum Clifton przeznaczony jest przede wszystkim dla żeglarzy i
turystów. Za 1 EC$ można dostać 3 banany, a za 2 EC$ – standardową butelkę
coli.

największym osiedlem na wyspie jest nie jest portowo-hotelowe,
kosmopolityczne Clifton ale miasteczko Ashton, położone w środkowej części
wyspy, u stóp gór Mt Taboi i Mt Parnassus. Niestety Ashton odcięte jest od
morza pasmem mangrowych zarośli. Wybetonowana pochylnia na stoku góry tuż
ponad dachami domów to water catchment – miejsce do zbierania wody
deszczowej. Niedostatek słodkiej wody jest wielkim problemem południowych
Grenadyn, które mają bardziej suchy klimat niż Saint Vincent…
W sennym Ashton znajdziecie bardziej autentyczną atmosferę i krajobraz Indii
Zachodnich. Składają się na niego między innymi takie tradycyjne
karaibskie domki o podłodze na palach i ścianach z drewnianego gontu.
Niestety na Union Island pozostało ich już niewiele.
Union Island ma swoja stronę w internecie
www.unionisland.com
tam przeczytacie więcej o wyspie i jej tradycjach. Co nie co znajdziecie
także na komercyjnej stronie wszystkich Grenadyn:
www.grenadines.net


przydrożne budki mieszczą bary pełniące jednocześnie funkcje sklepików. Bary
bez neonów i szyldów rozpoznawalne są po jaskrawych kolorach fasady i
reklamach pepsi- i coca coli. Co wcale nie znaczy, że te napoje można w nich
dostać… W wielu punktach wyspy nie ma na nie popytu bo są zbyt drogie. W
zamian serwuje się tam napoje chłodzące produkowane lokalnie. Zaskoczeniem
jest obecność w barach dużego zestawu zagranicznych trunków – czyżby
zaopatrywali je przemytnicy z Cariacou?
Cmentarz w Ashton
malowniczo usytuowany jest na wybrzeżu i mieści nagrobki z różnych
okresów…
Ląd widoczny na
horyzoncie to wyspa Carriacou należąca już do innego wyspiarskiego państewka
połozonego dalej na południe – Grenady. Cariacou ma opinię wyspy
przemytników – tam whisky i tytoń są tańsze niż gdziekolwiek na Karaibach.
Ma też o dziwo bardzo ładną stronę w internecie:
http://www.cacounet.com/index2.html Mało kto wie, że dwa razy w tygodniu z
Union Island na Carriacou odpływa prom tworząc bardzo tani i wygodny pomost
między dwoma sąsiadującymi ze sobą wyspiarskimi krajami. Stateczki odpływają
z Union w poniedziałki i czwartki o 7.30. Rejs trwa około godziny i płaci
sie 6 USD lub 15 EC$. Powroty z
Cariacou w te same dni o 12.30. Dodatkowe opłaty celne na Union: 1 EC$ przy
wyjeździe i 10 EC$ przy wjeździe.


szukałem w buszu w zachodniej części wyspy pozostałości warownego Fort Irene.
Kilkukilometrowy marsz wynagrodziły mi widoki. Naprzeciwko Ashton
wyrasta z morza niewielka skalista wysepka Frigate Island – przydająca urody
krajobrazowi. Miejscowi wożą tam łodziami turystów chcących uprawiać
snorkeling.
W głównej ulicy Clifton jest biuro
informacji turystycznej. Można tam kupić pocztówki (po 2 “karaiby” – o
0,50 taniej niż gdzie indziej) i dostać kiepską mapkę wyspy z
powielacza… Na moje pytanie o ścieżki prowadzące na szczyty wyspy
panienka potrafiła tylko odpowiedzieć, że powinienem w wiosce
wynająć lokalnego przewodnika. Ona, choć tu mieszka od urodzenia nigdy
nie próbowała na te góry wchodzić… Patrzyła na mnie jak na
dziwaka…

Policjant na
posterunku w Ashton też nie wiedział jak mi pomóc… W końcu ktoś
życzliwy na ulicy poradził: -Wejdź po tym trawiastym zboczu na przełęcz
przez którą przebiega szutrowa droga do Chatham Bay. I idź dalej
trawiastym grzbietem tak daleko w górę, jak się da!… Poszedłem. Na
grzbiecie urozmaicały mi marsz kaktusy i kolczaste krzewy. W końcu uznałem,
że dalej się już nie da… Stałem na wysokości ok. 250 m npm zziajany
i spocony wędrówką w palącym słońcu. Czy było warto? Ano oceńcie sami
– oto jak wygląda ta wyspa z lotu ptaka…

w dolinie domki Aron Valley. Dalej szpiczasty szczyt The Pinacles (na
mapce – 925 stóp). za nim w dole leży Clifton…
W odróżnieniu od innych Grenadyn na
Union widzi się sporo nie zalesionych stoków. Porasta je wyschnięta
trawa. Ślizgałem się po niej niebezpiecznie schodząc potem stokiem
w dół na przełęcz.
Po drugiej stronie przełęczy wznosi
się Mt Olympus (co za wyszukane nazwy!). Ale ja schodziłem w dół –
do Chatham Bay. Początkowo leśną drogą, potem już tylko ścieżką
uczęszczaną przez miejscowe kozy… Najwyraźniej miejscowi gdy
musza dostać się do tej zatoki płyną raczej łodzią wokół wyspy…

krzaki słyszałem z daleka szum fal. Wreszcie – jest! Plaża w Chatcham
Bay. Pusta, długa, czysta, urokliwa… Z kilkoma wielkimi głazami.
które stoczyły się tu z urwiska. Po co moczyć kąpielówki?
Zrzuciłem z siebie wszystko i skoczyłem do wody… Było wspaniale,
krystaliczna, wysoko zasolona woda doskonale unosi… Pławiłem się blisko
godzinę, aż poczułem na odkrytej głowie skutki słonecznego promieniowania –
trzeba było wrócić po czapkę. Nie zapomnijcie o niej biegnąc do takiej
kąpieli w tropiku…

którą spotkałem na kilkukilometrowej plaży był stary rybak koczujący tu ze
swoją rodziną. Na szczęście mieli odpowiedni zapas słodkiej wody i życzliwie
napełnili moją od dawna już pustą butelkę… Krajowcy z Union są bardzo
sympatyczni chyba, że odgadną w was zarozumiałych bogaczy należących do
innego, niedostępnego dla nich świata…

Wróciłem ścieżką w górę do drogi obiegającej wokół Mt Olympus. Tą
drogę też poprawiają wstawiając nawet fragmenty betonowej nawierzchni. Z
drogi otworzył się widok na Richmond Bay na północnym wybrzeżu wyspy (na
zdjęciu). Gdy pod wieczór strudzony doczłapałem do parafii Św. Józefa i
opowiedziałem, gdzie byłem father Andrew popatrzył na mnie z niedowierzaniem
– widać jego goście rzadko zapuszczają się tak daleko i do tego na
piechotę…

Kolejnego dnia
ruszyłem już bardziej przetartym szlakiem. We wschodniej części wyspy ponad
Clifton i wysuniętym na cypel pasem startowym lotniska wznosi się wzgórze z
pozostałościami fortu na szczycie. Taka w właśnie droga jak na zdjęciu
prowadzi w górę do Fort Murray. Sam fort, a właściwie to co po nim pozostało
jest maleńki: to właściwie tylko mały bastion: ma nie więcej niż 30 kroków w
każdą stronę i na murach o wysokości 1,5 metra dwie stare armaty wycelowane
w przeciwne strony świata . Główną atrakcją tego miejsca jest jednak
panorama.

otwiera się z Fort Murray należy do najpiękniejszych na Grenadynach.
Rozległa rafa osłania mieniące się różnymi odcieniami turkusa kotwicowisko
dla jachtów. Rozwichrzone korony palm na brzegu i maleńka wysepka na rafie –
Thompson Island na którą można dopłynąć łódką. Po drugiej stronie przesmyku
widać część prywatnej wyspy Palm Island.

Murray warto zejść wprost na północne wybrzeże wyspy. To tam, w Belmont Bay
znajdziecie odcinek wybrzeża nazywany Big Sands. Big Sands ma
opinię najlepszej plaży na Union Island. Jest łatwo dostępna pieszo
lub mikrobusem (za 2 EC$) z Clifton. To tylko około dwóch kilometrów. Na
brzegu stoi tu kilka domostw, niektóre z nich wynajmują turystom pokoje. W
sezonie działa nawet plażowy bar.
Osobiście wolę pustą plażę w Chatham
Bay, ale to rzecz gustu…
Na Big Sands miała miejsce moja
ostatnia karaibska kąpiel tej zimy. Pod wieczór przyszło zarzucić plecak
i pomaszerować w kierunku startowego pasa…

Klika lat temu na
Union Island zbudowano małe lotnisko mogące przyjmować niewielkie śmigłowe
samoloty. Powstała także niewielka wiata terminalu i widoczna na zdjęciu
wieża kontrolna. Przed całością ustawiono dumną tablicę “Union Island
International Airport”. Po drugiej stronie drogi stoi drewniany domek
zamieszkiwany przez tubylczą rodzinę, która każdą kroplę deszczowej wody
zbiera z dachu do do plastykowej beczki. Ta instalacja zastępuje im
wodociąg. Z sąsiadującego “airportu” odlatują samolociki
na Saint Vincent, Grenadę i Martynikę. Szczególnie to ostatnie
połączenie może się Wam przydać aby zmontować tani powrót do Europy…

