Montserat na Karaibach – Wojtek Dąbrowski (Karaib02c.htm)

Montsertyt.gif

tekst i zdjęcia: Wojciech Dąbrowski ©

– text & photos


    Ten

niewielki skrawek lądu jest jednym z najrzadziej odwiedzanych miejsc na

Karaibach,   mimo że leży blisko dużego lotniczego węzła Karaibów

funkcjonującego na sąsiedniej wyspie Antigua. Decyduje o tym nie tylko brak

na Montserat infrastruktury turystycznej ale także ponura sława związana z

kataklizmem, który przeszedł nad nią stosunkowo niedawno.  W sierpniu

1995 roku wybuchł na nowo wulkan Soufriere Hill zajmujący południową część

wysepki…

MontSmp.gif (5871 bytes)

Montserat

był przez setki lat kolonią brytyjską… Wysepka ma rozmiary 12 na 7 mil i

leży w pobliżu innej, znacznie większej – Antigua.  

W konsulacie brytyjskim w Warszawie poinformowano mnie , że od Polaków

odwiedzających Montserat wymaga się posiadania wizy. Otrzymałem ją u

Brytyjczyków w ciągu jednego dnia po zapłaceniu 120 złotych.   

Po przylocie na miejsce młody urzędnik emigracyjny wcale nie szukał w moim

paszporcie wizy – wbił mi ładny przyjazdowy stempel z koniczynką, jego

kolega celnik zajrzał leniwie pod klapę plecaka i na tym odprawa się

skończyła. Może nie zdawali sobie nawet sprawy co to za paszport?… 

Mont831.JPG (14129 bytes)

Helikopter

zabiera wprawdzie tylko 8 pasażerów, ale lata na Montserat trzy razy

dziennie – codziennie z wyjątkiem środy. Za bilet w jedna stronę trzeba

zapłacić 33 USD. Alternatywą dla helikoptera jest katamaran “Opale Express”

odpływający na Montserat z St. John’s na Antigua codziennie z wyjątkiem

niedziel o 6.30 i 16.00. Po półgodzinnym postoju na Montserat katamaran

wraca do St. John’s. Koszt biletu to 38 USD w każdą stronę lub równowartość

tej kwoty w dolarach karaibskich. Podobno istnieje specjalna weekendowa

taryfa powrotna (na rejsy w piątek, sobotę i poniedziałek) która za 45 USD

pozwala odbyć podróż powrotną…

Mont834.JPG (11129 bytes)

Do odprawy

każą przyjść 1,5 godziny przed odlotem. To dużo za wcześnie ale przychodzę,

bo wolę nie ryzykować utraty miejsca…  Podczas lotu hałas w kabinie

jest tak duży, że pasażerowie dostają specjalne tłumiące słuchawki na uszy.

Już po kilkunastu minutach lotu widać górzysty ląd. Tak wyglądają północne,

wysokie wybrzeża Montseratu oglądane z pokładu helikoptera. 

Siadamy na małym płaskowyżu w środku północnej części wyspy. Odprawa w małym

baraczku… dowiaduję się, że jedynym środkiem transportu na wyspie są

taksówki. Drogie! Przyjmują amerykańskie dolary jeszcze chętniej od

wschodniokaraibskich…  15 USD za kurs do hotelu? -To u nas normalna

cena!   

Ludzie

Montseratu. Swoich korzeni szukają najczęściej w Irlandii (obchodzi się tu

jako narodowe święto dzień św. Patryka).   Odniosłem wrażenie że

Ci ludzie niestety nie są zbyt życzliwi dla przyjezdnych. Może dlatego, że

na wyspie po wybuchu wulkanu zostali przede wszystkim ci najubożsi i

najmniej wykształceni. Może dlatego, że każdy z nich został w jakiś sposób

dotknięty przez katastrofę, wiele utracił i czuje się pokrzywdzonym przez

los…  Może także dlatego że ci ludzie nie widzą dla siebie wesołych

perspektyw: pomoc udzielana przez metropolię jest skromna i nie wystarcza

nawet na szybkie odtworzenie publicznych budynków i infrastruktury. Mówią

między sobą dziwacznym, trudnym do zrozumienia żargonem, który nazywają

“broken english”. -Jest bardziej zwięzły od angielskiego! – powiadają.

Jednostką monetarną Montseratu jest (podobnie jak na

wszystkich sąsiednich wyspach) wschodniokaraibski dolar.

Mont884.JPG (14138 bytes)

Mont839.JPG (20394 bytes)

Baza

hotelowa Montseratu jest obecnie bardzo skromna.  Zapytany o najtańszy

guesthouse urzędnik z lotniska wskazał mi pensjonat “Montserrat Moments” (po

angielsku nazwę kraju pisze sie przez dwa “r”).   Gdy taksówką

dotarłem do ładnej willi usytuowanej na zboczu Manjack Heights okazało się

że ten najtańszy wariant oznacza konieczność zapłacenia 45 USD za pokój z

łazienką, śniadaniem i używalnością kuchni.   Gospodyni – biała

Florence była nawet miła ale nic nie chciała opuścić…   Standard

był wysoki, rzecz w tym, że ja takiego wcale nie potrzebowałem!   

Nie było jednak wyboru,  a także czasu na chodzenie po wyspie w

poszukiwaniu czegoś skromniejszego.    

-Masz jeden

dzień na zwiedzenie wyspy? Będziesz musiał wziąć taksówkę!  Na moją

prośbę Florence zadzwoniła do najbardziej znanego miejscowego taksówkarza i

jednocześnie przewodnika po wyspie.

Mont840.JPG (19452 bytes)

Przyjechał

mocno sfatygowanym mikrobusem po dwóch kwadransach. Czarny Joe Phillip.

Taryfa: 20 USD za każdą godzinę jeżdżenia i objaśniania.  Po targach

stanęło na 15…  Pod koniec tury Joe sam się sobie dziwił: -Jak ja

mogłem się zgodzić na tak niską stawkę i… zostawił mnie na drodze… 

Ale rano ruszaliśmy z optymizmem.

Po wulkanicznym kataklizmie który nawiedził

wyspę zabytków do oglądania zostało tu raczej niewiele. Do tych nielicznych

zaliczyć można chyba ten  anglikański kościółek Św. Piotra otoczony

cmentarzem. W niewielkiej społeczności Montseratu reprezentowane są 

niemal wszystkie ważniejsze wyznania: Roman Catholic, Anglican, Seventh Day

Adventist, Pentecostal, Methodist, Baptist, Jehovah’s Witness, Wesleyan

Holiness, Church of God – o niektórych pewnie wcale nie słyszeliście… . .

Mont843.JPG (14671 bytes)

Od czasu

erupcji południowa część wyspy (około 2/3 jej powierzchni) jest niedostępna

zarówno dla turystów jak i dla miejscowych. W tej strefie, nazywanej

Exclusion zone  znalazła się między innymi dawna stolica wyspy –

Plymouth. Możliwość spojrzenia na zamkniętą i zakazaną dla turystów część

wyspy daje wzgórze Garibaldi Hill (na zdjęciu – w centrum). Na szczyt

prowadzi terenowa, miejscami umocniona droga.

Mont846.JPG (25711 bytes)

Na stoku wzgórza przetrwało kilka domów – will. W okresie zagrożenia

kolejnymi wybuchami  wulkanu władze przymusowo wysiedlały ich

mieszkańców. Wszyscy się temu poddali z wyjątkiem dwójki hardych

amerykańskich emerytów z Michigan. Przyjeżdżając tu i kupując posiadłość

wierzyli, że to niedrogie i bezpieczne miejsce w którym spokojnie można

spędzić jesień życia. Robert i Beverly Kleeb do dziś mieszkają tu w swoim

domu malowniczo położonym na skalnym urwisku a z tarasu przed ich domem

roztacza się taki oto widok… Naprzeciwko – po północnej stronie zatoki na

stoku widać domy osady Salem – ostatniego zamieszkanego osiedla przed strefą

zamkniętą…

Mont852.JPG (17195 bytes)

Na mapach i w encyklopediach jako stolicę Montseratu wciąż pokazuje się

Plymouth. Tymczasem (popatrzcie na zdjęcie obok) naprawdę jest to w tej

chwili tylko “ghost town” – miasto duchów do którego nikt nie ma dostępu.

Wszystkie domy są opuszczone, nawet te które stoją wśród zieleni u stóp

Garibaldi Hill. Widoczne w dali centrum miasta pokryte jest warstwą błota i

popiołu. Przy wysuniętym w morze molo nie cumują teraz żadne jednostki bo

wpływanie do strefy przybrzeżnej z tej strony wyspy też jest zabronione…

Tuż przed pamiętnym wybuchem na Montserat mieszkało 10600 ludzi. Po wybuchu

liczba mieszkańców zmalała o połowę – nie jest to bezpieczne miejsce do

mieszkania i niewiele jest tu miejsc pracy.

Mont855.JPG (12420 bytes)

W centralnej

części wyspy wyrastają trzy zielone wzgórza – Centre Hills. Na  stoku

jednego z nich budują obecnie obserwatorium wulkanologiczne. 

Wjechaliśmy tam aby popatrzeć na okolicę i przekonać się, że rzeczywiście

stąd otwiera się najlepszy widok na wulkan (zdjęcie obok).  Niestety

tego dnia szczyt wulkanu Soufriere Hill, winnego katastrofy spowity był

chmurami. Lawa wydobywająca się z tego wulkanu ma wielokrotnie większa

lepkość niż np. ta z Hawajów. Dlatego nie tworzyła ona potoków spływających

po zboczu aż do morza ale natychmiast po wylewie z krateru zastygała

formując nowy wierzchołek i zastygając w górnych partiach zbocza. To co

spływało na dół to popioły wulkaniczne, błoto i gorąca woda.

Mont863.JPG (9057 bytes)

Od kataklizmu minęło kilka lat, ale państewko nie podźwignęło się jeszcze.

Siedziba rządu mieści się wciąż w takich prowizorycznych barakach.

Mieszkańcy skarżą się na wysokie podatki i cła (z czegoś ten rząd musi się

utrzymywać!). Nieśmiało próbują na nowo rozwijać turystykę, ale ceny jak

przeczytaliście póki co są “zaporowe”. Montserat ma swoją stronę w

internecie:

http://www.visitmontserrat.com/geninfo.htm   gdzie znaleźć

można podstawowe informacje o tym, co wyspa ma obecnie do zaoferowania… 

Mont864.JPG (17723 bytes)
Mimo że dwie

trzecie powierzchni wyspy zamknięte jest dla zwiedzania to i tak na

Montserat znaleźć można piękne widoki do fotografowania. Gdyby jeszcze przez

te góry poprowadzono jeszcze jakieś ścieżki i wydrukowano mapkę….  

Zdjęcie przedstawia zatokę Carr’s Bay.  Za niewielkim skalistym cyplem

po prawej stronie leży jeszcze głębiej wcięta w ląd Little Bay – gdzie jest

jedyny porcik wyspy do którego przypływają:  katamaran z pasażerami i

niewielkie jednostki handlowe z zaopatrzeniem. Po drugiej stronie widocznej

na zdjęciu skały jest trudno dostępna zatoczka Rendezvous Bay z

najładniejszą plażą na wyspie (zdjęcie będzie dalej)

Mont867.JPG (14258 bytes)

W Carr’s Bay

jest niewielki nadbrzeżny taras na którym ustawiono stare armaty. Dla

Europejczyków odkrył ta wyspę Kolumb w 1494 roku nazywając ją Santa Maria de

Montserrat od słynnej Madonny z katalońskiego klasztoru. Przetrwał tylko

ostatni człon tej nazwy. Potem, od 1632 roku kolonizowali tą wyspę

Brytyjczycy.  Do dzisiaj Montserat jest kolonią. Gubernator mianowany

przez brytyjską królową odpowiada za sprawy obrony, politykę zagraniczną i

sprawy wewnętrzne. Gubernator przewodniczy siedmioosobowej Radzie

Wykonawczej zarządzającej wyspą.  11-osobową Radę Legislacyjną

wybierają obywatele w powszechnych wyborach…

Mont868.JPG (16758 bytes)

Typowego karaibskiego budownictwa na Montserat nie zobaczycie wiele. Te dwie

chatki fotografowałem przy lądowisku helikopterów. tak naprawdę to jest

jeden dom: zgodnie z tradycją Karaibów młode małżeństwa zamieszkiwały w

takiej pojedynczej chatce. Gdy rodzina się rozrastała wyburzano jedną boczną

ścianę i dostawiano następny segment. I tak dalej – w zależności od potrzeb

i zamożności właścicieli… 

Mont869.JPG (22534 bytes)

W kilku

punktach “bezpiecznej” części wyspy zbudowano osiedla dla “przesiedleńców” z

części zagrożonej.   Mają w tych domkach wodę, elektryczność, a

nawet telefony. Ale to już nie ten styl…  Życie towarzyskie jest

ograniczone skromnymi możliwościami – funkcjonuje tylko kilka małych,

hałaśliwych barów. Podczas mojego pobytu przygotowywano do otwarcia nowy

hotel – można sobie jednak wyobrazić jakie tam będą obowiązywać ceny…

Mont870.JPG (27737 bytes)

W północnej

części wyspy dominują zielone góry – to Silver Hills – Srebrne Wzgórza. W

prospektach piszą, że przez wzgórza poprowadzone są turystyczne szlaki. Na

miejscu przekonałem się, że być może kiedyś tam były, ale w ciągu ostatnich

lat kompletnie zarosły – od czasu wulkanicznej katastrofy i upadku turystyki

nikt nimi nie chodzi. Na środkowej górce ze zdjęcia obok budują jakąś chatę

i doprowadzili tam terenową drogę – to ona w znakomity sposób ułatwiła mi

wspinaczkę. Wypociłem sporo wody zanim tam dotarłem. Bylo kompletnie pusto,

tylko ptaki skrzeczały w zaroślach – idealne warunki do obcowania z

przyrodą…

 

Mont872.JPG (9203 bytes)

Widok

roztaczający się z Silver Hills wart jest wspinaczki. Na zdjęciu widać

zachodnie brzegi wyspy. Z mojej trasy można tam było dość wygodnie zejść

kolejną terenową drogą i fotografować klify pod którymi pieni się ocean.

Na płaskim terenie widocznego na zdjęciu cypla było kiedyś lotnisko “W.H.

Bramble Airport” przyjmujące turbośmigłowe samoloty z Antigua i innych

karaibskich wysp. Dziś ten odcinek wybrzeża jest niedostępny jako fragment

zagrożonej strefy. A na Montserat teraz latają tylko helikoptery – ich

lądowisko znajduje się na małym płaskowyżu w środku wyspy – u stóp Silver

Hills.

Mont875.JPG (20637 bytes)

A to widok w

kierunku wschodnim. Wspinałem się na Silver Hills z zamiarem znalezienia

zaznaczonej na starej mapie ścieżki i zejścia nią bezpośrednio do zacisznej

Rendezvous  Bay. Niestety, wszystkie słabo widoczne scieżki prowadzace

w tamtym kierunku kończyły się chaszczami. Po drodze nie spotkałem ani

jednej “żywej duszy” u której mógłbym zasięgnąć języka.  W rezultacie

przyszło mi zawrócić do Drummonds i przygodnym samochodem zjechać w dół do

Corr’s Bay…  Stamtąd dotarłem do Rendezvous Bay – pieszo…

A to właśnie

ta ustronna zatoczka Randezvous Bay z najładniejszą plażą na wyspie. 

Miejscowi najczęściej dopływają do niej łodzią okrążając wysoki, skalisty

cypel oddzielający ją od Little Bay. Co pozostaje trampowi? Trzeba odszukać

początek ścieżki biegnącej przez grzbiet na drugą stronę. Na początek trzeba

zgłosić się do portowego strażnika, który pokaże małą furtkę w ogrodzeniu na

zboczu. Zabezpiecza ona portowy teren przed wałęsającymi się kozami. Za

furtką zaczyna się ścieżka.  Zaniedbana, miejscami stroma i

niebezpieczna bo trawersuje osypiska. Ale do przejścia…  Z drugiej

strony grzbietu otwiera się pyszny widok w dół, na niewielką zatoczkę.

(Zdjęcie obok). Zejście po kamieniach znowu jest strome. Pokonanie całej

trasy zabiera jakieś pół godziny.   W dole, w zaroślach przy plaży

stoi samotny i zamknięty na głucho bungalow.    Żadnych

plażowiczów… Pustka. Urocze miejsce. Powiadają, że to jedyna na Montserat

plaża z białym piaskiem…

Mont878.JPG (20581 bytes)

Mont886.JPG (7852 bytes)

Rano z

Antigua przypłynął wodolot  “Opale Express”.  Ze zdobyciem miejsca

na pokładzie nie było problemu – zabiera aż 300 pasażerów. Warto zapamiętać,

że podróżni odpływający czy odlatujący z Montseratu płacą taksę wyjazdową w

wysokości 17 USD.   Z płacenia taksy zwolnieni są tylko ci, którzy

przebywają na wyspie do 24 godzin. Przy dobrej organizacji i przygotowaniu w

ciągu doby można zobaczyć wszystkie dostępne atrakcje Montseratu. Pobyt na

wyspie jest zbyt drogi – zdecydowałem szybko wrócić na Antigua.

Podczas

krótkiego rejsu (55 minut – trochę nami huśtało). Z pokładu można było

podziwiać wybrzeża Montseratu i wciąż spowity w obłokach szczyt wulkanu. Na

zdjęciu obok na pierwszym planie widać Silver Hills.  Montserat jest bardzo

niezwykłym miejscem i dlatego warto je było zobaczyć…

 

Na Antigua zacumowaliśmy w głównym porcie i stolicy wyspy – St John. Ale o

tej wyspie nazywanej wyspą 365 plaż przeczytacie już na kolejnej stronie…

Mont890.JPG (7063 bytes)

Divider.gif

Powrót do głównej strony o Południowych Karaibach: