Trzy Gujany – Wojtek Dąbrowski (gujany_pl.htm)

Guyana_map45.jpg (35648 bytes)W
czasach kolonialnych istniały trzy Gujany: holenderska, brytyjska i francuska.

Obecnie dwie pierwsze spośród nich są niepodległe, a trzecia  jest zamorskim

departamentem Francji. Leżą w strefie tropikalnych lasów, wielkich rzek i

sawanny.  Dociera tam bardzo ograniczona liczba turystów – jest to wciąż podróż

z dala od wydeptanych szlaków. Infrastruktura i komunikacja są kiepskie: główne drogi

przebiegają tylko wzdłuż wybrzeża, a tych kilka, które kierują się

do interioru jest

w marnym stanie.   Alternatywną drogę w interior stanowią rzeki, ale nie

pływają po nich regularne statki (z wyjątkiem połączenia Georgetown – Bartica),

a komunikacja rzeczna oparta jest na wynajmowanych łodziach i motorówkach – aby

obniżyć koszty tramp zmuszony jest tu zawsze zorganizować grupę.  Przeloty

małymi samolotami śmigłowymi są jeszcze jedną alternatywą, ale dosyć drogą.

Lotniska z wyjątkiem stolic są zbyt małe, aby przyjmować samoloty odrzutowe.

Przejechałem Gujany od Cayenne do Georgetown. Pierwsza jest bezpieczna, w pozostałych

dwóch turysta powinien się mieć na baczności. Poniżej przedstawiam pozostałe

praktyczne informacje zebrane podczas tej podróży…

GUJANA   FRANCUSKA

     Ponieważ

traktowana jest jako część terytorium Francji nie jest trudno znaleźć tanie loty z

Paryża do Cayenne: np 290 USD w jedną stronę z AOM Minerve. Wydaje mi się, że jest to

w chwili obecnej najtańsza droga z Europy do Ameryki Południowej, szczególnie

interesująca, jeżeli nie zamierza się wracać do Europy tą samą trasą. Z Gujany

można się dostać dalej do Brazylii przez Saint Georges de l’Oyapock. Niestety nie

skończono jeszcze budowy drogi ze stolicy do Saint Georges i aby  tam dotrzeć

trzeba wykupić wewnętrzny przelot (300 FRF w jedną stronę) albo trafić na statek,

który raz w miesiącu płynie tam z Cayenne. Warto może odnotować, że przy przylocie

do Cayenne nikt nie kazał mi pokazywać wylotowego biletu. Polacy nie potrzebują wizy do

Gujany Francuskiej.

Cayenne rozczarowuje przybysza.

Spodziewałem się zobaczyć dobrze zagospodarowaną stolicę zamorskiej prowincji. W

rzeczywistości okazało sie małym, prowincjonalnym miasteczkiem. Ale i tam znalazło

się kilka miejsc wartych odwiedzenia – np panorama miasta i rzeki ze szczytu wzgórza, na

którym stoją mizerne pozostałości Fortu Ceperou. Jest także ładny ratusz i kilka

stylowych budynków administracji kolonialnej zgrupowanych przy placu Herdera. Na Place

des Palmistes – wypełnionym majestatycznymi palmami wieczorem pojawiają się barobusy

znane tym spośród was, którzy byli na Francuskiej Polinezji. Warte jest również

zobaczenia zlokalizowane nieopodal muzeum z piękną kolekcją tropikalnych motyli,

eksponatami pochodzącymi z indiańskich wiosek i malarstwem pokazującym sceny z czasów,

gdy Gujana Francuska była kolonią karną. Wstęp do muzeum kosztuje 15 FRF. W całym

świecie nazwa miasta znana jest chyba bardziej jako gatunek pieprzu…

Kourou: Wcześnie rano na  Rive

Droite łatwo jest złapać zbiorową taksówkę do tego nadmorskiego miasteczka. Kourou

podzielone jest na dwie części: nową – składającą się z kilkudziesięciu nowych

will zamieszkiwanych przez Francuzów pracujących w Centrum Kosmicznym. (Organizowane są

zbiorowe wycieczki do tego centrum, ale tylko w dni robocze.) Turysta zazwyczaj szuka

starej części miasteczka – można ją znaleźć u ujścia rzeki. Jest tam trochę

tradycyjnych domków w karaibskim stylu i przystań na rzece. Stateczki do Wysp Salud, w

grupie których leży Diabelska Wyspa wyruszają właśnie stąd – codziennie o 8.30.

  Za powrotną podróż do Ile Royale trzeba zapłacić 190 FRF. Stateczki wracają o

17.00, i nawet przy słonecznej pogodzie morze jest tu zazwyczaj bardzo rozhuśtane.

devil_is.JPG (17643 bytes)

Diabelska   Wyspa  z  Ile Royale

Diabelska

Wyspa: po jednogodzinnej żegludze motorowym katamaranem wylądujecie na wyspie

Royale. A tak naprawdę to są tam trzy skaliste wyspy oddzielone jedna od drugiej

burzliwymi przesmykami o szerokości zaledwie około 200 metrów: Royal – największa

leży w środku, St Joseph ma jedyną maleńką plażę i jest na tej wysepce przystań

(można dopłynąć tam wynajętą łodzią) oraz Diabelska Wyspa – leżąca po lewej,

dziś bezludna, a kiedyś będąca miejscem odosobnienia dla więźniów

politycznych.  Diabelska Wyspa jest niedostępna dla turystów ze względu na

niegościnne skaliste wybrzeże, prądy morskie i wzburzone morze dookoła.

To właśnie dlatego w

przeszłości używano prymitywnej kolejki linowej kursującej ponad przesmykiem dla

zaopatrywania przebywających tam więźniów i strażników. Zatem w rzeczywistości

turyści mogą oglądać Diabelską Wyspę jedynie z odległości 200 metrów. Kolonia

karna funkcjonowała do 1953 roku – na Ile Royale w “najlepszych” czasach

przetrzymywano do 2000 więźniów kryminalnych. Można tam oglądać pozostałości

baraków, kaplicy, latarnię morską i więzienny szpital. W dawnej jadalni strażników

urządzono restaurację i hotelik (około 300 FRF za noc) oraz mały sklepik z

pamiątkami. Trampy mogą rozwiesić hamaki w jednym z dawnych baraków płacąc 60 FRF.

Po obwodzie wyspy prowadzi wygodna ścieżka – zatoczenie kręgu zabiera około

45 minut. W

dawnym domu komendanta znajdziecie małe muzeum z mapami i starymi fotografiami.

Saint

Laurent du Maroni: to ładne miasteczko na brzegu granicznej rzeki Maroni 

(przejście graniczne do Surinamu). Z Cayenne kursuje do St Laurent przez Kourou tylko

jeden autobus dziennie – o 5.00 rano, ale z wyłączeniem weekendów. Jechałem z Kourou

autostopem. Szosa jest bardzo dobra, tylko ruch, szczególnie po południu niewielki – tym

słabszy im bliżej celu. Hotel Star w Saint Laurent oferuje prawdopodobnie najtańsze

zakwaterowanie – 180 FRF za single z a/c i prysznicem. Główną atrakcją miasteczka jest

opuszczony obóz karny Camp de la Transportation – gdzie Francuzi przyjmowali swoich

więźniów po przywiezieniu  z Francji – przed wysłaniem ich do poszczególnych

kolonii karnych rozrzuconych po Gujanie.

Trans_camp33.jpg (20855 bytes)

Cele specjalne w Camp de la

Transportation

Główna brama obozu jest zawsze otwarta i można bezpłatnie

obejrzeć piętrowe baraki, dziedziniec i kuchnię. Ale jeśli chcecie zobaczyć cele,

dyby w “oddziale odosobnienia” ukrytym za wysokim murem, to trzeba zawrócić do

biura turystycznego (tuż obok – nad rzeką) i dołączyć do grupy, która kilka razy

dziennie wyrusza na zwiedzanie z przewodnikiem.  Kosztuje to 15 FRF.

W St Laurent można wynająć pirogę

(długa na 16 metrów, zabiera do 12 osób) i popłynąć do różnych ciekawych miejsc

wzdłuż rzeki Maroni – za pół dnia płaci się 150 FRF od osoby (minimum 4 osoby) a za

caly dzień 240 FRF (minimum 5).  Taką samą pirogą za jedne 25 FRF przepłynąłem

z przystani na peryferiach miasteczka na drugi brzeg – do Albiny – i to był już Surinam.

(Jest też prom.)

SURINAM

pirogaStLau33.jpg (20126 bytes)

Surinamskie wizy są drogie:

  ja załatwiałem swoją w ciągu jednego dnia w konsulacie w Amsterdamie –

skasowali 75 NGL za wizę jednokrotną.  Przy odprawie na przystani w Albinie nikt na

szczęście nie wymagał obowiązkowej wymiany pieniędzy, jak to kiedyś bywało.

Dostałem pozwolenie na tydzień pobytu, które można później przedłużyć w stolicy.

Kraj jest zaniedbany i biedny. Albina to maleńka osada graniczna i nie ma powodu,

aby się w niej zatrzymywać, chyba że zamierzacie popłynąć stąd pirogą do Galibi

Indian Reserve. Minibusy sprzed posterunku imigracyjnego na przystani do stolicy

odjeżdżają dość często:  gdy tylko zbiorą komplet pasażerów. Przejazd

kosztuje 2000 SRG (około 5 USD) . Jest gorąco, minibus jest ciasny, ale nie śpijcie po

drodze, chyba że chcecie być okradzeni!

W
stolicy kraju – Paramaribo zobaczyć można dziesiątki kolonialnych domów,

ale wiele spośród nich jest bardzo zaniedbanych. Mieszkałem w Fanna Guesthouse,

Prinsessestraat 31 – to sympatyczne i bezpieczne miejsce, gdzie żądają tylko 6 USD za

prymitywny single room (bez wiatraka, prysznic wspólny). Wszystkie instytucje

obsługujące turystów chętnie przyjmują tu amerykańskie dolary, więc nie ma powodów

aby kupować duże ilości miejscowej waluty.

Mimo ogólnej biedy w Paramaribo jest kilka

ciekawych obiektów do zobaczenia: Pałac  Prezydencki, meczet, synagoga. Ładna

forteczka na brzegu rzeki – Fort Zelandia jest otwarta od wtorku do piątku przez cały

dzień, ale podczas weekendu tylko rano.

meczet_Sur33.jpg (14653 bytes)

Meczet w Paramaribo

Imponujaca drewniana katedra St Peter and Paul jest zamknięta ze

względu na remont. Remontują też kilka ładnych kolonialnych domków wokół fortu

zamierzając umieścić tam sklepiki z pamiątkami  i instytucje obsługujące

turystów.   Nad rzeką jest rozległy kryty bazar – nie do zwiedzania w pojedynkę –

uwaga na torby i kieszenie!

Z Paramaribo można zrobić sobie tanią

wycieczkę do miasteczka Nieuw Amsterdam (lokalnym autobusem za równowartość

0,25 USD  do Leonsbergu nad rzeką Surinam i potem przeprawa za  1 USD na drugi

brzeg) ale tamtejszy fort i kościółek są w bardzo kiepskim stanie, więc raczej tej

wycieczki nie polecam. Językiem urzędowym jest wciąż holenderski, ale dogadać się

można…

Agencje turystyczne

oferują całodzienne wycieczki do interioru biorąc 50 USD od osoby (lunch i napoje są

wliczone). Najbardziej popularna trasa wiedzie minibusem nad rzekę Saramacca, potem po

około godzinie żeglugi łodzią dociera się do wioski Santigron zamieszkanej przez

Murzynów z buszu. Popisują się oni przed turystami muzykowaniem i tańcami,  jest

także okazja przypatrzyć się,  jak rzeźbią w drewnie. W wiosce jest domek z

rozwieszonymi hamakami, gdzie można spędzić noc.

chata_SUR33.jpg (24638 bytes)

Jeżeli

na interior możecie przeznaczyć tylko jeden dzień i nie macie dużo pieniędzy to

miejscową wieś można obejrzeć jadąc lokalnym autobusem z przystani promowej do Benharddorp

(75 SRG).  To taka spora podstołeczna wioska i można tam taktownie podglądać jak

ludzie żyją, co hodują i co jedzą.

Na odległe o 45 km lotnisko w

ciągu dnia

można dojechać zwykłym, żółtym autobusem  – będzie to kosztowało 200 SRG

(0,50 USD )  ale jeżeli odlot jest o świcie to lepiej zamówić specjalny minibus

(3000 SRG) który przyjedzie po was pod hotel.

GUJANA

Kiedy wylądowałem w stolicy okazało się,

ze na lotnisku nie ma możliwości wymiany pieniędzy, natomiast ogłoszenie wiszące przy

wyjściu z terminalu informowało, ze opłata za przejazd minibusem do centrum miasta

(ponad 40 km) wynosi 500 GYD. (1 USD=142 GYD). Bez trudu znaleźliśmy kierowcę, który

przyjął dolary. Ale trzeba się było targować.  Dopiero później okazało się,

że jeżeli przyleci się w dzień i nie ma pośpiechu, to w pobliżu można znaleźć

lokalny minibus no. 42, który zawiezie do centrum za 120

GYD.       

Georgetown jest najładniejszą z

trzech stolic Gujany. Znaleźć tu można piękne kolonialne domy wzdłuż Main Street,

ratusz jak z Disneylandu i okazałą katedrę St George. Ogród Promenade Gardens w

centrum miasta jest wprawdzie mały, ale za to pełen tropikalnych kwiatów. Na

peryferiach leżą rozległe Botanical Gardens, mocno zaniedbane, ale wciąż warte

zobaczenia, choćby dla kwiatów lotosu. Wstęp jest bezpłatny.

Georgetown Tourist Office, gdzie można

dostać dość dobre materiały informacyjne mieści się obecnie na rogu Camp i South

Road.

Mieszkałem w

usytuowanym centralnie Rima Guest House. Jest czysty, bezpieczny i wart polecenia. W

pokojach są moskitiery, wiatraki i świeże ręczniki. Oplata za łóżko w dwu- lub

trzyosobowym pokoju z prysznicem na korytarzu wynosi 10 USD. Właściciele mogą

przechować wasz bagaż, jeżeli wybieracie sie w interior.

Terminal miejskich minibusów zlokalizowany

jest przed wielka halą Starbroek Market.   Miejscowi lojalnie ostrzegają przed

napadami na terenie rynku, wiec przezornie do środka nie wchodziłem. Jest inny bazar,

gdzie można kupić owoce i artykuły spożywcze: Bourda Market. Gujana jest

prawdopodobnie najtańszym miejscem na zakupy rumu: duża butelka kosztuje około 2,5

USD.

MarketGEO33.jpg (23687 bytes)

Bourda

Market

rum.jpg (38053 bytes)Największą

atrakcją turystyczną Gujany jest jednak nie rum, ale wodospad Kaieteur. Jest on

jednym z najbardziej efektownych wodospadów swiata. Ma jeden stopień,  250 metrów

wysokości i 80 do 120 metrów szerokości, zależnie od pory roku. Angel jest wprawdzie

cztery razy wyższy, ale nie jest tak szeroki jak Kaieteur i nie niesie takiej masy wody.

Wodospad jest ukryty głęboko w dżungli, daleko od osiedli ludzkich i dostęp lądowy

jest bardzo trudny – ale możliwy dla wytrwałych.  Agencje turystyczne z Georgetown

jak Shell Beach Adventures organizują  4-dniowe ekspedycje rzeką i lądem – aż pod

wodospad. Powrót następuje samolotem.

Kaieteur33.jpg
Dzień

pierwszy: ciężarówką do Meckdeci Camp. Dzień drugi:

ciężarówką do Kangaruma. Dzień trzeci: łodzią do Amatuk,

potem 3 godziny pieszo i następna łódź do Tukiet. Następnie 3 godziny wspinaczki na

krawędź kanionu, gdzie jest próg wodospadu. Czwartego dnia po zrobieniu zdjęć i

obejrzeniu okolicy następuje powrót samolotem do Georgetown. Typowa cena takiej wyprawy

to 640 USD na osobę, chociaż można wytargować także wersję oszczędnościową

za 480

USD. Agencja zapewnia transport, przewodnika, jedzenie i hamak. Sezon wypraw zaczyna

się w

lutym. Dla samotnego turysty powstaje niestety następny problem: musi czekać, aż

zbierze się grupa minimum 3 osób…

Byłem jedynym

chętnym i nie doczekałem się grupy – zmuszony byłem polecieć do wodospadu małym

samolocikiem z Georgetown Ogle airport (15 min od centrum). Kosztowało to 160 USD za

przelot okrężny Georgetown- Kaieteur- Orinduik- GEO włączając w to wstęp do parku

narodowego i posiłek.        Lot nad bujną, gęstą

dżunglą przypominającą gruby, zielony dywan robi duże wrażenie. Po godzinie i 10

minutach lotu otwiera się wspaniały widok z lotu ptaka na wodospad – jak na zdjęciu

obok.    Na lądowisku w dole jest tylko jedna mała wiata pod strzechą – i

czeka tam z reguły tylko jeden człowiek – samotny strażnik parku narodowego. Ale pas

startowy jest o dziwo asfaltowany!  Po 10 minutach spaceru dojdziecie do tzw. 

“Schroniska rządowego” – w małym domku na palach jest kuchnia i pokój ogólny

mogący pomieścić jakieś 20 hamaków. Po następnych 10 minutach marszu znajdziecie

się już na skraju kanionu, tuż przy wodospadzie. Widok jest wspaniały, ale wcześnie

rano może być mglisto – warto poczekać (jeśli można) jakąś godzinkę dla lepszych

zdjęć!   Potem ścieżką jak na mojej  mapie idzie się do kolejnych punktów

widokowych, oferujących coraz lepszą perspektywę.

kaieteur.JPG (15706 bytes)

Orinduik33.jpg (23355 bytes)
Po około dwóch godzinach

spędzonych w Kaieteur lecieliśmy dalej do malowniczych kaskad Orinduik Falls

na rzece Ireng, która tworzy granicę z Brazylią. Rzeka ta przecina sawannę. 

Kaskady są tu znacznie niższe – mają tylko 10 do 20 metrów, ale są bardzo

spektakularne. Można popływać w naturalnym basenie u stóp kaskad. Ale radzę zabrać

repellent przeciw moskitom! Moskity są największą plagą wszystkich trzech Gujan –

trzeba tu brać środki antymalaryczne.        

Powrotny przelot do Georgetown trwa 1,5 godziny.

Bartica,


dokąd wybrałem się po powrocie do stolicy jest małym i spokojnym miasteczkiem

leżącym przy połączeniu wielkich rzek Mazuruni i Essequibo. Warto tam zajrzeć! 

Ze stolicy jedzie się najpierw minibusem no. 34 do Pariki. (140 GYD). Po drodze

będziecie przejeżdżać przez najdłuższy w świecie pontonowy most na rzece Demerara –

ma on około 2 km długości). Z Pariki trzy razy w tygodniu odpływa do Bartiki wcześnie

rano stary stateczek (210 GYD – 5 godzin). Natomiast o każdej porze dnia na chętnych

oczekują szybkie motorówki (speedboats: 700 GYD -75 minut). Podróż stateczkiem jest

przyjemniejsza i warto nim odbyć szczególnie powrotną drogę (odpływa z Bartica

punktualnie o 6 rano) bo pełni wtedy funkcję “banana boat” – zbierając po

drodze ładunek bananów i innych owoców w wioskach rozłożonych wzdłuż rzeki.

W Bartica mieszkaliśmy w bardzo skromnym

Pink House. Jest bardzo tani, ale prymitywny (nie ma wiatraków, nie ma bieżącej wody.

nie ma moskitier). Płaci sie tu 200 GYD za łóżko. W miasteczku jest mały bazar – wart

odwiedzenia rano, gdyż później tylko niektóre kramy są otwarte.

Z Bartica można wybrać się na wycieczki

motorową łodzią: za 3000 GYD /łódź zawiozą was na wysepkę Kyk-over-al, gdzie był

pierwszy holenderski fort.   Za 7000 GYD do Marshall Falls, a za 8000 GYD do obu

tych miejsc.   Pozostałości Kyk-over-al – najstarszy i jedyny zabytek w

okolicy znajdują się na małej rzecznej wysepce jakieś 15 minut z Bartica.  

Chętnie z wami tam popłyną, ale warto wiedzieć, że nie ma tam nic do zobaczenia z

wyjątkiem jednego ceglanego łuku drzwiowego i wielkiego mangowca.  A to chyba nie

jest warte 20 dolarów, które trzeba zapłacić za łódź!

Warto

pamiętać, ze przy odlocie z międzynarodowego lotniska w Georgetown pobierają opłatę

1500 GYD. która nigdy nie jest wliczona do ceny biletu.  Zapłaciliśmy i

siedzieliśmy już z zapiętymi pasami w samolocie karaibskiej kompanii LIAT, ale… nie odleciał!!!

       Ale to już inna historia….

                

                                                                                 

Wojciech Dąbrowski ©