For a long time I dreamed of sailing the Norwegian
fjords. The dream came true in May 2014. This part of the story begins in
the port Vardo – the first port of call on our way back to Bergen.
Słynne norweskie fiordy oglądałem przed laty od strony
lądu, jadąc wypożyczonym samochodem z Oslo przez skałę Preikestolen aż do
Geiranger Fiordu. Już wtedy zastanawiałem się, jak te fiordy prezentują się,
gdy patrzy się na nie z pokładu statku.

Wiedziałem, że duże statki
wycieczkowe odwiedzają fiordy, ale są bardzo krótkie wizyty. Znacznie
większe możliwości daje rejs norweskim statkiem kabotażowym, który płynie z Bergen
aż za krąg polarny – do miejsca, gdzie przy rosyjskiej granicy “kończy się
Norwegia” – zachodząc po drodze na krócej lub dłużej do wszystkich portów
długiego na jakieś 2000 kilometrów wybrzeża. W
maju 2014 wyruszyłem w tą trasę na pokładzie 50-letniego, ale za to bardzo
przytulnego i oferującego niepowtarzalną atmosferę motorowca “Lofoten”.
Podróż “tam i z powrotem” trwała 12 dni (11 nocy na statku). Taką podróż
w różnych wariantach można wykupić z ponad
rocznym wyprzedzeniem za pośrednictwem tych agencji, które w Polsce zajmują
się sprzedażą rejsów na statkach wycieczkowych lub samemu bezpośrednio w internecie – na
stronie armatora www.hurtigruten.com/ .
Często na tej stronie ogłaszane sa sezonowe okazje – na przykład “drugi
pasażer w kabinie za 50% normalnej ceny”.
Pierwszą część relacji z tej
nietuzinkowej podróży (etap od Bergen do Lofotów włącznie) możecie znaleźć
tutaj, a drugą (etap od Harstad do Kirkenes)
Ta część opowieści rozpoczyna się
w porcie Vardo – pierwszym porcie do którego zawinęliśmy w naszej drodze powrotnej
do Bergen.
Dzień 7 – Vardo, Batsfjord
Day seven –
Vardo
W trzy godziny od wyruszenia z Kirkenes w powrotny rejs na naszym kursie
pojawiła się duża wyspa z wielkimi kopułami anten. jak się pewnie domyślacie
te anteny służą nie tylko meteorologii. To była Vardoya – spory skrawek
lądu, leżący u wyjścia z zatoki w której leży miasto Kirkenes na zimne Morze
Barentsa. Na wyspie mieszka 2100 ludzi. I wyobraźcie sobie, że dla tych 2100
mieszkańców wybudowano tu podmorski tunel o długości prawie trzech
kilometrów, łączący wyspę z lądem stałym. Bogata ta Norwegia!

Vardoya, a dokładniej – leżąca
obok niej mała wysepka Hornoya to najdalej wysunięty na wschód fragment
terytorium Norwegii Leży ona dalej na wschód niż St Petersburg czy Istambuł! Na
skalistej wysokiej wysepce na wschód od Vardoy Island stoi widoczna z daleka latarnia
morska:

Byłem
zaskoczony, gdy okazało się, że Vardoya od strony północnej ma zaciszną
zatokę. Nad nią zbudowano miasteczko i tu jest niewielki port, w którym za
krótkim falochronem znajdują schronienie kolorowe rybackie kutry:

Miasto, choć
niewielkie ma starą metrykę: już w 1307 roku zbudowano tu kościół, aby
zaznaczyć przynależność tych terenów do Norwegii. Na cyplu u nasady
falochronu zachował się kwartał tradycyjnych, drewnianych domków malowanych
w różne kolory. Ponad ich dachami widać latarnię morską na tej mniejszej
wyspie:

Przepływaliśmy potem wzdłuż linii portowych składów upstrzonych napisami.
Przypominają, że mają tu 59 dni w roku, kiedy słońce wcale się nie pokazuje
(od 23 listopada do 21 stycznia). Po prawej widać strzelistą wieżę kościoła
zbudowanego w 1958 roku.

Dalej portowy krajobraz trochę się
poprawił. Pojawiły się schludne budowle na palach, tradycyjnie malowane na
ciemnoczerwony kolor. jak widzicie nasz statek płynął pod banderą norweskiej
poczty. Od początku istnienia linii Hurtigruten wozi ona pocztę do
miasteczek rozrzuconych wzdłuż norweskiego wybrzeża.

To już koniec portowego basenu. Do
centrum miasteczka – rozłożonego po jego wschodniej stronie można dojść idąc
wokół basenu. Ale na taki spacer nie starczyło mi czasu. Dlaczego? Bo
mieliśmy w Vardo tylko godzinę rozkladowgo postoju, a w miasteczku jest do
zobaczenia coś
znaczne ciekawszego od tego kościoła.

Nasza “tour-leaderka”
ze statku zapowiedziała już wcześniej, że na przystani będą na nas czekać miejscowi
uczniowie, którzy zaprowadzą nas do Vardhous Fort. To tylko 10 minut marszu,
ale fort jest nieco odsunięty od zachodniego nabrzeża, więc po co błądzić
mając mało czasu? Gdyby na was nikt nie czekał to po zagłębieniu się w ulicę
prostopadłą do nabrzeża trzeba skręcić w lewo, potem w prawo i znów w lewo!

Uczniowie z
chorągiewkami rzeczywiście czekali. Po kwadransie od zejścia ze statku
byliśmy już przy bramie fortu, gdzie uczniowie skwapliwie wyciągnęli bloczki
biletów i zaczęli je sprzedawać – po 30 koron. Warto wiec mieć przy
sobie jakieś korony w gotówce!:

Vardø’s main
tourist attraction is the Vardohus Festning, a fortress dating back to the
late 13th century (although the present structure dates from 1734)
Twierdza Vardhous Festning
pochodzi z końca XIII wieku, choć obecne jej budowle wzniesiono w roku 1734.
Mury twierdzy wykonane z kamienia pokrytego darniną nie są zbyt wysokie –
mają zaledwie około 3 metrów:


Ta niewielka (i bardzo wąska)
brama pod wieżą to jedyne wejście do wnętrza twierdzy.
Wewnętrzny dziedziniec nie jest
zbyt duży i całkowicie jest wypełniony drewnianymi budowlami. Z murów
obronnych fotografowałem kościółek z wieżą, która dzięki przeszklonym oknom
była jednocześnie wieżą obserwacyjną dla wartowników:

Do wieżyczki wchodziło się z
murów po zewnętrznych schodach. Żółty budynek na dziedzińcu to kwatery
oficerów:

A w tym budynku pokrytym darniną
mieściły się kwatery żołnierzy. Obecnie w jego wnętrzu jest ekspozycja
muzealna z dawnymi mundurami, fotografiami i bronią:


Forteczka w Vardo została
zbudowana dla podkreślenia przynależności tego terytorium do Norwegii, gdyż
w dawnych wiekach zapuszczali się w te strony także Rosjanie, w
porcie pobierano opłaty od wszystkich statków płynących z Europy na Morze
Białe. Nigdy jednak nie była oblegana, a ustawione na murach działa
strzelały (i strzelają) tylko z okazji państwowych świąt i urodzin królów
oraz 21 stycznia – gdy słońce pojawia się ty na powrót po okresie 59-dniowej
wiecznej nocy.


Przed wejściem do fortecy
ustawiono współcześnie pomnik króla Hakona VII, który panował w Norwegii
przez ponad 50 lat od koronacji w 1906 roku i którego Norwegowie uważają za
narodowego bohatera.
Na statek
wróciłem jako ostatni, ale po drodze zdążyłem jeszcze sfotografować
najstarsze, drewniane domki miasteczka i zwały śniegu, które w połowie maja
wciąż zalegały tu na ulicach przypominając, że to Daleka Północ…


opuszczaliśmy Vardo.
Wkrótce, gdy znaleźliśmy się na
otwartym Morzu Barentsa zaczęło solidnie huśtać.
Przyszedł czas wieczornego
posiłku. O ile śniadanie i lunch na statkach Hurtigruten serwowane są w
formie bufetu, o tyle kolacja podawana jest przez kelnerów w niewielkiej
restauracji o dwóch godzinach. Jedzenie jest smaczne i zawiera wiele
norweskich dań regionalnych. Posiłki są wliczone w cenę okrężnego biletu.
Ale napoje (nawet woda mineralna) serwowane są na życzenie za dodatkową
opłatą i – jak się zapewne domyślacie – są drogie. Aby uniknąć pytania
kelnera “co podać do picia?” wystarczy swój kieliszek odwrócić do góry
dnem – jak na zdjęciu obok.


szczęście zwyczaju dawania napiwków.
Menu kolacyjne jest codziennie inne, ale zawiera
tylko jeden zestaw dań. Tego dnia na przystawkę mieliśmy koktajl z krabów i
krewetek.
Na główne danie podano stek z
renifera – pamiętam, że był cokolwiek żylasty.


bardzo malownicze 🙂
Nie pamiętam, jak się nazywało
to cudo, ale było bardzo słodkie.
Wspaniałą rzeczą na tym statku
była możliwość obserwowania krajobrazu podczas posiłków przez duże okna
restauracji:

fragmenty najbardziej wysuniętego na północ kontynentalnego wybrzeża
Norwegii:

Wysokie klify na trasie do Batsfiordu
wciąż
pokryte były grubą śnieżną czapą:

Czasami w zatoczkach u stóp
skalistych zboczy pojawiały się odosobnione domki. Kto może tu mieszkać i po
co? – zastanawiałem się. Oczywiście to rybacy, a powodem są bardzo bogate
łowiska.

W ciągu trzech godzin rejsu z
Vardo do Batsfiordu zdarzało się, że na kwadrans lub dwa wpadaliśmy w tuman
mgły, która jednak szybko ustępowała. Bywało też, że mijaliśmy płynące
kontrkursem większe kutry:

Był już wieczór i robiło się
pochmurno, gdy dotarliśmy do Batsfiordu. To jeden z największych rybackich
portów Norwegii. Przystań Hurtigrunen zlokalizowana jest tu po zewnętrznej
stronie półwyspu zamykającego zatokę, co może zmylić turystę, bo nie widać
stąd właściwego portu i miasteczka. Ale warto wspiąć sie droga na wzgórze,
aby otworzył się taki oto widok na osadęa;

Do Batsfiordu doprowadzona jest
od strony lądu droga E6, której przejezdność utrzymywana jest także zimą.
Niestety, aby dojść od naszej przystani do centrum miasteczka trzeba obejśc
wkoło portową zatokę, a na to podczas półgodzinnego postoju było za mało
czasu:

Do Berlevag nie doczekałem – sorry!
Skjervoy
Day eight –
Rzadko zdarzał się taki
przypadek, że jakiś port na trasie rejsu Hurtigruten i w drodze na północ i
w drodze powrotnej na południe odwiedzaliśmy w porze dziennej. Jednym z
takich wyjątków był niewielki port Havoysund. Ale ze była to wczesna pora i
postój krótki to nie schodziłem tym razem na ląd, poprzestając na sfotografowaniu
kolorowych domków przy lepszym tym razem oświetleniu:

Pamiętam dobrze ten moment, bo
było to coś niezwykłego: po wyjściu z Havoysund zaczął padać śnieg. Śnieżyca
trwała około 20 minut, po czym niespodziewanie ponownie pojawiło się słońce.
Wyszliśmy zza osłony wysp na otwarte morze i statkiem zaczęło tak huśtać, ze
obawiałem się, że przy śniadaniu przewróci mi się ustawiona na stole
szklanka soku. Mijaliśmy zbudowane na niegościnnym wybrzeżu instalacje do
odbioru z rurociągu i skraplania gazu wydobywanego z dna Morza Północnego:



Przed jedenastą “Lofoten” dotarł
do Hammerfest – portu mającego ponad 10000 mieszkańców. Od dawna reklamowano
go jako “najbardziej wysunięte na północ miasto świata”, co wciąż jeszcze
obwieszcza wielka tablica na przystani (zdjęcie powyżej). W XXI wieku można
dyskutować, czy Hammerfestowi wciąż należy się ten tytuł. Jeśli przyjąć, że
za miasto uznamy osadę powyżej 10000 mieszkańców, to na pewno tak. Ale jeśli
tą granicę przesuniemy w dół – na przykład do 3000, to znajdą się już
miejscowości położone na północ – patrz Wikipedia…
Tuż przy
przystani w Hammerfest znajdziecie punkt informacji turystycznej, a przy nim
ciekawe mini-muzeum ze starymi zdjęciami miasteczka i wypchanymi okazami
tutejszej fauny:

Paradoksem jest może fakt, że podczas
12-dniowego rejsu wzdłuż norweskiego wybrzeża nie widziałem ani jednej foki.

Hammerfest będący dziś ważnym
ośrodkiem rybołówstwa i przetwórstwa rybnego rozłożył się na łagodnym zboczu
u stóp górskiego masywu:


W Hammerfest jest co oglądać
podczas godzinnego postoju – zaczęliśmy od pięknego norweskiego narodowego
kościoła, który o dziwo przed południem był otwarty…
… i dzięki
temu we wnętrzu można było podziwiać ciekawe witraże oraz obrazy umieszczone
na balustradzie chóru, przedstawiające nie tylko świętych, ale także
postacie i budowle związane z historią miasta (zdjęcie poniżej).



Na drugim
krańcu Hammerfest przy głównej, ciagnacej się wzdłuż wybrzeża ulicy
odnalazłem także katolicki kościół św. Michała. Archanioł wyobrażony jest tu
w postaci mozaiki za zewnętrznej ścianie, ale sam kościół zastaliśmy
zamknięty.
Niedaleko tego
kościoła, przy nabrzeżnym placyku stoi tutejszy ratusz, a przed nim dwa
białe niedźwiedzie – jako że biały niedźwiedź umieszczony został w herbie
miasta:


Muszę się przyznać, że podczas
spaceru przez Hammerfest po raz pierwszy doceniłem zabrane z Polski
rękawiczki. Mimo słonecznej pogody temperatura nie przekraczała zera, a
odczucie zimna potęgował wiejący wiatr.
W krajobrazie
miasta wciąż widzieliśmy dużo śniegu. To dla zabezpieczenia przed osuwającym
się śniegiem na stromych fragmentach zbocza zainstalowano specjalne stalowe
płoty – widać je na zdjęciu obok powyżej ładnej (i w mroźny dzień
nieczynnej) fontanny, stojącej obok ratusza.
Port w
Hammerfest jest bardzo ruchliwy – stąd kursują motorowe katamarany wożące
ludzi na inne wyspy i do sąsiednich fiordów. Trafiliśmy na wizytę małego
żaglowca, który zwiedzały szkolne wycieczki:

W południe opuściliśmy Hammerfest,
kierując się do niewielkiego portu Oksfiord. Znów towarzyszyły nam
krajobrazy wybrzeża w zimowej szacie, a była już przecież połowa maja!


O 14.30 wyszedłem na pokład, po
to tylko, żeby stwierdzić, że w Oksfjord jest właśnie zadymka śnieżna.
Nie było po co schodzić na ląd, tym bardziej, ze postój trwał tylko
kwadrans.
Poprzestałem tylko na jednym
zdjęciu zrobionym z górnego pokładu. Tak wyglądał Oksfjord w majowej
zamieci:

A po wyjściu z fiordu na otwarte
morze zaczęła się solidna huśtawka. Bryzgi fal sięgały środkowego pokładu:

Pogoda zmieniała się dosłownie z
minuty na minutę. Śnieżna zadymka wkrótce się skończyła i ukazało się błękitne
niebo, ale statkiem huśtało dalej:

Kierowaliśmy się teraz do małego portu Skjervoy
ukrytego za skalistym przylądkiem. Ponownie mięliśmy okazję do podziwiania
krajobrazów wybrzeża i robienia ciekawych zdjęć:

polarnym. Od patrzenia na biel tych śniegów bolały oczy. I przyznam się
szczerze, że zaczynałem już tęsknić za zielenią wiosny…

W Skjervoy, gdzie dotarliśmy pod
wieczór nie było już widać śniegu. Miasteczko ma około 3000 mieszkańców,
których większość utrzymuje się z połowu ryb. Aż strach pomyśleć co by to
było, gdyby w morzu nagle tej ryby zabrakło…


Ze statku widać było mały,
schludny kosciółek – prawdopodobnie najbardziej reprezentacyjną budowlę
miasta. Ile ludzi może na raz pomieścić? – zastanawiałem się. 100, może 200
osób?. Norwescy protestanci widać niezbyt licznie przychodzą na na
nabożeństwa, skoro w 3-tysięcznej osadzie wystarczy im taka mała
świątynia…
Sortland, Stokmarknes, Svolvaer
Day nine –
Gdy wstałem wczesnym rankiem byliśmy już w pobliżu Harstad – portu w którym
staliśmy nieco dłużej w drodze na północ. Teraz mieliśmy tylko zabrać
pasażerów i po kwadransie płynąć dalej. Nisko zawieszone słońce nieśmiało
oświetlało ośnieżone góry, gdy zbliżaliśmy się do znanego nam portu:

Raz jeszcze mogłem sfotografować historyczny
Harstad Church – tym razem na tle nasłonecznionych górskich zboczy:

Po wyjściu z
Harstad zaczęła się prawdziwa krajobrazowa uczta. Przy wspaniałej
widoczności otwarł się przed nami widok na górzystą wyspę Grytoya:

Stałem na skrzydle mostka (tam
wolno pasażerom wchodzić, ale do sterówki to już nie!) zimny wiatr dmuchał
mi w twarz, a ja stałem urzeczony przesuwającym się bajkowym krajobrazem:

Great landscapes of Grytoy Island
Paradoksalnie po wyjściu z Harstad zawróciliśmy ponownie na północ, ale było
to konieczne, aby opłynąć największą bodaj norweską wyspę Hinnoya. Kanał
między tymi wyspami nazywa się Toppsundet.

Na Grytoy kursują wahadłowo małe promy przewożąc ludzi i pojazdy. Trafiliśmy
właśnie na moment, gdy jeden z nich płynął w kierunku górzystej wyspy:

Na innym ujęciu ten mały, pusty prom wygląda jeszcze bardziej efektownie. To
prawdziwie arktyczny krajobraz. Gdzie jeszcze w świecie można wykonać takie
zdjęcie?

A ten uwieczniony kamerą pejzaż, w którym jest lazurowa woda, czarne skały,
biały śnieg ale i także odrobina zieleni zaliczam do najpiękniejszych
widoków zarejestrowanych w tej podróży:

Gdy podpłynęliśmy bliżej okazało się, że na brzegu, wśród tej zieleni żyją
ludzie. Podobno utrzymują się oni już nie tylko z rybołówstwa, ale także z
małego rolnictwa, wypasając na widocznych z daleka łąkach swoje bydło.

Gdy
zbliżyliśmy się w końcu do tej czarnej, wyniosłej góry i mogłem popatrzeć na
nią z profilu okazało się, że to całe pasmo zębatych szczytów. Robi
wrażenie! Okolica jest odludna i nie sądzę, aby nawet w środku lata dostępne
tu były jakieś turystyczne szlaki:

Gdy
zmieniliśmy kurs na zachodni zamajaczyła przed nami równie górzysta i
ośnieżona wyspa Andoya. Wyspę tą od wielkiej Hinnoyi oddzielał tylko płytki
przesmyk. W 1922 na rozkaz króla przesmyk ten pogłębiono tworząc dostepny
dla statków kanał żeglugowy, który skrócił szlak wodny Hurtigruten o
kilkadziesiąt kilometrów. Nazywa sie on Risoyrenna.

Pogłębioną część kanału
wyznaczają dwa rzędy znaków nawigacyjnych, między którymi podążał “Lofoten”:

Na Andoyi mieszka obecnie 5000
ludzi. Są tu podobno złoża węgla, których eksploatacja nie jest opłacalna.
Na płaskiej części wyspy Andoya funkcjonuje baza lotnicza NATO:

Andoya połączona jest z Hinnoją
wysokim mostem (widocznym na zdjęciu poniżej) o długości prawie kilometra.
Po prawej stronie mostu – na Andoyi rozsiadła się niewielka osada Risoyhamn,
gdzie cumują statki Hurtigruten.

W Risoyhamn mieszka tylko 200
ludzi. Ale statek stoi tu pół godziny, by załadować worki z żyznym torfem,
którego wielkie złoża zalegają na wyspie.

My tymczasem urządziliśmy sobie
spacer w kierunku przyczółka mostu i dalej – za tą kopiastą górę, skąd
otworzył się widok na odnogę fiordu i ośnieżony szczyt. To ładne miejsce –
nic dziwnego, że zbudowano o mała restauracją z kilkoma pokojami dla
turystów. Ale w połowie maja wszystko tu jeszcze było na głucho zamknięte:

Po półgodzinnym spacerze trzeba
było wrócić na statek i pożeglowaliśmy dalej – pod tym wysokim mostem:

Nie było czasu na poobiedni
odpoczynek w kabinie, bo wkrótce otworzyły się przed nami kolejne wspaniałe
panoramy – to były już wyspy Vesteralen:

To, co było tam w dole na brzegu
to w tej chwili było mało ważne. Fascynowały mnie te szczyty. Coś mi
przypominały… Zacząłem przeszukiwać pamięć. Ależ tak, one były
podobne do gór w parku narodowym Torres del Paine, na południu Chile!

Gdy zobaczyliśmy przed dziobem
ten oto most było już wiadomym, że zbliżamy się do kolejnego sporego portu – Sortland

Przypadek sprawił, że gdy
przechodziliśmy pod tym mostem przejeżdżał nim wycieczkowy autobus, który
miał zabrać część pasażerów z naszego statku na (droga i dodatkowo płatną)
wycieczkę. Zestawienie tych wszystkich oferowanych wycieczek wraz z cenami
można znaleźć na stronie armatora i zamówić je z wyprzedzeniem przez
internet. Ale można je zamówić i opłacić także na statku – nawet w
przeddzień wycieczki. W wielu przypadkach podczas takiej wycieczki przebywa
się jednocześnie drogą lądową trasę między dwoma sąsiednimi portami. Tak yło
i w tym przypadku.


W Sortland mieści się główna
kwatera norweskiej straży przybrzeżnej. Mają czego pilnować na tym bardzo
długim i rozczłonkowanym wybrzeżu! W praktyce najbardziej pilnują swojej
strefy połowowej – to wielkie bogactwo tego kraju. W 4-tysięcznym mieście
rzuca się już z daleka w oczy kościół ze strzelista wieżą:

Poszliśmy do tego kościoła, ale
był zamknięty. Przy kościele jest cmentarz. Ale jak to w Norwegii – nie ma
na nim nagrobków, a jedynie pionowo osadzone tablice. Wersja
oszczędnościowa. 🙂

starej dzielnicy, jedynie w bezpośrednim sąsiedztwie stoi tak kilka domów w
tradycyjnym stylu przystani i zgrabna brama z wieżyczką:

popłynęliśmy dalej, mając po prawej burcie Wyspy Vesteralen:

Kiedy zobaczyliśmy zbudowane na
skalistej wysepce weekendowe domki zamożnych Norwegów oznajmiono przez głośniki, że jesteśmy
już blisko Stokmarknes.

Gdy “Lofoten” zacumował w Stokmarknes
zrobiła się piękna pogoda, co widać na poniższym zdjęciu. Zdecydowałem się
także pokazać wam to zdjęcie, bo gdy je robiłem ze statku wyładowywali
palety z towarem. Dokonuje tego całkiem okazały statkowy dźwig z
zawieszonymi na linie pomarańczowymi widłami, na których paleta przenoszona
jest z ładowni na nabrzeże i odwrotnie:

Stokmarknes to ważne i
sentymentalne miejsce na szlaku Hurtigruten. Tu bowiem zlokalizowane jest –
tuż przy przystani – duże muzeum pokazujące dzieje tej linii żeglugowej – od
czasu jej założenia w 1881 roku. Pasażerowie mają do muzeum wstęp bezpłatny.
Częścią muzeum jest ustawiony na łądzie i udostępniony do zwiedzania
siostrzany statek “Lofotena” – Finnmarken:


Lokalizacja muzeum Hurtigruten w Stokmarknes
nie jest przypadkowa – to tutaj w 1881 roku Richard With (jego popiersie
obok) założył kompanię żeglugową, która później przekształciła się w
Hurtigruten.
Na
udostępnionym do zwiedzania “Finnmarken” można zajrzeć do do oryginalnych
kabin 1 i 2 klasy (znacznie skromniejszych niż te na wyremontowanym “Lofotenie”
do kuchni i do sterówki:

W muzeum eksponowane są modele i
zdjęcia wszystkich chyba statków, które pływały na tej linii, meble, mapy i
różne historyczne pamiątki:

Spędziłem w muzeum niemal cały
czas pozostający do dyspozycji w tym porcie – 45 minut. Na pewno jest tego
warte. Potem udało mi się sfotografować jeszcze tylko stojącą nieopodal na
brzegu stylową gospodę:

Po wyjściu ze Stokmarknes nasz
statek skierował dziób prosto w tą ścianę wysokich gór, która przesłaniała
horyzont. Wiedziałem, że gdzieś tam musi być wąski przesmyk Raftsundet,
oddzielający grupę wysp Vesteralen od Lofotów. Daremnie jednak
przeczesywałem wzrokiem górzyste wybrzeże:

Kapitan zdecydowanie kierował
statek w kierunku tego górzystego wybrzeża, Gdzieś tam musiało być ukryte
wejście do tego malowniczego – jak przypuszczałem – przesmyku.

Oczywiście trafiliśmy “bez pudła”
do tego wejścia i zaczęła się malownicza żegluga wśród wysokich gór. Ale o
niej napisałem już w kolejnej części mojej relacji…
