I watched the famous Norwegian fjords years ago
from the land side, driving a rented car from Oslo through the rock
Preikestolen up to Geiranger Fjord. Even then I wondered how these fjords
present themselves when you look at them from the deck of the ship. I knew
that large cruise ships visiting the fjords, but those are very short
visits. Much greater opportunities gives the Norwegian cabotage ships,
which sails from Bergen through the polar circle – to the place where at the
Russian border ” Norway ends” – overlapping on the way to shorter or longer
for all ports. Founded in 1893 Hurtigruten line transports between ports
goods and passengers, as well as tourists. Hurtigruten ships have their
strictly observed, fixed timetable. For the benefit of tourists is conceived
in such a way that these ports, which on the way north are visited at night,
on the way back are visited during the day. Ships sail from Bergen every
day, and because the return journey takes 11 days there must be at
least 11 ships used in their fleet. Today, the old steamers were replaced by
modern, luxury motor boats. With two exceptions. On the route from Bergen to
Kirkenes still are in service: 50-year-old (but renovated and rebuilt) motor
vessel “Lofoten” and 30-year-old “Vesteralen”. Here is their detailed
route:
Słynne norweskie fiordy oglądałem przed laty od strony
lądu, jadąc wypożyczonym samochodem z Oslo przez skałę Preikestolen aż do
Geiranger Fiordu. Już wtedy zastanawiałem się, jak te fiordy prezentują się,
gdy patrzy się na nie z pokładu statku. Wiedziałem, że duże statki
wycieczkowe odwiedzają fiordy, ale są to bardzo krótkie wizyty. Znacznie
większe możliwości daje rejs norweskim statkiem kabotażowym, który płynie z Bergen aż za krąg polarny – do miejsca, gdzie przy rosyjskiej granicy
“kończy się Norwegia” – zachodząc po drodze na krócej lub dłużej do
wszystkich portów. Założona w 1893 roku linia Hurtigruten przewozi między
portami towary i pasażerów, a także turystów. Statki Hurtigruten mają swój
ściśle przestrzegany, stały rozkład jazdy. Z korzyścią dla turystów jest on
pomyślany w ten sposób, że te porty, które w drodze na północ odwiedzane są
nocą, w powrotnej drodze na południe statek odwiedza w dzień. Statki
wychodzą z Bergen codziennie, a ponieważ powrotna podróż trwa 11 dni
to we flocie musi ich być co najmniej 11. Kiedyś były to parowce. Dziś
zastąpiły je nowoczesne, luksusowe jednostki. Z dwoma wyjątkami. Na trasie z
Bergen do Kirkenes wciąż pływają: 50-letni (ale wyremontowany i
przebudowany) motorowiec “Lofoten” i 30-letni “Vesteralen”.

Płynąc z Bergen do Kirkenes statki Hurtiruten zachodzą po drodze do 34
portów. Długość trasy, którą pokonują w każdą stronę wynosi
około 2500 mil morskich czyli około 4000 kilometrów.
W dawnych czasach statki
Hurtigruten pływały jako statki pocztowe, wożąc wzdłuż całego norweskiego
wybrzeża listy i paczki. Dziś w dalszym ciągu wożą pocztę, ale większość
drobnych przesyłek z większych miast wędruje do adresata samolotami. Statki
pozostają natomiast niezastąpione jeśli chodzi o transport większych
ładunków umieszczonych na przykład na paletach.
Przewożą także pasażerów między
dowolnymi portami odwiedzanymi na swoim szlaku. Teoretycznie, mając rozkład rejsów można
przyjść prosto na statek, wykupić w statkowej recepcji bilet i popłynąć.
Sytuacje, takie, że pasażer przychodzi i nie ma dla niego miejsca zdarzają
się niesłychanie rzadko. Gorzej jest jednak, gdy do podstawowego biletu pasażer
chce wykupić jeszcze miejsca w kabinie – tu w sezonie letnim może być
problem. Aby go uniknąć warto zrobić z wyprzedzeniem internetową rezerwację
na stronie linii. Dla orientacji napiszę jeszcze, że najnowsze statki Hurtigruten mają po tysiąc pasażerskich miejsc, z tego dla 600 pasażerów
mają koje w kabinach, a te najstarsze we flocie – jak “Lofoten”, którym
płynąłem – tylko 340 miejsc i 153 koje dla pasażerów. Można oczywiście
popłynąć wykupując sam transport i noce spędzać w fotelu lub na sofie w
salonie. Ale podróż w takim wariancie nie jest już tak przyjemna…
Day one –
Rejs okrężny zaczyna się i kończy w Bergen.
Z Gdańska i innych miast w Polsce do Bergen można dolecieć linią SAS lub
tanią linią Wizzair. Z przystanku przed terminalem lotniska Bergen co pól
godziny odjeżdżają autobusy Flybussen do centrum miasta z przystankami m.in.
przy stacji autobusów międzymiastowych. Bilet powrotny dla seniora kosztuje 130 koron.
W mieście najbliżej nabrzeża Hurtigruten zlokalizowany jest przystanek “Festplassen”
(następny za stacją busów). Od niego trzeba iść w kierunku szarego budynku
teatru i dalej lekko w lewo – w sumie to jakieś 20 minut spaceru. Bergen to
ciekawe i ładnie położone miasto. Jego stara dzielnica – Brygge, rozłożona
wokół najstarszej części portu znalazła się na liście World Heritage UNESCO:

Nasz statek (na zdjęciu poniżej) czekał jednak przy innym nabrzeżu,
położonym o kwadrans marszu od starego portowego basenu. Na parterze budynku
terminalu trzeba było zarejestrować się i oddać większy bagaż – jak na
lotnisku. Otrzymaliśmy klucze do kabin. Potem na piętrze terminalu
wyświetlono nam krótki film o zasadach bezpieczeństwa, sposobie ubierania
kamizelek ratunkowych itd.


W końcu, poinstruowani jak należy pomaszerowaliśmy na pokład naszego staruszka. Robiąc rezerwację
kabiny, po długich studiach i porównywaniu planu statku i jego zewnętrznych
zdjęć wybrałem kabinę 303 – wydawało mi się, że to jedyna kabina niższej
kategorii, która ma duże okno, a nie okrągły bulaj. Okazało się, że ten
wybór był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Kabina miała dwie dolne koje, biureczko,
szafę i umywalkę. Łazienkę mieliśmy w korytarzu w odległości trzech kroków.
Podczas żeglugi nie słychać było pracy maszyny, a odczuwane wibracje były
minimalne. I była to jedyna taka kabina na statku! Polecam ją Wam! “Lofoten”
to mały i przytulny statek (mówią o takich statkach, że mają duszę) –
zachował wiele uroku starych frachtowców. Tak wygląda jego główna klatka schodowa:

Okazało się, że w tym przedsezonowym rejsie było nas zaledwie 75 pasażerów –
zajmowaliśmy tylko połowę ogólnej ilości kabin. Do dyspozycji pasażerów były
trzy sale klubowe (“lounges”) z dużymi oknami umożliwiającymi obserwowanie krajobrazu. W
rufowej sali po kolacji codziennie uruchamiane są automaty do
samoobsługowego przyrządzania kawy i herbaty. Z podobnych automatów w
jadalni można korzystać podczas śniadania i lunchu. To jedna z sal klubowych:


Po zaokrętowaniu był jeszcze czas, aby wyjść na miasto – jego najstarsza
część nie jest zbyt rozległa i przylega do portu. Tego dnia pochmurna pogoda
nie sprzyjała jednak robieniu zdjęć. Dlatego fotki z tego miasta pokażę na
końcu relacji. Wychodziliśmy z Bergen już po zmroku. Mimo późnej pory i
zmęczenia dojazdem na statek wszyscy chyba pasażerowie wylegli na pokład. Bo
przecież zaczynała się nasza wielka przygoda! U wyjścia z fiordu
przepłynęliśmy pod iluminowanym wysokim mostem Askoy. Ma on ponad kilometr
długości! Potem wokół zaległy
ciemności…
Molde
Day two –
Maloy
Pierwszą rzeczą, którą odnotowałem następnego poranka był wysoki na 42 metry
Most Maloy. Przepłynęliśmy pod nim kierując się do portu Maloy.

W Maloy – jak się okazało – mieszka tylko 3000 ludzi.
Miasteczko położone jest u stóp całkiem wysokich gór, których szczytowe
partie – jak to widać na zdjęciu poniżej – w maju były jeszcze pobielone śniegiem:

Dopiero na
kolejnym zdjęciu (poniżej) widać, że miasto jest całkiem spore, a na samym brzegu
fiordu ma nawet jakieś budowle wyglądające na przemysłowe. Statystyki mówią,
że Maloy to jeden z największych w Norwegii portów rybackich. Co roku kutry
dostarczają tu do 200 tysięcy ton ryby do zamrożenia i przetworzenia.

Nasz postój w
Maloy trwał zaledwie 15 minut – ktoś wysiadł, ktoś wsiadł, sprawnie
wyładowano dźwigiem dwie skrzynie i… popłynęliśmy dalej.
Wejścia do
fiordów bardzo często osłonięte są łańcuchami szkierów – skalistych wysepek
różnej wielkości. Dla bezpieczeństwa żeglugi na wielu z nich wybudowano
latarnie morskie. Mijaliśmy takie latarnie wielokrotnie. Prawie każda z nich
jest
inna. Często te budowle mają ciekawą architekturę jak np. ta – gdzieś
na wyspie Vagsoy:

Już po kilku
godzinach żeglugi zawinęliśmy do kolejnego fiordu, cumując przez dwa
kwadranse w
przystani Torvik. Celowo używam tu słowa “przystań”, bo trudno nazwać
miastem 20 czy 30 domów rozrzuconych u stóp zielonego zbocza. Świeciło tego
dnia piękne słońce, a w gładkim lustrze wody przeglądały się i domy i jedyny
rybacki stateczek cumujący w przystani:

Jeszcze tego samego dnia w
południe “Lofoten” zacumował na trzy godziny w porcie Alesund. Już z
podejścia do portu otworzyła się bardzo piękna panorama miasta. Wyróżniały
się w niej: kamienna wieża kościoła i żółty budynek z wieżyczką, który ja
wziąłem za klasztor, a który potem okazał się szkołą:

Alesund ma dziś około 40 000
mieszkańców. W 1904 roku miasto niemal doszczętnie strawił pożar. Odbudowano
je potem w stylu art nouveau. Centralna część Alesundu leży na
półwyspie, między dwoma ramionami fiordu. Półwysep zaś przecięty jest
malowniczym kanałem, w którym znajdują schronienie jachty i motorówki:


Miasto jest malownicze, ma w dodatku
lotnisko, na które przylatują samoloty tanich linii, więc może być samo w
sobie celem weekendowego wyjazdu. Można tu tanio dolecieć, przepłynąć
statkiem do Bergen lub Trondheim i stamtąd wrócić kolejnym tanim lotem do
Polski.
Tak wygląda z bliska ten kamienny
kościół, który widać było już ze statku. Wnętrza nie widziałem. Jak
większość kościołów w Norwegii należy do protestanckiego kościoła
narodowego. Obok kościoła jest niewielki cmentarz, a na jego skraju
ciekawy pomnik cywilnych ofiar II wojny światowej. Podczas wojny zajęta
przez Niemców Norwegia bombardowana była przez aliantów, podczas nalotów
cierpiała także miejscowa ludność.
Z tyłu za cmentarnym murem
widać fragment budynku szkoły:



Ponad
Alesundem wznosi się Aksla – stroma i niemal naga od zachodniej strony
skała. Pokazuję ją na zdjęciu obok. Wybudowano na niej restaurację z
widokiem “Fjellstua”, do której można dojechać drogą poprowadzoną okrężną
trasą po północnym zboczu.
Ale na górę
można się także wspiąć zadbaną ścieżką zaczynającą się w miejskim parku.
Drogowskaz informuje, że aby dojść na górę trzeba pokonać 418 stopni.
Warto! Bo widok, który otwiera się z tarasu restauracji niewiele ma sobie
równych na trasie Hurtigruten. Trzeba tylko – jak my – mieć szczęście do
pogody. To widok w kierunku zachodnim – tam daleko widać otwarte morze:


Za wejście na taras restauracji
właściciele pobierają w sezonie opłatę 10 koron (ok. 5 zł). Przed sezonem
jednak nikt tego nie pilnował. Gdyby w sezonie zabrakło dla was miejsca na
tarasie to równie ciekawe zdjęcia można zrobić ze ścieżki. Jak już pisałem półwysep na którym rozłożyło się
centrum miasta przecięty jest kanałem, w którym przeglądają się malowane na
pastelowe kolory kamieniczki – widać to dobrze ze wzgórza:

Widok w
kierunku wschodnim jest równie atrakcyjny, choć rano trudno jest zrobić
dobre zdjęcie – jest to fotografowanie pod światło. W tamtą stronę płynie
się do słynącego z urody Geiranger Fiordu. Statki Hutigruten zbaczają z
trasy, by pokazać pasażerom to miejsce, ale dopiero od 1 czerwca
(podwyższając jednocześnie cenę rejsów). Warto zdawać sobie z tego sprawę
przy planowaniu podróży i wyborze terminu rejsu.

Trzy godziny wystarczyły mi na
spacer po Alesundzie i obejrzenie najciekawszych budowli miasta. Potem
pożeglowaliśmy dalej ku coraz bardziej ośnieżonym górom:

Przeciwległe brzegi wielu
norweskich fiordów połączone są liniami promowymi. W tak górzystym terenie
jak na zdjęciu poniżej trudno jest budować drogi – eksploatacja promu jest
na pewno tańsza, tym bardziej, że za przeprawę pobierane są opłaty.
Widok niskich jednostek zabierających na pokład po kilkadziesiąt samochodów
przesuwających się w tym surowym pejzażu jest w tej krainie czymś normalnym.

W połowie maja, kiedy płynąłem
przez fiordy dni w północnej Norwegii są bardzo długie. Gdy około
18.00 dotarliśmy do Molde wciąż jeszcze świeciło słońce. U wejścia do
niewielkiego portu zwrócił moją uwagę ciekawy oszklony budynek – okazało się,
że to hotel, którego bryła w zamyśle architekta miała kształtem przypominać
żagiel:

Molde, gdzie mieszka 24 000 ludzi
znane jest w Norwegii jako Miasto Róż. W maju, gdy tam byłem róże jeszcze
nie kwitły. Miasto rozłożyło się na łagodnym stoku wystawionym na promienie
południowego słońca. Przy dłuższym pobycie na pewno warto wjechać dla widoku
na punkt widokowy na szczycie Varden (407 m) ponad miastem. Ale my mieliśmy
tu tylko 45 minut postoju – wystarczyło to zaledwie na spacer do widocznej
na zdjęciu katedry.

Mieszkańcy Molde mają ładny widok
ze swoich okien – po drugiej stronie fiordu ciągnie się górski łańcuch Alp
Romsdalskich, w którym naliczono aż 87 szczytów. W mieście regularnie
odbywają się festiwale jazzowe. Nie dziwi zatem ustawiony na nadbrzeżnym
deptaku pomnik saksofonisty:

Po wypłynięciu z Molde nasz
statek skierował się do wyjścia z fiordu – w nocy czekała nas żegluga przez
fragment trasy biegnący nie jak dotąd – pomiędzy wyspami, ale po otwartym morzu. Na takich
nieosłoniętych odcinkach jednostką zawsze bardziej huśta. No i trochę
pohuśtało… 🙂 Ale nie było to zbyt dokuczliwe!

Trondheim
Day three –
Trondheim to pierwsza stolica
Norwegii. Gdy miasto było niegdyś najważniejszym ośrodkiem kraju nosiło nazwę Nidaros. To stąd wyruszały wyprawy wikingów. Trondheim położone jest w głębi
dużego, szerokiego fiordu.

Zbliżając się do portu Trondheim
najpierw zobaczycie niewielką płaską wyspę Munkholmen, a na niej mury obronne i
zabudowania fortu. W średniowieczu na tej wysepce Benedyktyni założyli
klasztor, zniszczony później przez pożar. W XVII wieku na wysepce zbudowano
fort, który nie tylko bronił dostępu do miasta, ale był także miejscem
egzekucji skazańców.

Z portu, gdzie cumują statki
Hurtigruten do centrum miasta można dojść pieszo, ale jest to dość długi
spacer – zabierze Wam około pół godziny. Po drodze mija się ulokowany
w jednym z kanałów malowniczy port rybacki, gdzie wciąż cumują burta w burtę
stare drewniane kutry:

Najstarsza część Trondheim leży na
gruszkowatym półwyspie, oblana dookoła kanałami i zakolem rzeki Nidelvy. Po
przejściu przez most na kanale Vestre zobaczycie taki oto pomnik norweskich marynarzy.
W budynku obok niego mieści się niewielkie muzeum.

Najbardziej fotogeniczne w tym mieście są
chyba jednak stare, drewniane składy, których cały ciąg zobaczycie na brzegu
Nidelvy:

Ponad rzeką
przerzucony jest ciekawy most, którego środkowa część w dawnych czasach była podnoszona, gdy
trzeba było przepuścić statek. Przez ten most przechodzi się dzisiaj do
dzielnicy Singsaker, by jej stromymi uliczkami wspinać się dalej na wzgórze
Kristiansten. Na wzgórzu dobrze zachowały się wały i mury fortu.


Wspinaczka do bramy warowni zabiera około kwadransa. Wstęp na teren fortu jest
bezpłatny. Najciekawszym obiektem za murami jest ta biała wieża, która
pełniła także funkcję więzienia. Podobno wieża dwukrotnie była oblegana
przez Szwedów, ale pozostała niezdobyta.
Na murach
fortu wciąż stoją rzędy armat z różnych okresów, przy których chętnie
fotografują się turyści .
Ale dla mnie
najważniejszy był widok na rzekę i miasto, który otworzył się z murów fortu.
W prawej części zdjęcia widać strzelistą wieżę katedry Nidaros. Ta budowla
stała się dla mnie największym architektonicznym zaskoczeniem tej podróży…



Oglądałem i podziwiałem w
przeszłości wielkie
gotyckie katedry Francji, Włoch, Hiszpanii. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że
równie imponujący gotycki kościół można zobaczyć w Norwegii. Ale przecież
dzisiejsze Trondheim było do roku 1217 stolicą kraju! Aż do czasów
reformacji (1533) do grobu świętego Olafa w tej właśnie katedrze
ciągnęli pielgrzymi z całej Europy.
Wielka katedra “Nidaros Cathedral”,
wzniesiona nad grobem świętego Olafa należy dziś do kościoła
protestanckiego. Jest udostępniona do zwiedzania, ale za wstęp trzeba
płacić. Na naszym statku oferują wycieczkę w programie której jest
zwiedzanie katedry. Nie wykupiłem tej wycieczki, bo po pierwsze była droga,
a po drugie preferuję zwiedzanie indywidualne.

Przed podobnymi katedrami w Paryżu czy Mediolanie widzi się tłum turystów. A
tu? Popatrzcie na zdjęcie obok! Tu w spokoju i samotności
można kontemplować wielkość i urodę gotyckiej budowli.
Nidaros
Cathedral in Trondheim


Fasada katedry jest bardzo bogato dekorowana, między innymi figurami
przedstawiającymi królów i świętych.
Tuż obok katedry jeszcze w średniowieczu
zbudowano biskupi pałac:

Ja nazwałbym ten pałac raczej
zamkiem – ze względu na jego rozległy dziedziniec i kamienny mur obronny,
który otacza go ze wszystkich stron. Nidaros było siedzibą arcybiskupa od
roku 1152. W średniowieczu takie budowle musiały mieć także charakter
obronny.

Na terenie dawnego pałacu
urządzono współcześnie trzy muzea. W jednym z nich eksponują norweskie
regalia. Natomiast w tej części znajduje się muzeum wojskowe i ruchu
oporu:


Zupełnie niespodziewanie na
pustym pałacowym dziedzińcu spotkałem młodzieżowy zespół muzyczny grający…
dixieland. I wychodziło im to całkiem nieźle!
Na placyku przed katedrą stoi
przeszklony pawilon, w którym można kupić wydawnictwa i pamiątki oraz
wypić kawę. A naprzeciw świątyni w czerwonych, starych domach mieści się
zarząd obiektu – jak mi się wydaje jest to rodzaj przykościelnej plebani.


Trondheim ma ładne Stare Miasto –
kilka kwartałów wąskich uliczek wypełnionych piętrowymi, kolorowymi domkami.
W
przewodnikach jako drugą czy trzecią po katedrze atrakcję miasta wymienia
się pałac Stiftsgarden – oficjalną rezydencję rodziny królewskiej. W tej
rezydencji mieszka król, gdy przyjeżdża do Trondheim. Latem, gdy nikt z
rodziny królewskiej tu nie mieszka pałac można zwiedzać. Słowo “pałac” nie
bardzo mi pasuje do tego obiektu. Budowla stoi przy jednej z głównych ulic
miasta, nie jest odgrodzona od niej żadnym płotem i cała zbudowana jest z
drewna. Piszą, że jest to druga co do wielkości drewniana budowla całej
Skandynawii.
Stiftsgarden:

W wielu
zabytkowych, drewnianych domach Trondheim funkcjonują sklepy i różne
instytucje użytku publicznego. Na zdjęciu poniżej mamy pocztę sąsiadującą z
Burger Kingiem. Ale ja chciałbym zwrócić waszą uwagę na żebraczkę siedzącą
na chodniku. W bogatej Norwegii taki widok zrazu zaskakuje. Ale po kilku
dniach pobytu okazuje się, że w Norwegii mieszka wielu uchodźców z różnych
krajów świata – i to właśnie oni wyciągają ręce po jałmużnę na ulicach miast.


Wkrótce po wyjściu z Trondheim
przepływaliśmy obok latarni morskiej wzniesionej na
miniaturowej skalistej wysepce. Norwegowie piszą w przewodnikach, że to
najładniejsza latarnia w ich kraju. Sami oceńcie…
Wkrótce znaleźliśmy się u wejścia
do Przesmyku Stokksund:

Rozpoczynający się za tym wysokim
mostem Przesmyk Stokksund to jedno z najwęższych i najniebezpieczniejszych
miejsc na szlaku naszej żeglugi. Utrudnienia polegają na tym, że między
skalistymi brzegami jest tu wąsko, a w dodatku gdzieś w połowie przesmyku
kanał zakręca pod kątem prostym. Płynący tędy kiedyś jachtem niemiecki
cesarz Wilhelm chciał odsunąć pilota od steru i samemu kierować jednostką,
na co ten odmówił cesarzowi, twierdząc, że w takich trudnych miejscach to on
odpowiada za bezpieczną żeglugę.


Po 15
minutach emocjonującej żeglugi (saksofonista na pokładzie urozmaicał nam to
przejście swoją muzyką) wyszliśmy z przesmyku. Bogaty we wrażenia dzień miał
się ku końcowi.
Svolvaer
Day four –
Następnego poranka o szóstej rano
przez okno naszej kabiny zobaczyłem jak zwykle ośnieżone szczyty:

Zbliżała się
połowa maja, a tu śniegu w krajobrazie było z każdym dniem coraz więcej!

Czy jesteśmy
już za kręgiem polarnym? Pobiegłem do monitora w hollu, na którym można było
o każdej porze dnia i nocy sprawdzić pozycję statku. Płynęliśmy między
wyspami, zbliżając się powoli wyznaczonej na mapie zębatej linii.

Wyspy po lewej były wprawdzie
niemal płaskie, ale za to po
prawej piętrzyły się wysokie góry kontynentu:

Zastanawiałem się, dlaczego
Norwegowie zakładają tu osady, nie na stałym lądzie, ale właśnie na tych
wyspach… Może dlatego, że ich brzegi są bardziej przystępne? A swoją drogą
to musi być zabawne – móc powiedzieć, że mieszka się na kręgu polarnym… A
tak właśnie mogą mówić o sobie właściciele domów pokazanych na zdjęciu
poniżej. Ta wyspa o charakterystycznym kształcie przesłaniająca horyzont – Hestmann
leży już w Arktyce:

Okazało się, że na naszej trasie
krąg polarny jest zaznaczony
niewielkim pomnikiem w kształcie globusa ustawionym na skraju bezludnej,
skalistej wysepki. Gdy przepływaliśmy obok niego zawyła statkowa syrena.
Była godzina 7.13. Poprzedniego dnia wieczorem ogłoszono zgadywankę –
mieliśmy odgadnąć godzinę, o której przetniemy krąg. Ja wytypowałem 7.06.
Różnica była niewielka, ale byli wśród pasażerów tacy, którzy pomylili się tylko o minutę!

Zaraz potem okrętowa syrena zawyła
ponownie, bo pozdrawialiśmy płynący z przeciwnego kierunku inny statek
linii Hurtigruten – nowoczesny “Polarys”:

Wokół pustka,
zdarza się często, że na brzegu na odcinku wielu mil nie widać domostw ani
innych śladów działalności człowieka. Stwarza to doskonałe warunki do
kontemplowania surowej przyrody Arktyki.

Wydaje mi się, że pobielone śniegiem szczyty
nadbrzeżnych gór wyglądają na takim zdjęciu efektowniej niż latem, gdy są
szaro-zielone. Planując ten wyjazd na maj przypuszczałem, że na górach
będzie jeszcze sporo śniegu i – jak widać – nie pomyliłem się!

Gdzieś tam, w sąsiedztwie tych
zębatych szczytów leży kolejny mały port, do którego mieliśmy zawinąć. W
skromnym przewodniku, który otrzymaliśmy na początku podróży napisano
tylko że Ornes ma 1700 mieszkańców, plażę (w Arktyce!) i że jest węzłem, w
którym spotykają się szybkie motorówki kursujące do różnych części fiordu:

Woda jak lustro, żadnego
falowania, przeglądają się w niej wysokie szczyty w tle, a domy
widoczne w głębi fiordu – to już Ornes:

Dopiero z bliska widać, że w Ornes
poza domkami rozrzuconymi na zboczu są także przy przystani i większe
budowle komunalne, hotel, szkoła:

Na nabrzeżu w Ornes czekało na
nasz statek tylko dwóch
ludzi. Wyładunek, do którego zawsze używany był statkowy dźwig potrwał
tylko 15 minut i zaraz potem szybko odpłynęliśmy. Ale nawet podczas tak
krótkiego postoju można z pokładu statku coś zobaczyć i zrobić jakieś
zdjęcia. I w ten sposób powstawał powoli obraz tego kraju…


Gdy tylko znaleźliśmy się poza fiordem
kapitan (na zdjęciu obok stoi w środku) przez głośniki zaprosił pasażerów na
rufę zapowiadając wizytę Króla Mórz. Neptun przybył na pokład z pewnym
opóźnieniem, ale nowicjuszom nie przepuścił.
Arktyczny
chrzest polegał na wlaniu za kołnierz delikwenta wody nabranej chochlą z
wazy, w której pływały kawałki lodu. Wydaje mi się, że neofici na zdjęciu
poniżej nie są wcale rozbawieni sytuacją…
Ja na
szczęście nie musiałem poddawać się nieprzyjemnej procedurze, bo
wielokrotnie wcześniej przekraczałem krąg polarny, także na pokładzie
statku.

Po ochrzczeniu delikwenci dostali
po małym kieliszku ponczu. (moim zdaniem zdecydowanie za słaby trunek, bo
rozgrzać człowieka po takiej lodowatej przygodzie 🙂 ) oraz ozdobny dyplom. A statek płynął dalej…

Pogoda się poprawiła, po
lewej burcie znów pojawiły się wysokie, malownicze wyspy. Jedna z
nich Fugleoy jest nazywana Ptasią Wyspą – zamieszkuje na niej podobno 20 tys
ptaków – głównie puffinów czyli po polsku – maskonurów.

Ptasia Wyspa sama w sobie jest
ciekawa, ma sporo zieleni i nietuzinkowy krajobraz. Stałem ze dwa kwadranse
z kamerą, gdy wolno sunęliśmy wzdłuż jej brzegu:

Ale wystarczyło przejść na prawą
burtę statku, by sfotografować zupełnie inny pejzaż:

Bodo (miejscowi wymawiają [bode]
) to drugie co do wielkości po Tromso
miasto norweskiej Arktyki. Ma 48 tysięcy mieszkańców.


Gdy “Lofoten” cumował w porcie i
pasażerowie mogli zejść na ląd przy trapie wywieszano zawsze tablicę z
godziną wyjścia w morze. Na pięć minut przed podniesieniem trapu oficer na
mostku ponaglał spóźnialskich gwizdkiem okrętowej syreny. Przyznaję ze
skruchą, że trąbiono na mnie dwa razy, ale zawsze byłem już blisko i
zdążyłem jeszcze dojść do trapu przed wyznaczoną porą wyjścia. Każde zejście
pasażera na ląd i jego powrót było rejestrowane w komputerze przez
skanowanie kodu kreskowego umieszczonego na elektronicznym kluczu do
kabiny. Umożliwia to ustalenie w prosty sposób, kto jeszcze nie wrócił na
pokład…
W Bodo
mieliśmy na zwiedzanie miasta 2,5 godziny. Oto główna
ulica tego miasta, przebiegająca równolegle do morskiego brzegu:


Najbardziej okazałą budowlą
miasta jest, jak mi się wydaje wzniesiona współcześnie katedra (macie ją na zdjęciu obok).
Ażurowa dzwonnica w rzeczywistości odsunięta jest od głównej hali o kilka
metrów (czego nie widać na zdjęciu obok).
Przy katedralnym placu stoi
niewielki żółty dom z ciekawymi oknami w starym stylu. Okazało się, że to
muzeum. Niestety tego dnia było zamknięte.
Poza centrum
zabudowa ulic Bodo podobna jest do tej, jaką widzi się w całej północnej Norwegii:
to jednopiętrowe, kolorowo malowane domki z drewna:


Na dalekich peryferiach
miasta (około 3 km od portu) znajdziecie najstarszą budowlę miasta – Bodin Kerke,
którego metryka sięga roku 1200. Niestety jak to tutaj zwykle bywa kościół
był na głucho zamknięty:


Idąc w kierunku starego kościoła
mija się w pewnej odległości hangar Norweskiego Muzeum Lotnictwa, w którym
obejrzeć można między innymi szpiegowski samolot U2 – takie startowały
kiedyś z baz na terytorium Norwegii.
Było piękne,
słoneczne popołudnie. Wkrótce po wyjściu z Bodo na naszym kursie ukazał się
w błękitnej mgiełce długi łańcuch ośnieżonych gór. Przegradzał naszą drogę.
To już były legendarne, słynące z urody LOFOTY!

Wyrastały przed nami z błękitnego
morza majestatyczne i niedostępne. Razem z grupą innych wysp – Vesteralen
tworzą jakby zbudowany przez naturę kamienny pirs, wysunięty w morze prawie
prostopadle do norweskiego wybrzeża. Na archipelag Lofotów składa sie
pięć dużych wysp i cała masa “drobiazgu”. Najwyższy szczyt ma 1161 metrów.

Poszczególne wyspy Lofotów
oddzielone są od siebie tylko wąskimi przesmykami, przez które współcześnie
przerzucono mosty. Są tu także tunele. Pierwszym portem, który odwiedziliśmy na Lofotach był Stamsund:

Stamsund jest niewielkim, sennym
porcikiem. Zaludnia się dopiero w okresie od stycznia do kwietnia, gdy
trwają żniwa największego bogactwa Lofotów: arktycznego dorsza. Płynący
wzdłuż brzegów ciepły Prąd Zatokowy sprawia że dorsze
przypływają tu w tym okresie na tarło. Gdyby nie te dorsze nikt by pewnie na
surowych Lofotach nie mieszkał 🙂 Odławiają ich w każdym sezonie około 25
000 ton i nie słyszałem, aby mieli jakieś limity.

posiłku, gdy wróciliśmy na statek i popłynęliśmy dalej – do Svolvaer –
kolejnego małego portu na Lofotach.

Jadalnia na “Lofoten” ma duże
okna z obu stron, więc nawet podczas konsumpcji posiłków jest możliwość
podziwiania niezwykłego krajobrazu. A tego wieczoru było co podziwiać:


W statkowym hollu mieliśmy
zainstalowany monitor wyświetlający mapę i aktualne położenie statku. To był
dopiero komfort! O każdej porze dnia i nocy można było sprawdzić gdzie jesteśmy, jak daleko do… i jak nazywa się wyspa
obok której przepływamy. Na moich pierwszych ekspedycjach o takich
udogodnieniach nikt nawet nie marzył.

Na monitorze widać Lofoty i
wąskie przesmyki między wyspami oraz zaznaczoną trasę naszego przejścia ze
Stamsundu do Svolvaer. Widać też liczne drobne wysepki, które mijaliśmy.
Niektóre z nich były bardzo malownicze – tak jak ta:

Trudno było na linii wybrzeża
dostrzec kolejny port. Ginął zupełnie w krajobrazie u stóp wysokiej góry
gdzieś po lewej stronie tego zdjęcia:


niewielki porcik w Svolvaer (oryginalna pisownia norweska
:Svolvær) ustawiono na kolumnie pomnik żony rybaka.
Kobieta powiewa ręką za
wychodzącym w morze kutrem. A u jej stóp zamocowane jest zielone światło
nawigacyjne wyznaczające nocą wejście do portu. Wysoko nad miasteczkiem
piętrzą się skały. Jedną z nich – o rozdwojonym wierzchołku nazywają Kozią
skałą (bo przypomina rogi). Najodważniejsi miejscowi mężczyźni potrafią
skakać z jednego “rogu” na drugi.
Jeszcze zanim
statek zacumuje przy nabrzeżu przepływa on koło suszarni dorszy. To duże
drewniane stojaki, gdzie na poziomych żerdziach wiesza się oprawione płaty
ryby. To norweski stokfisz. Okazuje się, że obecnie największym importerem tej suszonej ryby
jest… Nigeria. Sporo też kupują Włosi i Portugalczycy, którzy używają jej do przyrządzania
tradycyjnej potrawy – bacalhau.



Svolvaer
zbudowany na wyspie Austvågøy to stolica archipelagu – ma około 5000
mieszkańców. W pobliżu portu zbudowano tu nawet jeden wysoki, nowoczesny
budynek. Miasteczko ma nawet swoją własną stronę internetową:

instytucje mieszczą się tu w tej jednej, głównej ulicy biegnącej w kierunku
górskiego masywu wyrastającego tuż za miejscowością:.


W miasteczku jest także kościół.
O 21.15 (taką godzinę wskazuje zegar na wieży) był oczywiście zamknięty.
Ale najbardziej malownicza część
Svolvaer schowana jest na niewielkiej wyspie za tym oto mostkiem:


Te czerwono malowane drewniane
domki to
dawne kwatery rybaków, których tysiące przybywały na Lofoty z Południowej
Norwegii w okresie “dorszowych żniw”. Dziś, w przy wysokim stopniu
mechanizacji prac i znacznie większych, nowoczesnych jednostkach
połowowych tą samą ilość ryby odławia znacznie mniejsza grupa ludzi. Dawne
kwatery sezonowych rybaków zamieniono na pomieszczenia noclegowe dla
turystów. Są one administrowane przez recepcję hotelu.

Nasz postój w malowniczym
Svolvaer trwał godzinę – od 21.00 do 22.00. Jak widzicie słońce, choć
zawieszone nisko nad horyzontem w maju wciąż jeszcze o tej późnej porze
świeciło, wspaniale barwiąc krajobraz.

W drodze powrotnej – płynąc na
południe mieliśmy tu zawinąć o nieco wcześniejszej porze, by skorzystać z
oferowanej (za dopłatą) wycieczki. Teraz jednak bez zwłoki wyruszaliśmy
dalej na północ… To był w tej części podróży ostatni uchwycony kamerą
wspaniały krajobraz Lofotów:

Kolejnego dnia mieliśmy dotrzeć
do Tromso – stolicy Norweskiej Arktyki, ale o tym już na kolejnej stronie.
