Wojtek Dabrowski – Przez fiordy za krąg polarny 2014 cz.1 (Fiordy1A.htm)


I watched the famous Norwegian fjords  years ago

from the land side, driving a rented car from Oslo through the rock

Preikestolen up to Geiranger Fjord. Even then I wondered how these fjords

present themselves when you look at them from the deck of the ship. I knew

that large cruise ships visiting the fjords, but those are very short

visits. Much greater opportunities gives the Norwegian  cabotage ships,

which sails from Bergen through the polar circle – to the place where at the

Russian border ” Norway ends” – overlapping on the way to shorter or longer

for all ports. Founded in 1893 Hurtigruten line transports between ports

goods and passengers, as well as tourists. Hurtigruten ships have their

strictly observed, fixed timetable. For the benefit of tourists is conceived

in such a way that these ports, which on the way north are visited at night,

on the way back are visited during the day. Ships sail from Bergen every

day, and because the return journey takes 11 days  there must be at

least 11 ships used in their fleet. Today, the old steamers were replaced by

modern, luxury motor boats. With two exceptions. On the route from Bergen to

Kirkenes still are in service: 50-year-old (but renovated and rebuilt) motor

vessel “Lofoten” and 30-year-old “Vesteralen”.  Here is their detailed

route:


Słynne norweskie fiordy oglądałem przed laty od strony

lądu, jadąc wypożyczonym samochodem z Oslo przez skałę Preikestolen aż do

Geiranger Fiordu. Już wtedy zastanawiałem się, jak te fiordy prezentują się,

gdy patrzy się na nie z pokładu statku. Wiedziałem, że duże statki

wycieczkowe odwiedzają fiordy, ale są to bardzo krótkie wizyty. Znacznie

większe możliwości daje rejs norweskim statkiem kabotażowym, który płynie z Bergen aż za krąg polarny – do miejsca, gdzie przy rosyjskiej granicy

“kończy się Norwegia” – zachodząc po drodze na krócej lub dłużej do

wszystkich portów. Założona w 1893 roku linia Hurtigruten przewozi między

portami towary i pasażerów, a także turystów. Statki Hurtigruten mają swój

ściśle przestrzegany, stały rozkład jazdy. Z korzyścią dla turystów jest on

pomyślany w ten sposób, że te porty, które w drodze na północ odwiedzane są

nocą, w powrotnej drodze na południe statek odwiedza w dzień. Statki

wychodzą z Bergen codziennie, a ponieważ powrotna podróż trwa 11 dni 

to we flocie musi ich być co najmniej 11. Kiedyś były to parowce. Dziś

zastąpiły je nowoczesne, luksusowe jednostki. Z dwoma wyjątkami. Na trasie z

Bergen do Kirkenes wciąż pływają: 50-letni (ale wyremontowany i

przebudowany) motorowiec “Lofoten” i 30-letni “Vesteralen”.    

Płynąc z Bergen do Kirkenes statki Hurtiruten zachodzą po drodze do 34

portów.  Długość trasy, którą pokonują w każdą stronę wynosi

około 2500 mil morskich czyli około 4000 kilometrów. 

W dawnych czasach statki

Hurtigruten pływały jako statki pocztowe, wożąc wzdłuż całego norweskiego

wybrzeża listy i paczki. Dziś w dalszym ciągu wożą pocztę, ale większość

drobnych przesyłek z większych miast wędruje do adresata samolotami. Statki

pozostają natomiast niezastąpione jeśli chodzi o transport większych

ładunków umieszczonych na przykład na paletach.

Przewożą także pasażerów między

dowolnymi portami odwiedzanymi na swoim  szlaku. Teoretycznie, mając rozkład rejsów można

przyjść prosto na statek, wykupić w statkowej recepcji bilet i popłynąć.

Sytuacje, takie, że pasażer przychodzi i nie ma dla niego miejsca zdarzają

się niesłychanie rzadko. Gorzej jest jednak, gdy do podstawowego biletu pasażer

chce wykupić jeszcze miejsca w kabinie – tu w sezonie letnim może być

problem. Aby go uniknąć warto zrobić z wyprzedzeniem internetową rezerwację

na stronie linii.  Dla orientacji napiszę jeszcze, że najnowsze statki Hurtigruten mają po tysiąc pasażerskich miejsc, z tego dla 600 pasażerów

mają koje w kabinach, a te najstarsze we flocie – jak “Lofoten”, którym

płynąłem – tylko 340 miejsc i 153 koje dla pasażerów. Można oczywiście

popłynąć wykupując sam transport i noce spędzać w fotelu lub na sofie w

salonie. Ale  podróż w takim wariancie nie jest już tak przyjemna…       

Dzień 1 – Bergen

Day one –

Rejs okrężny zaczyna się i kończy w Bergen.

Z Gdańska i innych miast w Polsce do Bergen można dolecieć linią SAS lub

tanią linią Wizzair. Z przystanku przed terminalem lotniska Bergen co pól

godziny odjeżdżają autobusy Flybussen do centrum miasta z przystankami m.in.

przy stacji autobusów międzymiastowych. Bilet powrotny dla seniora kosztuje 130 koron.

W mieście najbliżej nabrzeża Hurtigruten zlokalizowany jest przystanek “Festplassen”

(następny za stacją busów). Od niego trzeba iść w kierunku szarego budynku

teatru i dalej lekko w lewo – w sumie to jakieś 20 minut spaceru. Bergen to

ciekawe i ładnie położone miasto. Jego stara dzielnica – Brygge, rozłożona

wokół najstarszej części portu znalazła się na liście World Heritage UNESCO:

FjBergen173big.jpg

Nasz statek (na zdjęciu poniżej) czekał jednak przy innym nabrzeżu,

położonym o kwadrans marszu od starego portowego basenu. Na parterze budynku

terminalu trzeba  było zarejestrować się i oddać większy bagaż – jak na

lotnisku. Otrzymaliśmy klucze do kabin. Potem na piętrze terminalu

wyświetlono nam krótki film o zasadach bezpieczeństwa, sposobie ubierania

kamizelek ratunkowych itd.

FjLofotenOLY846big.jpg

W końcu, poinstruowani jak należy pomaszerowaliśmy na pokład naszego staruszka. Robiąc rezerwację

kabiny, po długich studiach i porównywaniu planu statku i jego zewnętrznych

zdjęć wybrałem kabinę 303 – wydawało mi się, że to jedyna kabina niższej

kategorii, która ma duże okno, a nie okrągły bulaj. Okazało się, że ten

wybór był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Kabina miała dwie dolne koje, biureczko,

szafę i umywalkę. Łazienkę mieliśmy w korytarzu w odległości trzech kroków.

Podczas żeglugi nie słychać było pracy maszyny, a odczuwane wibracje były

minimalne. I była to jedyna taka kabina na statku! Polecam ją Wam! “Lofoten”

to mały i przytulny statek (mówią o takich statkach, że mają duszę) –

zachował wiele uroku starych frachtowców. Tak wygląda jego główna klatka schodowa:

FjLofoten238big.jpg

Okazało się, że w tym przedsezonowym rejsie było nas zaledwie 75 pasażerów –

zajmowaliśmy tylko połowę ogólnej ilości kabin. Do dyspozycji pasażerów były

trzy sale klubowe (“lounges”) z dużymi oknami umożliwiającymi obserwowanie krajobrazu. W

rufowej sali po kolacji codziennie uruchamiane są automaty do

samoobsługowego przyrządzania kawy i herbaty. Z podobnych automatów w

jadalni można korzystać podczas śniadania i lunchu. To jedna z sal klubowych:

FjLofoten237big.jpg

Po zaokrętowaniu był jeszcze czas, aby wyjść na miasto – jego najstarsza

część nie jest zbyt rozległa i przylega do portu. Tego dnia pochmurna pogoda

nie sprzyjała jednak robieniu zdjęć. Dlatego fotki z tego miasta pokażę na

końcu relacji. Wychodziliśmy z Bergen już po zmroku. Mimo późnej pory i

zmęczenia dojazdem na statek wszyscy chyba pasażerowie wylegli na pokład. Bo

przecież zaczynała się nasza wielka przygoda! U wyjścia z fiordu

przepłynęliśmy pod iluminowanym wysokim mostem Askoy. Ma on ponad kilometr

długości! Potem wokół zaległy

ciemności… 

Dzień 2 – Maloy, Torvik, Alesund,

Molde

Day two –

Maloy

Pierwszą rzeczą, którą odnotowałem następnego poranka był wysoki na 42 metry

Most Maloy. Przepłynęliśmy pod nim kierując się do portu Maloy.

FjMaloy209big.jpg

W Maloy – jak się okazało – mieszka tylko 3000 ludzi.

Miasteczko położone jest u stóp całkiem wysokich gór, których szczytowe

partie – jak to widać na zdjęciu poniżej – w maju były jeszcze pobielone śniegiem:

FjMaloy216big.jpg

Dopiero na

kolejnym zdjęciu (poniżej) widać, że miasto jest całkiem spore, a na samym brzegu

fiordu ma nawet jakieś budowle wyglądające na przemysłowe. Statystyki mówią,

że Maloy to jeden z największych w Norwegii portów rybackich. Co roku kutry

dostarczają tu do 200 tysięcy ton ryby do zamrożenia i przetworzenia. 

FjMaloy213big.jpg

Nasz postój w

Maloy trwał zaledwie 15 minut – ktoś wysiadł, ktoś wsiadł, sprawnie

wyładowano dźwigiem dwie skrzynie i… popłynęliśmy dalej.

Wejścia do

fiordów bardzo często osłonięte są łańcuchami szkierów – skalistych wysepek

różnej wielkości. Dla bezpieczeństwa żeglugi na wielu z nich wybudowano

latarnie morskie. Mijaliśmy takie latarnie wielokrotnie. Prawie każda z nich

jest

inna. Często te budowle mają ciekawą architekturę  jak np. ta – gdzieś

na wyspie Vagsoy:

FjTorvik226big.jpg
Torvik

Już po kilku

godzinach żeglugi zawinęliśmy do kolejnego fiordu, cumując przez dwa

kwadranse w

przystani Torvik. Celowo używam tu słowa “przystań”, bo trudno nazwać

miastem 20 czy 30 domów rozrzuconych u stóp zielonego zbocza. Świeciło tego

dnia piękne słońce, a w gładkim lustrze wody przeglądały się i domy i jedyny

rybacki stateczek cumujący w przystani:

FjTorvik231big.jpg
Alesund

Jeszcze tego samego dnia w

południe “Lofoten” zacumował na trzy godziny w porcie Alesund.  Już z

podejścia do portu otworzyła się bardzo piękna panorama miasta. Wyróżniały

się w niej: kamienna wieża kościoła i żółty budynek z wieżyczką, który ja

wziąłem za klasztor, a który potem okazał się szkołą: 

FjAlesund246big.jpg

Alesund ma dziś około 40 000

mieszkańców. W 1904 roku miasto niemal doszczętnie strawił pożar. Odbudowano

je potem w stylu art nouveau. Centralna część Alesundu leży na

półwyspie, między dwoma ramionami fiordu. Półwysep zaś przecięty jest

malowniczym kanałem, w którym znajdują schronienie jachty i motorówki:

FjAlesund305big.jpg

Miasto jest malownicze, ma w dodatku

lotnisko, na które przylatują samoloty tanich linii, więc może być samo w

sobie celem weekendowego wyjazdu. Można tu tanio dolecieć, przepłynąć

statkiem do Bergen lub Trondheim i stamtąd wrócić kolejnym tanim lotem do

Polski.  

Tak wygląda z bliska ten kamienny

kościół, który widać było już ze statku. Wnętrza nie widziałem. Jak

większość kościołów  w Norwegii należy do protestanckiego kościoła

narodowego. Obok kościoła  jest niewielki cmentarz, a na jego skraju

ciekawy pomnik cywilnych ofiar II wojny światowej. Podczas wojny zajęta

przez Niemców Norwegia bombardowana była przez aliantów, podczas nalotów

cierpiała także miejscowa ludność.

 Z tyłu za cmentarnym murem

widać fragment budynku szkoły:

FjAlesund308big.jpg

Ponad

Alesundem wznosi się Aksla – stroma i niemal naga od zachodniej strony

skała. Pokazuję ją na zdjęciu obok. Wybudowano na niej restaurację  z

widokiem “Fjellstua”, do której można dojechać drogą poprowadzoną okrężną

trasą po północnym zboczu.

Ale na górę

można się także wspiąć zadbaną ścieżką zaczynającą się w miejskim parku.

Drogowskaz informuje, że aby dojść na górę trzeba pokonać 418 stopni. 

Warto! Bo widok, który otwiera się z tarasu restauracji niewiele ma sobie

równych na trasie Hurtigruten. Trzeba tylko – jak my – mieć szczęście do

pogody. To widok w kierunku zachodnim – tam daleko widać otwarte morze:

FjAlesund289big.jpg

Za wejście na taras restauracji

właściciele pobierają w sezonie opłatę 10 koron (ok. 5 zł). Przed sezonem

jednak nikt tego nie pilnował. Gdyby w sezonie zabrakło dla was miejsca na

tarasie to równie ciekawe zdjęcia można zrobić ze ścieżki. Jak już pisałem półwysep na którym rozłożyło się

centrum miasta przecięty jest kanałem, w którym przeglądają się malowane na

pastelowe kolory kamieniczki – widać to dobrze ze wzgórza:

FjAlesund282big.jpg

Widok w

kierunku wschodnim jest równie atrakcyjny, choć rano trudno jest zrobić

dobre zdjęcie – jest to fotografowanie pod światło. W tamtą stronę płynie

się do słynącego z urody Geiranger Fiordu. Statki Hutigruten zbaczają z

trasy, by pokazać pasażerom to miejsce, ale dopiero od 1 czerwca

(podwyższając jednocześnie cenę rejsów). Warto zdawać sobie z tego sprawę

przy planowaniu podróży i wyborze terminu rejsu.

FjAlesund286big.jpg
Molde

Trzy godziny wystarczyły mi na

spacer po Alesundzie i obejrzenie najciekawszych budowli miasta. Potem

pożeglowaliśmy dalej ku coraz bardziej ośnieżonym górom:

FjMolde317big.jpg

Przeciwległe brzegi wielu

norweskich fiordów połączone są liniami promowymi. W tak górzystym terenie

jak na zdjęciu poniżej trudno jest budować drogi – eksploatacja promu jest

na pewno tańsza, tym bardziej, że za przeprawę pobierane są opłaty. 

Widok niskich jednostek zabierających na pokład po kilkadziesiąt samochodów

przesuwających się w tym surowym pejzażu jest w tej krainie czymś normalnym.

FjMolde321big.jpg

W połowie maja, kiedy płynąłem

przez fiordy dni w północnej Norwegii są bardzo długie. Gdy  około

18.00 dotarliśmy do Molde wciąż jeszcze świeciło słońce. U wejścia do

niewielkiego portu zwrócił moją uwagę ciekawy oszklony budynek – okazało się,

że to hotel, którego bryła w zamyśle architekta miała kształtem przypominać

żagiel:

FjMolde323big.jpg

Molde, gdzie mieszka 24 000 ludzi

znane jest w Norwegii jako Miasto Róż. W maju, gdy tam byłem róże jeszcze

nie kwitły. Miasto rozłożyło się na łagodnym stoku wystawionym na promienie

południowego słońca. Przy dłuższym pobycie na pewno warto wjechać dla widoku

na punkt widokowy na szczycie Varden (407 m) ponad miastem. Ale my mieliśmy

tu tylko 45 minut postoju – wystarczyło to zaledwie na spacer do widocznej

na zdjęciu katedry.

FjMolde328big.jpg

Mieszkańcy Molde mają ładny widok

ze swoich okien – po drugiej stronie fiordu ciągnie się górski łańcuch Alp

Romsdalskich, w którym naliczono aż 87 szczytów. W mieście regularnie

odbywają się festiwale jazzowe. Nie dziwi zatem ustawiony na nadbrzeżnym

deptaku pomnik saksofonisty:

FjMolde334big.jpg

Po wypłynięciu z Molde nasz

statek skierował się do wyjścia z fiordu – w nocy czekała nas żegluga przez

fragment trasy biegnący nie jak dotąd – pomiędzy wyspami, ale po otwartym morzu. Na takich

nieosłoniętych odcinkach jednostką zawsze bardziej huśta. No i trochę

pohuśtało…  🙂    Ale nie było to zbyt dokuczliwe!

FjMolde329big.jpg
Dzień 3 –
Trondheim

Day three –

Trondheim to pierwsza stolica

Norwegii. Gdy miasto było niegdyś najważniejszym ośrodkiem kraju nosiło nazwę Nidaros. To stąd wyruszały wyprawy wikingów. Trondheim położone jest w głębi

dużego,  szerokiego fiordu.

FjTrond336big.jpg

Zbliżając się do portu Trondheim

najpierw zobaczycie niewielką płaską wyspę Munkholmen, a na niej mury obronne i

zabudowania fortu. W średniowieczu na tej wysepce Benedyktyni założyli

klasztor, zniszczony później przez pożar. W XVII wieku na wysepce zbudowano

fort, który nie tylko bronił dostępu do miasta, ale był także miejscem

egzekucji skazańców.

FjTrond340big.jpg

Z portu, gdzie cumują statki

Hurtigruten do centrum miasta można dojść pieszo, ale jest to dość długi

spacer – zabierze Wam około pół godziny. Po  drodze mija się ulokowany

w jednym z kanałów malowniczy port rybacki, gdzie wciąż cumują burta w burtę

stare drewniane kutry:

FjTrond417big.jpg


Najstarsza część Trondheim leży na

gruszkowatym półwyspie, oblana dookoła kanałami i zakolem rzeki Nidelvy. Po

przejściu przez most na kanale Vestre zobaczycie taki oto pomnik norweskich marynarzy.

W budynku obok niego mieści się niewielkie muzeum.

FjTrond344big.jpg


Najbardziej fotogeniczne w tym mieście są

chyba jednak stare, drewniane składy, których cały ciąg zobaczycie na brzegu

Nidelvy:

FjTrond351big.jpg

Ponad rzeką

przerzucony jest ciekawy most, którego środkowa część w dawnych czasach była podnoszona, gdy

trzeba było przepuścić statek. Przez ten most przechodzi się dzisiaj do

dzielnicy Singsaker, by jej stromymi uliczkami wspinać się dalej na wzgórze

Kristiansten. Na wzgórzu dobrze zachowały się wały i mury fortu. 

FjTrond353big.jpg

Wspinaczka do bramy warowni zabiera około kwadransa. Wstęp na teren fortu jest

bezpłatny.  Najciekawszym obiektem za murami jest ta biała wieża, która

pełniła także funkcję więzienia. Podobno wieża dwukrotnie była oblegana

przez Szwedów, ale pozostała niezdobyta.

Na murach

fortu wciąż stoją rzędy armat z różnych okresów, przy których chętnie

fotografują się turyści .

 

Ale dla mnie

najważniejszy był widok na rzekę i miasto, który otworzył się z murów fortu.

W prawej części zdjęcia widać strzelistą wieżę katedry Nidaros. Ta budowla

stała się dla mnie największym architektonicznym zaskoczeniem tej podróży…

FjTrond388big.jpg

 

Oglądałem i podziwiałem w

przeszłości wielkie

gotyckie katedry Francji, Włoch, Hiszpanii. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że

równie imponujący gotycki kościół można zobaczyć w Norwegii. Ale przecież

dzisiejsze Trondheim było do roku 1217 stolicą kraju!  Aż do czasów

reformacji (1533)  do grobu świętego Olafa w tej właśnie katedrze

ciągnęli pielgrzymi z całej Europy.

 

Wielka katedra “Nidaros Cathedral”,

wzniesiona nad grobem świętego Olafa należy dziś do kościoła

protestanckiego. Jest udostępniona do zwiedzania, ale za wstęp trzeba

płacić. Na naszym statku oferują wycieczkę w programie której jest

zwiedzanie katedry. Nie wykupiłem tej wycieczki, bo po pierwsze była droga,

a po drugie preferuję zwiedzanie indywidualne.

 

FjTrond356BIG.jpg

Przed podobnymi katedrami w Paryżu czy Mediolanie widzi się tłum turystów. A

tu?  Popatrzcie na zdjęcie obok!   Tu w spokoju i samotności

można kontemplować wielkość i urodę gotyckiej budowli.

 

 

 

Nidaros

Cathedral in Trondheim

Fasada katedry jest bardzo bogato dekorowana, między innymi figurami

przedstawiającymi królów i świętych.

 

 

 

Tuż obok katedry jeszcze w średniowieczu

zbudowano biskupi pałac:

FjTrond376BIG.jpg

Ja nazwałbym ten pałac raczej

zamkiem – ze względu na jego rozległy dziedziniec i kamienny mur obronny,

który otacza go ze wszystkich stron. Nidaros było siedzibą arcybiskupa od

roku 1152. W średniowieczu takie budowle musiały mieć także charakter

obronny.

FjTrond371big.jpg

Na terenie dawnego pałacu

urządzono współcześnie trzy muzea. W jednym z nich eksponują norweskie

regalia.  Natomiast w tej części znajduje się muzeum wojskowe i ruchu

oporu:

FjTrond373big.jpg

Zupełnie niespodziewanie na

pustym pałacowym dziedzińcu spotkałem młodzieżowy zespół muzyczny grający…

dixieland. I wychodziło im to całkiem nieźle!

Na placyku przed katedrą stoi

przeszklony pawilon, w którym można kupić  wydawnictwa i pamiątki oraz

wypić kawę. A naprzeciw świątyni w czerwonych, starych domach mieści się

zarząd obiektu – jak mi się wydaje jest to rodzaj przykościelnej plebani.

 

Trondheim ma ładne Stare Miasto –

kilka kwartałów wąskich uliczek wypełnionych piętrowymi, kolorowymi domkami.

 

W

przewodnikach jako drugą czy trzecią po katedrze atrakcję miasta wymienia

się pałac Stiftsgarden – oficjalną rezydencję rodziny królewskiej. W tej

rezydencji mieszka król, gdy przyjeżdża do Trondheim. Latem, gdy nikt z

rodziny królewskiej tu nie mieszka pałac można zwiedzać. Słowo “pałac” nie

bardzo mi pasuje do tego obiektu. Budowla stoi przy jednej z głównych ulic

miasta, nie jest odgrodzona od niej żadnym płotem i cała zbudowana jest z

drewna. Piszą, że jest to druga co do wielkości drewniana budowla całej

Skandynawii.

 

 

 

Stiftsgarden:

FjTrond409BIG.jpg

W wielu

zabytkowych, drewnianych domach Trondheim funkcjonują sklepy i różne

instytucje użytku publicznego. Na zdjęciu poniżej mamy pocztę sąsiadującą z

Burger Kingiem. Ale ja chciałbym zwrócić waszą uwagę na żebraczkę siedzącą

na chodniku. W bogatej Norwegii taki widok zrazu zaskakuje. Ale po kilku

dniach pobytu okazuje się, że w Norwegii mieszka wielu uchodźców z różnych

krajów świata – i to właśnie oni wyciągają ręce po jałmużnę na ulicach miast.

FjTrond410big.jpg

Wkrótce po wyjściu z Trondheim

przepływaliśmy obok latarni morskiej wzniesionej na

miniaturowej skalistej wysepce. Norwegowie piszą w przewodnikach, że to

najładniejsza latarnia w ich kraju. Sami oceńcie…

 

Wkrótce znaleźliśmy się u wejścia

do Przesmyku Stokksund:

FjStoksunden432big.jpg

Rozpoczynający się za tym wysokim

mostem Przesmyk Stokksund to jedno z najwęższych i najniebezpieczniejszych

miejsc na szlaku naszej żeglugi. Utrudnienia polegają na tym, że między

skalistymi brzegami jest tu wąsko, a w dodatku gdzieś w połowie przesmyku

kanał zakręca pod kątem prostym. Płynący tędy kiedyś jachtem  niemiecki

cesarz Wilhelm chciał odsunąć pilota od steru i samemu kierować jednostką,

na co ten odmówił cesarzowi, twierdząc, że w takich trudnych miejscach to on

odpowiada za bezpieczną żeglugę.

FjStoksunden438big.jpg

Po 15

minutach emocjonującej żeglugi (saksofonista na pokładzie urozmaicał nam to

przejście swoją muzyką) wyszliśmy z przesmyku. Bogaty we wrażenia dzień miał

się ku końcowi.

Dzień 4 – Ornes, Bodo, Stamsund,

Svolvaer

Day four –

Następnego poranka o szóstej rano

przez okno naszej kabiny zobaczyłem jak zwykle ośnieżone szczyty:

FjOrnes334big.jpg

Zbliżała się

połowa maja, a tu śniegu w krajobrazie było z każdym dniem coraz więcej! 

FjOrnes445big.jpg

Czy jesteśmy

już za kręgiem polarnym? Pobiegłem do monitora w hollu, na którym można było

o każdej porze dnia i nocy sprawdzić pozycję statku. Płynęliśmy między

wyspami, zbliżając się powoli wyznaczonej na mapie zębatej linii.

FjOrnes447big.jpg

Wyspy po lewej były wprawdzie

niemal płaskie, ale za to po

prawej piętrzyły się wysokie góry kontynentu: 

FjOrnes448big.jpg

Zastanawiałem się, dlaczego

Norwegowie zakładają tu osady, nie na stałym lądzie, ale właśnie na tych

wyspach… Może dlatego, że ich brzegi są bardziej przystępne? A swoją drogą

to musi być zabawne – móc powiedzieć, że mieszka się na kręgu polarnym… A

tak właśnie mogą mówić o sobie właściciele domów pokazanych na zdjęciu

poniżej. Ta wyspa o charakterystycznym kształcie przesłaniająca horyzont –  Hestmann 

leży już w Arktyce:

FjOrnes450big.jpg

Okazało się, że na naszej trasie

krąg polarny jest zaznaczony

niewielkim pomnikiem w kształcie globusa ustawionym na skraju bezludnej,

skalistej wysepki. Gdy przepływaliśmy obok niego zawyła statkowa syrena.

Była godzina  7.13. Poprzedniego dnia wieczorem ogłoszono zgadywankę –

mieliśmy odgadnąć godzinę, o której przetniemy krąg. Ja wytypowałem 7.06.

Różnica była niewielka, ale byli wśród pasażerów tacy, którzy pomylili się tylko o minutę!

FjOrnes458big.jpg

Zaraz potem okrętowa syrena zawyła

ponownie, bo pozdrawialiśmy płynący z przeciwnego kierunku inny statek

linii Hurtigruten – nowoczesny “Polarys”:

FjOrnes460big.jpg

Wokół pustka,

zdarza się często, że na brzegu na odcinku wielu mil nie widać domostw ani

innych śladów działalności człowieka. Stwarza to doskonałe warunki do

kontemplowania   surowej przyrody Arktyki.

FjOrnes461big.jpg

Wydaje mi się, że pobielone śniegiem szczyty

nadbrzeżnych gór wyglądają na takim zdjęciu efektowniej niż latem, gdy są

szaro-zielone. Planując ten wyjazd na maj przypuszczałem, że na górach

będzie jeszcze sporo śniegu i – jak widać – nie pomyliłem się!

FjOrnes464big.jpg

Gdzieś tam, w sąsiedztwie tych

zębatych szczytów leży kolejny mały port, do którego mieliśmy zawinąć. W

skromnym przewodniku, który  otrzymaliśmy na początku podróży napisano

tylko że Ornes ma 1700 mieszkańców, plażę (w Arktyce!) i że jest węzłem, w

którym spotykają się szybkie motorówki kursujące do różnych części fiordu:

FjOrnes466big.jpg
Ornes

Woda jak lustro, żadnego

falowania,  przeglądają się w niej wysokie szczyty w tle, a domy

widoczne w głębi fiordu – to już Ornes:

FjOrnes469big.jpg

Dopiero z bliska widać, że w Ornes

poza domkami rozrzuconymi na zboczu są także przy przystani i większe

budowle komunalne, hotel, szkoła:

FjOrnes477big.jpg

Na nabrzeżu w Ornes czekało na

nasz statek tylko dwóch

ludzi. Wyładunek, do którego zawsze używany był statkowy dźwig potrwał

tylko 15 minut i zaraz potem szybko odpłynęliśmy. Ale nawet podczas tak

krótkiego postoju można z pokładu statku coś zobaczyć i zrobić jakieś

zdjęcia. I w ten sposób powstawał powoli obraz tego kraju…

FjOrnes475BIG.jpg

Gdy tylko znaleźliśmy się poza fiordem 

kapitan (na zdjęciu obok stoi w środku) przez głośniki zaprosił pasażerów na

rufę zapowiadając wizytę Króla Mórz. Neptun przybył na pokład z pewnym

opóźnieniem, ale nowicjuszom nie przepuścił.

Arktyczny

chrzest polegał na wlaniu za kołnierz delikwenta wody nabranej chochlą z

wazy, w której pływały kawałki lodu. Wydaje mi się, że neofici na zdjęciu

poniżej nie są wcale rozbawieni sytuacją…

Ja na

szczęście nie musiałem poddawać się nieprzyjemnej procedurze, bo

wielokrotnie wcześniej przekraczałem krąg polarny, także na pokładzie

statku.

FjOrnes486big.jpg

Po ochrzczeniu delikwenci dostali

po małym kieliszku ponczu. (moim zdaniem zdecydowanie za słaby trunek, bo

rozgrzać człowieka po takiej lodowatej przygodzie 🙂 ) oraz ozdobny dyplom.  A statek płynął dalej…

FjOrnes480big.jpg

 Pogoda się poprawiła, po

lewej burcie znów pojawiły się wysokie, malownicze wyspy. Jedna z

nich Fugleoy jest nazywana Ptasią Wyspą – zamieszkuje na niej podobno 20 tys

ptaków – głównie puffinów czyli po polsku – maskonurów.

FjForoya494big.jpg

Ptasia Wyspa sama w sobie jest

ciekawa, ma sporo zieleni i nietuzinkowy krajobraz. Stałem ze dwa kwadranse

z kamerą, gdy wolno sunęliśmy wzdłuż jej brzegu:

FjForoya497big.jpg

Ale wystarczyło przejść na prawą

burtę statku, by sfotografować zupełnie inny pejzaż:

FjBodoPRZED499big.jpg
Bodo

Bodo (miejscowi wymawiają [bode]

) to drugie co do wielkości po Tromso

miasto norweskiej Arktyki. Ma 48 tysięcy mieszkańców.

FjBodo502big.jpg

Gdy “Lofoten” cumował w porcie i

pasażerowie mogli zejść na ląd przy trapie wywieszano zawsze tablicę z

godziną wyjścia w morze. Na pięć minut przed podniesieniem trapu oficer na

mostku ponaglał spóźnialskich gwizdkiem okrętowej syreny. Przyznaję ze

skruchą, że trąbiono na mnie dwa razy, ale zawsze byłem już blisko i

zdążyłem jeszcze dojść do trapu przed wyznaczoną porą wyjścia. Każde zejście

pasażera na ląd i jego powrót było rejestrowane w komputerze przez

skanowanie kodu kreskowego umieszczonego na elektronicznym kluczu do

kabiny. Umożliwia to ustalenie w prosty sposób, kto jeszcze nie wrócił na

pokład…

W Bodo

mieliśmy na zwiedzanie miasta 2,5 godziny. Oto główna

ulica tego miasta, przebiegająca równolegle do morskiego brzegu:

FjBodo504big.jpg

Najbardziej okazałą budowlą

miasta jest, jak mi się wydaje  wzniesiona współcześnie katedra (macie ją na zdjęciu obok).

Ażurowa dzwonnica w rzeczywistości odsunięta jest od głównej hali o kilka

metrów (czego nie widać na zdjęciu obok).

Przy katedralnym placu stoi

niewielki żółty dom z ciekawymi oknami w starym stylu. Okazało się, że to

muzeum. Niestety tego dnia było zamknięte.

 

Poza centrum

zabudowa ulic Bodo podobna jest do tej, jaką widzi się w całej północnej Norwegii:

to jednopiętrowe, kolorowo malowane domki z drewna:

FjBode510big.jpg

Na dalekich peryferiach 

miasta (około 3 km od portu) znajdziecie najstarszą budowlę miasta – Bodin Kerke,

którego metryka sięga roku 1200. Niestety jak to tutaj zwykle bywa kościół

był na głucho zamknięty:

FjBodo515big.jpg

Idąc w kierunku starego kościoła

mija się w pewnej odległości hangar Norweskiego Muzeum Lotnictwa, w którym

obejrzeć można między innymi szpiegowski samolot U2 – takie startowały

kiedyś z baz na terytorium Norwegii.

Było piękne,

słoneczne popołudnie. Wkrótce po wyjściu z Bodo na naszym kursie ukazał się

w błękitnej mgiełce długi łańcuch ośnieżonych gór. Przegradzał naszą drogę. 

To już były legendarne, słynące z urody  LOFOTY!

FjLofoty524big.jpg

Wyrastały przed nami z błękitnego

morza majestatyczne i niedostępne. Razem z grupą innych wysp – Vesteralen

tworzą jakby zbudowany przez naturę kamienny pirs, wysunięty w morze prawie

prostopadle do norweskiego wybrzeża.  Na archipelag Lofotów składa sie

pięć dużych wysp i cała masa “drobiazgu”. Najwyższy szczyt ma 1161 metrów.

FjLofoty527big.jpg
Stamsund 

Poszczególne wyspy Lofotów

oddzielone są od siebie tylko wąskimi przesmykami, przez które współcześnie

przerzucono mosty. Są tu także tunele. Pierwszym portem, który odwiedziliśmy na Lofotach był Stamsund:

FjStamsund534BIG.jpg

Stamsund jest niewielkim, sennym

porcikiem. Zaludnia się dopiero w okresie od stycznia do kwietnia, gdy

trwają żniwa największego bogactwa Lofotów: arktycznego dorsza. Płynący

wzdłuż brzegów ciepły Prąd Zatokowy sprawia że dorsze

przypływają tu w tym okresie na tarło. Gdyby nie te dorsze nikt by pewnie na

surowych Lofotach nie mieszkał 🙂  Odławiają ich w każdym sezonie około 25

000 ton i nie słyszałem, aby mieli jakieś limity.

FjStamsund539big.jpg
Zbliżała się pora wieczornego

posiłku, gdy wróciliśmy na statek i popłynęliśmy dalej – do Svolvaer –

kolejnego małego portu na Lofotach.

FjStamsund542big.jpg

Jadalnia na “Lofoten” ma duże

okna z obu stron, więc nawet podczas konsumpcji posiłków jest możliwość

podziwiania niezwykłego krajobrazu. A tego wieczoru było co podziwiać:

Svolvaer
FjSvolvaer548big.jpg

W statkowym hollu mieliśmy

zainstalowany monitor wyświetlający mapę i aktualne położenie statku. To był

dopiero komfort! O każdej porze dnia i nocy można było sprawdzić gdzie jesteśmy, jak daleko do… i jak nazywa się wyspa

obok której przepływamy. Na moich pierwszych ekspedycjach o takich

udogodnieniach nikt nawet nie marzył.

FjLofoty564.jpg

Na monitorze widać Lofoty i

wąskie przesmyki między wyspami oraz zaznaczoną trasę naszego przejścia ze

Stamsundu do Svolvaer. Widać też liczne drobne wysepki, które mijaliśmy.

Niektóre z nich były bardzo malownicze – tak jak ta: 

FjSvolvaer552big.jpg

Trudno było na linii wybrzeża

dostrzec kolejny port. Ginął zupełnie w krajobrazie u stóp wysokiej góry

gdzieś po lewej stronie tego zdjęcia:

FjSvolvaer554big.jpg

Na końcu falochronu osłaniającego

niewielki porcik w Svolvaer (oryginalna pisownia norweska:

Svolvær)   ustawiono na kolumnie pomnik żony rybaka.

Kobieta powiewa ręką za

wychodzącym w morze kutrem. A u jej stóp zamocowane jest zielone światło

nawigacyjne wyznaczające nocą wejście do portu. Wysoko nad miasteczkiem

piętrzą się skały. Jedną z nich – o rozdwojonym wierzchołku nazywają Kozią

skałą (bo przypomina rogi). Najodważniejsi miejscowi mężczyźni potrafią

skakać z jednego “rogu” na drugi.

Jeszcze zanim

statek zacumuje przy nabrzeżu przepływa on koło suszarni dorszy. To duże

drewniane stojaki, gdzie na poziomych żerdziach wiesza się oprawione płaty

ryby. To norweski stokfisz. Okazuje się, że obecnie największym importerem tej suszonej ryby

jest… Nigeria. Sporo też kupują Włosi i Portugalczycy, którzy używają jej do przyrządzania

tradycyjnej potrawy – bacalhau.

FjSvolvaer557big.jpg


Svolvaer

zbudowany na wyspie Austvågøy to stolica archipelagu – ma około 5000

mieszkańców. W pobliżu portu zbudowano tu nawet jeden wysoki, nowoczesny

budynek. Miasteczko ma nawet swoją własną stronę internetową:

www.svolvaer.net 

FjSvolvaer568.jpg
Wszystkie ważniejsze sklepy i

instytucje mieszczą się tu w tej jednej, głównej ulicy biegnącej w kierunku

górskiego masywu wyrastającego tuż za miejscowością:.

FjSvolvaer580big.jpg

W miasteczku jest także kościół.

O 21.15 (taką godzinę wskazuje zegar na wieży) był oczywiście zamknięty.

 

 

 

Ale najbardziej malownicza część

Svolvaer schowana jest na niewielkiej wyspie za tym oto mostkiem:

FjSvolvaer571BIG.jpg

Te czerwono malowane drewniane

domki to

dawne kwatery rybaków, których tysiące przybywały na Lofoty z Południowej

Norwegii w okresie “dorszowych żniw”. Dziś, w przy wysokim stopniu

mechanizacji  prac i znacznie większych, nowoczesnych jednostkach

połowowych tą samą ilość ryby odławia znacznie mniejsza grupa ludzi. Dawne

kwatery sezonowych rybaków zamieniono na pomieszczenia noclegowe dla

turystów. Są one administrowane przez recepcję hotelu.

FjSvolvaer573big.jpg

Nasz postój w malowniczym

Svolvaer trwał godzinę – od 21.00 do 22.00. Jak widzicie słońce, choć

zawieszone nisko nad horyzontem w maju wciąż jeszcze o tej późnej porze

świeciło, wspaniale barwiąc krajobraz.

FjSvolvaerOLY234big.jpg

W drodze powrotnej – płynąc na

południe mieliśmy tu zawinąć o nieco wcześniejszej porze, by skorzystać z

oferowanej (za dopłatą) wycieczki. Teraz jednak bez zwłoki wyruszaliśmy

dalej na północ… To był w tej części podróży ostatni uchwycony kamerą

wspaniały krajobraz Lofotów:

FjSvolvaerOLY232big.jpg

Kolejnego dnia mieliśmy dotrzeć

do Tromso – stolicy Norweskiej Arktyki, ale o tym już na kolejnej stronie.



mapa rejsu

 

 

My hot

news from this expedition (in English) you can read in my travel log: 

www.globosapiens.net/travellog/wojtekd 

 

Notatki robione “na gorąco” na

trasie podróży (po angielsku) można przeczytać w moim 

dzienniku podróży w serwisie globosapiens.net