
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos
Targowe
tereny są położone jakieś 2 kilometry za miastem, przy szutrowej drodze do
Nakfy. Za włoskim cmentarzem wojennym trzeba skręcić w lewo. Nie trzeba
przewodnika, wystarczy po prostu wczesnym rankiem dołączyć do sznura ludzi
ciągnących w tamta stronę. Lepiej wstać wcześnie – upał, który staje się
bardzo uciążliwy koło południa sprawia, że o tej porze ludzie zaczynają już
uciekać z targowiska.


jest na dwie części. W prawo – przez bramę wchodzi się na duży, otoczony
murem plac, na którym handluje się osłami i wielbłądami. A ta
piaszczysta droga w górę prowadzi na drugi plac na lekko nachylonym stoku,
gdzie sprzedaje się bydło, kozy i drobny inwentarz…
Na początek poszedłem oczywiście do wielbłądów.


Świecące nisko poranne słońce
ostro rysowało kontury ludzi i zwierząt kładąc na piasku ich długie cienie.
Czy
nie sądzicie, że ten współczesny przecież widok jest jak ilustracja do
“Baśni z tysiąca i jednej nocy”?
Takich widoków mój obiektyw odnotował tam
znacznie więcej… Nie spiesząc się, bo przecież nie czekał na mnie
wycieczkowy autobus krążyłem jako jedyny “białas” w tym tłumie chłonąc
atmosferę tego niezwykłego miejsca: porykiwanie osłów i wielbłądów,
nawoływania i rozmowy w nieznanym mi języku, zapachy zwierzęcego potu i (nie
zawsze przyjemny) ekskrementów. Byłem w swoim żywiole, bo takie miejsca
zawsze fascynowały mnie bardziej od architektury nawet najsłynniejszych
europejskich miast…


Tu się naprawdę coś działo… Przed zakupem zwierzęcia trzeba było obejrzeć
je dokładnie – nie tylko nogi i kopyta, ale także zęby – bo od tego jak
wielbłąd może żuć pokarm zależy jego siła i żywotność…
Niezwykłym elementem tej naturalnej
scenografii były stroje miejscowych mężczyzn. Mężczyzn, bo o ile pamiętam na
tym placu nie było ani jednej kobiety…


przyjacielscy wobec kogoś, kto wobec nich zachowywał się jak przyjaciel.
Sami zaproponowali mi wspólne zdjęcie… Znalazł się ktoś, kto nacisnął
guzik aparatu…
Rzadko w czasie podróży fotografuję
siebie, ale była to jedna z tych niepowtarzalnych okazji. Wielbłąd pozował
spokojnie… No i została taka pamiątka z Kerenu…


Europejska kurtka na tradycyjnym stroju to na pewno dowód pewnej zamożności
i otwarcia na ten jakże inny – świat białych.
W miarę jak upływały kwadranse wielbłądów i ludzi na placu przybywało.
Odnosiłem wrażenie, że miejscowi mężczyźni traktują ten poniedziałkowy targ
jako okazję do towarzyskich i rodzinnych spotkań.


Krążyli wśród stojących cierpliwie zwierząt szukając widać okazji. Zapytałem
o zwyczajowe ceny. Okazało się, że za młodego wielbłąda trzeba zapłacić
około 5000 nakfa. Silne, dorosłe zwierzę kosztuje dwa razy tyle.
Trwały niekończące się dyskusje,
targi i wzajemne przekonywanie się…


… w końcu pieniądze i wielbłądy zmieniają właściciela.
Wszystko odbywa się czywiście przy udziale licznych kibiców…
W innej części tego samego placu targowego cierpliwie czekają osiołki.
Poczciwego kłapoucha można nabyć już za 600 nakfa. Tu przed nabyciem nie
tylko sprawdza się stan uzębienia, ale urządza się przejażdżkę wierzchem po
placu, sprawdzając czy wierzchowiec jest rączy…


Słońce wspina się coraz wyżej, robi się upalnie. Czuję zmęczenie, oni
zapewne też – no to można na czas jakiś przykucnąć… Jak długo potraficie
wytrwać w takiej pozycji? Bo oni mogą tak trwać kilka godzin…
Kije w ręku, plastykowe sandały na bosych nogach…

Nie, ja wcale nie prosiłem, aby tak fotogenicznie ustawić te wielbłądy – one
samorzutnie i nieświadomie stworzyły taką malowniczą grupę – trudno było
tego nie uwiecznić…
ciekawa, choć może już nie tak efektowna. Tylko ten jeden niesubordynowany
osobnik z prawej wyłamał się z szeregu…


Wygięta wielbłądzia szyja może być naturalną ramą dla takiego widoczku.
Szkoda tylko, że ci panowie wewnątrz ramki stali tyłem do obiektywu…

Jako jedyny tego ranka zagraniczny turysta nie rzucałem się w oczy w tym
tłumie ludzi i zwierząt – mogłem spokojnie wszystko fotografować…

okazji do uchwycenia ciekawych sytuacji, jak sami widzicie – nie brakowało!

Potem przeniosłem się na górne targowisko, gdzie zwierzęta były być może
mniej egzotyczne, ale za to ludzi było jeszcze więcej.
upał, ale i nie wybrzydzają jeśli chodzi o pożywienie. Widziałem nawet
takie, które skubały papier…
Pewnie stąd ich popularność…


I tu także dzieje się wielkie teatrum na świeżym powietrzu….
transakcje
. Wśródzwierząt zauważyłem w końcu także i chude owce, ale stanowiły wyraźnie
mniejszość… może dlatego, że niezbyt dobrze czują się w tutejszym gorącym
klimacie?…


Widziałem podobny targ zwierząt w Kaszgarze, w Zachodnich Chinach i inny – w
Agadez, w Nigrze, ale ten w Kerenie
okazał się o wiele bardziej autentyczny i ciekawszy jeśli wziąć pod uwagę
lokalny koloryt.
Kozy przez zakupem są obmacywane. Sprawdza się tuszę, bo mogą być
przeznaczone także na mięso..


Morze białych i niebieskich zawojów… Ale w tej części targu widziałem
także kilka kobiet…
Kupioną kozę szczęśliwy nabywca ciągnie do domu za rogi, a jeszcze częściej
za uszy…


Właściciel takiego stadka jest już kimś… A zdjęcie z inwentarzem będzie
przecież potwierdzeniem jego społecznej pozycji… Chciał potem, abym
przysłał mu zdjęcie. Przeprosiłem, tłumacząc, że to zdjęcie będzie tylko do
oglądania w moim telewizorze… Nie obraził się…
Ze względu na bliskość sudańskiej granicy nie dziwi ciemniejsza niż na
wschodzie karnacja skóry tych ludzi i ich nieco odmienna od stołecznej
uroda. Przypuszczam, że przez setki lat nomadzi bez przeszkód przekraczali
ta granicę w obu kierunkach. Dziś, ku utrapieniu trampów jest zamknięta, obsadzona
wojskiem i obserwatorami ONZ-tu.


czterech godzinach na targu żar lał się z nieba, czułem pył w oczach i w
gardle. Pora była wracać do miasteczka…
Ale po doprowadzeniu się do porządku i wymianie filmu w aparacie (ze
zrozumiałych względów wypstrykałem na targu znacznie więcej klatek niż było
zaplanowane) wróciłem jeszcze na tzw. Straw Market – Słomiany Rynek w
obrębie miasteczka, gdzie handluje się nie tyle słomą i sitowiem co
produktami, które można z niej zrobić…


Maty, plecionki, koszyki, pęki mioteł, a także snopki surowca dla tych
kobiet z miasteczka, które chcą same zrobić coś na własny użytek.
Kolorowo tu i wyraźnie dominują kobiety… Niestety większość z nich to
muzułmanki. Zakrywanie twarzy nie jest wprawdzie regułą, ale na widok
obiektywu i te odsłonięte odwracają się i zasłaniają.


Czasem przystawałem na dłużej i moja cierpliwość bywała nagrodzona szansą na
zrobienie zdjęcia przechodzących osób…
Panowie też robili zakupy na tym targu, ale niezwykle rzadko się zdarzało, abym
widział wspólnie idących – mężczyznę i kobietę…


Na obrzeżach Słomianego Rynku można zobaczyć nieliczne kramy z
rękodziełem…
Te czarne kółka, to “patelnie” do pieczenia wielkich i cienkich placków
yndżery (pokazywałem jak przebiega taki wypiek w Massawie). Patelnię kładzie
się zazwyczaj na starą beczkę, w której pali się ogień. Te ceglaste “kolby”
służą do gotowania na węglu drzewnym prawdziwej kawy – kosztuje to grosze, a
jest czymś bardzo charakterystycznym dla Erytrei. Przywiozłem taką “dżabanę”
jako pamiątkę.


Wokół Słomianego Rynku znajdziecie kwartał wąskich i często wyboistych
uliczek mieszczących warsztaty rzemieślników i drobne sklepiki…
Ileż ja się tu nachodziłem, aby kupić coś do na chleb…. Masła, sera – nie
było. Trudno się było dogadać i wytłumaczyć o co mi chodzi, bo oni sami tego nie jedzą… W końcu
sprzedali mi coś w plastykowym kubeczku z arabską etykietą. Coś, co miało
się według nich nadawać do posmarowania bułki. Po otwarciu tego specjału w
hoteliku okazało się że to… chałwa… Jeszcze jedno doświadczenie:
przywieźcie swoje delikatesy ze sobą z Asmary!


Nigdy bym nie przypuszczał, że w oddalonym od świata Kerenie odnajdę taki
polski akcent. Mała rzecz, a cieszy! U nas, w dobie elektronicznych
wag zintegrowanych z fiskalną kasą rzadko już można zobaczyć taki zabytkowy model.
bazarowych uliczkach odwiedzić można warsztaty srebrników. Trudno uwierzyć,
ale te przedmioty powstają na małym kowadełku ustawionym wprost na posadzce
warsztatu.


W niektórych warsztatach obok wyrobów ze srebra wyłożone sa na sprzedaż
jakieś skromne pamiątki – na przykład takie sakiewki ozdobione paciorkami i
muszelkami kaori.
Srebrne ozdoby wydają się być specjalnością Kerenu. Ale czasem w sąsiedztwie
srebrnych wisiorków eksponowane były duże i wzorzyste złote kolczyki.


O właśnie – tu widać je lepiej…
Fakt, że kobiety szczelnie zakrywają głowy i szyje uniemożliwiał
sprawdzenie, czy te misterne i często kosztowne ozdoby noszone są na co
dzień.


Oho- odkryta kobieca głowa! – ale ten wyjatek tylo potwierdza regułę.
W wielu krajach arabskich na ulicach jest czarno od kobiecych ubiorów – tu
jest kolorowo…
Młoda elegantka

Ta pani zobaczyła aparat – właśnie odwraca głowę. Ale do żadnych wrogich
odruchów przy takiej okazji nie dochodzi.
Te kolorowe damskie szatki i szmatki o dziwo sprzedają w kereńskich
sklepikach mężczyźni.


Okazało się, że te kolorowe
damskie ubiory też szyją panowie. Poprosiłem tego mistrza, aby naszył
kolejną łatę na moim pokrowcu na plecak.
Właśnie to robi… Zapłaciłem jakieś grosze…
w zasadzie sklep spożywczy. Ale sprzedają w nim także zdobione haftem
muzułmańskie czapeczki. Wprawdzie to maszynowy haft, ale taka czapeczka
kosztuje 20 nakfa – mniej niż dolara i może być ciekawą pamiątką z podróży.

Miejscowi mężczyźni chętniej noszą zawoje


Dzieci wracające ze szkoły. Niebieskie mundurki. Dziewczynki pod fartuszkiem
noszą szarawary lub zwykłe spodnie…
To jedno z moich ulubionych zdjęć z tej podróży. ma swój specyficzny
nastrój. Mam nadzieję, że i wam się spodoba.
Kolejnego poranka pomaszerowałem z plecakiem na stację… Ściślej: na dawną
stację. Gdy Erytrea była kolonią Włosi zbudowali kolej do Kerenu. Dziś po
torach nie ma już śladu. Ale budynek stacyjny został… Pełni funkcje
terminalu autobusowego… Podróżni ustawiają się w karne kolejki, podjeżdża
autobus – grzecznie wsiadają, aż wóz się wypełni. Bilety sprzedaje konduktor
– tylko na miejsca siedzace. Kto się nie zmieści czeka dalej…


Na stacyjnym budynku pozostała włoska nazwa miasta.
Tabor tamtejszego PKSu to niesamowita zbieranina nie najnowszych pojazdów.
Ale bilet kosztował tylko 16,50 nakfa (za 1 dolara na wolnym rynku dawali 24
nakfa). Wkrótce byłem w drodze powrotnej do Asmary…


To była ta sama malownicza szosa przez góry, oferująca wspaniałe widoki…
…biegnąca zboczami wśród płowego krajobrazu


…wspinająca się w górę licznymi zygzakami wśród głazów i porastających
zbocza euforbii.
Wspinaliśmy się pracowicie na wyżynę – podróż w kierunku stolicy z tego
właśnie powodu trwała dłużej niż zjazd do Kerenu…


Gdy nasz zasapany, sędziwy fiat przystanął odpocząć w jakiejś wiosce byliśmy
tam świadkami zgromadzenia okolicznych mieszkańców. Przychodzili ścieżkami z
dolin, dźwigając kawałki opałowego drewna. Składali je na łące obok
przewodniczącego. Zrozumiałem z tego tyle, że to rodzaj składki – drewno
zostanie sprzedane do stolicy, a pieniądze przeznaczone na wspólny cel.

Mój pobyt w Erytrei – kraju sympatycznych i gościnnych ludzi dobiegał końca.
Wróciłem do Asmary, rekonfirmowałem w biurze Lufthansy mój powrotny lot do
Gdańska z przesiadką we Frankfurcie.

Pod wieczór publicznym autobusem za 1 nakfa pojechałem na lotnisko. Tam
zarejestrowali mój bagaż i wydali boarding pass. Czekaliśmy w poczekalni,
gdy na lotnisko razem ze zmrokiem zaczęła powoli spływać gęsta, biała mgła.
Niedobrze… po godzinie oczekiwania poinformowano nas, że samolot, którym
mieliśmy odlecieć zawrócił do Rijadu w Arabii Saudyjskiej. Miejscowych
pasażerów odesłano do domów. Cudzoziemców linia skierowała na swój koszt do
hotelu (choć przy odwołaniu lotu ze względu na złą pogodę nie ma takiego
obowiązku). Z Asmary odleciałem dopiero następnego dnia w południe, tracąc
oczywiście wszystkie połączenia… Do domu trafiłem z trzydziestogodzinnym
opóźnieniem… Koniec podróży był równie pechowy jak jej początek – ale i na
takie przygody powinien być przygotowany samotny podróżnik..

