
Tekst i zdjęcia: Wojciech
Dąbrowski © –
text & photos
Wizyta
w klasztorze Debre Bizen nie wymagała pozwolenia administracji, ale wciąż
musiałem ubiegać się o zezwolenie władz kościelnych.
Zezwolenie na odwiedzenie koptyjskich klasztorów Erytrei wydawane jest w
biurze zwierzchnika zakonów koło kościoła St. George na Airport Road.
Wypełniam formularz, płacę 70 nakfa i po 20 minutach abuna w białej szacie
przynosi mi opieczętowany druk. Niewielu tu bywa turystów! W rejestrze
zezwoleń za cały 2004 rok jest mniej niż 200 nazwisk… Tak wyglądało moje
zezwolenie. Ciekawe, że nikt go potem nie sprawdzał – ani w klasztorze, ani
na trasie. Może dlatego, że wędrując samotnie nie rzucałem się w oczy. A
może mnich – furtian, który zazwyczaj to czyni właśnie zszedł do miasteczka?
Na terminalu autobusowym w Asmarze
znalazłem archaiczny bus jadący do Nefasit. Ale wcześniej odjeżdżał szybszy
i wygodny minibus do Massawy. Zgodzili się mnie zabrać i wysadzić po drodze
w Nefasit. Musiałem jednak zapłacić pełną stawkę za przejazd do Massawy –
20000 nakfa.

Z autobusu jadącego w kierunku
Massawy wysiadłem w sporej miejscowości Nefasit. Od razu otoczyli mnie
kandydaci na przewodników, ale musiałem ich rozczarować, bo wiedziałem
doskonale, że ścieżka do klasztoru Debre Bizen, zaczynająca się za szkołą
jest przetarta przez pielgrzymów i nie sposób się na niej zgubić. Początek
ścieżki widać na zdjęciu powyżej –
zrobiłem je ze zjazdu do Nefasit
– ze zbocza po którym zbiega szosa otwiera się piękny widok na górski masyw na grzbiecie którego
zbudowano Debre Bizen.
Zapakowałem do torby butelkę wody mineralnej (nie zapomnijcie – po drodze
nie ma wodopojów) i ruszyłem na szlak – pierwsze kwadranse wędrówki to
niezbyt trudna
wspinaczka w takim krajobrazie. Ale sandały na tą trasę zdecydowanie
odradzam – tu trzeba buty, które lepiej chronią stopy…


Potwierdza się to, co słyszałem
wcześniej: to wycieczka tylko dla panów.
Zaraz za wsią przy kamienistym
szlaku stoi kamienny słup z napisem wyrytym w językach tigrinia i
angielskim: kobiety dalej wstępu nie mają. Wiem, że reguła klasztorów
zabrania dostępu do Debre Bizen także innym stworzeniom rodzaju żeńskiego:
wśród jucznych zwierząt dostarczających zaopatrzenie nie może być oślic, a
jeśli wierni przynoszą tam czasem kurczaki, to mogą być to tylko koguty.
Hmmm… Rozumiem to, że mnisi stronią od kobiecych pokus, ale ta
reszta zakazów w XXI wieku wydaje się nam trochę absurdalna…
Roślinność pokrywająca kamieniste zbocza
jest skromna , ale i to wypatrzyć można ciekawe okazy. Tu na przykład kwiat,
który przypomina szarotkę… Dobrze kojarzę?


Tam, gdzie ścieżka przebiega nad przepaścią jest w wielu miejscach umocniona
kamieniami. Ale ze stromych zboczy wciąż osypuje się mniejszy i większy gruz
fasada budowli… Nie bardzo jest komu go uprzątać.
Od czasu do czasu warto obejrzeć się do
tyłu. Nie miałem szczęścia do pogody – panoramę częściowo przesłaniały
chmury, ale i tak widoki były rewelacyjne…


drodze w kilku miejscach mijałem opuncje. Ale takie małe gryzonie skakały po
głazach tylko w jednym miejscu.
Wspaniałe widoki otwierające się w dół – na łączące się pode mną doliny
nagradzają trud wędrowania. W górnych partiach trasy pojawiają się
malownicze skałki.
Zapisałem w notatniku: “…
Z przeciwnej strony nadchodzi mnich w żółtej szacie prowadzący osiołka…
Widząc mnie z aparatem w ręku z daleka macha ręką i krzyczy: “No photo!”
Trudno, trzeba uszanować wolę zakonnika… A szkoda, bo razem z osiołkiem
tworzą bardzo malowniczą grupę… “


Ścieżka wspinała się cały czas w górę. Wkrótce byłem na wysokości chmur…
Wiejące tu
wiatry wyżłobiły wiele ciekawych form skalnych – oto jedna z nich.


Ciekawe, że przy ścieżce prawie brak jakichkolwiek kapliczek, krzyży i
znaków – nieodłącznych atrybutów takich pielgrzymich tras w Europie. Dopiero
tuż pod grzbietem zauważyłem wyryty w kamieniu krzyż z napisem…
Tak ten kamień wygląda z bliska. Można się przekonać, że wykonywała to
niewprawna ręka i to prymitywnymi narzędziami. Zapewne już dawno temu…


i pół godziny wspinałem się na górski grzbiet. Szlak nie należy do łatwych:
ścieżka prowadząca wśród kaktusów zasypana jest mniejszymi i większymi
kamieniami, których nikt nie uprząta. Na grzbiecie ustawiono prosty krzyż.
Ścieżka zakręca tu pod kątem prostym…
… a w jej perspektywie, w dali widać nareszcie jakieś zabudowania z
kamienia.


A gdzie te wysokie mury obronne i monumentalne budowle sakralne z którymi
zazwyczaj kojarzymy sobie stare klasztory?
do pierwszych domków z kamienia, które jak się okazało są celami zakonników.


nierównych ścianach osadzono prymitywne, wykonane z grubo ciosanego drewna
drzwi i okna.
Wszystko to wykonane z niezwykłą prostotą – chciało by się powiedzieć –
prymitywnie.
Czasem zza takich drzwi
dochodzi mamrotanie modlitw…


Nie ma bramy, strażników, przewodników, tablic z objaśnieniami funkcji
poszczególnych budowli. W dali przemykają jakieś postacie, ale nikt
się mną nie interesuje. Bariera językowa jest nie do pokonania – również i
dla mnie – bo jak tu zrozumieć, co pisze na takiej pamiątkowej tablicy?
końcu docieram do jakiejś bramy w kamiennym murze, ale jest na głucho
zamknięta…


Za nią – w centralnym punkcie klasztornego
miasteczka jest okrągły kościół – podobny do tych, które oglądałem w
Etiopii. Najbardziej okazałym budynkiem jest jednak odrestaurowana
biblioteka, mieszcząca wiekowe manuskrypty. Mnie jednak bardziej podobają
się stare chatki zakonników zwieszone na skale ponad urwiskiem. Co chwila
znikają w przepływających obłokach… Jestem przecież na wysokości ponad
2500 metrów…
Ta z kolei budowla jako jedyna wygląda na wzniesioną współcześnie…


Po skałach poniżej klasztornych murów
hasa spora rodzina małp.
Kamienne domki mieszczące cele zakonników rozmieszczone są na różnych
poziomach. Pomiędzy nimi przebiegają wyboiste ścieżki. Czasem udawało mi się
sfotografować zakonnika w okrągłej czapce przemykającego taką uliczką.


W końcu jakiś chłopak – być może klasztorny nowicjusz używając jedynego
pewnie znanego mu angielskiego słowa: Come! zaprowadził mnie do
pomieszczenia na pięterku w jednej z solidniej wyglądających budowli.
Przed wejściem do izby kazali mi zdjąć buty, a potem posadzili na takim
paradnym krześle.


filiżankę i cukier w szklaneczce – to był gratisowy poczęstunek: słodka i mocna
herbata i ciepły jeszcze chlebowy placek. Siorbiąc gorący wywar spoglądałem na
rozwieszone na ścianach malowidła z różnych okresów przedstawiające
koptyjskich świętych i przeorów klasztoru.
europejskiego języka, aby objaśnić mi, kto jest kto… Podsunął mi za to
broszurkę po angielsku, w której wyczytałem: „…klasztor założył w 1361 roku abuna Filipos. Przybył tu z okolic Kerenu gdyż wolał na tym odludziu słuchać
ryku lwów niż tam być wydanym na pokusy kobiet…”
Widziałem jak na dziedzińcu zakonnicy troskliwie
zakrywali rezerwuar z tak cenną tu deszczową wodą. Jak widać niewiele się tu od czasów Filiposa zmieniło, tylko lwów już nie ma.


Czułem, że ta cała ceremonia to
standardowy sposób traktowania każdego
docierającego tu turysty. Jak zobaczyćcoś bardziej autentycznego? Zwykłe życie mnichów… Nie sposób było się
dogadać. Zaryzykowałem i ruszyłem śladem takiego zakonnika.
podwórko między kamiennymi domkami, gdzie pod miniaturowym podcieniem
siedziało kilku zakonników. Byli zaskoczeni moją obecnością, ale gdy ich
pozdrowiłem gestami zaprosili abym usiadł na plecionym stołku. Uśmiechając
się niepewnie wyciągnąłem aparat. Nie protestowali… I tak powstały te
najciekawsze zdjęcia z Debre Bizen…


i w bardzo skromnych warunkach. Zwróciłem uwagę, że niektóre sprzęty w
podwórku zrobione były z drewnianych skrzynek po radzieckiej amunicji – to
pamiątki po walkach ostatniej wojny.
wydawało – dżabana stała na węglu drzewnym. W niej gotowała się czarna jak
smoła kawa rozsiewając wokół przyjemny aromat.


rozlał napój do małych czarek. Jedna z nich trafiła do mnie. Jakże mi ta
kawa smakowała na tym odludziu!….
połamane kawałki yndżery – placka wypiekanego także w sąsiedniej Etiopii ze
zmielonego tefu – zboża nie spotykanego w Europie. Maczaliśmy kawałki
yndżery w pikantnej czerwonej papce i pojadaliśmy. Pokazałem im kilka zdjęć
z Polski – przy braku znajomości języków trudno mi było z nimi o czymkolwiek
rozmawiać…


napłynęło więcej chmur i zaczęło mżyć, a ja musiałem jeszcze zejść do
Nefasit i znaleźć transport do Asmary. Wędrówka w dół znaną trasą i bez
przystanków na zdjęcia zabrała mi już tylko 1,5 godziny. W Nefasit
złapałem zbiorową taksówkę – za jedno miejsce zapłaciłem po targach 40000
nakfa.
W Asmarze świeciło jeszcze
słońce. Należał mi się odpoczynek. Tym bardziej, że kolejnego dnia
zamierzałem ruszyć w kierunku sudańskiej granicy – do Kerenu…
Ale o tym już na kolejnej
stronie…
>>>>>Przejście
