Kongo Brazzaville – raport z podróży cz.III – Pointe Noire – Wojciech Dabrowski (Eqaf9pl.htm)

Congo.gif
Amask.jpg

Fakt,

że wybrzeże jest praktycznie odcięte od stolicy przez niedobitki rebeliantów (droga

jest nieprzejezdna, a linią kolejową wożą tylko towary i to pod silną eskortą)

wymusił konieczność zorganizowania prawdziwego mostu powietrznego pomiędzy dwoma

największymi ośrodkami kraju.  Obsługuje go kilka małych, konkurujących ze sobą

linii lotniczych wśród których wyróżnia się pozytywnie TAC (Trans Air Congo) mające

nawet jeden odrzutowiec zachodniej produkcji. Pozostałe czarterują stare rosyjskie

śmigłowe AN-24 z z pilotami znad Wołgi, połamanymi fotelami i ryczącymi silnikami.

Takim właśnie samolotem, należącym do kompanii Aero Service leciałem na niewielkiej

wysokości do Pointe Noire modląc się w duchu, aby to pudło nie rozleciało się w

powietrzu, a rebeliantom tam na dole nie strzeliło przypadkiem do głowy aby nas

ostrzelać…

Afm.jpg (19280 bytes)to było

tutaj.. Republika Konga (dawne Kongo Francuskie) zaznaczona jest na mapce brązowym

kolorem.

Pointe939.jpg (46409 bytes)

Lotnisko w Pointe

Noire jest zlokalizowane właściwie w mieście. Taksówkarz chciał za kurs 2000, ale po

wyjściu na przelotową ulicę znalazłem takiego, który zabrał mnie za 1000 CFA. Po 10

minutach znalazłem się na reprezentacyjnej Avenue du General de Gaulle.  O dwa

kroki od tej głównej ulicy stoją w ogrodzie niskie budynki miejscowej kurii biskupiej

(eveche) gdzie jest kilka pokoi gościnnych wynajmowanych podróżnikom. Tu właśnie

nocowałem płacąc 8000 CFA za pokój z prysznicem,  wiatrakiem i moskitierą. 

I chociaż godzinami brakowało wody w kranach i napięcia w sieci to i tak jak na trampa

podróżującego w tropiku były to luksusowe warunki.  Po drugiej stronie alei miałem

mały bazar i piekarnię gdzie bagietki po 150 i plastykowa torebka na nie – 100 CFA…

Pointe936.jpg (51374 bytes)

Pointe

Noire ma blisko 600 tysięcy mieszkańców, gnieżdzacych sie głównie w parterowych

dzielnicach wybiegajacych na peryferie. Oknem wystawowym Pointe Noire jest

kilkukilometrowa aleja de Gaulle’a.  O tym mieście mówi się, że jest ekonomiczną

stolicą francuskiego Konga. Aleja biegnie od stacji kolejowej zbudowanej przy porcie aż

do wielkiego bazaru. Skupiły się przy niej  najważniejsze instytucje i najlepsze

sklepy. Widzi się tu więcej reklam niż w stolicy. Za pół godziny surfowania w kafejce

zapłaciłem 500 CFA.  Aleja jest długa – miejscowi biznesmeni przemierzają ją

  taksówkami – kurs w mieście kosztuje 700 CFA.

Pointe766.jpg (44878 bytes)

Ale wśród tych

wielkomiejskich krajobrazów można zobaczyć także takie scenki.   We

wszystkich chyba krajach Czarnej Afryki obowiązuje ten sam sposób noszenia niemowląt:

dziecko jest ciasno przytroczone chustą do matczynych pleców. “Nosicielka” ma

dzięki temu wolne ręce i może pracować nie rozstając się z dzieckiem.   

Ksiądz- Kameruńczyk zabrał mnie taksówką do

peryferyjnej parafii – przez okno widziałem drugie,  slumsowe oblicze miasta.

Jechaliśmy szeroką na 30 m ulicą z głębokimi kałużami. Czarne wyrostki zablokowały

kawałami żelastwa jedyny przejezdny pasek ulicy żądając pieniędzy za przepuszczenie

samochodu.  Na opornych mieli w rękach kamienie…

Pointe938.jpg (35002 bytes)

 

Zabytków w Pointe Noire znajdziecie niewiele. Do

tych najstarszy należy ten oto kolonialny budynek, w którym obecnie mieści się szkoła

podstawowa.  Informacja turystyczna? Firmą “Espace Ocean”

  handlującą artykułami biurowymi przy alei de Gaulle 125 kieruje sędziwy pan

Albert Nkouka który ma ambicje wydania przewodnika po mieście i okolicy – to chyba

jedyny człowiek który może być źródłem bezpłatnej informacji (po francusku). Jego

telefon: 94 83 51.

 

Pointe940.jpg (36378 bytes)

Nie, to nie jest

katedra.  To kościół  Notre Dame, który stoi w centrum,  w eksponowanym

miejscu za linią budynków centralnej Avenue du General de Gaulle. Wewnątrz

porażająco skromny – chciało by się powiedzieć, że bieda wygląda z każdego

kąta.  Stacje drogi krzyżowej wyznaczone są jedynie napisami na betonowych ścianach…

Pointe941.jpg (29051 bytes)

A to jeszcze jeden

historyczny budynek – końcowa stacja linii kolejowej łączącej stolicę z wybrzeżem

(Chemin de Fer Congo Ocean). Z powodu tego zdjęcia miałem kłopoty. Kiedy podnosiłem

aparat do oka z budynku po drugiej stronie ulicy wybiegł jakiś młody facet w cywilu

krzycząc: -Police, police!  Gdy na potok jego francuszczyzny przezornie

odpowiedziałem po angielsku (polecam tą sprawdzoną metodę!) trochę przygasł i za

rękaw poprowadził mnie do budynku. Zdaje się, że było to biuro policji imigracyjnej.

Jego starszy kolega dukał po angielsku.

Zaczęło

się oglądanie paszportu i przepytywanie. -Dlaczego pan fotografował stację?  -Bo

to historyczny zabytek – początek słynnej linii kolejowej Congo – Ocean budowanej od

1924 roku !  Pan zapewne był w Europie i wie, że takie zabytkowe budowle można tam

fotografować bez żadnych przeszkód! -zaryzykowałem.  Marudzili jeszcze przez

dłuższa chwilę.  W tym przesłuchaniu znudzonym agentom chodziło zapewne trochę

o pokazanie swojej władzy no i było w nim także trochę nadziei na to, że

przestraszony biały da na odczepnego jakieś pieniądze.  Nie dał.  Oddali

paszport i wypuścili…  Zdjęcie zostało…

Pointe950.jpg (23652 bytes)

Odcinek

piaszczystego wybrzeża ciągnący się od portu na południe – aż do granicy Cabindy

nazwano Cote Sauvage – Dzikie Wybrzeże.  Oceaniczna plaża jest tu bardzo szeroka i

zupełnie pusta.  Krajobraz psuje tylko sylwetka wieży wiertniczej na horyzoncie. Za

wieżą jest port, a za nim, na północ od miasta – rafineria nafty.

Ten młody

człowiek ze znanym mi skądinąd aparatem “Zenit” polował na plaży na

nieobecnych amatorów pamiątkowych zdjęć.  Podobno jeszcze stosunkowo dużo

pojawia się ich tutaj w weekendy, gdy do Pointe Noire przylatują na odpoczynek

urzędnicy ze stolicy.  Z zazdrością patrzył na mojego Canona – 300.  A

ja mu tłumaczyłem, że takim “Zenitem” jaki wisiał na jego szyi też

kiedyś przez kilka lat robiłem zupełnie niezłe zdjęcia. Fakt, że rwał czasem

film no i ważył pewnie trzy razy tyle co Canon – miałem co

nosić!    

Pointe942.jpg (31784 bytes)

Pointe947.jpg (58111 bytes)

Tuż przy plaży

wzniesiono luksusowy hotel w którym mieszkają zagraniczni specjaliści pracujący przy

wydobyciu i przeróbce ropy. Maja wydzieloną część restauracji do której nawet

mnie, białego nie wpuścili…   

Pointe943.jpg (25187 bytes)

Piękną plażę w

Pointe Noire szpeci w pewnym punkcie długi pomost transportera który kiedyś służył

do ładowania na europejskie statki minerałów przywiezionych koleją z zagłębia w

sąsiednim Gabonie.  Potem zamożni Gabończycy zafundowali sobie własną linię

kolejową – do własnego portu. A transporter w Pointe Noire zardzewiał i dziś służy

miejscowym tylko jako promenada i pomost do łowienia ryb…  

Ano właśnie!

  Nurkując z kuszą przy brzegu można ustrzelić pod wodą nawet taką okazałą

złotą rybkę.  Będzie kolacja dla całej rodziny!

 

 

 

Z Pointe Noire jest tylko 40 km nadbrzeżną

droga na południe do granicy angolańskiej enklawy Cabinda. Ale turysta jest raczej

zainteresowany kierunkiem północnym – tam są turystyczne atrakcje: wąwóz Diosso i

stara misja Loango… Postanowiłem wybrać sie tam lokalnym transportem choć słyszałem

o niedawnym przypadku kidnapingu cudzoziemców w tamtych stronach…   

          

Pointe954.jpg (48855 bytes)

Pointe957.jpg (49481 bytes)

Najlepsza droga w

Kongo. Prowadzi z Pointe Noire na północ – w kierunku granicy z Gabonem przez najdłuższy

w Kongo most na rzece Kouilou – dumę tego kraju.  Gotowa jest podobno tylko połowa

odcinka drogi do granicy – ok.80 km.  Aby dotrzeć do Diosso najpierw zwykłą taksówką

z centrum Pointe Noire trzeba wyjechać na niewielki placyk u wylotu z miasta.  Stamtąd

wyruszyłem za 500 CFA zbiorową taksówką do miejscowości Diosso, znanej z malowniczego

wąwozu, nazywanego przez niektórych Wielkim Kanionem Konga. 25 km jazdy w takim

krajobrazie.  Ten wspaniały eukaliptusowy las jest posadzony ręką człowieka, który

najpierw wycinając stare drzewa doprowadził do deforestacji tych trenów. Niestety

takich pozytywnych przykładów ratowania przyrody nie widzi się  Afryce wiele.

  

Pointe958.jpg (47004 bytes)

Samo Diosso

okazało się niewielką wioską pod palmami, której centralnym punktem jest wiata

mieszcząca stoły targowiska i studnia wiejskiego wodociągu obstawiona ze wszystkich

stron plastykowymi kanistrami z życiodajnym płynem (zdjęcie obok)   Od rana

panowała duchota. Miejscowe wyrostki chętnie (i odpłatnie) zostaną waszymi

przewodnikami.  Ale do wąwozu nie jest trudno trafić: trzeba przejść jeszcze ok. 300

m szosą na północ, a gdy po lewej wśród palm zobaczycie kontener to znaczy, ze pora

skręcić w tym kierunku – kontener stoi blisko punktu widokowego.

A to już Diosso

Gorge czyli Wąwóz Diosso. Wąwóz ma głębokość zaledwie kilkudziesięciu metrów.

Dno – o zmiennej szerokości pokryte jest gęstwiną kwitnących drzew i krzaków. Tu i ówdzie

wyrastają z niego takie ostańce. Nie widać żadnej ścieżki schodzącej na dół.

Zresztą najciekawszy widok roztacza się z górnej krawędzi. W pobliżu szosy jest na

krawędzi mały placyk oczyszczony z bujnej trawy – to ma być punkt widokowy, choć nie ma

tu żadnych barierek  ani objaśnień.   Stąd dalej można iść północną

krawędzią przedzierając się przez trawy sięgające ramion, by szukać kolejnych

ciekawych widoków.   W panującym wilgotnym skwarze nie jest to wcale łatwe –

zabierzcie wysokie buty i zapas wody!        

Pointe970.jpg (57122 bytes)

Pointe959.jpg (57310 bytes)

 

  Czerwony, pastelowy koloryt zerodowanych ścian może się podobać.

Przypomina trochę Cedar Breaks w Nevadzie, oczywiście w mniejszej skali…    

Mało kto pamięta że Wąwóz

Diosso próbowano wykorzystać do niecnych celów: w 1988 roku zachodnie firmy próbowały

ubić interes z rządem Konga proponując 88 milionów dolarów za możliwość

składowania w wąwozie odpadów przemysłowych czyli przywiezionych z innych kontynentów

śmieci.  Na szczęście do transakcji nie doszło.  A dziś na południowym

krańcu wąwozu kończy się budowę luksusowej rezydencji dla żony obecnego prezydenta

Konga.  

Dotarłem do kilku

miejsc na skraju wąwozu z których otwierały się coraz to nowe widoki. Nie muszę dodawać,

że byłem jedynym turystą w polu widzenia.  Wewnątrz wąwozu jest wiele takich spektakularnych

form skalnych. Do ich fotografowania przyda się wam stosowny zoom.   

 

Pointe966.jpg (51147 bytes)

Pointe983.jpg (79539 bytes)

Z Diosso polnymi

drogami obok urządzonego dla białych ekspertów pola golfowego w Matombi można dojść

do drugiej ciekawej miejscowości na wybrzeżu – historycznego Loango (7 km). Loango przez

kilkaset lat było stolicą afrykańskiego królestwa, poddanego dopiero na mocy traktatu

z 1883 pod protektorat Francji.    Plaża w Loango była także miejscem do

którego doprowadzano schwytanych wewnątrz kraju niewolników by wyprawić ich następnie

za ocean.  Szacuje się ich liczbę na ponad dwa miliony.  Te dwa rzędy starych

drzew wyznaczają drogę, którą przed laty podążały na morski brzeg karawany

niewolników…            

Pointe984.jpg (25905 bytes)

To na tej plaży

ładowano czarnych niewolników na statki odpływające do Ameryk.  Dwa miliony

ludzi… aż trudno uwierzyć!     

Na skarpie ponad

plażą stał obelisk upamiętniający tragedię tysięcy Afrykanów sprzedawanych za

ocean. Pomnik jednak przewrócił się kilka lat temu i obecnie leży popękany w trawie.

Prezydent Konga Denis Sassou Nguesso wystąpił z inicjatywą wzniesienia nowego,

solidniejszego pomnika.  Zobaczymy kiedy to nastąpi…    

Pointe976.jpg (55422 bytes)

Pointe981.jpg (39097 bytes)

U schyłku epoki

niewolnictwa w Loango powstała katolicka misja – czynna do dziś jako seminarium duchowne

w którym kształcą się czarni klerycy (dom na zdjęciu).  Obok budynku seminarium

stoi niewielki kościół w którym ustawiono kilka tablic ze starymi fotografiami,

reprodukcjami map i informacjami o afrykańskim królestwie Loango i  historii misji

– takie mini-muzeum, które na pewno warto zobaczyć. Wokół zachowały się

fundamenty najstarszych budynków misji i nagrobki misjonarzy.      

Na zapleczu

budynków pod otwartą wiatą funkcjonuje  kuchnia gdzie przyszli księża na takich

oto prymitywnych paleniskach pitraszą sobie strawę. Kleryk – dyżurny kucharz nie

chciał pokazać twarzy…   Afryka…

 

 

W misji nie ma filtrowanej wody (miejscowi

widać odporni są na tutejsze bakterie) ale poniżej misji – przy plaży jest rybacka

wioska, gdzie w kioskach-komórkach sprzedają butelkowane napoje. Ludzie w wiosce

niestety nie są zbyt życzliwi – może wciąż mają do białych głęboko zakorzeniony

żal o grzechy czasów niewolnictwa i kolonializmu?…    

Pointe982.jpg (41203 bytes)

Pointe978.jpg (45381 bytes)

Pomniki na

nagrobkach pierwszych misjonarzy z Loango poszarzały i obrosły wokół trawą. 

We wczesnych czasach kolonialnych Loango na zachodnim

wybrzeżu Afryki tak jak Bagamoyo na wschodnim było bazą z której wyruszały ekspedycje

do wnętrza kontynentu.

Szukając materiałów o Loango trafiłem na

polski ślad:  według kronik 13 kwietnia 1891 roku wylądowała w Loango ekspedycja

badawcza Jana Dybowskiego by wyruszyć następnie do Brazzaville i Bangui.  Jan

Dybowki był podróżnikiem w służbie francuskiej, znawcą Afryki i rolnictwa

tropikalnego. Był synem polskiego emigranta, który znalazł się we Francji po powstaniu

listopadowym.

Loango

było ostatnim akcentem mojego pobytu w Kongo.  Do kraju wracałem z przesiadkami w

Libreville i Malabo i dwudniowym, celowo zaplanowanym postojem w Madrycie.  

Warto było przypomnieć sobie to miasto po 32 (nie do wiary!)  latach…  

Po pół godzinie od startu z Madrytu do Frankfurtu pilot zapowiedział, że ze względów

technicznych musimy zawrócić i wymienić jakąś część.   Wywołało to

wśród pasażerów zrozumiałe poruszenie. Już zapięto pasy i samolot zaczął

wykonywać zwrot, gdy dał się słyszeć kolejny komunikat: -Eh, w Madrycie i tak nie

mają  tej części więc jednak polecimy do Frankfurtu…  Zdenerwowani

pasażerowie zupełnie osłupieli,   a ja szczerze odetchnąłem: w domu będę

jednak na czas…  I  byłem!     Tak zakończyła się

kolejna fascynująca podróż na Czarny Kontynent.   Kiedyś jeszcze tam

wrócę…

Wojtek Dąbrowski ©