Kongo Brazzaville – raport z podróży cz.II – Wojciech Dabrowski (Eqaf8Bpl.htm)

Congo.gif
Amask.jpg

Na

północy kraju jest bardzo ciekawy Park Narodowy Odzala w którym zobaczyć można

między innymi liczne stadka nizinnych goryli.  Jako że park odcięty jest

komunikacyjnie od reszty kraju (dolatuje się tam niewielkim samolocikiem) nie był on

terenem działań wojennych i był przez cały czas udostępniony turystom. Docierały tam

jednak tylko małe grupy startujące z gabońskiego Libreville (Patrz Gabon – Mistral

Voyages).  Być może dotarłbym właśnie w ten sposób do Odzali gdyby nie to, że

na miesiąc przed moim przyjazdem w północnym Kongo zanotowano przypadki eboli i park

hermetycznie zamknięto…    Pozostało

mi zatem zwiedzanie stolicy kraju oraz atlantyckiego wybrzeża, na które można

przelecieć samolotem…

Afm.jpg (19280 bytes)to było

tutaj.. Republika Konga (dawne Kongo Francuskie) zaznaczona jest na mapce brązowym

kolorem.

Brazzaville (gdyby

nie było w nim widać wojennych zniszczeń – między innymi wypalonego hotelu Cosmos)

można by było nazwać ładnym miastem. W centrum jest dużo zieleni.  Zabudowa

śródmieścia w zasadzie jest niska, choć wyrasta ponad nią kilka nowoczesnych

wieżowców.   Bodaj najwyższym spośród nich jest widoczna na zdjęciu obok

Tour Nabemba należąca do koncernu naftowego Elf.  Stoi na brzegu rzeki i jest

dobrym znakiem orientacyjnem jeśli zmierza się do stacji kolejowej CFCO (Chemin de Fer

Congo Ocean).

W centrum

miasta jest kilka kawiarenek internetowych. Wprawdzie szybkość transmisji którą

oferują  jest żenująco niska, a okresami  w ogóle nie ma dostępu do

sieci  to pocztę można w końcu wysłać.  Każą sobie płacić 500 CFA

za pół godziny spędzone przy komputerze (co wystarczało mi na odebranie i wysłanie

dwóch e-maili). Ale i tak trzeba docenić szansę, którą dają internautom –

przecież to Kongo!

Przebiegająca

mniej lub bardziej równolegle do rzeki główna ulica zmienia kilka razy swoją nazwę,

mijając kolejne ronda.  Centralnym punktem miasta można chyba nazwać krótką

uliczkę (Marechal Foch?) z wysokimi arkadami po obu stronach biegnącą od widocznego na

zdjęciu obok wieżowca do merostwa  stojącego 500 m dalej plecami do rzeki. 

Tu pod arkadami czekają eleganckie kawiarnie, w których podają dobre i zimne piwo.

  Przymusowo trafiłem do takiej kawiarni.   Ale to już cała sensacyjna

opowieść, którą można opatrzyć osobnym podtytułem. Oto ona:

  KAPITAN  TOPOLI

Ostatniego

dnia pobytu w Brazza spacerowaliśmy ulicami sródmieścia: ja, Amerykanin Barnie i Frank –

miejscowy nastolat mówiący po angielsku który “przykleił” się do nas i

próbował zarabiać na usługach przewodnika.   Zamierzaliśmy wynająć

pirogę i popłynąć na widoczną w górnym biegu rzeki dużą wyspę Mbamou. Niestety

okazało się, że zlokalizowana na północnych peryferiach przystań, gdzie można

wynająć łódź nie jest miejscem bezpiecznym nawet dla Franka. -Zejdźmy nad rzekę,

widziałem tam łodzie sunące wzdłuż brzegu! -zaproponowałem. Poszliśmy pustą ulicą

w dół – wzdłuż murów pałacu prezydenckiego. Nad rzeką przemierzyliśmy miniaturowe

poletka na których pracowali w skwarze miejscowi.  Na brzegu chlapało się

kilkunastu nagich wyrostków.  Łodzie płynęły, ale miały na pokładzie szmugiel

i z planowanej przejażdżki nic nie wyszło. Upał dokuczał – trzeba było wracać.

-Nigdy nie wracam tą samą drogą, obejdźmy pałac z drugiej strony!- zarządził

Barnie.  Frank potwierdził, że to możliwe i poszliśmy.  Droga była

zapuszczona – dawno widać nikt tędy nie chodził. Wkrótce znaleźliśmy się między

opuszczonymi budynkami. Potem za zakrętem ukazało się kilku żołnierzy. W pierwszym

momencie i oni  i  my byliśmy skonsternowani: dwóch białych na zapleczu

prezydenckiego pałacu!  Potem zaczęli pokrzykiwać.  Frank przetłumaczył:

musimy iść z nimi! 

Wieżowiec banku stoi

naprzeciw poczty


Wieżowiec

towarzystwa ubezpieczeniowego

W koszarach zaczęły się

pytania (po francusku) sprowadzające się do jednego: Co tu właściwie robicie?

  Młody, gorliwy porucznik wskazując na moją torbę sugerował aby zabrać kamerę

i przejrzeć film.  Telefony…  Pod eskortą idziemy do sztabu przed którym

stoi wartownik z “kałachem” na sznurku.  Nerwowe czekanie. Wywołują na

przesłuchanie. Pojedynczo.  Dwóch wojskowych i jeden cywil. Coś notują. Jeden z

wojskowych  ma   amerykański polowy mundur z naszytym nazwiskiem: Topoli.

  Zna angielski. Chwali się, że był na przeszkoleniu w Stanach. Wyraźnie widać,

że czuje się lepszy od pozostałych.  Ucina wypowiedzi kolegów.  Gdy w końcu

po licznych pytaniach na powrót spotykamy się wszyscy w pokoju kapitan Topoli

niespodziewanie rzuca: – To może pojedziemy do miasta na piwo lub coś

mocniejszego?   Uff!- oddychamy i oczywiście ochoczo się zgadzamy!

Brazz889.jpg (49541 bytes)

Czarny żołnierz

– kierowca rozklekotanym prywatnym peugeotem kapitana wiezie nas do kawiarni w centrum.

  Od whisky wykręcamy się, tłumacząc że mocnych rzeczy nie pijemy, a 

i  jemu na służbie chyba nie wypada…   Zamawia więc najdroższe piwo.

  Pijąc i rozglądając się czujnie prosi nas o finansowe wsparcie

(“…bo  ta  przemycana benzyna jest bardzo droga…”).  Dajemy

niewielką sumę wymawiając się, że resztę wydaliśmy, bo już jutro 

wyjeżdżamy. Mimo wszystko zadowolony (?)  woła czekającego kierowcę. 

Odjeżdża.  A my płacimy rachunek – to kolejne wsparcie dla kongijskiej armii.

Uff!…  Z ulgą zanurzam się na powrót w ten

czarny uliczny tłum.   Mogło się skończyć znacznie gorzej…

Brazz746.jpg (50102 bytes)

Elegantka…

Wielkie kałuże wody na

peryferyjnych ulicach. Wilgotny tropik. Deszcz tu pada często i tak jest dobrze, bo

pozwala zgromadzić zapasy wody używanej w gospodarstwach domowych.  Oczywiście

przed spożyciem trzeba ją filtrować lub gotować.  Europejczycy kupują butelkowaną

wodę mineralną “Mayo” po 800  CFA za 1,5 litrową

butelkę. Półlitrowa butelka coli kosztuje 400 CFA, za dużą papaję w ulicznym

straganie trzeba zapłacić 500, za banana – 100, za przejazd w mieście zbiorowym

mikrobusem – 150, a indywidualną taksówką – 700. Przypominam ze 1 USD to około 650

CFA.

Brazz988.jpg (34724 bytes)

Niewątpliwą atrakcją

turystyczną Brazzaville są katarakty rzeki  Kongo zlokalizowane kilka kilometrów

poniżej miasta. Można tam dojechać zatłoczonym publicznym mikrobusem.  Punktem

orientacyjnym jest most na bocznym dopływie Konga nazywany Pont de Djoue. Tak naprawdę,

to są tam dwa mosty: stary i nowy stojące obok siebie. Przechodzimy przez most

podziwiając bujną tropikalną roślinność spiętrzoną ponad dopływem. Za mostem

zaczyna się już Route Nationale No.1 prowadząca na południe kraju i w kierunku

wybrzeża – aktualnie nieprzejezdna.  Ale my schodzimy w lewo, polną drogą w

kierunku nurtu odległego o kilkaset metrów Konga. Taką pirogą, po zapłaceniu dwóch

tysięcy CFA zawiozą Was na tą kamienistą wysepkę z drzewami – bliżej głównego

nurtu.

Brazz694.jpg (42227 bytes)

To miejsce nazywa się

Manssimou i jest już właściwie podmiejską wioską. Na piaszczystych łachach dokazują

czarni chłopcy…

Brazz686.jpg (42548 bytes)

… a ich mamusie i siostry

piorą bieliznę w mocno zamulonej wodzie.

Brazz993.jpg (49794 bytes)

Katarakty wielkiej rzeki

rzeczywiście robią wrażenie.  Masy mętnej wody spotykając na swojej drodze

skalistą przeszkodę piętrzą się i z wściekłością wylatują w górę nawet na

wysokość dwóch metrów.  Nie chce się wierzyć, że ta szeroko rozlana, ale

przecież spokojna rzeka, którą oglądaliśmy kilometr wyżej tutaj zmienia się w

rozszalały żywioł przypominający raczej morze podczas sztormu… Miejscowi znają tą

rzekę i wiedzą jak daleko można się zapuścić drewnianym czółnem aby nie być

porwanym przez wartki nurt.

 

 

 

Brazz991.jpg (34353 bytes)

 

Za mgiełką wodną podnoszoną przez spienioną

wodę majaczy zairski brzeg (zdjęcie wykonane przy użyciu 25-krotnego zbliżenia

optycznego – warto mieć w podróży kamerę, która daje takie możliwości)

 

 

 

 

Brazz709.jpg (42297 bytes)

Tamta strona rzeki

to już oczywiście Demokratyczna Republika Konga czyli dawny Zair.  Z Brazzaville na

drugą stronę rzeki – do Kinshasy kursują kilka razy dziennie dwa promy:  mały –

szybki i drogi speedboat, którzy pokonuje rzekę w 10 minut i kosztuje 11 000 CFA w

każdą stronę oraz duży – wolniejszy i tańszy:   za 4 500 CFA  OW.

  Do tego dochodzą liczne opłaty: 1000 CFA opłaty portowej w BZV i 200 napiwku i

1000 za wypełnienie karty przekroczenia granicy.

Brazz901.jpg (29343 bytes)

 

Mój towarzysz w Brazzaville – amerykański

podróżnik Bernie Rosen postanowił popłynąć na kilka godzin na drugą stronę rzeki –

do Kinshasy. Ja nie dałem się namówić choć okazało się, że w Brazzaville bez

problemu można dostać wizę Zairu  (opłata 29 000 CFA przy odbiorze następnego

dnia, 36 000 CFA na dziś). Doszedłem do wniosku że nie ma sensu  ponosić tylu

opłat po to tylko by spędzić kilka godzin w mieście które ma opinię nieciekawego i

niebezpiecznego… Przecież w moim podróżowaniu nie chodzi o zdobywanie jeszcze jednej

pieczątki do paszportu…  

            

Wiadomości

które przywiózł Bernie z Kinshasy potwierdziły moją decyzję: Kinshasę trudno nazwać

ładnym miastem – krajobrazem przypomina Lagos: ulice zadymione i zatłoczone samochodami

pełne żebraków i dość agresywnych przekupniów. W centrum wiele internetowych kafejek

(600 franków za godzinę) i kantorów. W stolicy dawnego Zairu wciąż panuje bezprawie.

Skorumpowana policja jest lub chce być bezradna. Przestępcy przebrani w mundury

zatrzymują cudzoziemców, wywożą samochodami w ustronne miejsca i rabują.  Z tego

samego powodu konsulaty odradzają korzystanie z taksówek (w innych miastach Afryki to

właśnie taksówka daje poczucie bezpieczeństwa!). Kurs miejscowej waluty: 1 USD=150

kongijskich franków…        

Po kilkudniowym

pobycie w Brazzaville postanowiłem wyruszyć na wybrzeże Konga – do jedynego regionu

poza stolicą gdzie było względnie spokojnie.  Okazało się, że droga i szlak

kolejowy do Pointe Noire  są zablokowane przez działające na prowincji bandy.

  Pozostał samolot – ale o tym jaki to był samolot przeczytacie już na kolejnej

stronie:        

>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG  DALSZY przejście do relacji z

Pointe Noire

line1.gif