Kongo Brazzaville – raport z podróży cz.I – Wojciech Dabrowski (Eqaf8Apl.htm)

Congo.gif
Amask.jpg

O

wyprawie nad rzekę Kongo myślałem od lat.  Więc gdy w 2002 roku z Brazzaville

nadeszły wieści o zawartym układzie pokojowym między rządem i rebeliantami

postanowiłem spróbować. Odwiedziłem osobiście ambasadę Republiki Konga w Brukseli

zaopatrzony w zaświadczenie o stanie konta bankowego, kartę VISA i bilet lotniczy z

Polski do Afryki. Pierwszy czarny urzędnik zrobił mi nadzieję. Ale potem pojawił się

drugi i nadzieja stopniała do zera. Argumentować nie musiał: nie może dać i

koniec…  Znałem już takie postawy z przeszłości: dla czarnych dyplomatów pobyt

na placówkach w Europie jest zbyt intratny aby ryzykować jego zakończenie przez

podjęcie choćby minimalnego ryzyka. A nóż jakiemuś dyrektorowi w Brazzaville nie

spodoba się, że w Brukseli wydano wizę Polakowi.  Dotychczas przecież nie

wydawano…  Z Brukseli wróciłem

zatem “z kwitkiem”, ale wiedziałem z doświadczenia, że w krajach

sąsiadujących z tym docelowym uzyskanie wizy może być łatwiejsze… 

Poleciałem…  

Afm.jpg (19280 bytes)to było

tutaj… Republika Konga (dawne Kongo Francuskie) zaznaczona jest na mapce brązowym

kolorem.

I

rzeczywiście – w stolicy Gabonu – Libreville wizę upoważniającą do lądowania w

Brazzaville otrzymałem w ciągu jednego dnia.   Nie obyło się oczywiście bez

nieco denerwującego, kilkugodzinnego czekania na ekscelencję, która miała złożyć

podpis pod wizą.    Zapłaciłem też sporo: 35.000 CFA.  Nic

to!    W biurze Air Gabon za 310 USD sprzedali mi powrotny bilet do Brazza

(to najkorzystniejsza taryfa – przy pobycie od tygodnia do miesiąca).  Potem

niespodziewanie przesunęli  mi jeszcze odlot z poranka na późne popołudnie. 

Nie narzekałem – Air Gabon i tak ma opinię jednej z solidniejszych linii w tym

regionie.  Marsz piechotą do samolotu na płycie…  Jeszcze lądowanie po

drodze w Port Gentil…  Tylko 1,5 godziny opóźnienia gdy lądujemy w porcie

lotniczym o egzotycznej nazwie Maya-Maya.  Tak, ta woda na zdjęciu to wreszcie

wielka rzeka Kongo!

I wy także zapewne

pamiętacie z lekcji geografii, że to jedna z największych rzek świata – druga po Nilu

co do długości (4320 km) i druga po Amazonce co do ilości niesionej wody.  Nie

zawiodłem się – widok tej rzeki robi wrażenie…     Dopiero na

miejscu okazało się że Kongo podobnie jak Nil żeglowne jest jedynie odcinkami – ze

względu na katarakty i stopnie wodne nie da się dopłynąć nawet od otwartego morza do

stolicy kraju.

Wody Konga

niosą kawałki drewna, kłody i całe kępy roślinności przypominające miniaturowe

wysepki.

Nad szeroko

rozlaną rzeką rozłożyły się dokładnie naprzeciwko siebie dwie stolice: Brazzaville

i Kinshasa (to ona jest widoczna na zdjęciu, na przeciwległym brzegu).  Do stolicy

frankofońskiego Konga przylecieliśmy we dwójkę: ja i przypadkowo spotkany na Sao Tome

amerykański obieżyświat  Bernie Rosen.  Bernie miał w paszporcie wizę Zairu

i mocne postanowienie odwiedzenia tego kraju.  Wprawdzie z tamtego brzegu dochodziły

niepokojące wieści o stanie bezpieczeństwa na ulicach Kinshasy ale była to dla niego

szansa “zaliczenia” jeszcze jednego kraju.   Namawiał mnie, abym do

niego dołączył…          

Taką dłubanką

nie tylko wypływa się na połów ryb, ale także przemyca się z zairskiego brzegu

bańki z deficytową benzyną, którą można potem kupić na końcu miejscowego

corniche.   Brak benzyny w stolicy kraju, który wydobywa ropę!??  Tak! –

paradoks polega na tym, że ropa jest na wybrzeżu, a stolica w interiorze.  Droga do

morza nie jest przejezdna.   A linia kolejowa jest wprawdzie używalna, ale

kursuje nią  tylko jeden towarowy pociąg i to co drugi dzień. Z żołnierzami

ochrony i lekkimi działkami  ustawionymi na platformach.  Bo choć wojna domowa

oficjalnie się skończyła to na prowincji, szczególnie na południu wciąż panują

bandy grasantów nazywanych przez miejscowych “ninja”. To niedobitki

“rewolucyjnej” partyzantki. Dla łupu napadają na wsie i pociągi…  To

oni zamordowali niedawno kilku katolickich księży, w tym Polaka.   

W Brazzaville

znaleźliśmy prawdziwie polską gościnę u polskiego misjonarza – księdza  Bogdana

Piotrowskiego, który pracuje w Kongo  od 13 lat i jest aktualnie proboszczem dużej

parafii w stolicy kraju – na Plateau des 15 Ans.  To taka dzielnica krajowców

położona pomiędzy lotniskiem i centrum.    Siedziba Paroisse de Jesus

Ressuscite znajduje się przy wyboistej uliczce która ma wprawdzie jakąś nazwę, ale

mało kto jej używa. Ksiądz Bogdan ma wielkie serce, ale poza tym sercem nie oczekujcie

zbyt wiele – to wycieńczone wojną Kongo, a nie Europa czy Ameryka.  Kraj, gdzie

często problemem jest zdobycie środków na naprawę parafialnego samochodu czy na zakup

paliwa na czarnym rynku…

Brazz743.jpg (44374 bytes)

W parafialnym domu

stojącym obok tego prostego kościoła jest kilka skromnych pokoików z których

korzystają księża z prowincji podczas swoich wizyt w stolicy. Akurat były

wolne.   Mieliśmy  komfortowe  warunki (nawet moskitiery nad

łóżkiem!) mimo tego, że codziennie na kilka godzin wyłączano prąd, a woda była

racjonowana.  Wodociąg miejski tu jest wprawdzie doprowadzony, ale nie działa.

Ksiądz Bogdan zbiera zatem deszczówkę z kościelnego dachu do rezerwuaru  i

gospodaruje nią tak, aby starczyło do zakończenia pory suchej.   Codziennie o

szóstej rano, gdy panuje jeszcze przyjemny chłód tropikalnego poranka kościół

wypełnia się do ostatniego miejsca czarnymi wiernymi. Płyną pieśni na

afrykańską  nutę wykonywane przy akompaniamencie bębnów i grzechotek.

A to parafianie

księdza Bogdana na szerokiej, cienistej ulicy prowadzącej w kierunku kościoła. 

Każdego ranka przekupki rozkładają tu swoje kramy z owocami, bagietkami,

buteleczkami  z naftą do lamp i używaną odzieżą…  

    

W ulicznej

garkuchni można też zjeść coś konkretnego.  Chleba takiego jak nasz oczywiście

tu nie widać.  Zastępują go pozostawione przez Francuzów bagietki. Za pół

bagietki posmarowanej margaryną (typowa porcja śniadaniowa) trzeba zapłacić 100 CFA

(franków afrykańskich, 1 USD to około 650 CFA). Jeśli dodać do niej dorodną papaję

za 300, to można będzie jakoś  wytrzymać do obiadu….

Pokrzykujący wędrowni przekupnie, lawirujące

wśród tłumu rozklekotane, zielone taksówki omijające wielkie kałuże – wszystko to

składa się na wielki uliczny teatr w którym jesteś jedynym białym

aktorem.    A akcja dzieje się w milionowej stolicy kraju, którego

terytorium jest nawet nieco większe od Polski.   Do tego porównania trzeba

jednak przyłożyć afrykańską skalę: na rozległym terytorium Konga mieszkają tylko

trzy miliony ludzi…   

Jak wygląda

dzisiejsze Brazzaville?   W swojej większej części tak jak na zdjęciu obok –

mieszkalne dzielnice to morze parterowych domków krytych pordzewiałą blachą.

Ale stolica Konga

ma również swoje reprezentacyjne centrum.  A w nim hotel Le Meridien do którego

przywozi się wprost z lotniska przybywających tu służbowo zagranicznych ekspertów i

biznesmenów.  Tu w hotelowej recepcji dostać można (i to bezpłatnie) jedyny

osiągalny plan miasta.   Tu pod palmami zbudowano ładny basen, gdzie przy

odrobinie tupetu zmęczony wilgotnym upałem tramp może sobie bezpłatnie

popływać.  Bo kimże może być jak nie hotelowym gościem biały nadchodzący od

głównego wejścia?  Szczególnie jeśli uśmiecha się protekcjonalnie i mówi coś

w niezrozumiałym dla personelu angielskim języku?   Ubodzy,  wędrujący

z plecakami turyści wciąż są tu rzadkością…  -Monsieur, ręcznik dla pana!

 

Po kąpieli, zaopatrzony

w upstrzony reklamami  plan miasta  ruszam na zwiedzanie…

Brazzaville jest

dumne z tego, że było kiedyś stolicą Wolnej Francji.  W okresie drugiej wojny

światowej, gdy kolaborujący rząd marszałka Petaina poddał Francję hitlerowskiej

okupacji Brazzaville we francuskiej kolonii stało się na pewien czas stolicą

emigracyjnego rządu Wolnych Francuzów stworzonego przez generała  de Gaulle.

Upamiętnia to pomnik z głową generała i obrazy ułożone z majolikowych płytek. 

Pomnik stoi na początku prowadzącej w kierunku rzeki Avenue de Brazza.  Na jej

drugim krańcu – na wysokiej skarpie nad rzeką otoczony wysokim murem i płotem

znajdziecie Case de Gaulle – dom, w którym mieszkał generał, dziś niestety

niedostępny – zajmowany przez Ambasadę Francji.  

Na tej samej

wysokiej skarpie ponad Kongiem, obok rezydencji francuskiego ambasadora wzniesiono wielki,

przysadzisty obelisk dla uczczenia francuskiego podróżnika  Savorgnana  de

Brazza i jego towarzyszy, którzy eksplorowali te tereny w latach osiemdziesiątych XIX

wieku. Podobno to właśnie de Brazza był autorem podziału Konga na różne strefy

wpływów. I od jego nazwiska pochodzi nazwa stolicy francuskiego Konga…  Ze skarpy

przed pomnikiem otwiera się szeroki widok na rzekę (patrz pierwsze zdjęcie na tej

stronie). W czasach kolonialnych były tu jakieś ławki i mały amfiteatr z

zaznaczonymi  odległościami do innych stolic świata, ale wszystko to już zarosło

bujną trawą…      

Turystów w

Brazzaville wprawdzie jeszcze nie widać, ale działa tu coś takiego jak Generalna

Dyrekcja Turystyki i Hotelarstwa.  Miałem nadzieję, że właśnie tutaj otrzymamy

informację, czy możliwy jest wyjazd poza stolicę i gdzie można otrzymać stosowne

pozwolenie. Nie bez trudu odnaleźliśmy w willowej dzielnicy w pobłiżu Pałacu

Sprawiedliwości  ten oto budynek, a w nim urzędnika zajmujacego się

informacją.  Zapytany o stan bezpieczeństwa potrafił tylko powiedzieć to, co już

wiedzieliśmy: na północy i wybrzeżu względnie bezpiecznie.   Na południu

wciąż niebezpiecznie.  Czy turysta potrzebuje zezwolenie na wyjazd na północ i

kto takie wydaje?  Funkcjonariusz nie wiedział, ale obiecał się dowiedzieć

“na

jutro”.              

 

Spotkany

później “dobrze zorientowany” krajowiec powiedział: na północ można

jechać – nawet publicznym transportem (to zatłoczone mikrobusy – np za przejazd do

Gamboma, gdzie jest polska misja płaci się 5000 CFA)  ale po drodze jest się bez

przerwy narażonym na próby wymuszania haraczu na posterunkach kontrolnych, które

spotyka się co kilka kilometrów.  Obowiązuje zasada – nie dasz, to nie otworzę

szlabanu.  Ja tu rządzę, bo ja mam broń!     Domorośli

komendanci posterunków podobno mają nieco więcej respektu dla prywatnie wynajętych

samochodów, ale wynajęcie takiego pojazdu w sytuacji panującego benzynowego deficytu

bardzo drogo kosztuje. I tak stopniały nasze nadzieje na podróż na północ kraju….

A skoro o

turystyce, to warto wiedzieć, że Brazzaville ma niewielki ale ciekawy, kryty bazar z

pamiątkami. Nazywa się Marche du Plateau (nie mylić z Plateau des 15 Ans).  

Znajdziecie go w pobliżu Pałacu Prezydenckiego, obok małej hali targowej gdzie

handlują owocami. Oferowane tu pamiątki nie przypominają tego co oferowane jest w Kenii

czy Ghanie. Bardzo ciekawe rzeźby w drewnie, maski, sznury paciorków z malachitu i

innych kamieni półszlachetnych. Wyroby z jasnoszarego drewna “gris” do

złudzenia przypominającego kamień….  Kupujących nie ma wcale, można i trzeba

się targować. Tu za jedne 5000 CFA kupiłem jedyną pamiatkę z Konga – małą maskę

Najciekawszym

(ale niezbyt leciwym) zabytkiem stolicy  jest  niska katedra Sacre Coeur

stojąca w dyplomatycznej dzielnicy Poto-Poto, w pobliżu hotelu Meridien.

Przy katedrze (po prawej stronie, w

kompleksie budynków szkoły) są pokoje gościnne udostępniane turystom. Płaci się

 10 000 CFA za pokój z łazienką i wentylatorem lub 5 500 CFA za pokój z umywalką

bez wentylatora.  Gdy tam zaglądałem pokoje stały puste – eksperci, którzy tu

przyjeżdżają mieszkają w lepszych warunkach, a turyści w Brazza wciąż jeszcze są

rzadkością.

Największym

kościołem Brazzaville i zarazem ciekawym przykładem współczesnej architektury

sakralnej jest jednak bazylika Sainte Anne stojąca przy Rondpoint de Poto-Poto.

  Wzniesiona z cegły przysadzista budowla wyróżnia się z daleka zielonym

dachem…

Podczas niedawnej

wojny domowej pociski nie omineły tego przybytku – w stropie odnotowałem dwie wielkie

dziury po pociskach prowizorycznie zakryte zieloną płachtą o takim kolorze jaki ma

blaszany dach.   Tak wygląda wnętrze bazyliki. Trafiłem akurat na dzień gdy w

bazylice odbywał się zlot katolickiego bractwa Św. Rity.  Kościół wypełniony

był szczelnie czarnoskórymi kobietami przybranymi w jednolite, różowe chustki z

wizerunkiem patronki.  Mężczyzn wypatrzyłem zaledwie kilku.  Wierni 

pięknie śpiewali   przy akompaniamencie afrykańskich instrumentów i gdyby nie

niesamowity zaduch panujący we wnętrzu pewnie pozostał bym tam dłużej.

Rzędy eleganckich

latarń ozdabiają wiadukt przerzucony ponad torem kolejowym. W tym miejscu rozpoczyna

się Boulevard des Armees – odcinek reprezentacyjnej, dwujezdniowej alei przebiegającej

przed Pałacem Kongresu. Ustawione przed pałacem trybuny wskazują na to, że tu

odbywają się masowe  manifestacje. Ale samego pałacu przy którym stali wartownicy

wolałem nie fotografować…  -Don’t  ask for trouble! – słusznie radził mój

przypadkowy towarzysz.

Ludzie zazwyczaj

krygują się, gdy pytasz ich, czy możesz zrobić zdjęcie.  Ale w większości

wypadków nie protestowali. Jeżeli spotykałem się z odmową to prawdopodobnie  

dlatego, że Kongijczycy wstydzili się swojej biedy.  W takich sytuacjach bardzo

pomaga wcześniejsze nawiązanie rozmowy i uśmiech na twarzy fotografa.  

Odradzam  natomiast  zbyt elegancki strój,  który automatycznie powoduje

zakwalifikowanie Europejczyka do grupy bogatych ludzi szukających sensacji lub do

reporterów chcących wzbogacić się na fotografowaniu cudzej biedy…

A jak widać na zdjęciu: kolonizatorzy odeszli, ale

bagietki w kramach zostały!  Innego chleba tu nie widziałem…  

Amask.jpg (9031 bytes)
Kolejnego dnia

wybrałem się obejrzeć katarakty rzeki Kongo.  Przeżyłem też sensacyjną

przygodę, której głównym bohaterem stał się czarnoskóry kapitan Topoli. Ale o tym

już na następnej stronie:        

>>>>>>>>>>>>>>>>>>CIĄG  DALSZY – przejście do drugiej

części relacji z Konga